Antykomunistyczni komuniści


Mój wywiad z szwedzkim trockistą ukazał się na papierze w formie lekko skróconej – pełna wersja poszła jednak na wyborcza.pl. Wyleciała niewielka ale jednak smaczna anegdotka o wieloletniej tradycji prawicowej bucerii z cyklu „prześladujecie nas tak jak Hitler Żydów” (pod koniec).
Oraz nazwisko nagrodzonego Złotym Krzyżem Zasługi trockisty Gorana Jacobssona. Odsiedział w polskim więzieniu pół roku za pomoc nielegalnej „Solidarności”. Czyli: za antykomunizm.
Ale Jacobsson przecież uważał siebie za komunistę! Jego partia dopiero w 1982 roku zmieniła nazwę z „Kommunistiska Arbetarförbundet” („Komunistyczna Liga Robotnicza”) na „Socialistiska Partiet”. Z sierpa i młota w nagłówku partyjnego organu „Internationalen” zrezygnowano jeszcze poźniej.
Wracamy w ten sposób do mojego ulubionego problemu nominalizmu: co nazywać komunizmem? Pewną abstrakcyjną ideę, bliską osobom odbierającym medale w polskiej ambasadzie? Bardzo proszę, ale jak wtedy nazwiemy ustrój, za zwalczanie którego te medale dostali? Socjalizmem? Bardzo proszę, ale jak wtedy nazwiemy ustrój, z którego oni te powielacze przywozili?
Jak wiadomo bywalcom, jestem radykalnym nominalistą. Nie wierzę w „prawdziwe znaczenia słów”, uważam, że decydować powinien nazewniczy pragmatyzm. Słowa na określenie abstrakcyjnych idei są mniej potrzebne od słow pozwalających nam niuansować różnice między Szwecją a PRL.
„Komunizmem” nazywam więc ten syf, który był tutaj, słowem „socjalizm” posługując się wobec wszystkich demokratycznych form kontynuacji tradycji II Międzynarodówki. Ta konwencja zawiedzie nas przy opisie zamierzchłej historii, do której przecież stan wojenny trafił już razem z Wiosną Ludów. Ale dobrze pasuje do współczesności.
Za praźródło „tego syfu” uważam własny wkład Lenina w tradycję Marksa, czyli porzucenie idei budowy masowej demokratycznej partii robotniczej (która dokona rewolucji) na rzecz koncepcji spiskowej awangardy, która rewolucji dokona nie oglądając się na nieświadome masy. Nic nigdy z takich pomysłów nie wychodzi.
Na Zachodzie wyszło zaś może nie idealnie, ale idealne mogą być tylko idee. Skandynawski model ma swoje wady, ale raczej nie jest to najgorsze miejsce do mieszkania.
Wycieczka do Sztokholmu pozwoliła mi sformułować hipotezę, że geografia miejskich peregrynacji bohaterów cyklu „Millennium” zdradza niechęć samego Larssona do szwedzkiego modelu. W reportażu piszę, jak sporo drogi bohaterowie Larssona potrafią nadłożyć żeby tylko ominąć modernistyczne centrum.
Żeby im to ułatwić, Larsson wymyślił nieistniejący sklep „MacJesus Shop przy Brännkyrkagatan”, w którym Salander „zawsze kupowała sprzęt i gdzie zawsze dostawała dobre zniżki”. Brännkyrkagatan to ulica przypominająca warszawską Brzozową, tam nie ma miejsca na sklep z laptopami. Według ustaleń Miss.Take (dzięki!), w Sztokholmie Macbooki kupuje się na Kungsgatan. A więc: w mateczniku modernizmu.
Hipoteza: niechęć do modernizmu to u Larssona wyraz niechęci do okresu szczytowej potęgi socjaldemokratów – kiedy realizowali kontrowersyjne projekty typu „Miljonprogrammet” albo burzyli centra miast po prostu dlatego, że mogli.
Budynki, które Larsson opisuje z aprobatą (loft Salander i mieszkanie Blomkvista), są bardzo mieszczańskie. Indywidualne. Fikuśne. Knajpa Kvarnen, w której się spotykają, zachowała wystrój z 1908 roku.
Hipoteza: Larsson sytuując się na lewo od tego systemu, nie lubił go za traktowanie ludzi jak bezwolnej masy, którą państwo powinno przetwarzać jak surowiec w fabryce. Dlatego nie podobał mu się Miljonprogrammet i traktowanie osób chorych psychicznie, których kolektywne cierpienie symbolizuje Salander.
To taka luźna dywagacja z pogranicza psychogeografii, politologii i analizy dzieła literackiego. Nie upieram się, wiem że mam wśród blogokomentatorów miłośników modernizmu. I ja go właściwie też lubię, bo wszelka architektura jest fajna do oglądania. Nawet hotel Gołębiewski i pałac Czauczesku.
Obejrzeć, obfocić, obśmiać – OK. Tylko ja potem wolę wrócić na kolację i nocleg do jakiegoś normalnego miejsca.
PS. Wycieczkę odbyłem także do Hudiksval, miasteczka, które wyszło mi na najbliższy odpowiednik fikcyjnego powieściowego Hedestad. Na cmentarzu odkryłem ślad infiltracji Skandynawii przez tajną organizację Oddfellows! Stąd zdjęcie. Od razu się przyznam: w życiu o niej przedtem nie słyszałem, a hasło z Wiki nawet ciekawe.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz