Trotyl, nitrogliceryna i różne pyszności

Dla bliższego zrozumienia afery trotylowej proponuję przypomnieć sobie artykuł Cezarego Gmyza „Internet mógł się narodzić w PRL” sprzed 3 lat.
Ten tekst pokazał, że Gmyz jest osobą, która zabiera się za opisywanie historii łączności cyfrowej, choć nie zna pojęcia „dalekopisu” (w artykule była hilaryczna wzmianka o tajemniczym urządzeniu zwanym „teletype”, będącym „rodzajem elektrycznej maszyny do pisania”).
Z tego tekstu można było odgadnąć okoliczności, w jakich powstał. Jakiś stary ubek przechwalał się Gmyzowi baśniami o niebywale ważnym projekcie w swoim dorobku, a Gmyz we wszystko uwierzył, bo po prostu nie umiał tych baśni zweryfikować w świetle stanu techniki (nie wiedział nawet, że Internet narodził się w USA dekadę wcześniej, więc nie mógł się w PRL rodzić po raz drugi).
I pewnie w podobnych okolicznościach powstała się bomba nitroglicerynowo-trotylowa. Ja w to nie wątpię, że Gmyz miał jakieś „źródła”. Możliwe, że nawet cztery, czemu nie.
Tylko że cały ten pseudonaukowy bełkot o „zagęszczonych jonizowanych cząstkach wysokoenergetycznych” pokazuje, że całe to towarzystwo to kwiat chumanistyki polskiej.
Lem kiedyś podał jej definicję jako „ludzi dumnych z tego, że nie rozumieją, dlaczego prąd płynie dwoma kablami, a nie jednym”. Podobnie dumni są z tego, że nie wiedzą, co to jest – powiedzmy – „masa molowa”.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz wygląda moim zdaniem tak, że mamy tu do czynienia z chumanistycznym głuchym telefonem. Informator Gmyza (np. ktoś z prokuratury) usłyszał od techników przeprowadzających analizy coś, czego sam nie zrozumiał, po czym przekazał to Gmyzowi, w którego uszach zrobiła się z tego zjonizowana wysokoenergetyczna maszyna do pisania.
I pognał pisać. W redakcji nie mieli nikogo, kto by to sprawdził, no bo kogo w redakcji „Rzeczpospolitej” podejrzewalibyśmy o rozumienie chemii na poziomie szkoły średniej. Talagę? Wróblewskiego? Zarembę? Wildsteina? Może kogoś ze sportu?
To charakterystyczne, że kiedy już do nich dotarło, jak bardzo się wygłupili, zrobili ucieczkę do przodu – dalej brnąc w chumanistykę. „Trotylu nie znaleziono, ale znaleziono materiały, które mogły wchodzić w skład trotylu” – oświadczył Wróblewski, najwyraźniej nieświadomy, że trotyl składa się wyłącznie z trotylu. To nie jest mieszanka, to związek chemiczny (ciekawe swoją drogą, czy ktoś w „Rzeczpospolitej” rozumie różnicę).
Z paranaukowego bełkotu Gmyza i Wróblewskiego trudno odgadnąć, jak właściwie wyglądała pierwotna informacja o podejrzanych wskazaniach. Ciągłe wzmianki o jonach (które Macierewicz nawet umie „zagęszczać”! szacun, zią!) sugerują, że może chodzić o spektrometrię mas, w której substancje oddziela się według masy molekularnej (ściślej rzecz biorąc, stosunku m/q).
Oczywiście, substancji mających masę molekularną zbliżoną do trotylu jest wiele. Podejrzewam jednak, że tu nigdy nie chodziło o trotyl. Tak se po prostu Gmyz chlapnął, no bo trotyl, semtex, co za różnica.
Niespecjalnie się interesuję chemicznymi badaniami katastrofy, bo one niczego nie mogą rozstrzygnąć. Sam, gdybym planował taki zamach, skonstruowałbym bombę z czegoś, co nie zostawi nienaturalnych śladów (na przykład z węglowodorów). Brak śladów niczego więc nie rozstrzygnie.
Z wypowiedzi prawicowych publicystów, blogerów i polityków wynika, że wyobrażają sobie chemię analityczną jak w CSI. Wkładamy próbkę do Maszyny Robiącej Ping i ona nam wszystko sama wykrywa.
To nigdy nie jest takie proste. W zależności od tego, co dokładnie chcemy wykryć lub oznaczyć (to nie to samo – analiza jakościowa i analiza ilościowa to już dwa różne zagadnienia), jaka dokładność nas interesuje, z czym mamy do czynienia (gaz? ciało stałe? organiczne czy mineralne?), trzeba stosować różne techniki, z których każda ma swoje zalety i ograniczenia.
Wyniki powinna opracywować osoba, która jest świadoma tych ograniczeń. Prawdopodobnie ktoś, kto ich nie rozumiał, przekazał przeciek o „zagęszczonych energetycznych jonach” Gmyzowi. Ten zaś nie zniżył się do konsultowania z kimś, kto ma jakąś wiedzę o chemii, od razu pognał publikować niusa.
Wierzę mu, gdy mówi, że ufa swoim źródłom. Nie podejrzewam go o kłamstwo. Zaobserwowałem jednak, że potrafi napisać tekst o historii sieci komputerowych bez znajomości pojęcia „dalekopisu”. Teraz zaś napisał tekst o chemii nie rozumiejąc pojęcia „molekuły”. Stąd całe zamieszanie.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz