Now that it s all over

Tego typu plotki zazwyczaj się potwierdzają. Plotka, którą po raz pierwszy usłyszałem w styczniu na tzw. „mieście”, jest już oficjalnym komunikatem – Agora zamyka bloxa. To najprawdopodobniej ostatnia z ok. 1350 notek na tym blogu, pisanym od sierpnia 2006.

Prawdę mówiąc, sam nie wiem, co z tym zrobić. Zrobiłem mikrogłosowanie dla znajomych na fejsie: kontynuować bloga gdzie indziej czy ograniczyć się do fejsa. Niewielką większością wygrał blog, ale przez pewien czas fejs prowadził.

Teraz zapraszam do dyskusji PT komcionautki i komcionautów. Wciąż rozważam opcję zerową: nie robić absolutnie nic.

Formuła bloga trochę się przecież przeżyła. Prawdę mówiąc, wzruszacie mnie tym, że nadal tu zaglądacie – tylko dzięki temu dobrnęliśmy do tego gorzkiego końca (snułem takie leniwe plany, że jeśli liczba komentarzy systematycznie spadnie poniżej 10, po cichutku wyciągnę wtyczkę i prawie nikt tego nie zauważy).

Agora namawia do migracji na WordPressa. Obawiam się jednak, że za chwilę oznaczałoby to podobny dylemat – nie wiem, jak długo sam WordPress będzie utrzymywać darmowy hosting.

Własny hosting? Myśl o dopłacaniu do tego interesu budzi we mnie niechęć.

To zapewne irracjonalne, bo mówimy prawdopodobnie o kwotach rzędu „stówka rocznie”. Więcej wydaję na przeróżne głupoty. Nadal, jest dla mnie jakaś bariera między „nie zarabiam na tym” a „dopłacam do tego”.

Jest oczywiście teoretyczny zarobek promocyjny. Moja niewiara w możliwość „zarabiania na blogowaniu” została wielokrotnie negatywnie zweryfikowana przez sukcesy różnych koleżanek i kolegów, w przypadku Macieja Samcika można nawet powiedzieć, że awansował z dziennikarza „GW” na blogera finansowego.

Tak się jednak złożyło, że nie zaistniałem jako – z braku innego określenia – influencer monetyzowalny. Nie piszę o bankach, nie recenzuję kosmetyków, nie robię porad „jak sprzątać mieszkanie” (już nie mówiąc o braku instagramowych zdjęć z serii „ja na prywatnej wyspie Pablo Escobara”).

Co więcej, strasznie nie mam ochoty na cokolwiek z powyższych. Jeśli w ogóle miałbym zarabiać na blogu jakkolwiek, to reklamą displayową. A to są takie fistaszki, że nie zwrócą nawet tej stówki rocznie.

Blog jest teoretycznie fajnym miejscem do ogłoszenia, że wyszła moja nowa książka. Ale praktycznie, szacuję ten efekt promocyjny na maks. kilka procent ogólnej sprzedaży.

Większość czytelników moich książek to ludzie, którzy w ogóle nie używają mediów społecznościowych. Do większości i tak muszę więc docierać innymi kanałami, reklamy na blogu po prostu nie zauważą.

Odsuwając argumentację cyniczno-materialistyczną, muszę przyznać, że polubiłem interakcje z Wami, drodzy komcionauci. Będzie mi brakowało takiego miejsca w sieci.

Chcąc sobie zostawić jedno, najfajniejsze wspomnienie z dziejów blogaska, wspomnę dyskusję z roku 2015. Pod notką, będącą w gruncie rzeczy agitką do głosowania na Razem, wyłoniła się dyskusja, w której dygresją do dygresji doszliśmy do pytania o polski biegun niedostępności – czyli miejsce najbardziej odległe od wszelkich dróg. Jak w piosence z pierwszego sezonu „Detektywa”, „Far From Any Road”.

Jak je wyznaczyć? Komcionauci Kuba Wu i Charliebravo przerzucali się pomysłami typu „obrobić mapę polski Photoshopem i odpalić algorytm Euclidean Distance Map. Komcionauta Inz. Mruwnica zauważył, że to bez sensu, bo wyjdzie nam geometryczny środek jeziora Śniardwy.

Spór rozstrzygnął komcionauta Awal, typując niezamieszkałą, ale widniejącą w gusowskim rejestrze TERYT wieś Sianki, dawniej Sanniki, w pobliżu granicy ukraińskiej w Bieszczadach. Jak ja uwielbiam takie dygresyjne rozmowy!

Nie brak w sieci miejsc, w których można spytać o biegun niedostępności (choćby fejsowa grupa „jak będzie na mapie”). Ale żeby dziś było to, a jutro bozon Higgsa, punk rock albo motoryzacja?

Sam muszę was spytać – czy znacie inne takie miejsce, w którym to się zdarza. I w dodatku wychodzi spontanicznie, bez tych rozpaczliwych „a wy jak myślicie”, którymi administratorzy fanpejdżów o popkulturze usiłują rozruszać publiczność, niczym wodzirej na weselu.

Na koniec blogowania zresztą sam spytam: a wy jak myślicie (tylko proszę się nie rozpędzać przed wydawaniem za mnie mojej stówy). Machnąć ręką i przenieść się na jakieś inne fajne miejsce – czy jednak usiłować odtworzyć podobną kulturę dyskusji na darmowym wordpressie?

PS. Nie ma czego żałować – na pożegnanie odkryłem, że nie da się zrobić „it’s” w tytule notki…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz