Ściąganie pirackich filmów to LUDOBÓJSTWO!!!



Przygotowując się do debaty w klubie „Goście Gazety” wpadłem w szpony jutubowej śmiechawki w postaci oglądania najzabawniejszych parodii kretyńskiego klipu MPAA, którym katowani są ludzie, którzy akurat w dobrej woli zapłacili za bilet do kina czy legalną płytę – „ściąganie pirackich filmów to kradzież”.
Notkę ilustruję parodią, która wydaje mi się najzabawniejsza, bo najlepiej demaskuje idiotyzm tej reklamy. „Nie kradniesz torebek”, „Nie kradniesz rzęchowatych mercedesów”, ergo „Ściąganie pirackich filmów to kradzież”.
Parodia buduje podobnego nonsequitura – „nie remilitaryzujesz Nadrenii”, „nie najeżdżasz na Polskę” – ergo „Ściąganie pirackich filmów do ludobójstwo”. Dlatego rozbawia mnie bardziej od skądinąd również niezłej parodii z serialu „IT Crowd”.
Przy całej mojej antypatii do internetowego jumactwa tudzież ruchu Wolnego Oprogramowania muszę przyznać, że francuska propozycja odcinania internetu za trzykrotne przyłapanie na piractwie jest dla mnie nie do przyjęcia. Jak za najmroczniejszych czasów kaczyzmu, jedyną nadzieję widzę w tym, że Unia to powinna uwalić – ale bodaj po raz pierwszy od 2004 roku bardziej boję się innego państwa niż własnego.
Troszkę mi zależało – zwłaszcza w świetle tej debilnej reklamy – żeby wprowadzić w tę dysputę mały reality check i zauważyć, że ściąganie pirackich filmów samo w sobie jeszcze nie stanowi naruszenia prawa (czy jest kradzieżą, to już oczywiście kwestia arbitralnego naklejania etykietek – pewien filozof kiedyś powiedział, że wszelka własność prywatna to kradzież i też miał na swój sposób rację; ściąganie pirackich filmów to Susan, if it makes you happy).
Oczywiście, torrenciarzom to i tak w niczym nie pomoże, bo oni nie mogą (legalnie) ściągać bez (nielegalnego) udostępniania. Ale ja, ściągając nieautoryzowany remiks ze strony klubu Bootie, albo dostając od znajomego cynk na interesujący materiał na rapidzie, jestem kryty – i ofkorsjalistycznie wolę, żeby tak zostało.
W ramach ujawniania Tajnych Taśm Agory na blogu netto wkleiłem swoją wypowiedź, którą ścięła redakcja „Świątecznej” – słusznie skądinąd, bo niewiele wnosi do dyskusji poza tym, że ja nie mam żadnego swojego idealnego rozwiązania do zaproponowania. Żyję głównie z eksploatacji majątkowych praw autorskich, więc oczywiście jestem za tym, żeby koncern Agora (lub jakiś hipotetyczny inny pracodawca) dysponował wszelkimi środkami prawnymi do spałowania i puszczenia z torbami ewentualnego naruszacza.
Z drugiej strony rozwiązanie francuskie łamie fundamenty praworządności i swobód obywatelskich, przyznając operatorom telekomunikacyjnym prawo do egzekwowania sprawiedliwości – odbierając obywatelowi prawo do obrony. Pas de conneries, monsieur Sarkozy, on est en Europe, non?
Moja pozytywna propozycja sprowadza się więc do reformowania tego, co jest – skrócenia działania copyrightu, doprecyzowania „dozwolnego użytku”, objęcia DRM nadzorem instytucji takich jak UKE. Mało spektakularne, sorki. Ale w utopie typu „dobrowolne mikropłatności” zwyczajnie nie wierzę.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz