Szukając Absolutu (2)

Wybitnie nie chce mi się pisać notek na aktualne tematy. Wrócę więc do cyklu o poszukiwaniu Absolutu (może być Finlandia), w którym definiować będę swoje światopoglądowe podstawy, od czasu do czasu wyłążące w dyskusjach na inne tematy.
Podstawą mojego światopoglądu jest świecki humanizm. To nie znaczy, że nie umiem całkować, chociaż pewnie z braku praktyki bym musiał teraz sprawdzać podstawowe wzory w tablicach (chyba że chodzi o oznaczoną podaną analitycznie, to bym trzasnął prostą numeryczną aproksymację).
To znaczy, że uważam siebie za dalekiego spadkobiercę oświeceniowego humanizmu, który podstawy etyki przeformułował z „nie wolno czynić zła bo Panbóg zabronił” na „nie wolno krzywdzić ludzi – bo nie”.
Humanista uważa, że wszystkim ludziom należy się pewien podstawowy zespół praw po prostu dlatego, że są ludźmi – nie muszą sobie na te prawa w żaden sposób zasłużyć czy zapracować, automatycznie nieważny jest też akt prawny, który by je im odbierał.
Filozoficznie rzecz biorąc, świecki humanizm nie jest bardzo daleki od chrześcijańskiego personalizmu, który w centrum umieszcza ludzką osobę, obdarzoną podmiotowością przez Boga. Ja jednak jako świecki humanista powtórzę za moim oświeceniowym praprzodkiem jego rewelacyjny greps o „zbędnej hipotezie”.
Jeśli ktoś do bycia uczciwym potrzebuje stworów nadprzyrodzonych (bo gdyby nie obawa przed karą, od razu zacząłby kraść, gwałcić i mordować), to ja od tego kogoś wolałbym nie kupować używanego samochodu. Człowiek prawdziwie uczciwy wybiera dobro dlatego że jest dobrem, a nie dlatego, że się boi piekła.
W praktyce jednak humanizm i personalizm rozmijają się przy zagadnieniu „występków bez ofiary”. Humanista będzie bardziej otwarty np. na zezwolenie ludziom na świadome robienie sobie krzywdy bez krzywdzenia innych, na przykład w postaci palenia marihuany w wyspecjalizowanym lokalu.
Zaznaczam „bardziej otwarty”, bo nie posuwam się aż do utylitaryzmu. Nie wierzę w sens definiowania etyki przez bilansowanie przyjemności i cierpienia, bo uznaję występki takie, jak desekracja zwłok czy przymusowe wynarodowienie.
Stosunek do humanistycznego dziedzictwa zawsze dzielił lewicę, szczególnie w tradycji marksistowskiej (może mam po prostu mózg zlasowany przez Laskowskiego, Ryszkę i Grynberga, ale z ich książek wyłania się obraz anarchizmu jako lewicowego nurtu konsekwentnie humanistycznego).
W tradycji marksistowskiej zetknąłem się z dwoma rodzajami argumentów przeciw humanizmowi. Po pierwsze, „jednostka ludzka” to pojęcie ulotne. Nawet o tym, że jesteśmy „jednostkami ludzkimi” dowiadujemy się od społeczeństwa dorastając.
Bez społeczeństwa (a więc m.in. rodziny) jednostka ludzka ma niewielkie szanse na biologiczne przetrwanie, a jeśli nawet dożyje pełnoletności, to będzie to jakaś przerażająca historia w rodzaju Kaspara Hausera. Dlatego dyskurs humanistyczny jest w najlepszym wypadku ładnym pustosłowiem (tak to widział chyba sam Marks), bo skoro społeczeństwo określa jednostkę, wyzwolenie jednostki może nastąpić tylko przez wyzwolenie całego społeczeństwa. Jeśli dyskurs humanistyczny przeszkadza w rewolucji – do diabła z nim.
Odrzucam ten argument, bo nie jestem ani zawodowym filozofem ani zawodowym rewolucjonistą. Nie przeszkadza mi to, że między „jednostką” a „społeczeństwem” zachodzi uwikładnie typu „kura-czy-jajko”, bo nie buduję systemu, który ma być spójny i przejść czyjś peer-review. Nie interesuje mnie też to, co przeszkadza rewolucjonistom w ich obowiązkach – oni nie będą za mnie odwalać moich.
Drugi argument to argument z relatywizmu historycznego: humanizm w obecnym znaczeniu ma najwyżej dwa-trzy stulecia. Przyszłe pokolenia nieuchronnie w końcu przejdą coś nowego, na przykład – jak sugeruje Peter Singer – odrzucą nasz szowinizm gatunkowy i przyjmą jakąś optykę trans- czy posthumanistyczną.
Odrzucam go kontrargumentem pochodzącym z tego samego relatywizmu: jeśli ktoś przemawia z punktu widzenia przyszłych pokoleń, to niech daje przyszłoroczne notowania WGPW, albo niech się szadafakapnie. Jestem człowiekiem swojej epoki, swojego kręgu kulturowego, swojej klasy społecznej wreszcie – nie zamierzam więc udawać islamisty, chłoporobotnika albo człowieka innej epoki. To prawda więc, że świecki humanizm to filozofia współczesnej euroamerykańskiej klasy średniej, ale co z tego?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz