Wąsacz na autostradzie

Komentarze pod poprzednią notką zmusiły mnie do przerwania milczenia i odniesienia się do wyjątkowo niemądrego tekstu w „Dużym Formacie” o wąsaczu na autostradzie.
Wąsactwo jest zjawiskiem, o którym piszę na blogu od dawna. Naturalnie, nie chodzi o samo owłosienie twarzowe (choć akurat tutaj Marek Grocholski pasuje do stereotypu), tylko o skłonność do robienia pozornych oszczędności, które w rzeczywistości okazują się bardzo kosztowne.
Przyjrzyjmy się tej opowieści. Celem bohatera było dotarcie wraz z małżonką do Marsylii do „siostrzenicy, która tam studiuje”. Jak taki cel realizuje osoba rozsądna?
Ano, odpala expedię albo inną wyszukiwarkę cen połączeń (jest tego od grzyba). Przy założonym przez bohatera budżecie na podróż („biorę 2 tysiące z kasy zapomogowo-pożyczkowej”),  da się znaleźć dwa bilety lotnicze.
Z tego, co napisał bohater, założenia budżetu przekroczył dwukrotnie (wyszło 4 tysiące na dwie osoby), a celu nie osiągnął. Wini za to swoje ubóstwo „Zachciało mi się czegoś, na co nie było mnie stać. Mój prywatny problem. Owszem, ale nie tylko mój – problem całych narodów i grup społecznych”.
To klasyczny problem „biedny bo głupi czy głupi bo biedny”. Być może to właśnie bieda sprawia, że bohater nawet nie wie o istnieniu wyszukiwarek tanich połączeń lotniczych (co nie musi oznaczać „tanich linii lotniczych” – duże linie wiedząc, że muszą konkurować z tanimi, co chwila robią promocje w stylu „tania środa”).
Faktem jest jednak, że cztery tysiące spuszczone z rynsztokiem raczej nie pomoże mu w wyrwaniu się z biedy. Ja bym na jego miejscu się załamał, wydawszy taką sumę na kompletne zmarnowanie.
Rozumiem, wydać na podróż – ale taką prawdziwą, a nie przerwaną powrotem na lawecie, razem z rozwaleniem samochodu potrzebnego do codziennej eksploatacji. W odróżnieniu od Marka Grocholskiego nie stać mnie na takie ekstrawagancje, za mało zarabiam.
To nie jest kwestia biedy. Sam  długo byłem biedny i pewnie zaraz znowu będę, w miarę jak umiera mój zawód. Jak mnie nie było stać na samolot – jechałem autokarem. Dlaczego Grocholski nie umie tak tego potraktować?
Opis jego wyprawy razi straszną niegospodarnością. „Jedzenie na tydzień zabieramy z Polski. Menażki, łyżki, palnik gazowy, plastikowe flaszki z wodą”. Po co?
OK – niech będzie, że kogoś kręci gotowanie w warunkach polowych. Ale po co „plastikowe flaszki z wodą”? Na całej trasie opisanej przez Grocholskiego, woda zdatna do picia jest praktycznie w dowolnym kranie.
W Austrii w ogóle co kran, to najczystsza górska mineralna (także w Wiedniu i okolicach, o co zadbała rządząca tym miastem lewicowa ateistyczny komunistyczno socjalistyczno ekoterrorystyczna cywilizacja śmierci). We Francji i Włoszech bywa różnie, ale w każdej miejscowości mamy jakiś publiczny zdrój z wodą pitną (i wyraźnie oznakowane krany z „aqua non potabile”).
Najbardziej absurdalny jest upór bohatera, żeby jechać autostradami. Im dalej od autostrady, tym taniej. To dotyczy wszystkiego: paliwa, jedzenia, serwisów, noclegów.
We Włoszech czy Francji jadąc „route nationale” albo „strada statale” mamy szansę robić zakupy w sklepach dla lokalsów. Sens wiezienia „zapasu smalcu i kiszonych ogórków na tydzień” kompletnie znika, kiedy możemy kupić przepyszne pomarańcze za euro kilogram i litr oliwy za dwa pięćdziesiąt.
Przede wszystkim zaś wyruszanie rozsypującym się samochodem w podróż po autostradzie naprawdę nie ma sensu. Pokutuje u nas przekonanie, że w trasie samochód się mniej zużywa, ale to nie do końca prawda.
Autostradowe prędkości oznaczają stałe utrzymywanie silnika w obrotach, których w zwykłej eksploatacji nie przyjmuje przez dłuższy czas. Do tego alpejskie wysokości i śródziemnomorskie temperatury stwarzają wyzwanie dla systemu smarowania i chłodzenia (oraz klimatyzacji, jeśli mamy takową).
To znaczy, że jeśli samochód dotąd tylko lekko brał olej, to przy podjeździe pod Villach będzie nim tryskać. Jeśli płyn chłodniczy tylko co jakiś czas trzeba było uzupełniać, to teraz nam cały wyleci. I tak dalej.
I wcale nie trzeba być jakimś bardzo bogatym, żeby o tym wszystkim wiedzieć. Odwrotnie, świadomość tego, jak to wszystko działa, to podstawa wygrzebywania się z biedy. Inaczej nawet modlitwy do Najświętszej Panienki, którymi salwowali się Grocholski z małżonką, nie pomogą.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz