Smorgasbords have no bottom

Najlepszy polityczny ebook roku jest do ściągnięcia za darmo z serwera nowojorskiego sądu (linka wynorała twitteronautka Sarah Mei, w moim bąbelku rozpropagował go MRW).

Książka stanowi dowód w sprawie („Exhibit B”), którą słynny prawicowy troll Milo Yiannopoulos wytoczył swojemu niedoszłemu wydawcy, oficynie Simon & Schuster. Za tę niedoszłość właśnie.

Yiannopoulos twierdzi, że wydawnictwo odrzuciło tekst bez merytorycznych postaw. Wydawnictwo broni się, ujawniając materiał z poprawkami i komentarzami redaktora, Mitchella Iversa.

Te komentarze czyta się genialnie. Tytuł notki zaczerpnąłem z jednego z nich.

Milo porównał coś do szwedzkiego stołu („smorgasbord”), a potem dodał „na dnie którego kłębią się”. „Szwedzki stół nie ma dna. Nie wyszła ci ta metafora” – skomentował redaktor.

Nietrafiona metafora jest jak rozładowanie akumulatora w samochodzie. Może się zdarzyć każdemu. Niektóre uwagi Iversa są uniwersalne i każdy autor powinien je sobie wpisać do sztambucha.

Kiedy Milo nagle sam przyznaje, że pewna jego analogia nie do końca się sprawdza, redaktor pisze: „jeśli jakaś analogia nie działa, nie używaj jej”. Gdzie indziej pisze, że nie umie czegoś wyjaśnić. Redaktor na to: „na tym polega twoja praca, za to wziąłeś zaliczkę. THINK HARDER”.

Wyjątkowo zabawny jest fragment, w którym Yiannopoulos opowiada o tym, jak w szkole pilnie studiował Szekspira, dzięki czemu może teraz przytoczyć świetny cytat z „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”. Redaktor poprawia mu jednak źródło cytatu na „Henryka IV”.

Gdy Yiannopoulos próbuje udawać erudytę, deklaruje, że nadszedł „czas profesora Milo” (sic). Streszcza filozofię Nietzschego i Gramsciego, ale widać, że obu zna tylko na poziomie internetowych buzzwordów. Nie przytacza dosłownych cytatów, ogranicza się do swoich omówień. Tak można pisać blogonotki albo felietony, ale nie książki.

Książka z kontrowersyjną tezą wymaga dwóch rzeczy: autor powinien tę tezę klarownie sformułować i przekonująco uzasadnić. Yiannopoulos nie potrafi ani jednego, ani drugiego.

Redaktor sugeruje mu, że centralna teza powinna brzmieć tak: „nie jestem pospolitym trollem, chodzi mi o obronę wolności słowa, zagrożonej przez polityczną poprawność”. Radzi mu powołanie się na tradycje „komików takich jak Lenny Bruce”.

Faktycznie, kilkakrotnie w tekście Yiannopoulos twierdzi, że nie chodzi mu o prowokacje dla samych prowokacji ani złośliwość dla samej złośliwości. Tylko że jeszcze częściej temu zaprzecza.

„Milo lubi się kąpać w łzach swoich wrogów!” – woła. „Ta metafora już była”, komentuje redaktor.

„Niejasne, nieśmieszne, wytnij”, „nadużywanie zwrotów typu ‚dwulicowe podstępne zdziry’ osłabia twoją tezę”, „to nie jest miejsce na dowcipy o czarnych penisach”, „głupi sposób na zakończenie strasznego rozdziału” czy słynne już „DELETE UGH” – to już nie są rutynowe komentarze.

Yiannopoulos jest gejem o żydowskich korzeniach, dlatego dla prawicy pełni rolę listka figowego – „jacy z nas antysemici, skoro do nas dołączył”. Na podobnej zasadzie co jakiś czas u nas jakiś meszuge robi coming out na prawicy.

Trudno się wtedy oprzeć wrażeniu, że głównym motorem takiej „gejoprawicowości” jest problem z samoakceptacją. Yiannopoulos co krok ogłasza, że nie ma z nią problemu (i bombastycznie woła, że jest mądry, piękny i bardzo szczęśliwy).

Już ta obsesja, z jaką to podkreśla, jest trochę podejrzana. A jeszcze dziwniejsze jest to, że w innych miejscach temu przeczy: Yiannopoulos porównuje na przykład siebie do Kurta Cobaina, który stworzył wielkie rzeczy, bo nienawidził sam siebie.

Milo jest przykładem patologii, o której pisałem w poprzeniej notce. Świetnie się sprawdzał na Twitterze czy Youtubie – tam, gdzie wystarcza czysty hejt i zawsze się można schować za usprawiedliwieniem, że w 140 znakach nie da się przedstawić całej tezy z pełną argumentacją.

W książce tego usprawiedliwienia nie ma. W tym medium Yiannopoulos się więc kompromituje. Gdy ma szansę wyjaśnić, o co walczy, kogo przed kim broni – plącze się w przeczenie samemu sobie.

Feministkom ma do zarzucenia głównie to, że są lesbijkami („przestań używać tego jako obelgi” – pisze redaktor), że są brzydkie i grube („takie argumenty ośmieszają twoją tezę!”) i że nienawidzą mężczyzn. Co ilustruje kilkoma aktami feministycznego trollingu w internecie („czym to się różni od twojego trollingu?” – pyta redaktor).

Gejom proponuje powrót do szafy i rozmnażanie się dla dobra społeczeństwa, bo są geniuszami. „Nie ma dowodów, że geniusz się dziedziczy – co osiągnęli potomkowie Szekspira” – pisze redaktor. W rozdziale o gejach pojawia się inny słynny komentarz: „jeśli chcesz głosić takie tezy, potrzebujesz intelektualnego rygoru”.

To go oczywiście przerasta. Dlatego w końcu wydał książkę własnym sumptem – z mizernym rezultatem.

To dla nas jakaś pociecha, droga lewico: przeciw sobie mamy głupków takich, jak Milo Yiannopoulos. Owszem, bogatych jak on, ustosunkowanych jak on, popularnych jak on – ale jednak równie niezdolnych do koherentnej argumentacji jak on.

Z tą myślą życzę wam SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2018!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz