Kieślowski o wyborach


Tym razem swój wyborczy manifest ogłoszę z wyprzedzeniem, żeby dyskusja samoistnie wygasła przed ciszą wyborczą. Ilustruję go zdjęciem pokazującym powody, dla których gotów jestem wybaczyć Komorowskiemu wszystkie jego gafy.
Będę w tych wyborach głosować nie tyle za Komorowskim i nawet nie tyle przeciw Kaczyńskiemu – co przeciw zwolennikom Kaczyńskiego. Uznaję argument, że prezydenckie uprawnienia są niewielkie i wybór Kaczyńskiego nie przyniesie powrotu IV RP, ale przecież poza samym Kaczyńskim są jeszcze kaczyści.
W IV RP najgorsze było to, że nagle zewsząd wyłonili się ludzie o osobowości nocnego portiera z filmu Kieślowskiego. Poczuli, że to może być ich epoka: bo ich wymarzone postulaty, żeby Wziąć Za Pysk, Zapędzić Do Roboty i Przykręcić Śrubę, znów są w modzie.
Większość ich pomysłów na szczęście pozostała na papierze, ale co gorliwsi zaganiali się już do zwalczania narkomanii przez karanie więzieniem za pokazywanie obrazu liścia konopii, snuli projekty godziny policyjnej dla młodzieży czy militaryzacji służby zdrowia.
Są ludzie, dla których przymus jest celem samym w sobie. Dla nich „porządek musi być” bez względu na to, czy ludzie się w tym porządku czują dobrze czy źle.
Zakładałem bloga w 2006, kiedy ci ludzie byli przekonani, że IV RP będzie trwać bardzo długo, co najmniej dwie pełne parlamentarne kadencje. Przychodzili tu nakręceni hasłami swoich mentalnych przywódców – Dorna, Ziobry, Rokity, Marcinkiewicza, Kaczyńskiego wreszcie – snując wizje tego, jak wszystkich wezmą w kamasze, rozliczą i zaprowadzą swoje porządki.
Przyjemnie mi było potem patrzeć na moralne porażki ich liderów. Wszyscy oczywiście finansowo wyszli na tym do przodu, u nas przegrany polityk zawsze miękko wyląduje jako członek rady nadzorczej albo w najgorszym wypadku komentator „Dziennika”, ale politycznie się skończyli.
Fajnie było patrzeć, jak autora hasła o „szarpnięciu cuglami” palcatem potraktowała stewardessa Lufthasy. Przyjemnie było patrzeć, jak głoszący chrześcijańsko-narodowe wartości rodzinne były premier ośmiesza się żałosnym romansem.
Kwintesencją kaczyzmu były dla mnie szkolne mundurki – Jacek Kurski i Roman Giertych w ostatnim sejmie IV RP jeszcze kłócili się o to, czy przeforsowanie tego idiotyzmu to bardziej zasługa PiS czy LPR. Sądząc po wynikach wyborczych, Giertych wygrał ten spór.
Na zasadzie „pars pro toto” ten sposób rozumowania zilustruję cytatem jednego komentatora na moim blogu – w notce obaliłem wszystkie argumenty zwolenników mundurków (że bezpieczeństwo, że wyrównywanie różnic itd.).
Spytał mnie o argumenty przeciw. Odpisałem, że głównym jest niepotrzebne utrudnianie życia rodzicom. „No faktycznie mocny argument” – ironizował, bo w roku 2007 rzeczywiście taki argumet nie wystarczał.
Gdy kaczyści mieli możliwość sterowania dyskursem, sterowali go w kierunku zagadnień, które nie mają żadnego związku z komfortem codziennego życia. Samo pytanie typu „no dobrze, ale co ja jako obywatel mam z wyliczenia Niemcom strat za powstanie”, wtedy uważano za nieistotne.
Nie twierdzę, że Platforma dba o wygodę życia przeciętnego obywatela, ale twierdzę, że porażka kaczyzmu zrehabilitowała dyskurs utylitarny jako taki. Pytanie „ale co ma z tego obywatel” znów jest ważniejsze od pytania „ale kto był agentem”. Nawet jeśli Platforma udziela na to pytanie złych odpowiedzi, ma u mnie wielki plus za odejście od pytań stawianych w IV RP.
Zwycięstwo Kaczyńskiemu znowu da tym ludziom wiatr w żagle. Nie będą to już oczywiście Dorn, Marcinkiewicz czy Rokita, ale nie chodzi mi o konkretne osoby, chodzi mi o punkt widzenia nocnego portiera.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz