Pater noster, qui es in caelis

Lata 80. były dla mnie bardzo istotną dekadą, pełną życiowych punktów zwrotnych. Jak to nastolatek, dużo myślałem o Bogu (i doszedłem do wniosku, że to jednak jakaś ściema musi być), dużo obcowałem też z zachodnią popkulturą (i doszedłem do wniosku, że jest strasznie fajna).
Dzisiejsza młodzież z soundhoundami na smartfonach nigdy nie zrozumie tego uczucia epifanii, jakim dla nastolatka z lat 80. było niespodziewane zrozumienie tekstu obcojęzycznej piosenki pop. Majowy ranking od czapy poświęcę piosenkom, w których nagle uświadomiłem sobie miłe memu sercu bluźnierstwo – rany boskie, cytują „Ojcze nasz”!

Ta piękna modlitwa była pierwszą, jaką poznałem w języku angielskim. Od razu w całości, za to nie od razu. Trudno przecenić wpływ przełomowej płyty „Upstairs at Eric’s”, debiutanckiego albumu duetu Yazoo.
Słuchałem jej w kółko, starając się zrozumieć to, co śpiewa Alison Moyet. To jest głos, na którym łatwo się zresztą zafiksować. Głosy w tle – opisane na płycie jako „extra chit-chat” (z okładki tej płyty poznałem słowo „chat”!), puszczałem mimo uszu.
I ta epifania: RANY BOSKIE, TO PRZECIEŻ OJCZE NASZ! Już nie pamiętam, co zrozumiałem najpierw, „thy kingdom come” czy „thy will be done”, ale to był oczywiście klucz do całej reszty. I tak w ciągu sekundy nabrałem umiejętności modlenia się po angielsku, choć nie zamierzałem się wtedy już modlić w żadnym języku.

Retroaktywnie zrozumiałem wtedy tytuł „Hallowed Be Thy Name” Iron Maiden. Jak się państwo domyślają, dla nastolatka rozpoczęcie słuchania Yazoo oznaczało zakończenie słuchania metalu, a więc: postrzyżyny. No bo albo-albo, tak to postrzegaliśmy w młodości i stąd na starość nasza fascynacja mash-upami.
Kiedy słuchałem ajronów, byłem na ociupińkę wcześniejszym etapie rozwoju życiowego, niż kiedy zacząłem słuchać Yazoo. Z piosenek hardrockowych i heavy metalowych rozumiałem co dziesiąte słowo, bezradnie kombinując ze słownikiem Stanisławskiego („Shot Down In Flames” – „Mienię się w dole kolorami?”; „Mob Rules” – „Zasady poruszania się w tłumie?”).
O co chodziło w tych piosenkach, odkryłem już kiedy przestały mieć dla mnie tak duże znaczenie (jakim rozczarowaniem byłoby zrozumienie „Smoke On The Water”, kiedy jeszcze mnie to obchodziło!). No cóż, główną zaletą Iron Maiden nie były nigdy dobre teksty – ale nawet teraz doceniam, że to świetny kawałek, zwłaszcza w tym najlepszym momencie, kiedy trzy gitary napierdalają unisono. Tum-tudududum, tudududum, dududum, dududum dudududu…

Pisałem już kiedyś o napisanym do szuflady pomyśle na musical o latach 80., z piosenkami z lat 80. Wymyśliłem sobie, że znalazłaby się tam inna piosenka, cytująca inny fragment „Ojcze nasz”. Piękne słowa „nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego, amen”.
„Pokusa” ma tyle samo sylab po polsku i po angielsku, „nie wódź nas na pokuszenie” da się chyba wpisać w chórek tej piosenki, stąd pomysł układu choreograficznego, w którym główny bohater (ofkorsjalistycznie, nastolatek w latach 80.) wyznaje swoim przyjaciołom, że nie umie panować nad swoimi pokusami, śpiewając właśnie ten utwór (z chórem akompaniującym „PO-KU-SA!”).
Sam w sobie nie jest jakoś super, ale doceniam, że pan Glenn Gregory – choć używa słowa „desire” – nie zrymował go ze słowem „fire”, bo tego nienawidzę. Latający potwór spaghetti zbawił go ode złego! Amen.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz