O umowach śmieciowych

W mediach często spotykam ostatnio apele, by nie używać określeń „umowy śmieciowe”. Zamiast tego proponuje się określenie „umowy cywilnoprawne”. Będę je nadal nazywał „śmieciowymi”, oto krótkie uzasadnienie.
Umowy śmieciowe stosuje się dla obejścia prawa pracy. Zgodnie z nim każda umowa, w której ktoś pracuje „w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę” i „pod jego kierownictwem”, jest umową o pracę „bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy” (cytaty pochodzą z art. 22 kodeksu pracy).
Nie mam oczywiście nic przeciwko umowym cywilnoprawnym zawieranych przez prawdziwych wolnych strzelców. Powiedzmy, ktoś ma małe studio graficzne, opracowujące projekty dla różnych zleceniodawców – niech się z nimi umawia jak chce, nikomu nic do tego.
Jednak tam, gdzie mamy łamanie lub obchodzenie art. 22 kodeksu pracy, tam na pewno nie mamy umowy cywilnoprawnej. Art. 58 kodeksu cywilnego mówi, że „czynność prawna sprzeczna z ustawą albo mająca na celu obejście ustawy jest nieważna”.
Ponieważ pracodawca najczęściej zmusza pracownika do podpisania takiej umowy stosując prawo kaduka, mogę ewentualnie zgodzić się na określenie „umowy kadukoprawne”, „umowy haraczowe”, „umowy bandyckie” czy „umowy bezprawne”. Jako osoba z natury umiarkowana wolę kompromisowe określenie „umowy śmieciowe”.
Prawo pracy nie wzięło się znikąd. Chroniąc pracownika i pracodawcę przed niespodziewanym rozwiązaniem stosunku pracy, ułatwia im obu inwestowanie w kapitał ludzki.
W typowej sytuacji pracownik z czasem nabiera większej wartości dla swojego pracodawcy, bo poza skrajnymi przypadkami zawodów nie wymagających absolutnie żadnych kwalifikacji (jak prezes, poseł czy dziennikarz), doświadczenie nabyte choćby przez kilka miesięcy procentuje pracą wydajniejszą, bezpieczniejszą, lepszej jakości. Inwestycja w kapitał ludzki też przynosi odsetki.
Pracodawca zatrudniający na śmieciówkach musi się liczyć z tym, że pracownik z dnia na dzień może przestać przychodzić do pracy – nie ma więc powodów, by inwestować w jego ludzki kapitał. I odwrotnie, pracownik wiedząc, że w każdej chwili może być zwolniony, nie ma zachęty do podnoszenia kwalifikacji.
Pojęcie „umowy śmieciowej” dobrze więc metaforycznie opisuje wzajemną relację. Pracodawca proponując taką umowę pokazuje pracownikowi, że traktuje go nie jak cenny kapitał ludzki, tylko jak śmiecia. Pracownik byłby w tej sytuacji szalony, gdyby swoje śmieciowe zatrudnienie traktował serio – powinien raczej odwalać byle jaką chałturę i szukać lepszej oferty gdzie indziej.
Ofiarą tej śmieciowej relacji w pierwszej kolejności pada konsument, któremu w banku śmieciowy doradca źle wytłumaczy warunki oferty, w sklepie nieuprzejmie go potraktuje śmieciowy sprzedawca, śmieciowa infolinia nie będzie umiała rozwiązać jego problemu, a na deser dostanie po oczach błędem ortograficznym od śmieciowego środka masowego przekazu.
Gniew konsumenta, na razie skierowany pod adresem „idiotki z infolinii” czy „analfabety z portalu”, obróci się w końcu przeciwko przedsiębiorcy, który zapłaci za tę oszczędność swoją reputacją. Przedtem jednak ofiarą śmieciówki padnie pracownik, któremu nie dano szansy na życiową stabilizację, umożliwiającą rozwój zawodowy i osobisty.
W ostateczności za śmieciowe umowy zapłaci społeczeństwo, bo zaludniać je będą śmieciowi obywatele – pozbawieni ustawowego prawa do rozwoju i wypoczynku, nie mający czasu ani środków na czytanie książek czy chodzenie do kina. Życie społeczne zastąpi im sport i plotki o celebrytach. To się przecież już dzieje.
W szerszej perspektywie umowy śmieciowe są więc marnowaniem ogólnospołecznego kapitału ludzkiego dla krótkoterminowego zysku pracodawcy. Płacimy za to wszyscy, także szczęśliwcy na legalnych etatach – bo marnowanie kapitału ludzkiego uderza w całe społeczeństwo. Jak ludzie pracujący na śmieciówkach mają choćby zakładać rodziny?
Przeciwnicy tego określenia apelują o nieużywanie go, bo to określenie nie jest neutralne. Piętnuje i stygmatyzuje tę formę zatrudnienia. Otóż z przyczyn wyłożonych powyżej, zamierzam je piętnować i stygmatyzować, bo umowy śmieciowe na nic innego nie zasługują.


Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz