Now Playing (146)

Powiedzieli mi, o czym jest ta płyta – narodziny, śmierć i wszystko między nimi. Szczerze mówiąc, pomyślałam, że to raczej pretensjonalne. „Czego ode mnie chcecie?”, spytałam. „Jeszcze nie wiemy”.

Dave powiedział mi tylko, że chce, żebym brzmiała „emocjonalnie”. Zaczęłam śpiewać „ooh-aah, baby, yeah, yeah”. Oni na to: „nie, gdyby nam o to chodziło, wzięlibyśmy Doris Troy”. Pamiętam, że myślałam, że to nie prowadzi donikąd i może czas im już podziękować za zaproszenie.
I wtedy pomyślałam – może powinnam udawać, że jestem instrumentem?

 

Wspomnienie Clare Torry z nagrywania z Pink Floyd „The Great Gig in the Sky”, wspaniałego zakończenia pierwszej strony „The Dark Side of the Moon”, przytaczam tu z lekkimi skrótami za książką Johna Harrisa. Od 2005 roku ten wspaniały utwór jest już podpisywany „Wright/Torry” i jak widać z powyższego, sesyjna wokalistka miała realny kreatywny wkład w jego ostateczną formę.

Jej honorarium wynosiło 30 funtów (inflacja z grubsza razy 10). Na milionach kopii tej płyty jako jedyny kompozytor utworu nieprawdziwie podawany był przez wiele lat Richard Wright. Wśród tych sprzedanych egzemplarzy był także ten, który Torry kupiła sobie za własne pieniądze z ciekawości.

Chciała sprawdzić, czy wykorzystano jej głos. Podczas samego nagrania nikt jej nie powiedział, że się udało. Zlana potem Torry w końcu wykrztusiła, że chce zdążyć na kolację z chłopakiem, więc nie ma siły na kolejnego dubla.

Floydzi w milczeniu kiwnęli głowamim, podobnie Alan Parsons. No comments. No problem. Hanging on in quiet desperation is the English way.

Torry nigdy nie zrobiła solowej kariery. Dalej pracowała jako wokalistka do wynajęcia w licznych chórkach i reklamówkach. Zaśpiewała „The Great Gig in the Sky” w reklamie środka przeciwbólowego. W zależności od punktu widzenia, można to uznać za szczyt albo za dno jej drogi artystycznej.

Dlaczego od razu nie poszła do sądu o uznanie współautorstwa piosenki? Tłumaczyła, że wciąż biegała od fuchy do fuchy i martwiła się, że opinia „osoby sprawiającej kłopoty” może jej utrudnić znalezienie kolejnego zleceniodawcy. Pewnie miała rację.

Wystąpiła z pozwem dopiero w 2004, gdy już i tak wycofywała się z branży. Spór rozstrzygnięto poza sądem przez wypłacenie jej kwoty, której nie podano do wiadomości publicznej – oraz uznanie współautorstwa w przyszłych reedycjach płyty.

Mam znajomych, którzy lansują pomysł skrócenia ochrony majątkowych praw autorskich do dwudziestu lat od premiery dzieła. Gdyby takie przepisy obowiązywały w 2004, Clare Torry nie miałaby szans na wyrównanie rachunków z Pink Floyd i EMI.

Poszli na ugodę, bo proces groził im zablokowaniem sprzedaży płyty, do której prawa majątkowe wciąż mają realną wartość. By już nie wspominać o prawach pochodnych.

Gdyby w 2004 „Dark Side of the Moon” było już w domenie publicznej, Clare Torry musiałaby się nastawić na ciągnący się latami proces o zaległe honoraria, w którym mogliby ją po prostu wziąć na przetrzymanie. Nie mieliby interesu w szybkim zamknięciu sprawy, który mają dzięki temu, że te prawa wciąż obowiązują i będą obowiązywać jeszcze przez dobre kilkadziesiąt lat.

Jarosław Lipszyc wymyślił kiedyś „test Zosi”, zgodnie z którym prawo autorskie powinno być napisane tak, żeby ułatwiało niebywale ważną dla Lipszyca formę działalności kulturalnej, jaką jest wymienianie się zdjęciami kotków na fejsie. Jeśli o mnie chodzi, spadajcie ze swoimi zdjęciami kotków. Prawo powinno chronić ludzi pracujących przy arcydziełach takich jak „Dark Side of the Moon”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz