Pieśni o wolnym rynku

Wydarzeniem kulturalnym zeszłego miesiąca była dla mnie warszawska premiera „Les Mis”. Ledwie doczekałem więc do października z rankingiem od czapy, który poświęcę moim ulubionym piosenkom z musicali.
Na wstępie zaznaczę, że nie pretenduję do miana znawcy. Jako skromny przedstawiciel średniej klasy średniej, musical zaliczam tylko jeśli przypadkowo jestem w mieście, w którym go wystawiają – piękny przywilej klasy wyższej średniej, jakim jest pofrunięcie gdzieś specjalnie na premierę, jest raczej poza moim horyzontem.

Moją najnajnajulubieńszą piosenką musicalową ever jest „Amerykański sen” z „Miss Saigon”. Wkleiłem w wykonaniu Jonathana Pryce, moim zdaniem z kolei najlepszym ever (choć w teatrze Roma też dają radę).
Piosenka wyraża mój stosunek do gospodarki wolnorynkowej oraz do dwóch wielkich kultur, podziw do których wyrażałem wielokrotnie na tym blogu. Piję oczywiście do cytatów: „Perfume can cover a stench, that’s what I learned from the French” i „You can sell shit and get thanks, that’s what I learned from the Yanks”.

Mój stosunek do gospodarki wolnorynkowej wyraża też finał „Tańca wampirów”. Polański jeszcze w filmie trafnie uderzył w fudamentalną sprzeczność ukrytą w „Draculi” Stokera. W postaci zasuszonego, ascetycznego profesora van Helsinga Stoker ucieleśnił wiktoriański ideał człowieka panującego nad swoimi emocjami (a libido młodego Harkera niemalże ściągnęło na niego wieczne potępienie, gdy w Transylwanii kusiły go piękne wampirzyce).
Ale przecież jeszcze lepszym wcieleniem tego ideału jest właśnie wampir – który nawet nie ma nad czym panować, bo nie ma uczuć. W wersji Polańskiego ta historia biegnie mniej więcej tak samo jak u Stokera aż do finału, w którym Alfred (odpowiednik Harkera) ulega pokusie, otwierając wampirom drogę do władzy nad światem.
W ostatniej piosence najpierw zasuszony profesor deklaruje to słowami, w których – być może ze względu na nieznajomość niemieckiego – widzę kpinę z Oświecenia: „Unsere Ziele sind klar, unsre Methoden bewährt / wir sind praktisch und aufgeklärt”.
W kolejnej zwrotce wampiry chórem podchwytują te słowa, przekształcając je w postmodernistyczną kpinę z Oświecenia: „Unsere Ziele sind klar, unsere Methoden bewährt / Wir sind tot, doch wir leben / solang Ihr uns nährt!”. I zapraszają nas wszystkich, byśmy stali się nawozem świata należącego do „den Kriechern und den Gnadenlosen”.
Czyli w przekładzie z prawdziwego niemieckiego na pop-niemiecki z Klossa, Pancernych i komiksu „Podziemny front”, „arbajten, arbajten, arbajten, polnisze szwajne, żeby wystarczyło na nowego Ajfona”. I na bilety do teatru „Roma” (w którym odpowiednia linijka brzmi „ten świat należy do tych, którym brak sumienia”).

Mam ogromny szacunek do Daniela Wyszogrodzkiego, ale nie wybaczę mu decyzji translatorskiej, za sprawą której NIE poszedłem na „Koty” do Teatru Roma (pochwalę się: zdążyłem zaliczyć w Londynie, zanim zdjęli z afisza). Przecież w piosence „Journey to Heaviside Layer” najfajniejsze jest właśnie to, że niespodziewanie pojawia się pojęcie z zakresu nauk ścisłych! Jak można zrobić z tego jakiś wieśniacki „Koci Raj”?
W oryginalnej piosence mamy najpierw „Russell Hotel”, wiktoriańskie szkaradztwo nad dachami Bloomsbury, a zaraz potem warstwa E w jonosferze, której istnienie najpierw teoretycznie przewidział genialny samouk Oliver Heaviside, a potem zademonstrował ją (i zgarnął za to Nobla) sir Edward Appleton.
W oryginalnej piosence mamy więc echo steampunka: wiktoriański gmach i inżynierów obmyślających sposób na transoceaniczną radiową transmisję (którą warstwa Heaviside’a umożliwia odbijając odpowiednie częstotliwości). Koci raj? Poproszę o fakingowego brejka, jak mawiają kelnerzy w Bloomsbury.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz