Michnik pił wódkę z Kwaśniewskim !!!

Redakcja miesięcznika Logo czasem wysyła mnie na fajne reportaże – załapałem się raz na udział w kursie dla dżentelmenów, organizowanym w szkockim zamczysku dla biznesmenów z awansu, którzy chcą unikać towarzyskich wpadek.
Jednym z elementów kursu była nauka publicznego przemawiania. Każdy z nas musiał przygotować jakiś spicz i wygłosić go przed resztą kursantów, pod czujnym okiem instruktorek.
Pomyślałem, że skoro słuchają mnie biznesmeni, to przygotuję spicz na temat, który może im się naprawdę przydać. Brzmiał on: „The Etiquette of Drinking Vodka in Poland and Russia”.
Poza różnymi praktycznymi poradami (że trzeba czekać na gospodarza, że nie popija się drobnymi łyczkami tylko w serii toastów, że nie nalewa się samemu), umieściłem – zgodnie z poradami instruktorek – kilka dowcipnych przerywników.
Jeden z nich brzmiał tak: „W naszej części Europy towarzystwo, w jakim się pije wódkę, ma znaczenie polityczne. Believe me or not, ale w moim kraju kwestia tego, z kim pił wódkę mój redaktor naczelny, jest w Polsce stałym źródłem politycznych konfliktów”.
Sala zareagowała rechotem w przewidzianym przeze mnie miejscu. Nie jestem więc takim najgorszym publicznym mówcą na świecie, choć instruktorki nie szczędziły słów krytyki wobec mojej przesadnej gestykulacji.
Pierwszy raz usłyszałem to gdzieś we wrześniu 1989. Było świeżo po przełomowych wyborach 4 czerwca. Nastrój radosnego annus mirabilis jeszcze w społeczeństwie nie wygasł. Cieszyliśmy się, że komunę szlag trafił i w jakiejś niezbyt długiej perspektywy mamy szansę na to, żeby zacząć zarabiać tak z tysiąc-dwa tysiące baksów i przestać uważać starego trabanta za przedmiot luksusowy.
Wtedy ktoś, kto był mi raczej krewnym niż znajomym, znacznie ode mnie starszy, solidaruch starej daty, przyniósł do gospodarstwa domowego tę hiobową nowinę: „Michnik podobno niedawno pił wódkę z Kwaśniewskim”!
Nie mogłem zrozumieć, co z tego. Nigdy w ogóle nie przepadałem za wódką, ani wtedy jako student, ani teraz jako bourgeois. Prawdę mówiąc, samo to, że ktoś pije akurat wódkę, a nie inne napoje, będące właściwym przykładem triumfu kultury gorzelniczej, piwowarskiej czy enologicznej, jest dla mnie zagadkowe.
Stukam te słowa w kraju, w którym za rzecz naturalną uważa się to, że dużym posiłkom towarzyszy wino. Łatwo więc zapewne byłoby tu sworzyć sieć społeczną typu „three degrees of separation”: każdy tu pił wino z kimś, kto pił wino z kimś, kto pił wino z kimkolwiek. Wystarczy, że odbył z nim jakiś biznesowy lancz albo kolację.
Tak poza tym mogą się nienawidzić. Mogą być politykami ze strasznie skonfliktowanych partii, albo biznesmenami walczącymi na śmierć i życie o ten sam rynek. No ale przy jakiejś okazji zjedli razem posiłek. I popili winem. I?
Wiem, że te słowa padają w próżnię, bo ludzie zaglądający na tego bloga raczej nie ekscytują się tym, z kim Michnik pił wódkę. Są wobec tego pytającego „i?” równie bezradni jak ja. No trudno.
Nadal wydaje mi się jednak, że podobny eksperyment jest bardzo pouczający: ktokolwiek jest w stanie, niech spróbuje przetłumaczyć na angielski niektóre najważniejsze polskie spory polityczne. A potem wyobrazić sobie, że usiłuje obcokrajowcowi wyjaśnić, dlaczego właściwie plemię zamieszkujące Bolandę tak bardzo ekscytuje się tym, co kto z kim pił.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz