Terlikowski ma rację


A jednak krzyż jednoczy ludzi. Po raz pierwszy przeczytałem tekst redaktora Terlikowskiego, z którym się w pełni zgadzam – relację z jego wizyty wśród „obrońców krzyża”.
Też wczoraj wieczorem zafundowałem sobie taką wycieczkę i zobaczyłem to samo, co Terlikowski – otoczoną „wrogim tłumem” grupkę „uderzająco samotnych” ludzi. I tak jak Terlikowski poczułem, że „ta niewielka grupa trwających na modlitwie – tak po ludzku – nie ma wielkich szans na wygraną”.
Czytelnikom spoza Default City chciałbym opisać szerszy kontekst scenerii, w której rozgrywa się całe to wydarzenie. Po remoncie Krakowskiego Przedmieścia (którego, nawiasem mówiąc, Lech Kaczyński i jego nieudolny urzędnik odpowiedzialny za inwestycje, Andrzej Urbański, nie potrafili dokończyć), ta ulica przypomina klasyczne europejskie deptaki.
Tłum turystów wylewa się ze Starego Miasta na spacer wzdłuż Traktu Królewskiego, podsuniętym im przez władze miejskie szlakiem multimedialnych „ławeczek chopinowskich”. Dla tych turystów „obrońcy krzyża” to taka kolejna uliczna atrakcja, jak uliczny grajek albo facio malujący karykatury za pięć dych.
Ludzie robią tu sobie turystyczne zdjęcia typu „tu byłem”. Podczas mojej wizyty, najchętniej strzelali się na tle transparentu z szatanem. Przy mnie trójka dwudziestoparolaktów kolejno ustawiała się na jego tle, robiąc „satanistyczne” miny i gesty. Poznałem charakterystyczny odgłos wsamplowanej migawki – sent from their iPhone.
W zasięgu wzroku mamy liczne knajpy z ogródkami. Z najpiękniejszej i najdroższej (?) z nich, Skweru na skwerze Hoovera, dobiega elektroniczny laundżyk. Kino KULTURA zaprasza na ambitne filmy europejskie, zwykle zresztą wyśmiewające wartości chrześcijańskie, jak (znakomite!) hiszpańskie „Grubasy”.
W tym otoczeniu wyraźnie widać, jakim bluźnierczym oszustwem jest porównywanie się obrońców krzyża do manifestantów z czasu stanu wojennego. Pamiętam Krakowskie Przedmieście z początku lat 80., bo największy żal do hunty haruzelskiego mam właśnie za to, że swoje licealno-studenckie lata spędziłem w szarym mieście, w którym ulice pustoszały i bez godziny milicyjnej, po prostu z braku powodów do wychodzenia z domu.
Wtedy nikt w tym mieście nie czuł się dobrze, więc demonstranci rzeczywiście demonstrowali w imieniu nas wszystkich – nawet tych, którzy skądinąd unikają mieszania się w polityczne awantury (dzień dobry!). Pasowali do pejzażu warszawskiej ulicy tak jak dzisiaj pasują do niej kolorowe nalepki zapewniająca o przyjmowaniu kart kredytowych.
Teraz Krakowskim Przedmieściem tłumnie spacerują ludzie, którzy przyjechali się tu zabawić – albo w tym celu przybyli do Warszawy (moje kondolencje), albo już tu ugrzęźli na swojej drodze życiowej kariery, więc wyskoczyli wieczorem do centrum, żeby się zabawić.
Może przyjechali zaimponować dziewczynie wzięciem na siebie rachunku w Skwerze. Może wpadli na niskobudżetową studencką randkę do naleśniko-pierogarni na Bednarskiej (spożywałem tam lanczyk w przerwie sesji w pobliskim PISF – otworzyłem Macbooka, by sprawdzić co nowego na blogu, i student przy sąsiednim stoliku mnie rozpoznał! AAAA! Dlaczego jestem sławny ale nie bogaty?).
A może w knajpianych ogródkach walnęli kilka zimnych Lechów, a potem napój energetyczny, żeby ożyć i zwyciężać w pobliskim zagłębiu klubowym na Sienkiewicza? Jaką zatem reakcję mają w nich wzbudzać „skupione, zmęczone twarze, w rękach zaciskane różańce”? W najlepszym wypadku to będzie przecież łagodna kpina.
Bywalcy tego bloga wiedzą, że od początku niezmiennie jestem optymistą w kwestii perspektywy sekularyzacji w Polsce (to znów łączy mnie z Terlikowskim, choć on jest oczywiście symetrycznie pesymistą). Absurdalne milczenie Episkopatu w tej aferze to dla nas, bracia i siostry w niewierze, cudowny prezent.
Kościelna hierarchia miała okazję dodania sobie +100 do charyzmy, występując w roli rozjemców i autorytetu szanowanego przez obie strony. Nie skorzystali i teraz wyglądają żałośnie jak pasterz, który zabarykadował się w szałasie ze strachu przed własnym stadem.
Ze spaceru po Krakowskim Przedmieściu wróciłem zrelaksowany i podniesiony na duchu. Po to w końcu wielkie miasta utrzymują deptaki.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz