Dlaczego nie bon?

Na marginesie strajku nauczycieli (który oczywiście popieram) wraca tu i ówdzie koncepcja „bonu oświatowego”. Dziś proponują ją głównie publicyści związani z PiS, co jest o tyle zabawne, że to była jedna z obietnic PO z 2007.

Ministra Katarzyna Hall zapowiedziała wprowadzenie go w 2011. Skapitulowała, w dużym stopniu za sprawą oporu stawianego przez ZNP.

Prawicowe szczujnie budują teraz tezę, że ZNP nie robiło protestów w latach 2007-2015. Robiło przez cały czas, acz czasem strajk odwoływano, gdy rząd ustąpił.

Gdyby nie ten opór, Tusk i Hall zrealizowaliby swoje obietnice. Zlikwidowaliby Kartę Nauczyciela, zwiększyli pensum i wprowadzili bon oświatowy.

Czy zmienili stanowisko? Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie jakie TERAZ pomysły Platforma (albo Biedroń?) ma na edukację, proszony jest o ujawnienie w komciu.

Rozwiązanie zbliżone do bonu oświatowego od kilkunastu lat zresztą i tak już funkcjonuje. Przy okazji reformy Handkego wprowadzono zasadę, że subwencja idzie za uczniem, teoretycznie więc powiaty są motywowane do szukania rozwiązań przyciągających uczniów do „ich” szkół.

W pełni korzystają z tego szkoły publiczne [edit: patrz komcie]. Proponenci bonu oświatowego marzą o rozszerzenie tego na komercyjne, zwane w Polsce z niejasnych przyczyn „społecznymi”.

Czy tak byłoby lepiej? W polityce nie ma rozwiązań lepszych dla każdego. Co dobre dla dzieci zamożnej, wielkomiejskiej klasy średniej niekoniecznie będzie dobre dla dzieci ze środowisk zagrożonych wykluczeniem.

Bon oświatowy polegałby na tym, że szkoły najbardziej prestiżowe przyciągać będą najwięcej hajsu i najzdolniejszych uczniów. W złych dzielnicach miast i małych miejscowościach spowoduje to ODPŁYW PIENIĘDZY, a więc pogorszenie tam, gdzie już i tak jest źle.

Ta propozycja jest więc ucieleśnieniem obrzydliwego klasowego egoizmu klasy średniej. W 2008 był jeszcze standardową postawą, acz część z tych ludzi zmądrzała i nawet zdążyła o tym opowiedzieć w wywiadzie z serii „Byliśmy głupi”.

W większości krajów demokratycznych ideę bonu edukacyjnego udało się uwalić. Niechlubnym wyjątkiem jest Szwecja, która to wprowadziła w 1992, po czym zleciała w rankingach.

Zazwyczaj kraje nordyckie zajmują pierwsze miejsca we wszystkich rankingach opisujących jakość życia, dobrostan, niską korupcję itd. – zmieniają się w nich tylko kolejnością. Szwecja nadal jest w czołówce innych rankingów, ale już nie pod względem oświaty.

Dlaczego – to temat tamtejszej debaty. Jedni twierdzą, że to przez bon oświatowy. Inni, że to przez dzieci imigrantów (co o tyle mało przekonujące, że inne kraje też mają dzieci imigrantów, a nie zlatują).

Bon oświatowy wprowadziły niektóre stany w USA, a także Hong Kong i Pakistan. Nigdzie nie przyniosło to tak dobrych wyników, żeby gdzieś robiono konferencję oświatową pod hasłem „jak skopiować oszałamiający sukces Oklahomy”.

Robione są zaś konferencje pt. „jak skopiować sukces Finlandii”. Ma rekordowo wydajny system edukacji – przekazuje maksimum wiedzy przy minimum godzin lekcyjnych.

Finowie zareagowali na to w swoim typowym stylu, że pewnie w tych testach jest jakiś błąd. Bo jak się ich o to pyta (pytałem!), odpowiadają, że nie robią niczego nadzwyczajnego.

Po prostu dobrze płacą nauczycielom i dają im duży margines swobody. A także dbają, żeby wszystkie dzieci były najedzone i miały dobre warunki do nauki.

Byłem świadkiem debaty o szkolnych stołówkach w Finlandii. Wszędzie są takie same, bo to niedopuszczalne, żeby jakieś dzieci miały lepsze żarcie. Dlatego zmiana menu wymaga tam ogólnonarodowej dyskusji.

Jeśli więc marzymy o reformie edukacji dobrej dla WSZYSTKICH, a nie tylko dla dzieci prezesów – kopiujmy rozwiązania fińskie. Działają, w odrożnieniu od bonu oświatowego.

Zdumiewa mnie, że w 2019 jeszcze ktoś może wierzyć w zbawienną moc rynku i konkurencji. Proponuję spojrzeć na służbę zdrowia: tam jest konkurencja, pieniądze z NFZ idą za pacjentem. Który w efekcie umiera na SOR.

Paradoks? Nie, po prostu placówki służby zdrowia dbają o to, żeby robić jak najwięcej rzeczy, za które NFZ najlepiej płaci. Przetrzymywanie zdrowego pacjenta na „obserwacji” zawsze się będzie bardziej opłacać od ratowania ciężkich przypadków.

Bon oświatowy proponuję więc zostawić razem z całą ideologią korwinobalceryzmu, imprezami rave, botkami UGG i kompaktami Limp Bizkit w latach 90., gdzie ich miejsce. I zalać to wszystko betonem jak reaktor w Czernobylu.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

61 Comments

  1. KO:
    1) „Byłem świadkiem debaty o szkolnych stołówkach w Finlandii. Wszędzie jest taki sam, bo to niedopuszczalne, żeby jakieś dzieci miały lepsze żarcie. Dlatego zmiana menu wymaga tam ogólnonarodowej dyskusji.” – chyba czegoś brakuje po „jest taki sam”. System? Poziom?
    2) „opłacać o ratowania ciężkich przypadków.”
    3) „najwięcej rzecy”

    A ponieważ korekta obywatelska jest blisko spokrewniona z licznym gronem pedagogicznym, może pokiwać potwierdzająco głową. Że chodzenie pieniędzy za uczniem nie działa, to widać gołym okiem, wystarczy spędzić trochę czasu w szkole. Albo na uczelni. Na co oczywiście żadna ministra czasu nigdy nie ma, przeważnie ogarnięta szałem reformowania, rzadko widocznego z zewnątrz, za to uciążliwego dla najbardziej zainteresowanych. Oczywiście n-le nie są jedyną grupą zawodową, która histerycznie się śmieje, czytając w „Pamiętniku znalezionym w wannie” o patologicznej cywilizacji papyru, w której człowiek bez papyrów nie istniał. Ot uroki zaczadzenia neoliberalnego w usługach publicznych.

    Do powtórzenia modelu fińskiego przydałaby się jeszcze jedna rzecz, niewspomniana w notce: zmniejszenie grup zajęciowych. Samo to, czyli zerwanie z kołchozową masowością klas, nawet bez jakichkolwiek innych zmian (potrzebnych, nie przeczę, w programie, kształceniu n-li, płacach etc.), byłoby dużym krokiem naprzód. Rzecz jasna jest niewykonalne, gdyż mniej dzieci w klasie to więcej godzin dydaktycznych, a więcej godzin to większe nakłady na oświatę, a który lokalny włodarz (w zależności od stopnia miasto albo powiat jest organem prowadzącym) podniesie nakłady na oświatę. Co mu to da? Jaki profit wyborczy? Żaden. Rządowi też nie da.

    Krótko mówiąc: podobnie jak wiele dziedzin w Bolandzie, czy to prywatnych, czy publicznych, edukacja to pierdolenie z pustego w próżne, wieczna próba uzyskania efektów przy minimalnych wkładach. By to zmienić, przydałaby się świadomość, że Oświata Jest Ważna. Fat chance.

  2. Szkoły społeczne również otrzymują subwencje oświatową bo to faktycznie „idzie za uczniem”.

  3. Dostają, owszem, ale połowę. Bo niby mogą brać czesne, a publiczne nie (a w sumie społeczna też mogłaby chcieć żyć z samej subwencji). To mi śmierdzi nienównym traktowaniem podmiotów, co jest niezgodne z czymkolwiek. Dziwi mnie tylko, że nikt z tym nie walczy (albo coś przegapiłem).

  4. W temacie edukacja, a klasa średnia to zdziwilibyście się ilu z tych fajnych mieszczan wysyłało dzieci do różnych katolickich wynalazków. Podejrzewam, że po wprowadzeniu tego bonu to po kilkunastu latach wszelkie prawicowe oszołomstwo stałoby się mainstreamem.

  5. „Dostają, owszem, ale połowę.”

    Szkoły realizujące obowiązek szkolny dostają całość. Art. 26 ustawy o finansowaniu zadań oświatowych.

  6. „Przy okazji reformy Handkego wprowadzono zasadę, że subwencja idzie za uczniem […] To dotyczy jednak tylko szkół publicznych.”

    Szkoły dzielą się na publiczne i niepubliczne, samorządowe i niesamorządowe. Każda z nich otrzymuje pieniądze publiczne.

    Artykuły 16-32 ustawy o finansowaniu zadań oświatowych daje przedszkolom, szkołom i innym placówkom niepublicznym dotację najczęściej w pełnej kwocie jaka wypadałaby w formie subwencji oświatowej. W niektórych przypadkach jest to połowa, lub podstawowa wersja wzoru bez dodatków zwiększających, ale to sa wyjątki od zasady.

    Szkoły samorządowe dostają pieniądze jeszcze w innych formach na przykład na budynki.

    Istnieją też publiczne szkoły które nie są samorządowe. Na przykład prowadzone przez kościół. Szkoły publiczne nie mogą pobierac opłat, ale mogą przyjmować darowizny, tak więc czesne jest tam dobrowolnie obowiązkowym cyklicznym datkiem. Taka furteczka.

  7. Błędnym jest myślenie, że szkoły społeczne śpią na pieniądzach. Większość mi znanych ledwo wiąże koniec z końcem a bez subwencji by padła w ciągu paru miesięcy.

  8. „przydałaby się jeszcze jedna rzecz, niewspomniana w notce: zmniejszenie grup zajęciowych.”

    Kiedyś byłem belfrem, wtedy dowiedziałem się, że istniały sztywne dolne limity, żeby utworzyć grupę językową, czy klasę, ale nie było górnych. Jak się mieszczą i starczy ławek to nie było przeszkód. Myślę, że to się nie zmieniło, bo jest wygodne dla systemu.

  9. „Zwane w Polsce z niejasnych przyczyn „społecznymi”.”
    W latach 90-tych tak to nazwano bo wtedy słowo „szkoła prywatna” nie przeszłoby przez gardło. Za moich czasów w tam chodzili uczniowie spolecznie niedostosowani – moze to dlatego 😉 Oczywiscie dzieci bogatych rodziców ale nie wszystkie tylko raczej takie, ktore dostawaly regularny łomot w szkole. Pamietam, ze tam bylo bezstresowo i potem nie zdawali egzaminow na studia musieli isc na tak zwane „wyzsze szkoły gotowania na gazie” co nie ma znaczenia bo potem i tak poszli „robic” „u starego”.
    Za moich czasow bylo osiem klas jak obecnie ma byc i trzeba było być twardym. Jak sie bylo wysportowanym to regularny łomot od osmioklasistow przestawało sie dostawać może w szóstej klasie? Teraz chyba „fali” już nie ma?

    Co do Finlandii: Zalapalem sie tam na erazmusa – pierwszego u mnie na uczelni ale juz na ostatnim roku. To co zauwazylem oprocz tego ze oczywiscie byly pieniadze na wszystko, to ze studenci z jakiegos dziwnego powodu byli zainteresowaniu nauką 😉 U nas raczej chodzilo o to zeby jak najszybciej wszystko zaliczyc i miec spokoj. Na Erazmusie mi sie zmienilo bo tam rzeczywiscie wszystko bylo ciekawe, nowa wiedza a nie skrypty z lat 60-tych jak u nas (biotechnologia!!!) nie bylo cisnienia na oceny a wykladowcy nie byli niedouczonymi sadystami. Swoja droga to jakos bylo tak ze tam wprowadzali ECTS-y u nas jeszcze nei bylo i potem byly cyrki zeby zaliczyć rok.

    Z tego natomiast co slyszalem o szkolach ale prosze mnie skorygowac:
    W szkolach podstawowych tak jak na studiach tam jestes z nauczycielem na ty a na autorytet sobie trzeba zasłuzyc, nie ma ocen, robisz to co cie interesuje, nauczyciele zarabiaja duzo i nie ma biurokracji. Moja matka robila dyplomowanego wiec wiem ile makuletury musiala natworzyc. I jeszcze pamieatm jak mi opowiadali ze u nich w szkole kazdy gra na jakims instrumencie i naprawde umieli grać. O nas na muzyce wszyscy mieli plastikowy fałszujący flet bo byl najtanszy i odwalało sie to tak ze jak sie nauczyles „pojedziemy na łow” to miałeś szczeście 😉 Moze w tej finlandii muzyka jakoś łagodzi obyczaje? 😉
    Nie twierdze, ze taki system przyjal by sie u nas. W Polsce musi byc jakas sposob na pozbywanie sie czarnych owiec z grona pedagogicznego inaczej zly pieniadz wypiera dobry.

  10. Pamiętam jak zdumiony byłem że w USA Żydzi i protestanci wysyłają dzieci do katolickich szkół – i często są mniej przez to podupceni zresztą.

  11. Widzę że pod koniec Twojej wypowiedzi pojawia się milczące założenie że Polska jest jakoś zasadniczo odmienna od innych krajów. Ja raczej podejrzewałbym że jakość kształcenia w naszym kraju bierze się z permanentnego niedofinansowania edukacji a nie z faktu że jesteśmy jakoś genetycznie odmienni od Finów. Jeżeli nauczyciel dyplomowany dostaje niewiele ponad 3k brutto, czyli tyle ile np mój brat po studiach dostał w pierwszej robocie w korpo na dzień dobry bez żadnego doświadczenia to o czym my rozmawiamy. Żeby nie mieć w szkołach całych armii Adasiów Miauczyńskich musimy zacząć nauczycieli szanować i płacić im normalną kasę za odpowiedzialne zadanie kształcenia kolejnych pokoleń, w przeciwnym wypadku będziemy mieli same czarne owce, którym poczucie misji wyparowało gdzieś w okolicy pierwszej wypłaty.
    Sam przerobiłem tyranie w outsourcingu za grosze w przekonaniu że robię karierę i widzę po sobie jak mi się podejście do obowiązków zmieniło odkąd zmieniłem pracę i zarabiam tyle żeby utrzymać 4 osobową rodzinę i jeszcze na wakacje pojechać więcej niż raz w roku.
    Zmiany systemowe w szkole są oczywiście potrzebne, ale zacznijmy od tego że oddamy belfrom chociaż odrobinę godności.

  12. @wo

    …Niechlubnym wyjątkiem jest Szwecja, która to wprowadziła w 1992, po czym zleciała w rankingach…

    Mało tego. Wprowadzili swoisty outsourcing,gdzie państwowa firma pt.oświata (no bo jak jest bilans zysków i strat liczony w kasiorce to firma) wynajmuje bazę operatorom by prowadzili interes jak kopalnię czy inny cyrk. Co prawda w ramach jakichś przepisów, ale ma się opłacać i tyle. W efekcie pojawiało się mnóstwo przypadkowych biznesmenów, którz wyczuli łatwy,państwowy pieniądz. Ba, mówiło się nawet, że w Szwecji łatwiej było otworzyć szkołę, niż budę z kebabem. Efekt jak opisałeś. Kiedyś byli daleko przed nami, teraz, mimo naszej oświatowej biedy, daleko za nami.

  13. Po pierwsze witam gospodarza i komentujących na nowym blogu, choć też nie komentuję dość często, żeby ktoś mnie pamiętam.

    Co do meritum, to program edukacyjny Wiosny już zalinkowano, natomiast po najjaśniejszej koalicji nie spodziewam się czegoś innego, niż „wolicie, żeby wrócił PiS?”. Tak więc polska edukacja z tej głębokiej dziury, by grubiej nie powiedzieć, szybko nie wyjdzie.

  14. Mam pytanie, czy ktoś wie, jak wygląda organizacja oświaty od strony „kto płaci” w Korei Południowej?
    Odnośnie skopiowania modelu fińskiego też jestem pesymistą. Teraz mamy tak, że w szkole spotyka się uczeń, który chce żeby mu dać przede wszystkim święty spokój, rodzic, który uważa, że „jak ja pisałem w kajecie kilka godzin do omdlenia ręki, to dzieciak też może” (na tym zasadzała się deforma PiS), marnie opłacany nauczyciel, któremu nikt nie zapłaci za to, żeby uczył inaczej i politycy, dla których ma być tanio, żeby na aquapark starczyło. A zmiana kosztuje. Więc jak to śpiewali „wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest” 🙁

  15. Amerykańscy katolicy jednak są mniej podupceni niż polscy, bo niszę najbardziej podupconych im zabrali ewangelikalni protestanci.

  16. W moim LO górnym limitem była liczba komputerów w pracowni informatycznej – 16. Więc klasy były 32-osobowe, z założeniem pracy parami na informatyce.
    Ale też rozumiem dyrektora – jeszcze grube lata wyżu, więc chętnych dużo, ale już w perspektywie 2 lat chudy rok bez naboru, ze względu na gimnazja. No a kasa za uczniem…

  17. Jest zasadnicza różnica pomiędzy szkołami społecznymi a prywatnymi. Szkołę prywatną zakłada osoba fizyczna albo prawna (spółka). Szkoły społeczne są prowadzone przez organizacje pozarządowe, stowarzyszenia, fundacje albo związki wyznaniowe. O ile szkoła prywatna jest, jak każdy biznes, nastawiona na zysk, to szkoła społeczna może, ale nie musi być dochodowa.
    Kolejną różnicą jest sposób zarządzania. W szkole prywatnej jest właściciel, który podejmuje wszystkie decyzje i ponosi za nie odpowiedzialność. W szkołach społecznych, szczególnie tych prowadzonych przez stowarzyszenia, decyzje podejmowane są przez rodziców, członków stowarzyszenia, za pośrednictwem zarządu stowarzyszenia.
    I tu dochodzimy do szkoły społecznej prowadzonej przez fundację. Szkoły takie zazwyczaj zapełniają luki w edukacji specjalnej. Jednak fundacja nie może prowadzić działalności komercyjnej. Zatem wszelkie środki z czesnego musi przeznaczać na działania statutowe. Zatem masz szkołę niepubliczną, która nie będzie zarabiać nic ponad to, co potrzebuje by się utrzymać.

  18. Ha, w końcu mogę pisać pod swoim domyślnym nickiem, #dobrazmiana.

    I przyczepię się do jednej rzeczy (chociaż chcaiłbym do reszty, ale trochę Gospodarz za bardzo uprościł skomplikowane sprawy…) – w tym kraju nie opłaca się trzymać nikogo „na obserwacji” – NFZ za to nie płaci, a ten ciężki przypadek i tak na oddział trafi (tyle że najpierw na korytarz…

  19. W praktyce to rodzic wykupuje cegiełkę, a zarząd działa jak w PRLowskiej spółdzielni mieszkaniowej, tzn jest samouwłaszczony i wieczny.

    A co do nieprzynoszenia zysku to IKEA od 1982 oficjalnie jest fundacją dobroczynną, tymczasem jaki jest koń każdy może rozpatrzyć w indywidualnym przypadku konkretnego sklepu w kontekście uwarunkowań lokalnych, choć nie musi.

  20. W USA wprowadzili te bony oświatowe na tyle skutecznie, że udało się zrobić kilka badań jaki mają wpływ na osiągnięcia edukacyjne. Oczywiście okazało się, że wyniki w matematyce itp. spadły, co było pewnym zaskoczeniem dla badaczy, bo ci przystąpili do badania z założeniem że pokażą jak to wolny rynek super wyregulował.

    Ale za to powstały dzięki nim popularne szkoły uczące kreacjonizmu i innych religijnych bzdurek. 🙂

  21. U nas byłoby na odwrót,miałem trochę styczności z ludźmi po takich szkołach. Nie są jacyś specjalnie pieprznięci religijnie, ale w najlepszym wypadku są pisowcami. Z wiedzą też tak średnio, trochę jakby te szkoły jechały tylko na byciu elitarnymi.

  22. Czy mógłbym prosić Szanownego Autora o rozwinięcie tej myśli?
    „Bon oświatowy polegałby na tym, że szkoły najbardziej prestiżowe przyciągać będą najwięcej hajsu i najzdolniejszych uczniów.”

    Czy to nie miało działać w ten sposób, że bon daje pieniądze „z ucznia” i to czy jest wielkomiejski i zdolny nie ma znaczenia? Wręcz przeciwnie, można podejrzewać, że najlepszą kasę trzepałoby się na przepełnionych szkołach dla przeciętniaków (i poniżej, byleby nie „specjanych”). Ci zdolni to tylko problemy tworzą, trzeba zatrudniać inteligentniejszych nauczycieli i w ogóle. Najtaniej mieć takich co jak przyniosą pałę to już ich ojciec pasem przekona do walki o oceny.
    No chyba, że mówimy o systemie bon + wkład własny. Ale on wcale nie odbiega tak bardzo od dzisiejszego. Może tym, że dzisiaj jak ktoś ma jakiś pomysł na szkołę i nawet chciałby się zmieścić w subwencji to zapewne rozbije się o konieczność wynajęcia lokalu, którego nie mają dyrektorzy szkół publicznych.

  23. „Czy to nie miało działać w ten sposób, że bon daje pieniądze „z ucznia” i to czy jest wielkomiejski i zdolny nie ma znaczenia?”

    W praktyce jednak tzw. „zdolny uczeń” to uczeń wyrastający w domu, w którym ceni się książki, wiedzę itd. Bo to jest na początku drogi życiowej największe kryterium różnicujące, czy twoi rodzice cię jakoś do tego zachęcają, choćby pośrednio, choćby tak, że sam ich widzisz, jak z przyjemnością coś czytają – czy w ogóle nie mają zainteresowań poza wódą i telewizją.
    Niejako automatycznie rodzice, którzy się przejmują edukacją, będą też świadomiej dokonywać wyboru. A więc dzieci już uprzywilejowane na starcie będą mieć wzmocniony ten przywilej – a Brajanek i Dżesika będą poszkodowani na starcie, a ich poszkodowanie będzie się pogarszać.

  24. W mojej bańce twarzobukowej krążył film z obecną minister Zalewską, która kilkanaście lat temu bardzo wychwalała fiński system edukacyjny i mówiła, że reformy powinny się na Finlandii wzorować. Teorię reformy edukacji mamy dobrą. W praktyce nie udaje się jej przeprowadzić od 50 lat (o czym ostatnio pisał Przemysław Sadura w rzepie).

  25. Witam po latach (kiedyś coś).
    Co do „bonu edukacyjnego”, już teraz to śmierdzi w wariancie polskim. O „elitarnych szkołach” można by tu długo, ale ciekawszym przypadkiem są placówki z nieco innej beczki, mianowicie szkoły „integracyjne”. Wiem, nadużywam cudzysłowów, ale ciężko mówić o integracji w wypadku szkoły, gdzie wychowawczyni jest oburzona faktem, że przydzielono jej klasę „specjalną” i wszystkie zadania związane z integracją zrzuca na nauczycielkę wspomagającą, sama zaś skupia się na „wynagrodzeniu” dzieciom „zdolnym” faktu, że wylądowały w takim towarzystwie. Czemu tak? #samaniewiem, ale dwóch głównych podejrzanych to: wielokrotnie wyższa subwencja na dziecko niepełnosprawne (w naszej klasie są to tzw. niepełnosprawności sprzężone, złoty interes, najwyższa stawka i nie wymagane są specjalne udogodnienia w szkole jak windy dla wózków) plus fakt, że klas integracyjnych jest zwyczajnie za mało. Tak więc szkoła robi oddział integracyjny bo albo została wybrana na ochotnika przez kuratorium, albo chciała kasę (jedno nie wyklucza drugiego). A w praktyce jest jak jest, dowiedzieliśmy się ostatnio, że w „rejonówce” będą lepsze warunki dla niepełnosprawnego dziecka (i chętnie też przytulą tą subwencję).

    Jakiś czas temu był natomiast świetny „Last Week Tonight” na temat tzw. „charter schools” w USA, moim zdaniem piękny przykład tego, czym się kończy bon oświatowy (gospodarz pewnie wie, bo o USA wie kilka razy więcej niż ja, ale niezorientowanym powiem że to takie prywatne szkoły za państwowe / stanowe pieniądze)…

  26. Witam. Mam z powyższymi 2 komentarzami pewien problem praktyczny. Poczytałem trochę o tym, że jak Jasiu wychowany na książkach będzie się uczył możliwie długo z Dżesiką i Brajankiem, to społeczeństwu to się ogólnie opłaci, wszyscy będą mieli lepiej. Kupuję to, zakładam, że tak jest. Ale w tym roku, w 6 klasie mój synek, który jest raczej takim lubiącym książki Jasiem, zawsze jednym z najlepszych w klasie, choć bardzo lubi też piłkę pokopać, przestał lubić szkołę. W wieku 11 lat wybił się na meta-obserwację i zaczął uważać, że szkoła jest bez sensu. Marudzi dokładnie codziennie rano i wieczorem, od września, że nie chce iść do szkoły. I to marudzi dość sensownie w stylu „po co mam iść na matematykę, gdzie przez 15 minut nauczyciel doprowadza klasę do porządku, a przez resztę lekcji przerabiamy ambitny temat ‚POLE PROSTOKĄTA’?” Ja go nie przekonam, że ma chodzić dla dobra Dżesiki i Brajanka, to jest jeszcze niestety poza jego horyzontem rozumienia świata. Dla niego Dżesika i Brajanek, których tak poza tym bardzo lubi, sabotują działanie szkoły. W młodszych klasach zdarzało się, że był takim „klasowym policjantem” i ustawiał kolegów, ale to przestało działać.
    Więc od nowego roku zmieniamy szkołę na dwujęzyczną 7 klasę w innej podstawówce (żeby nie było – państwowej, pozostałość po takich gimnazjach). Do takich klas idzie teraz przy nowych podstawach programowych coraz mniej dzieci, ale są to coraz bardziej klasy książkowych Jasiów i Maryś, bez Dżesik i Brajanków.

  27. „W wieku 11 lat wybił się na meta-obserwację i zaczął uważać, że szkoła jest bez sensu” – ja na to zawsze odpowiadałem, że praca jest jeszcze bardziej bez sensu, dorosłe życie też będzie polegać na tym, że przez standardowe osiem godzin dziennie użerasz się z bezsensowną instytucją, ale reszta doby jest twoja.

  28. Ale tak wcale nie musi być. Młody ma w domu przykład taty, który znalazł sensowną robotę (za trzecią próbą) i mamę, która monetyzuje swoje hobby. Więc to do niego nie trafi.

  29. @Jacek Pryszcz
    „Ale tak wcale nie musi być.”

    Jedno jest pewne: do szkoły nie idzie po wiedzę, tę ma w domu, w książkach. Ma inne sposoby na poznanie „wzoru na pole prostokąta”. Do szkoły idzie po to, żeby się nauczyć pracy w zespole, w dorosłym życiu w zespołach będzie trafiać na Różnych Ludzi.

    PS. Eksperymentalnie wyłączyłem wątki

  30. „Ja go nie przekonam, że ma chodzić dla dobra Dżesiki i Brajanka, to jest jeszcze niestety poza jego horyzontem rozumienia świata.”

    Może nauczy się tam, że klasizm jest zły, bo z domu tego raczej nie wyniesie.

  31. @wo
    „do szkoły nie idzie po wiedzę, tę ma w domu, w książkach”

    Jest tylko jeden wyjątek – języki obce. Każdy inny przedmiot społecznie rozwinięty i „nauczony uczenia się” dzieciak może łyknąć sam (łatwiej jeśli z pomocą rodziców) i da się to zrobić szybko. Ale jednak kilka godzin w tygodniu rok po roku obcowania z językiem, tzw. „osłuchanie się”, tego nie da się nadrobić samemu. Semestr fizyki w dwa tygodnie – btdt i ta wiedza została, ale semestr języka można tylko mechanicznie wyklepać (słówka, regułki) i zapomnieć.

  32. Dzień dobry,
    Pierwszy komentarz w nowym miejscu, dawniej jako antyfilidor.

    Zgadzam się że bon oświatowy nie wydaje się być mądrym pomysłem, choć bardziej przemawia do mnie argumentacja @Luster De

    „(…) Wręcz przeciwnie, można podejrzewać, że najlepszą kasę trzepałoby się na przepełnionych szkołach dla przeciętniaków (i poniżej, byleby nie „specjanych”). Ci zdolni to tylko problemy tworzą, trzeba zatrudniać inteligentniejszych nauczycieli i w ogóle. Najtaniej mieć takich co jak przyniosą pałę to już ich ojciec pasem przekona do walki o oceny. (…)”
    niż argumentacja @WO stanowiąca riposte na powyżej zacytowane.

    Ba, mam nawet ciekawy case study opisujący podobne zjawisko – szkolnictwo wyższe w PL.
    Uczelnie wydziały mają funkcje celu – utrzymać jak najwięcej studentów (bo za studentem idzie $$, nieważne publiczne czy prywatne), a co skórkuje zmniejszeniem wymagań na wstępie i potem kryteriów oceniania, a per saldo- pogarszaniem jakości kształcenia ceteris paribus.

    2. Szkoły „prywatne”

    Zwróciłbym uwagę na 2 sprawy.
    Po 1 – ciekawe jest to że obecnie rządzący zdecydowali się na likwidacje gimnazjów, mimo sporego oporu kościoła. Z moich obserwacji około Warszawskich odnosiłem wrażenie że to właśnie na tym etapie szkolnictwa najlepiej umościły się zakony itp. (a szkoły te sukcesywnie przerabiały ludzi na ateistów :D)

    Po 2, lewicujący publicyści lubią cmokać (w sumie Gospodarz też podłapał cmokanie Gduli swego czasu :P) że hur dur prywatne drogie szkoły to powiększanie nierówności hur dur jakie to złe i te czesne 10 k/mc łolaboga tysiąc sto jedenaście.!!
    To teraz zastanówmy się od czego zależy poziom szkoły? Imo od nauczycieli, od reszty uczniów i od.. nazwijmy to uzbrojenia w kapitał fizyczny (jakość budynku, sprzętów itp), choć te 2 czynniki ludzkie uważam za dużo ważniejsze.
    O ile drogie szkoły mogą ściągać dobrych nauczycieli, o tyle jeśli chodzi o uczniów, ograniczenie popytu przez wysokość cen czesnego sprawia że idą tam raczej mniej uzdolnione części populacji niż do najlepszych szkół lub licznych.
    Skutek (nie chce mi sie sprawdzać jak sytuacja wygląda obecnie, więc opieram się na latach 2006-2010) – wśród najlepszych szkół średnich w wwa była tylko jedna „prywatna” (bednarska). Za zdecydowanie najlepsze gimnazjum w wwa nazywano gim publiczne (takie obok ronda ONZ :P)

    W końcu- lewicujący publicyści niby cmokają, a potem wysyłają dzieci do prywatnej szkoły dla dziewcząt w śródmieściu XD 😉

    3.
    Jak już jewst notka o szkalowaniu głupich pomysłów w edukacji, to nawiążę do wpisu na FB WO o szkoalowaniu różnicowania płac nauczycieli.
    Nie jestem tak jednoznacznie przeciwny temu pomysłowi. Ba, koncepcyjnie to nawet jestem raczej za. Problem polega na tym że taki system różnicowania musiałby być dobrze zaprojektowany, a u Nas nie byłby, tylko ktoś na kolanie napisałby rozporządzenie na ostatnią chwilę bazując na danych instytutu danych z dupy.

    W stanach, gdzie proces legislacyjny jednak wygląda lepiej niż w PL też nie potrafili dobrze zaprojektować tego systemu. B fajnie zostało to opisane w Freakonomics (bodaj pierwszym rozdziale)- do jakich patologii dochodziło gdy nauczyciel mógł dostać b dużą premie, gdy jego uczniowie istotnie poprawili wyniki na egzaminach.

  33. @mistrzanalizy
    „W końcu- lewicujący publicyści niby cmokają, a potem wysyłają dzieci do prywatnej szkoły dla dziewcząt w śródmieściu XD

    TO NIE JA! W ogóle „lewicowych publicystów” nie ma aż tak wielu i rzadko opływają w kasiorę na tyle, żeby w ogóle mogli myśleć o jakichś Bednarskich.

    „Nie jestem tak jednoznacznie przeciwny temu pomysłowi. Ba, koncepcyjnie to nawet jestem raczej za. Problem polega na tym że taki system różnicowania musiałby być dobrze zaprojektowany, ”

    Nie ma czegoś takiego. Drogi czytelniku tego komcia, zapewne pracujesz w jakiejś instytucji (korpo? uczelnia?), ktora ma jakiś system oceniania, promowania i nagradzania. Czy ten system oceniasz dobrze? Czy dzięki niemu nie ma u was zjawiska „kretyna w zarządzie”? Pytanie retoryczne, bo nie słyszałem o sensownych rozwiązaniach w tej materii.

    Nic się to nie da wymyślić, poza „przyciągnijmy dobrych ludzi dobrymi warunkami i dobrze ich traktujmy”.

  34. @WO „w dorosłym życiu w zespołach będzie trafiać na Różnych Ludzi.”
    z tą pracą w zespole się zgadzam i też jakiś czas w tę stronę zmierzały nasze rozmowy. Z tym że uważam, że podejście „ojej znowu muszę być z tymi strasznymi ludźmi i robić te straszne rzeczy” w pracy zawodowej to jest raczej patologia, a nie norma. Jak się ma problem i z zajęciem i z zespołem, to dla dobra wszystkich warto zmienić pracę. Trwanie w takim stanie grozi poważnymi chorobami. To nie jest żart.
    @panbolec
    Z tymi językami i innymi przedmiotami różnie bywa. Samodzielna nauka jest kwestią naturalnych predyspozycji i nabytego „kapitału początkowego”. Zanim poznałem moją żonę napisałbym dokładnie tak samo jak Ty: że da się samemu nauczyć fizyki, a języka nie. Żona potrafiła mi udowodnić, że może być dokładnie odwrotnie.

  35. @WO
    „TO NIE JA! ”

    No ja raczej o czyms bardziej snobistycznym niż bednarska pisałem. 😀
    Nie chce żeby to tak putelkowo wyglądało, ale insiderskie info mówiło larta temu o córce pewnego prowadzącego z brodą, pracującego w tym samym radiu o które gospodarz zachzaczył.

    Ale clue mojej wypowiedzi miało na celu raczej. pokazać że „żeby w ogóle mogli myśleć o jakichś Bednarskich.” to w sumie nie jest problem. Że jest (było) kilkanaście szkół publicznych uważanych za lepsze od bednarskiej.

  36. @mistrz.analizy
    ” insiderskie info mówiło larta temu o córce pewnego prowadzącego z brodą, pracującego w tym samym radiu o które gospodarz zachzaczył.”

    Że ktoś pracuje w TOK FM to nie znaczy, że jest lewicowym publicystą. Jan Wróbel tam też ma audycje. A zarobki etatowych dziennikarzy TOK FM są takie, że zwyczajnie nie wierzę, że w ogóle mogą myśleć o czymś w stylu Bednarskiej.

    Była taka zabawna sytuacja, że w audycji z serii „telefony od słuchaczy” zadzwonił jakiś pisowski słuchacz z tekstem „czepiacie się zarobków w NBP, a sami ile zarabiacie”. Dziennikarz odpowiedział, słuchaczowi zatkao kakao.

  37. @WO

    „Że ktoś pracuje w TOK FM to nie znaczy, że jest lewicowym publicystą. Jan Wróbel tam też ma audycje.”

    Ale ja tego nie inputuje. Ba, pamiętam czasy gdy w ramach pluralizmu bardziej hardcorowe postaci typu Terlik gościły regularnie w TOK.

    Po prpostu red Ż. w czasach gdy jeszcze słuchałem poranek co jakiś czas rzucał że „razemki spoko” „podatek progresywny w sumie może być”, „dobra publiczne”, ” telewizja publiczna za abonament, nie z reklam jest ważna” więc jak na standardy dziennikarskiego mainstreamu uważam go za „lewicującego”, celowo nie powiedziałem „lewizcowego”.

  38. @mistrz analizy
    „Po prpostu red Ż.”

    Ach, to on nie pracuje w TOK FM (w sensie, stosunku pracy). Zakładałem, że zachodzi koniunkcja: primo, brodaty; secundo, pracujący w TOK FM; tertio, lewicowy.

  39. @WO „Nic się to nie da wymyślić, poza „przyciągnijmy dobrych ludzi dobrymi warunkami i dobrze ich traktujmy”.”
    Jakby się udało podnieść płace nauczycieli, tak żeby były dobre warunki, to jak zrobić, żeby przyciąganie nie dotyczyło wyłącznie kuzynki pana burmistrza, siostry pani radnej i córki żony miejscowego Janusza biznesu? Plus dziedziczne posady córka po matce.
    Tak na marginesie, było pytanie o to co zrobi KO, jeśli będzie mogła coś zrobić. Po wyborach w 2007 roku premier Tusk zapowiedział, że podniesie pensje nauczycieli. Bez żadnego strajku. I to była akurat spełniona obietnica. Nie znam szczegółów, ale z tego co pamiętam to w 2007 roku nauczyciel po studiach na „dzień dobry” dostawał ok. 1200 na rękę. W 2012 to było ok. 1800. I nagle pracę w szkole było trudno dostać, a tajemnicą poliszynela były kryteria jak wyżej…

  40. Ja np. z językiem w dużej mierze osłuchiwałem się oglądając Cartoon Network i inne rzeczy po angielsku w telewizji czy grając w gry komputerowe ze słownikiem, teraz możliwości samodzielnej nauki języka jest jeszcze więcej w internetach, różne Duolingo itd., możliwość dowolnej zmiany języka na Netflixie (jasne, to nie zastąpi w pełni usystematyzowanych lekcji, ale też lekcje języków w polskich przepełnionych szkołach często zostawiają wiele do życzenia).

    Ja teraz żałuję tylko, że więcej nie spędziłem jako dzieciak na samodzielnej nauce niemieckiego, tylko właśnie wklepywałem i zapominałem w szkole, uznawszy, że do wszystkiego starczy mi angielski (który poznawałem w większym stopniu sam niż w szkole).

  41. @WO
    pracuje w/pracuje dla rozumiem bardziej hmm „funkcjonalnie” aka prowadzi program od paru lat, niż prawnie (co tam ma podpisane – UoP, b2b, inna umowę.

    I jak już wcześniej podkreśliłem „lewicujący” nie „lewicowy”, bo aż tak dogłębnie w poglądy prowadzących poranki nie wnikam. 😛

  42. @Jacek Pryszcz
    „Nie znam szczegółów, ale z tego co pamiętam to w 2007 roku nauczyciel po studiach na „dzień dobry” dostawał ok. 1200 na rękę. W 2012 to było ok. 1800. I nagle pracę w szkole było trudno dostać, a tajemnicą poliszynela były kryteria jak wyżej…”
    Moje anecdata twierdziło, że konkretne podwyżki zaczął jeszcze Marcinkiewicz, więc jednak nieco wcześniej. Choć jest też możliwe, że uchwalono z odroczeniem. Albo źródło osobowe coś pomyliło.
    natomiast nie kojarzę, żeby fucha w szkole była jakąś atrakcyjna synekurą, nawet po podwyżkach, choć pewnie były regiony, w których tak było. Jednak na nauczyciela wymagane jest minimum to przygotowanie pedagogiczne, więc losowej osoby jednak nie zdesantujesz.

  43. @Jacek Pryszcz
    „Jakby się udało podnieść płace nauczycieli, tak żeby były dobre warunki, to jak zrobić, żeby przyciąganie nie dotyczyło wyłącznie kuzynki pana burmistrza, siostry pani radnej i córki żony miejscowego Janusza biznesu? Plus dziedziczne posady córka po matce”

    Nie da się. W świecie korpo to też jest nie do uniknienia. Przecież do zarządu korporacji też trafiasz dlatego, że grasz w metaforycznego golfa z kim trzeba.

  44. @WO
    Ale mi nie chodzi o zarząd, tylko o zwykłego pracownika. Jak korpo zacznie zatrudniać samych pociotków – specjalistów od zbijania bąków, to duża szansa, że korpo padnie. Ktoś musi wypracować kasę, żeby ci od golfa mieli premie. A w szkole publicznej albo nie ma tego mechanizmu „padnięcia” wcale albo jest tak, że jakaś grupa rodziców zacznie przypadkową i chaotyczną wojnę przeciwko dyrektorowi i części nauczycieli pod hasłem „dlaczego u nas są gorsze wyniki testu ósmoklasisty niż w sąsiedniej szkole?” (przy czym akurat te wyniki mogą mieć całkiem racjonalne
    uzasadnienie – bo u nas jest większy odsetek Brajanków i Dżesik) I jeszcze korpo może dużo elastyczniej pozbyć się „z dobrodziejstwem inwentarza” działu zbijania bąków, ewentualnie zastąpić go czymś innym. Jak do szkoły przyjmie się ludzi „na stałe” to zgodnie z kartą nauczyciela mogą tam zostać do emerytury.
    Z tym zarządem z metaforycznego golfa to w szkole jest właśnie trudniej, bo jak dyrektorem zrobi się jakiegoś buca z KW burmistrza, to prędko skonfliktuje się z panią Jadzią, co to uczyła polskiego jeszcze rodziców połowy uczniów, zepsuje boisko wybudowane w czynie społecznym itp. Politycznie trzeba z tym bardzo uważać.

  45. @Jacek Pryszcz
    „Jak korpo zacznie zatrudniać samych pociotków – specjalistów od zbijania bąków, to duża szansa, że korpo padnie. ”

    Toteż w końcu wszystkie padają. Z oświatą to o tyle bardziej skomplikowane, że nawet nie może upaść (ustawowo).

    „I jeszcze korpo może dużo elastyczniej pozbyć się „z dobrodziejstwem inwentarza” działu zbijania bąków, ”

    Też trochę zależy od stanu prawnego i siły związków zawodowych w danym korpo. Choćby w Volkswagenie do zamknięcia jakiegokolwiek działu potrzebna jest zgoda przedstawicieli pracowników w Radzie Nadzorczej. Ale to już daleka dygresja.

    Bottom line: nie da się wymyślić takiego systemu. Trudno.

  46. @wo
    Anecdata: córka chodzi do podstawówki, która jest, niestety, marna. Poziom jej nauczycieli: od przeciętnych, poprzez bardzo słabych, do wręcz skandalicznych bimbaczy i kompletnych dyletantów [w tym miejscu wyciąłem liczne przykłady, od niekórych jeżą się włosy na głowie]. Żeby nie było, że jestem uprzedzony czy zbyt krytyczny: miała też dwie dobre nauczycielki, obie odeszły (do lepszych szkół).

    I teraz załóżmy, że nauczyciele dostaną podwyżki (co popieram jako warunek konieczny), a do zawodu zaczną ciągnąć lepsi ludzie. Ile trzeba będzie czekać na poprawę stanu jak wyżej? Pokolenie? Trochę długo. Chciałoby się szybciej. A ty jeszcze piszesz, że się nie da ani sensownie zróżnicować płac, ani zapobiec kumoterstwu. A powywalać kogo trzeba też nie za bardzo się da, bo przecież Karta. Mało to optymistyczne.

    Co do różnicowania płac (lub pensum). Mam w domu polonistkę. Mam w rodzinie wuefistkę. To naprawdę są nieporównywalne obciążenia.

  47. @kuba_wu
    Od niedawna mieszkam w kraju, w którym nauczyciele mają naprawdę dobre pensje. Z mojej perspektywy efekty są niesamowite – w pociągu widziałem dziesięciolatki omawiające niemieckie książki po francusku. Ale w testach PISA wyniki od dawna są słabe, więc najpierw spróbowano rozwiązać źródło problemu i zwiększyć integrację imigrantów [1], a kiedy po kilkunastu latach wyniki dalej nie były zadowalające, Luksemburg postanowił ograniczyć częstotliwość testów PISA [2]. To chyba dobry przykład, że nie można liczyć na szybkie efekty reformy niezależnie od nakładów finansowych.

    Tu mamy problem podobny jak z systemem opieki zdrowotnej – najpierw trzeba podnieść nakłady, żeby w ogóle myśleć o poprawianiu czegokolwiek, a potem i tak chwilę potrwa zanim efekty będą widoczne w skali całego kraju. Przynajmniej unikniemy lotu w dół, który czeka nas, kiedy nauczyciele przejdą do Biedronek, a pielęgniarki na emeryturę.

    [1] – https://eric.ed.gov/?id=ED504013
    [2] – http://delano.lu/d/detail/news/lux-partially-withdraws-pisa-assessments/173301

  48. @kubawu
    „Chciałoby się szybciej.”

    Nie da się szybciej, Finowie też owoce zaczęli zbierać po dekadach. Sorki!

  49. Dowód anecdata, nie jest dobrym dowodem ale ten mam, a nie chce robić doktoratu na temat szkolnictwa. Więc opowiem swoją historię.
    Chodziłem do państwowej podstawówki, na początku lat 90. Zrobiono w niej eksperyment, pod hasłem nie mamy pieniędzy na małe klasy. Dodatkowo lepsza klasa A miała wyciągnąć gorszą klasę B, a także generalnie mieć lepszy wpływ na całokształt.
    Zrobiono to 5 klasie podstawówki, i powstała klasa mająca prawie 40 osób. Jak w 4A miała średnią prawie 4.0, a 4B niecałe 3.0. Na koniec roku, 5 klasa bez literek miała średnią 2,5. I tak to się ciągnęło do końca szkoły, a ja jeszcze dzięki pewnym problemom miałem egzaminy komisyjne, bo nauczyciele mając problem z klasą, każdego zaczęli traktować z buta.

    Z racja tego, że miałem trochę problemów z dostosowaniem się, do ram społeczeństwa :P. Nie poszedłem do zwykłego liceum państwowego, na szczęście niedaleko otworzono jedną z pierwszych szkół społecznych w Warszawie. I dzięki temu, że rodzice postanowili się wykosztować na to liceum, w którym to nauczycielom się chciało, bo np byli założycielami tej szkoły. Normalnie je skończyłem, jak i trafiłem na taką nauczycielkę informatyki, że teraz to jest mój zawód.

    Znam wiele różnych opowieści o szkołach społecznych, które uratowało wielu nie do końca pasujących do sztywnych ram uczniów.

  50. Też mam w najbliższym kręgu znajomych szkołe społeczną i podpisuję się dwoma rękami pod tym, że taka szkoła to wybawienie dla dzieciaków, które nie pasują do ram szkoły państwowej. I niekoniecznie chodzi o jakieś zaburzenia, choć dzieci z zaburzeniami jest tam proporcjonalnie więcej.
    A kwestia kasy i subwencji wygląda tak, jak ktoś już tu napisał: wystarczy na bieda-pensje dla nauczycieli (zarobki są takie jak w publicznej), cała „górka” z czesnego idzie na wynajem i remonty budynków. Miałem wgląd w roczne sprawozdanie finansowe i z rozliczenia to tak wyglądało co do 1-2 %.

  51. Ale gdybyśmy mieli szkoły publiczne takie jak Finlandii to takie „wybawienie” często nie byłoby potrzebne.

  52. Ale nie mamy i jak wynika z powyższej dyskusji – przez jedno pokolenie, to się raczej nie zmieni.

  53. @licea społeczne
    W Warszawce może tak bywało. Moje anegdoty są z kilkunastotysięcznego miasteczka: przedwojenne liceum z tradycjami (bardziej na papierze), PRL dorzucił technikum ekonomiczne i zawodówkę, a 3RP m. in. owo liceum społeczne prowadzone przez Fundację. Co prawda nie znałem bezpośrednio nikogo, kto tam uczęszczał, ale szkoła miała opinię, że idą tam ludzie, którzy nie dostali się do LO i technikum, a rodzice mają wyższe ambicje (i pieniądze na czesne) niż zawodówka. Co do nauczycieli też ciężko mi coś konkretnego powiedzieć, poza tym, że część z moich łatało sobie tam etat (co w sumie zrozumiale w niedużej miejscowości). Sporo można natomiast poopowiadać o ówczesnym prezesie wspomnianej Fundacji. Tego akurat znałem osobiście, bo przez rok był moim nauczycielem religii i jednocześnie radnym powiatowym. W pewnym momencie wiatr lokalnej polityki się odwrócił, zaliczył level up i dochrapał się fotela wicestarosty, rezygnując z prezesowania fundacji (i nauczania religii). W międzyczasie powiat podarował fundacji zabytkowy, acz niszczejący od lat 90 kompleks parkowo-pałacowy. Miał tam powstać obiekt hotelowy, a obok hospicjum czy jakiś tam ośrodek wychowawczy. Kariera polityczna pana katechety urwała się gdy spróbował pójść na poziom wojewódzki podczepiając się pod któryś z projektów Marka Jurka (oczywiście bez sukcesów). Teraz od lat zimuje na stanowisku sekretarza ościennej gminy wiejskiej, pewnie za jakieś dawne przysługi. Liceum społeczne też już od lat nie istnieje, w pałacu działa hotel i restauracja, o temacie hospicjum nikt już nawet nie pamięta.

  54. @wo, a propos fragmentu o NFZ – zalinkowałem Pana tekst na fejsie, i mi wszyscy wypisują, że Pan nic nie wie o służbie zdrowia, bo w NFZ to pieniądze idą nie za pacjentem a za kontraktem, i placówka sobie poszarżować nie może. Ma Pan odsyłacz do czegoś z większą ilością szczegółów, żeby nie argumentować z autopsji?

  55. @mtg
    „idą nie za pacjentem a za kontraktem, i placówka sobie poszarżować nie może.”

    No przecież tak samo jest z oświatą, nie można „szarżować”. Trochę nie rozumiem zarzutu. To jasne, że żeby w ogóle pieniądze mogły iść za uczniem/pacjentem, potrzebny jest jakiś kontrakt, więc sformułowanie „idą za pacjentem/idą za uczniem” jest uproszczeniem. Podobnie jak sformułowanie „poszarżować”.

    Ale konkretnie to czego dotyczy zarzut? „Niemożności szarżowania”?

  56. @wo – może cytat:

    „A poważnie, pieniądze z NFZ nie idą za pacjentem. Idą za kontraktem placówki medycznej z NFZ. Pacjent nie może wybrać sobie placówki, która kontraktu nie zawarła. Jak placówka przekroczy liczbę zakontraktowanych w danym roku usług, to są problemy. No i do usług, za które płaci NFZ, pacjent nie może dopłacać (np. za mniejszą salkę w szpitalu).”

  57. @mtg
    „A poważnie, pieniądze z NFZ nie idą za pacjentem. Idą za kontraktem placówki medycznej z NFZ. Pacjent nie może wybrać sobie placówki, która kontraktu nie zawarła.”

    Czyli że idą za pacjentem – zgodnie z kontraktem. Z oświatą jest przecież tak samo, nie do każdej jednostki, którą sobie nazwiemy „szkołą”, pieniądze przyjdą za uczniem.

    Tak się można czepiać w nieskończoność, że wszystko można by sformułować bardziej szczegółowo. Np. proszę zauważyć, że pieniądze nie „idą”, bo nie mają nóg (etc.).

Dodaj komentarz