Macki Jachowicza

Sam mam wiele zastrzeżeń co do obecności Art 212 w Kodeksie Karnym, ale to nie w nim leży problem redaktora Jachowicza. Gdyby pomówiony przez niego pułkownik SB wytoczył proces cywilny, finansowo byłoby to dla Jachowicza jeszcze bardziej bolesne.
Tendencja orzecznictwa w przypadkach pomówienia w mediach ostatnio jest przecież taka, że sąd zasądza wykupienie obowiązkowych przeprosin w formie płatnych ogłoszeń. Wyszłoby to dla Jachowicza znacznie drożej od tych 16 tysięcy. Bo to, że proces musiałby przegrać, nie ulega wątpliwości.
To charakterystyczne, że broniąc się w publicznym apelu nie przytacza swojego „komentarza” z „Dziennika”, który stał się przedmiotem sprawy. Komentarza już nie ma na stronie dziennik.pl, cytuję go za stroną „Przeglądu”.
Zamiast odnieść się do meritum Jachowicz komentuje wiek i płeć sądu: „Młoda, bo trzydziestokilkuletnia sędzina, wydała wyrok nie mając pojęcia o mechanizmach, jakimi rządzą się służby specjalne i jej funkcjonariusze”, co samo w sobie już jest smutne.
Drogi kolego, sąd nie musi znać „mechanizmów jakimi rządzą się służby specjalne” do orzekania o tej sprawie tak samo, jak nie musi mieć doktoratu z fizyki kwantowej w sprawie o pomówienie profesora CERN. W postępowaniu karnym sąd stara się ustalić prawdę materialną, to wystarczy.
Ta w tym przypadku wygląda tak: w komentarzu do amerykańskiego wyroku w sprawie Mazura zatytułowanym „Macki sięgnęły Ameryki”, Jachowicz zawarł bardzo poważne oskarżenia pod adresem osoby, którą wymienił z imienia i nazwiska.
„Wpływ na wczorajsze postanowienie sądu w Chicago miała zapewne delikatna misja, jaką zlecono byłemu oficerowi SB, a później UOP i ABW płk. Ryszardowi Bieszyńskiemu. Bieszyński – przypomnijmy – pojechał specjalnie do USA, by stanąć za balustradą dla świadków obrony Mazura. Tylko naiwni mogą wierzyć, że były esbek z własnej nieprzymuszonej woli zrobił wszystko, by Mazur nie znalazł się w Polsce.
Także wcześniej Bieszyński był nadzwyczaj aktywny. Docierał wszędzie. W lutym 2002 r. w gabinecie prokuratora krajowego zapewniał o niewinności Mazura. A kilka miesięcy wcześniej próbował niemal szantażem nakłonić wdowę po generale Papale do wzięcia na siebie roli żonobójczyni. Robił wiele, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw”.
Jakie będzie pierwsze zadanie sędziego, który będzie analizować taki tekst? Sprawdzić, jakie podstawy autor artykułu miał do oskarżenia kogoś o „niemal szantaż”, „robienie wiele, aby prawda nie wyszła nigdy na jaw”, a wszystko w ramach „delikatnej misji, którą ktoś mu zlecił”.
Gdyby Jerzy Jachowicz mógł te oskarżenia uzasadnić konkretnymi dowodami, zebranymi w wyniku żmudnego śledztwa dziennikarskiego – wyszedłby z sali sądowej jako triumfator. Najwyraźniej nie miał, skoro ich nie zademonstrował.
Ale w takim razie nie powinien był pisać takiego komentarza. Oskarżenie konkretnej osoby o przestępstwo nie powinno w ogóle mieć miejsca w komentarzu, felietonie tak jak w prognozie pogody czy recenzji filmowej – jedynym właściwym gatunkiem dziennikarskim na coś takiego jest solidnie udokumentowany reportaż śledczy.
Przyznajmy Jachowiczowi pełny „benefit od the doubt”, nawet lepszy od takiego, jaki mu dają kodeksy. Załóżmy, że rzeczywiście bohater jego komentarza winny jest wszystkiego tego, co Jachowicz mu przypisuje, był macką sięgającą Ameryki, a do tego jeszcze odpowiada za koklusz i gradobicie. Skoro jednak nie ma na to dowodów – nie ma prawa tego napisać w gazecie.
Od uczciwego reportera śledczego człowiek może usłyszeć takie sformułowanie: „wiem więcej, niż mogłem napisać”. Albo: „tak prywatnie to mam swoje hipotezy, ale nie ma dowodów, więc nie ma tematu”. Nieuczciwy beztrosko będzie chlapać oskarżeniami, a w razie przegranego procesu podniesie krzyk, że prześladują go politycznie.
Polska, jak każdy kraj demokratyczny, potrzebuje reporterów śledczych. Takich prawdziwych, poszukujących twardych dowodów i konkretnych kwitów na uzasadnienie swoich tez. Ślęczących godzinami nad dokumentami spółek i sejmowymi stenogramami. Biegających między KRS, archiwum i spotkaniem z anonimowym informatorem.
Jerzy Jachowicz kiedyś takie coś uprawiał. Dołączył do prawicowych publicystów i niestety przyjął ich standardy, czyli risercz ziemkiewiczowski, w którym szukanie dowodów zastępuje beztroskie „przecież wszyscy wiemy, jak było”. To argumenty wystarczające dla prawicowych gazet i portali, niestety nie dla sądu. O czym sam Ziemkiewicz wie najlepiej.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz