Nie taki XXI wiek zamawiałem

Nie jestem chyba jedyną osobą odczuwającą głębokie rozczarowanie tym stuleciem. Moje pokolenie w szkole miewało prace typu „narysuj świat w XXI wieku” i chociaż nie było na nich takich fajnych drobiazgów jak iPhone albo crossover SUV, to jednak były jeszcze fajniejsze rzeczy, których przemysł na razie nie dostarcza. Co jest, Steve?
Wrześniowy ranking od czapy poświęcę swoim największym rozczarowaniom. Zacznę od domowego robota biorącego na siebie nudne czynności, jak pranie, sprzątanie i zwijanie skarpetek w kulkę (na gotowaniu akurat mi nie zależy).

Wiem wiem, jest Roomba i jest Willow Garage PR2. Miałem możliwość pobawić się jednym i drugim a nawet pogadać z takim jednym jajogłowym z Berkeley (niebawem mam nadzieję wyjdzie mi z tego coś do gazety). Ale właśnie dlatego wiem, jak bardzo naukowcy są jeszcze w lesie w programowaniu AI dla domowego robota.
Problem zmywarki jest na razie rozwiązany na etapie rozpakowywania, zapakowanie to ciągle teoria. Problem podawania piwa z lodówki jest rzekomo rozwiązany, ale tylko dla przypadku lodówki zawierającej wyłącznie piwo. A do tego PR2 kosztuje 400 kilobaksów.
Z drugiej strony, przenośne odtwarzacze MP3 w roku 1993 też były tylko hipotetyczną przyszłością, o której można by robić wywiad z profesorem z Fraunhofera (ciekawe, czy ktoś zrobił?). Więc może jednak dożyjemy?

Orbitalny hotel Hilton z „Odysei kosmicznej” jest jednak na drugim miejscu. Pogodziłem się z tym, że nigdy nie zwiedzę całej naszej planety, więc tym łatwiej mi się pogodzić, że nie polecę nigdy turystycznie w kosmos.
Tym bardziej, że im jestem starszy, tym mniej mnie interesują miejsca, w których trudno o taki spokojny, mieszczański komfort. Pewnie nigdy nie pojadę do Azerbejdżanu, Górnej Wolty ani Urugwaju – za bardzo przeraża mnie myśl o tym, jaki tam musi być syf i brud.
Tym bardziej nie ciągnie mnie do zwiedzania stacji orbitalnej – strach pomyśleć, jak musi capić radziecki kosmonauta, który ostatni porządny prysznic wziął 512 dni temu. Zamknąć się w nim w ciasnym pomieszczeniu z zamkniętym obiegiem powietrza? Wolę raczej zwiedzać Prowansję.

^Braineater czasem podejrzewa mnie o niechęć do kultury psychodelicznej, ale niesłusznie. Jest mi naprawdę smutno, że nie istnieją takie środki psychoaktywne, o jakich fantazjowali Dick czy Lem. Nie ma tabletki „poszerzającej świadomość” ani nawet „zastępującej sen” – są tylko środki, które w małych dawkach pozwolą wytrzymać całą noc przy kijowej muzyce, a dużych posyłają do leczenia zamkniętego.
Collin i Godfrey w znakomitej skądinąd książce o związku extasy z kulturą rave opisują zapewne ostatnie w dziejach środowisko ludzi przekonanych, że jakiś narkotyk może Zmienić Ludzkość Na Lepsze. Zanim mafia wzięła extasy w swoje łapy, psychodeliczna bohema częstowała tym środkiem przypadkowe osoby – jak kiedyś Kesey czy Ginsberg – w przekonaniu, że całemu światu wyjdzie to na zdrowie.
To se ne vrati. Ostatnie pokolenie, które wierzyło w dobroczynność narkotyków, to ludzie ociupinkę starsi nawet ode mnie. Jeśli dożyli tego wieku, to albo już nic nie wciągają, albo wciągają z takim samym uczuciem, z jakim drobnomieszczanin w tym wieku pałaszuje t-bone’a, że zdrowe to nie jest na pewno, ale jednak warto.
Pozostaje jednak ta nostalgia za psychodelią science-fiction. Gdzie dragi mające wywoływać z góry zaprojektowane halucynacje? Gdzie dragi mogące nam umożliwić wykorzystanie więcej niż 10% mózgu? I skoro o tym mowa: gdzie dragi pozwalające na telepatię czy jaunting?
Ale to trochę jak z moim wyborem „Prowansja zamiast orbity” – zdaje się, że gdybym miał do wyboru, spróbować jakiś fantastyczny narkotyk z powieści Dicka albo po prostu zjeść t-bone’a w zupełnie tradycyjnej restauracji, wybrałbym jednak to drugie.
I nawet talerzy nie musi sprzątać robot.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz