Bóg którego nie było

A więc, na początek: będzie kontynuacja pod nową domeną (z przeniesieniem archiwum). Ponieważ to wszystko wymaga więcej niż jednego kliknięcia, będę to robić w swoim tempie.

Stąd jeszcze jedna notka tutaj. Planowałem ją pierwotnie jako pierwszą na tamtym.

Temat tego, jak Internet z nadziei na wyzwolenie zmienił się w symbol korporacyjno-państwowej opresji, świetnie pasuje akurat do zamykania bloga. Przecież nawet i tak pod poprzednią notką wyszedł nam o tym offtopiczny (?) spór..

Toczyłem wiele bojów z formacją intelektualną, którą nazywałem „cyberoptymistami” lub „otwartystami”. Radek Czajka, który kiedyś pracował dla Lipszyca, nazwał mnie „zamkniętystą” – proszę bardzo, może być.

Ich tezy wielokrotnie przedstawiałem tu szyderczo (w innych publikacjach bardziej serio, ale też krytycznie). Że Internet przyniesie wolność, bo dziennikarze obywatelscy będą prowadzić śledztwa blogerskie; że wszyscy będziemy twórcami; że w gospodarce dzielenia im więcej oddajesz, tym więcej masz; że sieć wyeliminuje „strażników wejścia” („gatekeeperów”) itd.

Słyszeliśmy to wielokrotnie od Tarkowskiego cytującego Lipszyca, od Moglena cytującego Stallmana, od Doctorowa cytującego Stephensona, od Jenkinsa cytującego Lessiga, od Shirky’ego cytującego „Deklarację niepodległości cyberprzestrzeni”.

Przez pewien czas to był model standardowy opisywania Internetu – także w naukach humanistycznych, jak „socjologia internetu”, której pionierami w Polsce byli Tarkowski i Hofmokl (również często cytujący się wzajemnie).

Jesteśmy dziś w paradoksalnej sytuacji, w której z jednej strony, ten standardowy model przeżył spektakularną kompromitację. Gdzieś między Snowdenem a Cambridge Analytica jego wyznawcy musieli go rozbić o cyberkant e-bioder 2.0.

Z drugiej jednak nigdy tego standardu oficjalnie nie odwołano – a przynajmniej ja to przegapiłem. Tytuł notki zaczerpnąłem z książki tekstów zachodnich intelektualistów, którzy w 1949 ogłosili swoje rozczarowanie Stalinem.

Zdaje się, że Lessig, Moglen, Jenkins (itd.) nigdy tego wprost nie odwołali, podobnie jak ich polscy wyznawcy. „My, dzieci sieci” ciągle czeka na sequel „Byliśmy głupi”.

W tej sytuacji wygląda na to, że nową socjologię (antropologię, itd.) Internetu po prostu jakaś nowa fala badaczy będzie musiało napisać od nowa. Ciekawie mi się więc czytało „Między wolnością a nadzorem” Marty Juzy (parę razy nawet jestem cytowany, brawo ja!).

Jeśli poprawnie streszczam podejście autorki, przedstawia współczesny Internet jako grę pozorów, w której panuje ścisły nadzór i kontrola rozmaitych gatekeeperów (rządowych i komercyjnych). A jednocześnie – większośc uczestników werbalnie deklaruje, że tego nadzoru nie ma (choć widzą jego działanie i dostosowują się do niego).

Lewacy oldskulowi powiedzą: sytuacja jak z Foucault. I rzeczywiście, Juza proponuje wylansowane przez niego określenie „rządomyślność” („gouvernmentalité”) dla opisania stanu ducha internauty w roku 2019.

Nie chodzi oczywiście o banalne dostosowywanie się do tego, kto nami rządzi w sensie dychotomii PiS-Antypis. Chodzi o… dostosowywanie się. Do tych reguł, których (bardzo w to chcemy wierzyć) nie ma, a jednak przecież są.

O tyle mi się to wydaje zabawnym, że mamy już przykład partii stworzonej według recept cyberutopistów. Współrządzą we Włoszech w koalicji z faszystami.

Szoker, prawda? Przecież te wszystkie Partie Piratów miały być takie mniamuśne i wolnościowe!

Wierzyliśmy w to mimo bazylionów dowodów, że jest inaczej. Że środowisko IT jest pełne rasizmu, seksizmu i klasizmu, widzieliśmy to na każdym kroku.

Wmawialiśmy sobie, że oni się tylko tak wygłupiają. Jeszcze w 2012 miałem na blogasku flejmy z obrońcami naziolków z reddita!

Jest już rok 2019 i czas to sobie powiedzieć wprost: internetowe społeczności nie przyniosą wyzwolenia. Są niczym ORMO, uzupełniające korporacyjne ZOMO.

Pozostaje nam tylko jedna skuteczna droga, jaką ludzkość zna ze swojej historii: państwowe regulacje, broniące jednostkę przed korpoprzemocą. Tak, zgoda, państwo jest niedoskonałe, wszyscy tu mamy jakąś anegdotę z serii „urzędnik był dla mnie niemiły”.

Ale historia pokazuje, że ta metoda od czasu do czasu działa. Utopia „oddolnej aktywności” zawodzi zawsze i wszędzie, od setek lat.

Zawiodła i teraz. Zero koma zero na moim oldskulowo socjaldemokratycznym zdziwieniometrze.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

3 Comments

  1. Zaglądałem i zaglądałem i w końcu jest. Gratulacje. I podtrzymuję deklarację wsparcia finansowego.
    P.S. Raczej za duża czcionka w tych komentarzach

Dodaj komentarz