1862

Pod luźnym pretekstem przetasowań klubowych, w wyniku których paru europosłów pragnie kontynuować spożywanie muli na nasz koszt, pogadajmy na serio o biedzie. Wszak historycznie rzecz biorąc brukselskie mule to danie dla ubogich.

Opieram się na dwóch tegorocznych raportach GUS „Ubóstwo w Polsce w 2011” i „Różne oblicza polskiej biedy”. Zgodnie z tytułem tego drugiego, biednym można być na wiele sposobów.

Porównywanie biedy w różnych krajach wymaga ostrożnego uwzględniania specyfiki metodologii (inaczej dojdziemy do wniosku, że w Luksemburgu bieda panuje większa niż w Bułgarii). Z tym zastrzeżeniem: Polska wciąż ma dość wysoki poziom „working poor”, czyli zagrożonych biedą mimo pracy, nawet na tle innych byłych demoludów.

GUS opisuje biedę na cztery sposoby – absolutny (odniesiony do koszyka wyliczanego przez IPiPS), relatywny (odniesiony do mediany lub średniej), jakościowy (odniesiony do wskaźników złych warunków życia) i ustawowy (kwalifikujący do pomocy społecznej).

W biedzie jakościowej, definiowanej jako spełnienie co najmniej 10 z 30 arbitralnie przyjętych wskaźników, żyje na przykład w Polsce 13,5% gospodarstw. Te wskaźniki jednak ciągle się zmieniają, np. jednym z nich jest teraz „brak kuchenki mikrofalowej”, której 20 lat temu jeszcze nie uważaliśmy za oczywistość w przeciętnej kuchni.

Dlatego tak ważna jest „bieda relatywna”, bo to jedyny parametr, który z definicji uwzględnia kwestię wiecznie podnoszącej się poprzeczki. „Bieda relatywna” praktycznie nie może zejść do zera, ale jej wysokość jest jednym z mierników nierówności społecznych.

I tutaj pierwsza niespodzianka. Poziom „biedy relatywnej” w Polsce od wejścia do Unii systematycznie spada, wbrew wypowiedziom o „rosnących nierównościach” czy „galopującej pauperyzacji”. Kto tak mówi pokazuje, że nie rozumie swojego kraju.

Ten spadek jest tak powolny, że spierać się można tylko o to, czy to w ogóle spadek czy stagnacja (z około 18% w 2004 na około 17% w 2011). Ale kto przedstawia 3RP jako jedną wielką społeczną porażkę, ten nie opisuje rzeczywistości, tylko odlatuje w śmieciową publicystykę.

Bieda absolutna dość szybko spadała do 2008, kiedy tylko 5,6% żyło w skrajnym ubóstwie. Kryzys spowodował jednak, że bieda absolutna rośnie, podczas gdy ustawowa nadal spada, bo od 2006 nie waloryzowano jej progów.

W 2011 te krzywe się po raz pierwszy przecięły. To oznacza, że państwo wie, że część ludzi żyje poniżej progu ubóstwa skrajnego, ale ma to tam, gdzie Gowin literę prawa. Gdyby próg urealnić uwzględniając wzrost cen od 2006, liczba ustawowo ubogich ulegnie niemalże podwojeniu, a projekt budżetu na 2013 trzeba by przeklasyfikować ze science fiction na high fantasy.

Według poszczególnych definicji dochód „na życie” czteroosobowej rodziny groził ubóstwem jeśli wynosił peelenów: 1336 (skrajnie), 1404 (ustawowo), 1863 (relatywnie). Kto ma dobrą (niefizyczną) pracę, temu wciąż praktycznie nie grozi ubóstwo skrajne, ale relatywne – i owszem.

Czteroosobowa rodzina, która na wznoszącej fali koniunktury wzięła w 2007 kredyt hipoteczny (oh dear), a potem jedno z małżonków staciło pracę lub zdolność do pracy, może teraz walczyć o utrzymanie na powierzchni z pensji drugiego małżonka. Jeśli zostaje im na życie 1862 PLN lub mniej – to już są ubodzy relatywnie (ściślej rzecz biorąc, byli w 2011).

A jednocześnie nikt im nie pomoże, ani państwo, ani organizacje charytatywne. Otoczenie powie, że oni wcale nie są ubodzy, bo nie wyglądają na ubogich.

Mogą nawet mieć ładne mieszkanie, samochód i markowe ciuchy. Bo na przykład ta rodzina żyje już tylko z pensji żony, która pracuje jako recepcjonistka, a więc musi jakoś wyglądać i musi dojechać kilkanaście kilometrów bez sensownego zbiorkomu.

Od 1989 roku lewica w Polsce nie ma nic do zaproponowania „working poor”, „ubogim relatywnie”, „prekariatowi”. Te pojęcia nie oznaczają dokładnie tego samego, a w dodatku same mają rozmyte znaczenia, ale trzymajmy się tej recepcjonistki z jej 1862 na życie. Do niej pasują wszystkie trzy.

„Ubogim pracującym” prawica podsuwa fałszywe, ale przynajmniej kierowane konkretnie do nich wyjaśnienia ich problemów. „To przez nadmiar przepisów krępujących gospodarkę”, „to przez Unię”, „to przez Żydów”, te odpowiedzi wahają się od psychotycznych po zwyczajnie błędne, ale w ogóle są.

Dlatego dla tej hipotetycznej recepcjonistki polityka to tylko Tusk kontra Kaczyński. I nic się tu nie zmieni, dopóki lewica – naprawdę wszystko jedno, czy będzie to Miller, Palikot czy hrabia Huewer de Fak – nie przygotuje oferty skierowanej konkretnie do tych ludzi.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz