Za naszą i waszą

Wordl War Three

Kupiłem tę książkę w antykwariacie w Tucumcari. Przepraszam, że pojechałem w stylu podróżniczych felietonów Zanussiego, ale im bardziej mój zawód umiera, z tym większą rozkoszą rozpamiętuję jego najprzyjemniejsze aspekty. Do których z pewnością należy możliwość plądrowania antykwariatów w dziwnych miejscach.
Kosztowała $4.50, przecenione z $5.95. Hardcover, 415 stron. Widać, że miała przede mną jakiegoś czytelnika, ale nie był to niszczyciel książek taki jak ja.
Książkę w 1978 ułożył ważny angielski generał, Sir John Hackett, GCB CBE SDO and Bar MC MA Blitt LLD (shittin’ ya I am not, takimi literkami jest opisany w blurbie), wraz ze swoimi współpracownikami takimi jak np. „Air Chief Marshal Sir John Barraclough KCB CBE DFC AFC” (s.i.c). Jest napisana tak, jakby przyszły historyk wojskowości analizował trzecią wojnę światową, która wybuchnęła w sierpniu 1985 roku.
Stąd tytuł – „The Third World War. August 1985”. Jest napisana nudnym, wojskowym językiem i pełna skrótowców takich jak CENTAG, SACEUR, MTLB, RCRIP czy zgoła UNFISMATRECO. Orgia dla miłośników tagu #rapiery. Nadaje jej to specyficznego uroku, którego nie może mieć zwykłe apokaliptyczne sf.
Wojna miała mieć dużo wspólnego z Polską. Zaczęło się od zwycięstwa w wyborach w USA ultrakonserwatywnego prezydenta Thompsona (po drugiej kadencji Cartera). Dla pozyskania głosów Polonii, Thompson rzucił podczas kampanii luźną uwagę, że gdyby w Polsce doszło do antykomunistycznego powstania, jego administracja nie zostawiłaby Polaków własnemu losowi.
Deklaracja wywołała w Polsce zamieszki. Cytuję: „By 12 November factories in several provincional cities of Poland were under workers’ control, flying the prewar flag of Poland with the communist insignia torn out”.
Tyle skrótów, a generał Hackett nawet nie znał flagi kraju, z którym przyszłoby mu toczyć ewentualną trzecią wojnę światową w rzeczywistości. Co troszkę jednak przeraża, jeśli pamiętać, że tacy ludzie do dzisiaj planują inwazje na jakiś dajmy na to Afganistan. Aż sobie wizualizuję generała w NATO robiącego facepalma „jak to, to nie są Arabowie?”.
Zamieszki w Polsce eskalują do wojny domowej (opisując ją, autorzy znów kompromitują się nieznajomością realnej struktury władzy w PRL – wydaje im się, że „mayor of Wrocław” to była naprawdę osoba władająca Wrocławiem!). Niepokój przenosi się na inne demoludy.
Rosjanie dochodzą do wniosku, że bez radykalnych działań stracą całe imperium. 4 sierpnia zaatakowali na całym froncie niemieckim, starając się początkowo ukryć to, że główny impet kierują na oś Hamburg-Brema-Amsterdam. Działały tu elitarne jednostki, wśród których autorzy wymieniają polską szóstą pomorską i radziecką trzecią uderzeniową.
Planem było przekroczenie Renu w Beneluksie i okrążenie NORTHAG i CENTAG szybkim manewrem. Plan prawie się udał, Armii Czerwonej udało się zająć Amsterdam, ale wojska NATO w ostatniej chwili się przegrupowały i ofensywa ugrzęzła na linii Mozy.
Zmodernizowane lotnictwo i siły pancerne NATO, zaczęły wygrywać wojnę na wyniszczenie (zdaje się, że książkę napisano dla lobbowania za zwiększeniem wydatków na tę modernizację). Zdesperowani Rosjanie odpalili SS-17 na Birmingham, Brytyjczycy i Amerykanie odpowiedzieli zniszczeniem Mińska.
Satelici Kremla, rozwścieczeni rozpętaniem wojny atomowej bez konsultacji, zaczynają się buntować. Pomagają im w tym polscy kryptolodzy (ze swoją „great signals expertise such as the Enigma disclosures had revealed”), którzy ustawili linie łączności nieprzeniknione ani dla Kremla, ani dla NATO.
W Polsce tymczasem ma miejsce błyskawiczny Okrągły Stół – „in typical Polish fashion the authorities and the underground had known perfectly well how to get in touch with each other for some time past”. Za Polską kolejne demoludy i republiki radzieckie deklarują zerwanie z Kremlem. To koniec wojny.
Książka kończy się konferencją EWG w Kopenhadze z 1987, na której rządy debatowały o tym, jak uniknąć gettoizacji kontynentu, który w Monako zgromadzi milionerów, a w Warszawie nędzarzy żyjących z zasiłku. Jedynym konkretnym pomysłem, jaki przychodzi do głowy autorom, jest promocja telepracy.
Książka przede wszystkim uświadamia, jak bardzo świat się zmienił od 1978, kiedy ją pisano. Jak dziwnym science-fiction byłaby wtedy wizja dziennikarza z Polski, kupującego książki w Tucumcari i opisującego to na tzw. „blogu”…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz