Precz z macicą

Strasznie dawno temu napisałem tekst o Polsce jako o kraju wrogim macierzyństwu. Agnieszka Graff krytykowała go w książce „Świat bez kobiet” za to, że używałem słowa „macierzyństwo” tam, gdzie według Graff powinno być „rodzicielstwo”.
Teoretycznie miała rację, bo w tekście odwoływałem się głównie do własnych doświadczeń z wędrowaniem przez Warszawę z wózkiem dziecięcym. A to były lata dziewięćdziesiąte, kiedy pod każdym względem było gorzej niż teraz.
Czarę goryczy przelał ochroniarz w Zuju, który mnie nie wpuścił, motywując to nieprzystosowaniem budynku na potrzeby osób z wózkiem. Opisywałem jednak inne swoje doświadczenia, pokazujące, że osoba opiekująca się małym dzieckiem jest skazana albo na niewychodzenie z domu, albo na nieustające upokorzenia.
Wtedy jeszcze – jak to zauważyłem z goryczą – jedyna znana mi w Warszawie toaleta przystosowana do przewijania niemowląt, była na lotnisku. Już za odprawą paszportową, a więc i tak jakby za granicą.
W rezultacie jeśli na spacerze z niemowlęciem pojawiła się konieczność zmiany pieluchy, trzeba to było zrobić na ławce w parku. I przecież nie da się tego zrobić, żeby chociaż jeden debil nie wyjechał z tekstem, że kto to widział, brudne pieluchy w publicznym miejscu zmieniać.
Teraz jest lepiej. Unia wymusiła na nas dostosowanie architektury do potrzeb osób na wózkach – a więc w bonusie także osób z wózkiem niemowlęcym.
Toalety przystosowane do przewijania są teraz w byle centrum handlowym (których wtedy nie było wcale). Trzeba tylko się pogodzić z tym, że na pewno napotkamy tam choć jednego debila gardzącego mamusiami, które spacerują z dzieckiem po centrum handlowym, zamiast czytać Kanta.
Ba, nawet z tym Kantem jest już znacznie lepiej. Toalety przystosowane do przewijania niemowląt są w nowej siedzibie BUW. Za moich czasów studenckich – nie do pomyślenia.
Student(ka) z dzieckiem w wózku czy nosidełku może więc teraz porobić notatki w bibliotece. Choć bądźmy szczerzy, na pewno spotka choć jednego debila od „kto to widział, z niemowlęciem do czytelni, to jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam”.
Niby wszystko się zmieniło na lepsze. Ale nienawistny rzyg Mikołejki przeciwko „wózkowym” uświadomił mi, że plus ca change, plus c’est la meme chose. Są ludzie, których zadowoliłoby tylko zamknięcie wszystkich matek z dziećmi za kratami.
No właśnie, matek czy rodziców? Im lepsza sytuacja uogólnionej „osoby z dzieckiem”, im mniej taka osoba napotyka na swojej drodze obiektywnych przeszkód w rodzaju schodów czy braku przystosowanej toalety, tym więcej mnoży się przeszkód sztucznych, wynikających już z czystej, bezinteresownej wrogości społeczeństwa. Wrogości do kogo?
Przykładem choćby nagonka na ladacznice obnażające się w miejscu publicznem celem dokonania odrażającego aktu nakarmienia niemowlęcia. W jakiej parafii chrzczą debili, którym przeszkadza widok karmiącej matki? Pod wezwaniem świętego Mizogyna, oczywiście.
Im bardziej te przeszkody są sztuczne, tym wyraźniej widać, że chodzi o wrogość wobec kobiet, a nie wobec rodziców. Ojciec z niemowlęciem budzi aprobatę, matka – coś między obojętnością a wrogością. „To ich durne puszenie się świeżym macierzyństwem, które uczyniło z nich – przynajmniej we własnym mniemaniu – królowe balu” – nienawiść Mikołejki nie jest przecież genderowo neutralna.
To wcale nie jest paradoks, że sekundują mu w niej niektóre kobiety. Strategią przystosowawczą   dyskryminowanych czasem jest obrona własnej niszy na drabinie dyskryminacji, a w konsekwencji całego chorego systemu wartości, który ją uzasadnia.
To więc ubolewania godne, ale niestety naturalne, że na młodą matkę w bibliotece inna kobieta fuknie, że ona sobie lepiej radziła w podobnej sytuacji (bo na przykład szczęśliwie mieszkała w jednej miejscowości z niepracującą babcią, a to przywilej dostępny absolutnie każdemu).
Smutne tylko, że chociaż niby wszyscy wiedzą, że bez demograficznej zastępowalności wpakujemy się w katastrofę – całe społeczeństwo zdaje się mieć matce za złe to, że ośmieliła się urodzić dziecko.
Zamiast dżentelmeńsko ułatwiać jej w związanych z tym trudach, chcemy jej dokładać utrudnień. Zwymyślamy ją za nieczytanie Kanta w piaskownicy, a na koniec powiemy, że jest wyrodną matką, bo nie pasuje do jakiegoś urojonego ideału. Polska nadal jest krajem wrogim macierzyństwu, jak 15 lat temu.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz