Droga Dominiko Wielowieyska,

Już drugą blogonotkę poświęcam klowniadzie Jana Marii Rokity. Ale jestem zdumiony, że rozsądni ludzie chcą bronić błazna wczepiającego się w oparcie fotelu z wrzaskiem „ratuuujcie mnieee kiedy bijąąą mnie nieeemcyyyy”, a potem bredzącego o „typowo niemieckiej” wrogości do Polaków.
Broniąc Rokity opisałaś, jak kiedyś personel pokładowy zgodził się posadzić Twoją siostrzenicę w biznesie. To prawda, że kiedy się GRZECZNIE POPROSI, personel pokładowy może pasażerom w klasie ekonomicznej zaoferować różne atrakcje teoretycznie zarezerwowane dla pasażerów klasy biznes – a to powieszenie marynarki na wieszaku w normalnej szafie, a to kieliszek baileysa, a to wreszcie w ogóle upgrade do biznesu.
Tylko że to jest ich własna, arbitralna decyzja. Nie możesz jej wytupać, wywrzeszczeć, wyawanturować, wymusić. Uśmiechnij się, poproś grzecznie, wyjaśnij sytuację. Z mojego samolotowego doświadczenia wynika, że to może zdziałać cuda.
Piszesz, że znasz „Rokitę od lat i nie chce Ci się wierzyć, że nie dałoby się załagodzić całej sprawy przy odrobinie dobrej woli z obu stron”. Pewnie masz rację, ale nic w zachowaniu państwa politykowstwa Rokitów nie wskazuje na to, żeby zamierzali okazywać dobrą wolę byle stewardessie.
Polscy politycy przyzwyczaili się myśleć o sobie, że są ponad prawem. Prawo jest dla tej głupiej hołoty, która płaci podatki na ich utrzymanie. Ale oni, jak im się śpieszy, to docisną gaz do dechy i pojadą za kolumną radiowozów. Jeszcze se walną ze dwie sety dla kurażu, bo przecież jakby co, to policja może ich cmoknąć w immunitet.
I przeważnie mają rację. Policjant czy urzędnik przed nimi ustąpi, bo nie chce mieć nieprzyjemności. Wypisze takiemu mandat i potem szef go opieprzy (bo szef szefa, a już najdalej szef szefa szefa, to też polityk). Niedawno widzieliśmy jak minister sprawiedliwości, pan Krzyształowo Uczciwy Mastercard-Czuma przywoływał do porządku podległego sobie prokuratora za nadmierne zainteresowanie polskim politykiem.
Jan Maria Rokita nigdy – po prostu nigdy – nie żył życiem takim jak moje czy Twoje, życiem zwykłego obywatela, który musi przestrzegać prawa, bo inaczej będzie miał nieprzyjemności. Najpierw był zawodowym konspiratorem a potem zawodowym politykiem. Jemu to już po prostu przestało się mieścić w głowie, że ktoś może Nie Wiedzieć Kto On Jest i traktować go jak resztę tej hołoty z ekonomicznej.
Dlatego nie jest w stanie okazać „dobrej woli” w sporze z personelem pokładowym. Nie musiał jej okazywać nikomu od dobrych 20 lat. Już pewnie nie umie, to jakby w wieku 49 lat nagle sobie przypominać ćwiczoną w zamierzchłej przeszłości jazdę na deskorolce.
Nie wiem czy wpadła Ci w ręce książka „Jak nosić krawat?” Dylana Jonesa, poradnik dobrych manier dla (początkujących) dżentelmenów. Znaczna część tej książki poświęcona jest właśnie kwestiom takim, jak „jak rozmawiać z personelem linii lotniczych”. Problem ludzi na stanowisku, którzy zwyczajnie zapominają o tym, że nie wszyscy są ich podwładnymi, nie dotyczy tylko Polski.
Ty masz, zdaje się, jakieś towarzyskie znajomości wśród polskich polityków (ja – na szczęście! – żadnych). Może porozdawaj im po egzemplarzu?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz