Niemcy w obronie Warszawy

W czerwcu 1939 roku władze wojskowe zwróciły się do władz Polskiej Partii Socjalistycznej z niezwykłym pytaniem. Choć partia ta była w zdecydowanej opozycji wobec rządu, jednocześnie nie można było wątpić w jej lojalność w walce z Hitlerem.

Socjalistom zaproponowano organizowanie ugrupowań dywersyjnych, które dziś nazwalibyśmy „stay behind” – władze zdawały sobie sprawę z tego, że w pierwszej fazie wojny trzeba będzie oddać część terytorium Niemcom. Szczególnie beznadziejna wydawała się obrona Śląska i Zagłębia, zakładano też, że trzeba będzie poświęcić Łódź.

PPS miała weteranów pamiętających pierwszą światówkę i antycarską konspirację. Ostatnie lata dyktatury sanacyjnej wymusiły na partii tworzenie struktur osłaniających pochody pierwszomajowe przed bojówkarzami prawicowymi. Słusznie wojskowi uważali, że jeśli ktoś może to zorganizować, to tylko ta partia.

W Łodzi tajne struktury organizował towarzysz Edmund Chodzyński (po wojnie pozostał w PRL, ale posługiwał się fałszywym nazwiskiem z czasów okupacji). Śląskiem i Zagłębiem zajmował się towarzysz ekscelencja prezydent Aleksy Bień (po wojnie tak jak przed wojną, zajmował się ubezpieczeniami społecznymi).

W Łodzi operacja miała kryptonim „Baron-Berlin”, na południu „Okrzeja-Odra”. Na południu była bardziej zaawansowana, bo tam socjaliści mieli potężne struktury. Rządzili w końcu dosyć dużym miastem, a do tego mieli Kasę Bratnią Górników z siedzibą w Sosnowcu, która była bazą organizacyjno-finansową przedsięwzięcia (nawiasem mówiąc – wyobrażacie sobie patriotyczną konspirację na bazie OFE?).

Socjalistyczne bojówki szkolono na poligonie w Krakowie, gdzie ćwiczyli m.in. konstruowanie bomb zegarowych domowym sposobem, a także dywersję kolejową. Poukrywali sprzęt w tajnych magazynach w Czeladzi, Grodźcu, Kazimierzu, Ząbkowicach i Strzemieszycach.

Blitzkrieg wszystkich zaskoczył. Organizacje „stay behind” tak szybko stejnęły bihajndem, że nic z tego nie wyszło (aczkolwiek struktury i przeszkolenie przydały się potem do organizacji Gwardii Ludowej WRN).

Sanacyjna dyktatura rozsypała się jak domek z kart. Prezydent Mościcki wyjął szwajcarski paszport z szuflady i dał nogę, razem z nim Warszawę opuściły najwyższe władze. Do miasta napływali za to przerażeni uchodźcy.

Już 4 września udzielanie im pomocy wzięła na siebie powołana ad hoc struktura PPS – Robotniczy Komitet Pomocy Społecznej. Tego samego dnia przedstawiciele partii (Zaremba i Arciszewski) poszli do generała Czumy, dowódcy obrony Warszawy, z propozycją utworzenia ochotniczego batalionu.

Generał był za, ale przeciw był jego szef sztabu (płk Tadeusz Tomaszewski). „Czy wy tu nie chcecie robić rewolucji?” – pytali, według wspomnień dowódcy socjalistycznych batalionów, kapitana Mariana Keniga. Oddajmy mu głos:

„Poza członkami Polskiej Partii Socjalistycznej i klasowych związków zawodowych, które były pod przeważającym wpływem naszej partii, na wezwanie do walki z najazdem faszystowskim żywo zareagowały wszystkie ugrupowania lewicowe, na czele z komunistami i radykalnymi ludowcami, wstępując dość licznie do naszej brygady (…) w ciągu 5 dni zaciągnęło się 5000 ochotników. Władze wojskowe nakazały zaprzestanie dalszego werbunku. Jednak nacisk ze strony zgłaszających się był tak duży, że zmuszeni byliśmy ten rozkaz częściowo obejść i przyjęliśmy do naszych kompanii jeszcze około 1000 ludzi”.

Bataliony Robotnicze przyjmowały ochotników w redakcji „Robotnika” na ulicy Wareckiej – gazeta wychodziła do gorzkiego końca, redagowana przez nieustraszonego Niedziałkowskiego – oraz w siedzibie partii na Długiej. Zgłosili się do nich nawet Niemcy, z działaczem łodzkiej Niemieckiej Partii Socjaldemokratycznej Emilem Zerbe na czele.

Bataliony przemianowano na Brygadę Robotniczą Obrony Warszawy. Potem na jej bazie odbudowano zniszczoną 13 dywizję piechoty. Gdy stało się jasne, że Warszawę trzeba poddać, ochotnicy podnieśli bunt.

28 września wyszli z Cytateli i urządzili wiec na placu Wilsona, na którym odmówili uznania rozkazu o kapitulacji. Kenig musiał uspokoić nastroje („co chwila pod moim adresem padały okrzyki – zdrajca! zastrzelić go! – i tym podobne”) i wytłumaczyć, że w warunkach okupacji wszyscy weterani będą w śmiertelnym zagrożeniu.

Brygadę udało się planowo rozformować i zniszczyć wszystkie archiwa, dlatego w tej historii jest wiele zagadek (np. towarzysz profesor Dunin-Wąsowicz próbował policzyć, ilu było tych Niemców i wyszło mu, cytuję, „kilku lub kilkunastu”, dokładniej liczby nigdy nie poznamy). To byli zawodowcy od konspiry, o tym świadczy choćby to, jak wielu z nich dotrwało do 1945.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz