Paul Baran, wynalazca Internetu


Latka lecą, klawisze stukają. Krótko mówiąc, zapraszam do zakupu kolejnej książki.

Jeśli biografie mogą mieć sequele, traktuję ją jako kontynuację „Lema”. Mistrz parokrotnie fantazjował na temat swojego alternatywnego życiorysu – gdyby tak rodzina odpowiednio wcześnie, najlepiej jeszcze przed 1939, wyemigrowała ze Lwowa do USA.

Lem żyłby wtedy jak Hogarth, Rappaport, w najgorszym wypadku reporter Roughton. Może nie zostałby najsłynniejszym polskim pisarzem XX wieku, ale również dokonałby wielkich rzeczy?

W inżynierze Paulu Baranie znalazłem takiego jakby właśnie alternatywnego Lema. Jego rodzice wyemigrowali z Grodna w 1928 wraz z nim i dwójką jego rodzeństwa.

Jaki to piękny amerykańki sen. Pięcioosobowa rodzina uchodźców schodzi ze statku w Ellis Island. Ich najmłodsze dziecko to jeszcze nieledwie niemowlę – urzędnik błędnie opisuje je jako dziewczynkę.

Trzy dekady później to dziecko wymyśli Internet.

Uprzedzając pytanie, czy Paula Barana (albo w ogóle kogokolwiek) można nazwać wynalazcą Internetu: jestem świadom, że przypisuje się na przestrzeni lat 1945-1995 to miano różnym ludziom, od Vannevara Busha po Ala Gore’a.

W prawie patentowym wynalazca definiowany jest jako ten, kto jako pierwszy przedstawi nieoczywiste rozwiązanie tak, żeby osoba biegła w sztuce mogła je zrealizować. Wszystkie opisy przed Baranem były ogólnikowe i literackie. Wszystkie późniejsze były zaś późniejsze.

Wśród PT Komcionautów mogę mieć osoby, które przeczytały o początkach Internetu Wszystko (czyli w praktyce: „Where Wizards Stay Up Late” Lyona i Hafner, „A Brief History of the Future” Naughtona i „Inventing the Internet” Abbate). Nawet te osoby poznają pewne nowe fakty, bo cytuję nieopublikowane dokumenty z archiwum Barana na Stanfordzie.

W poprzedniej notce szydziłem ze „standardowego światopoglądu lat 90”. Wchodziło w niego ukrywanie roli państwa w rozwoju technologii cyfrowej – co pośrednio uzasadniało przywileje podatkowe dla kartelu GAFA („niczego nie zawdzięczają państwu”).

I znów, po PT Komcionautach oczekuję znajomości autorów takich jak Mariana Mazzucato, którzy to pięknie masakrują „po całości”. Ale moja książka będzie dla nich, mam nadzieję, ciekawym studium konkretnego przykładu.

Mój bohater działał w Krzemowej Dolinie na klasycznej scenie startupowej. Kiedyś na pewnej konferencji przedstawiano go jako człowieka, który współzakładał cztery starupowe „jednorożce” – Baran poprawił gospodarza, że tylko trzy, bo czwarty się w kapitalizacji zatrzymał na 600 milionach.

Przez znaczną część kariery pracował jednak pośrednio lub bezpośrednio dla państwa. Widać też przepływ technologii – np. doświadczenia zgromadzone przy telemetrii pocisku manewerującego MGM-1 Matador wykorzystywał jako spec od wysokiej jakości nagrań na taśmie magnetycznej na rozwijającym się wówczas rynku audio-wideo.

Ponieważ w książce trochę będzie o wojsku, więc spodziewam się typowej krytyki entuzjastów rapierów. Na pewno nie pocisk manewrujący tylko manewrant pociskujący, i tak dalej. No trudno, rapierzystom nikt nie dogodzi, nawet inni rapierzyści.

W biografii Barana spotykają się różne moje fascynacje. Jak wiecie, poza technologią, kocham także Amerykę. Zwłaszcza taką z Tamtych Lat, do której pasowałby soundtrack z dowolnego filmu Tarantino.

Mój bohater mieszkał kolejno w Bostonie, Filadelfii, Nowym Jorku, Los Angeles, w Middletown, CT (typowe „miasto o jednej ulicy”) i Krzemowej Dolinie. Odbywał też służbowe wyprawy m.in. na przylądek Canaveral, do Waszyngtonu i do Murray Hill (siedziba Bell Labs).

Staram się zabrać czytelnika w podróż w czasie i przestrzeni. Od Ameryki prohibicji do Ameryki startupów, z wybrzeża na wybrzeże, z klasy niższej do wyższej, ze sztetła na Podlasiu do historii.

Mam nadzieję, że was przynajmniej jeden z tych motywów kręci tak jak mnie: Amerykański sen, złote lata kapitalizmu, narodziny technologii cyfrowej, podróże po Route 66, awans klasowy, zimna wojna, Bing Crosby rejestrujący swój anielski głos na pionierskiej instalacji firmy AMPEX, mormońscy osadnicy jadący przez pustynię w wozach, jak w „The Ballad of Buster Scruggs” (pojawiają się u mnie jako przodkowie małżonki).

W takim razie – polecam się łaskawej pamięci…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

68 Comments

  1. Chyba wszyscy miętolą dalej Stallmana, więc ja skorzystam z okazji i zapytam, czy będzie ebook, bo pod linkiem tylko papier jest.

  2. Podobnie, ale nie dokładnie jak kolega powyżej- nie mogę się doczekać audiobooka- mam nadzieje że będzie, najlepiej na audiotece.

    Fajny temat i fajna cena – taka nie za wysoka.

  3. KO: „jestem świadom, że przypisuje się na przestrzeni lat 1945-1995 różnym ludziom, od Vannevara Busha po Ala Gore’a.”
    Wydaje mi się, że w zdaniu podrzędnym brakuje podmiotu.

  4. Kupię na pewno, jak tylko e-book się ukaże. Pocieszam się, że alfabet Parowskiego w zapowiedziach też nie miał wersji elektronicznej, która objawiła się w dniu rozpoczęcia dystrybucji.

  5. Ebook na pewno będzie – i jak zwykle (a) teoretycznie mam lepszą prowizję, (b) praktycznie sprzedaż ebooka to jakieś fistaszki.

    @astyszyn
    Bardzo dziękuję, już poprawiam.

  6. Całkiem niedawno czytałem „Innowatorów” Isaacsona w których jest trochę o Baranie. Zdziwiłem się, że nikt w Polsce nie wpadł na to, żeby napisać biografię. Chwilę później gdzieś mi wpadło w oczy, że Gospodarz pisze. Poczekam na ebooka, ale pozycja obowiązkowa.

    No i chyba muszę częściej się dziwić, że nikt w Polsce nie wpadł na to…

  7. @WO
    „W inżynierze Paulu Baranie znalazłem takiego jakby właśnie alternatywnego Lema.”

    Książki serdecznie gratuluję – jednak w Baranie nie widzę alternatywnego Lema. Droga młodego Lema na emigracji w USA byłaby bardziej ciernista bo w trakcie jego lwowskiej socjalizacji, w bogatszej i lepiej ustosunkowanej rodzinie, zbyt mocno wydrukowano mu zespół zachowań polskiego post-szlacheckiego inteligenta. Które to zachowania są generalnie odbierane na Zachodzie jako kłótliwość i brak zdolności do kompromisu. Taki obraz Lema dostrzegałem – co kiedyś szeroko dyskutowaliśmy – w jego relacjach z zachodnimi wydawcami. Wydaje mi się zatem, że gdyby trafił na Zachód już jako ukształtowany człowiek to przeżyłby serię starć z systemem, które owszem, przeżyłby, ale kosztem dostosowania się z trudem do przeciętnej kariery lekarskiej czy prawniczej. Pod koniec życia dopiero może zgromadziłby zasoby osobiste i społeczne jakie pozwoliłby mu na publikowanie twórczości literackiej – która byłaby zupełnie inna niż to co znamy, choć może wcale nie gorsza. Kazus Louisa Begley (Ludwika Begleitera).

    @Ghoran
    „Zdziwiłem się, że nikt w Polsce nie wpadł na to, żeby napisać biografię.”

    Więc czekamy teraz na książkę WO pt. „Abraham Stern, człowiek który wynalazł komputer”

    Z polskich Żydów dokonujących przełomów w różnych obszarach życia na zachodzie można ułożyć spory almanach. O niektórych coś tam słyszeliśmy, na marginesie narodowo-katolickiego imaginarium (Róża Luksemburg, Rafał Lemkin). O innych nawet specjaliści dowiadują się ze zdziwieniem (nie wiedząc o ich polskich związkach) np. o rodzeństwie awangardowych filmowców Janie i Marii Epsteinach (Jean i Marie Epstein).

    O słynnych Polakach nie-Żydach też zresztą piszemy jakby ich całe życie odbywało się w cieniu rosochatej wierzby w mazowieckim dworku – nie przyjmujemy do wiadomości międzynarodowych, światowo znetworkowanych biografii takich jak np. rewolucjonisty Ludwika Mierosławskiego – a to co w tym zakresie akceptujemy w biografiach np. Kościuszki, Modrzejewskiej czy Sienkiewicza jest biograficznym „Deus Ex Machina” – „W 1776 r. znalazł się w Ameryce…”

  8. @awal
    „Droga młodego Lema na emigracji w USA byłaby bardziej ciernista bo w trakcie jego lwowskiej socjalizacji, w bogatszej i lepiej ustosunkowanej rodzinie, ”

    Zależy kiedy i w jakim wieku by emigrował! Można sobie wyobrazić scenariusz „przybywają bez grosza przy duszy” a także „przybywają gdy Lem ma 6 lat”. W pewnym wieku Lem był jednak plastyczny i podatny na socjalizację, widać to po wpływie jaki na niego wywarła jego uczelnia i Tygodnik Powszechny. Amerykańska uczelnia mogłaby go mocniej socjalizować.

    Teraz żałuję, że nie uwypukliłem w książce bardziej tego, jak socjalizowano Barana. Amerykańska edukacja w jego czasach, na jego uczelni była jednak mocno nastawiona na produkcję „graczy zespołowych”. Baran miał podobne do Lema wybuchy gniewu, ale je powstrzymywał. Cytuję w książce jeden przykład: porównanie listu, który chciał wysłać z tym, który ostatecznie wysłał. Różnica mniej więcej: „Wygląda na to, że zarzucasz mi kłamstwo…” / „Na pewno nie miałeś takiej intencji, ale ten dokument za bardzo upraszcza…”. Professional courtesy!

    Baran był graczem zespołowym, ale także indywidualistą. Najlepiej się czuł samodzielnie kierując wymyślonym przez siebie projektem (dlatego w końcu wylądował na scenie startupowej). Umiem sobie wyobrazić alternatywnego Lema w takiej roli (o ile od szkoły średniej byłby socjalizowany w amerykańskim systemie).

  9. @WO
    Bardzo ciekawe – i pokazuje nieoczywistą perspektywę z jaką podchodzisz do pisania o swoim bohaterze (dla niektórych czytelników skoro w tytule jest „Internet” to musi być o meinfrejmach manewrujących). Liczę też na interesujący wgląd w amerykański military capitalism. Apetyt wyostrzony!

  10. @awal
    „Liczę też na interesujący wgląd w amerykański military capitalism.”

    O tym się raczej na pewno niczego nowego nie dowiesz, bo opisuję to na podstawie lektur, znanych – tuszę – nam obu. Metaforyczną kamerę trzymam raczej przy pewnym konkretnym inżynierze, który pracuje a to w Hughes Aircraft, a to w RAND Corporation. Zarabia bimbaliony (in fact, dokładnie wiem ile, bo cytuję jego umowy o pracę), ale jeździ po Los Angeles volkswagenem garbusem, bo po co przepłacać. Wiem czym jeździ, bo zachowały się papiery po drobnej stłuczce na parkingu restauracji.

    Ale owszem, skoro jesteśmy w Hughes Aircraft, to pośrednio opisuję, co to za firma, skąd się wzięla i czym się zajmowała w tym okresie. I tutaj entuzjaści rapierów przyjdą z krytyką, że to zupełnie inny pocisk. Bo dla nich ten pocisk jest w tym wszystkim najważniejszy. No cóż, dla mnie nie.

  11. @wo
    Gratuluję nowej książki. Na pewno przeczytam.

    @awal
    „Z polskich Żydów dokonujących przełomów w różnych obszarach życia na zachodzie można ułożyć spory almanach. O niektórych coś tam słyszeliśmy, na marginesie narodowo-katolickiego imaginarium (Róża Luksemburg, Rafał Lemkin).”

    Pamiętam gdy odkryłem, że istnieje coś takiego jak fraktale i moją fascynację, a właściwie zachwyt. Jakież moje było zdziwienie, gdy przypadkiem odkryłem, że Benoit Mandelbrot urodził się i wychowywał w Warszawie. Dlaczego nikt o tym nie pisał, nie było ulic jego imienia, szkół, nikt go nie zapraszał, nie mogłem tego zrozumieć. Ale wtedy nie wiele jeszcze rozumiałem z piekiełka z którym przyszło mi żyć.

  12. „Ale wtedy nie wiele jeszcze rozumiałem z piekiełka z którym przyszło mi żyć.”
    Ba, kawał genialnej literatury jest u nas słabo znany bo „Żydy to pisały” vide Żydzi dnia powszedniego Perlego czy opowiadania chasydów Pereca.

  13. @bantus, Nankin77
    Coś jednak się powoli zmienia. Jeżeli – jak miasto Zawichost – jedyny tytuł do sławy (oprócz palika w Wiśle) masz w tym, że urodził się tam sławny Żyd, i jeżeli jeszcze ów Żyd był tak pomnikowym polskim patriotą jak Szymon Askenazy, to wtedy nazwiesz jego imieniem uliczkę i klepniesz notę biograficzną, nieco kuriozalną, ale jednak:
    http://muzeum.zawichost.pl/eksponat/szymon-askenazy-wielki-polak-wyznania-mojzeszowego-marcin-nurowski

  14. dokładnie tak – na portalu jest kawałek książki, który ma podpięte zdanie – ebook dostępny w publio, tak za pomocą reklamy typu push zostałem zachęcony do nabycia ebooka, właśnie czytam, dzięki Gospodarzu 😉

  15. Też kupiłem ebooka, czytam właśnie. Jako rapierzysta śpieszę donieść, że póki co uwag brak. A i miałem swój moment #beentheredonethat przy epizodzie z Cape Canaveral i relacjami wojsko – cywile 😉

  16. @sfrustrowany adiunkt
    „Jako rapierzysta śpieszę donieść, że póki co uwag brak”

    No zobaczymy co powiesz, jak dojdziesz do rozdziału o Hughes Aircraft i RAND Corporation. Żeby wyjaśnić, skąd się wzięły, wchodzę w ilustracyjną dygresję o II WŚ i zadaję pytanie, które triggeruje rapierzystów, „a co gdyby Niemcy mieli dużo Me 262”. Co do tego, jak wiadomo, oni sami siebie potrafią pozagryzać. Co do mnie, to tylko dygresja, że Amerykanie może nie mieli takich fajnych zabawek, ale mieli je w dostatecznych ilościach tam gdzie trzeba (a tak się wygrywa wojny).

  17. eh, już skończone, ale widzę, że chyba publio pokusiło się o pełny zestaw ebuków Gospodarza więc idę coś jeszcze skonsumować

  18. Przeczytane jednym tchem już wczoraj, za krótkie…
    A teraz rapiery – nie udało mi się wyguglać, z jakimi to bistabilnymi lampami nasz bohater miał problemy. Owszem, w UNIVACU, jak w każdym komputerze, były bistabilne przerzutniki, wówczas budowane na lampach.
    Być może pewne typy lamp nadawały się do owych przerzutników lepiej niż inne, poszukiwania trwają.
    Natomiast dioda 6H6 jak najbardziej istnieje. Oto ona:
    https://media.rfparts.com/media/catalog/product/cache/1/small_image/438×438/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/6/h/6h6.jpg
    Ślicznotka, prawda? Lampy stalowe tak miały.

  19. @janekr
    „Natomiast dioda 6H6 jak najbardziej istnieje. ”

    Helou, czy ja czymkolwiek sugeruję, że NIE istnieje?

  20. „Helou, czy ja czymkolwiek sugeruję, że NIE istnieje?”
    Nie, to ja w poprzednim wierszu powątpiewałem w istnienie lamp bistabilnych.

  21. @janekr
    Też nie wiem co to, ale zaczerpnąłem to z tej książki o Univacu (do której odsyłam przypisem). Być może na koniec okaże się, że nie były to lampy, tylko urządzenia lampowe (#rapiery forever).

  22. @wo
    „No zobaczymy co powiesz, jak dojdziesz do rozdziału o Hughes Aircraft i RAND Corporation”

    Akurat w tych rozdziałach też brak uwag (nooo dooobra – jedna – AIM-4 to w/g nomenklatury pocisk powietrze – powietrze a nie „przeciwlotniczy” ale jakie to ma znaczenie dla całości? 😉 ).

    A co do triggerującego pytanie – to własnie między innymi z powodów opisanych w tym rozdziale na takie pytanie reaguję wzruszeniem ramion. Ciekawsze jest pytanie „co było by gdyby nie usiłowali robić użytku z niedojrzałych technologii”. Ale znów ustrój, kultura a zwłaszcza kultura organizacyjna dają o sobie znać…

  23. @adiunkt
    „A co do triggerującego pytanie – to własnie między innymi z powodów opisanych w tym rozdziale na takie pytanie reaguję wzruszeniem ramion.”

    Dzięki! Oczywiście, taka była intencja poety. Naczytałem się wielu książek (poważniejszych i mniej poważnych) o niemieckich prototypach, o bombie Heisenberga, o komputerze Zusego itd., uwielbiam to oglądać na zdjęciach albo i grać tym w grach, ale wierzę w banalne wyjaśnienie, że wojnę się wygrywa nie tym, że się ma najlepsze zabawki, tylko że się ma dostatecznie dobre w dostatecznie dużych ilościach. Na szczęście dla nas, Hitler tego nie rozumiał i robił te Tygrysy Królewskie zamiast chmar Pz-IV i StuG-III (wyraźnie jednak usiłuję sprowokować #rapiery).

  24. A to jest o tyleż ciekawe, że większa liczba myśliwców tłokowych czy średnich czołgów mogłaby prowadzić do taktycznych sukcesów (i wydłużyła by wojnę) – ale śmiem twierdzić że nie przesądziłaby o wyniku. W końcu poza zasięgiem pozostawał przemysł amerykański i radziecki na Uralu. Nawet gdyby kosztem wielkich okrętów nawodnych powstała większa liczba U-bootów nie zdołałaby zablokować trwale Atlantyku (de facto brak lotnictwa morskiego, nawet przy założeniu że nikt nie złamałby Enigmy – przewaga w rozpoznaniu po stronie aliantów). Oczywiście można by mnożyć „cobybyłogdyby” ale efektem byłoby meta – założenie że III Rzesza jest państwem o innym ustroju, rządzonym przez innych ludzi.

  25. „do której odsyłam przypisem”
    Właśnie! 354 przypisy. Tak, wyjaśniałeś dlaczego.
    Tak czy owak szacunek.

  26. @rapiery

    „robił te Tygrysy Królewskie zamiast chmar Pz-IV i StuG-III”

    …a nawet te były zbyt wyrafinowane. Twórca Czołgu, Który Wygrał Wojnę, przypłacił życiem ‚marketingową’ podróż z Charkowa do Moskwy, bo maszyna nie miała nawet ogrzewania. I pomijając, że niemieckie pojazdy miały nawet tapicerkę, kiedy nity w ruskich siedzeniach kaleczyły dupę, Stalin przytomnie uznał, iż podejście tworzenia pojazdów, którymi później emerytowany cywil ma jeździć do kościoła przez 30 lat, ma słaby sens w warunkach wojny, gdy średni czas życia maszyny liczony jest raczej w tygodniach, ew. miesiącach, bez względu na jakość wykonania. Podobne podejście wygrało w przypadku pepeszy czy katiuszy – sprzęt miał małe szanse na Grand Prix targów uzbrojenia, za to robił robotę. Coś jak parę wieków wcześniej rycerz w lśniącej zbroi z pióropuszem vs. berserker.

  27. Tak naprawdę, to wierzę w tezę prof. Horsta Aspernicusa, że nawet po przyjęciu maksymalnie optymistycznych założeń co do wojny lądowej – Hitler odbiera defiladę na Placu Czerwonym, itd. – dwie rzeczy wiemy na pewno. (a) Amerykanie by mieli atomówkę, (b) Hitler nie. Więc im lepiej im idzie na lądzie, tym dłużej to trwa i tym straszniej się to kończy – już nie dywanowymi nalotami na Drezno i Hamburg, ale atomową pustynią od Renu po Wisłę.

    Wszyscy ci idioci od „trzeba było z Hitlerem iść na Stalina” są zbyt ograniczeni, by porównać oba projekty atomowe. I wyciągnąć wnioski, dlaczego Amerykanom się udało.

  28. Mnie historyjki o tym, jak to podbijajamy z Hitlerem Moskwę, śmieszą z innego, zupełnie nieatomowego powodu.
    Otóż takie myślenie to naiwny prezentyzm historyczny (wynikający że specyficznej sytuacji politycznej w czerwcu ’41) i zakładający, że polska armia była właśnie tym elementem, którego niemieckiej maszynie wojennej do zniszczenia Sowietów zabrakło (za to z Polską to ho ho, panie, doszliby aż do Mandżurii). W rzeczywistości Blitzkrieg udał się tylko dlatego, że ZSRR był początkowo zupełnie nieprzygotowany do wojny – i Hitlerowi udało się wziąć Stalina (który spodziewał się, że Europa wyrżnie się nawzajem, po czym on wejdzie na gotowe) z zaskoczenia. Przecież gdyby rzeczywiście podpisano pakt Ribbentrop-Beck (jak fantazjują niektórzy publicyści prawicowi), to wywiad radziecki by o tym wiedział, a wówczas podejrzliwy Stalin dobrze by się przygotował do (spodziewanej!) polsko-niemieckiej agresji. W takim scenariuszu o 180 stopni zmieniamy krytycznie ważne założenie początkowe, jakim była nieskończona naiwność Stalina („haha, ci durni kapitaliści będą się teraz wyrzynać – bierzcie popcorn, towarzysze, kibicujemy wszystkim na raz!”) i zupełne nieprzygotowanie ZSRR do obrony, na „Alarm! Pełna mobilizacja! Zaraz nas napadną!”.

  29. @lampy
    Zapytam nieśmiało, czy w książce o historii UNIVACa nie było przypadkiem zwrotu „bistable vacuum tube multivibrator”?
    Takie coś – owszem – gugla się, ale to nie lampy są bistabilne.

  30. Zlituj się, przecież nawet gdyby ktoś użył takiego sformułowania (a nie używa), to tylko raz. Jak sobie wyobrażasz taką książkę w praktyce? „He was using bistable vacuum tube multivibrators. Then he added some more bistable vacuum tube multivibrators. One bistable vacuum tube multivibrator was faulty, so he replaced it with another bistable vacuum tube multivibrator. It was faulty as well, so he called Timmy from quartermaster’s office to order some more bistable vacuum tube multivibrators”.

  31. > Ależejakto, przecież jeszcze nie ma w sprzedaży??!?!?!??!
    ebook w publio był dostępny więc nabyłem i przeczytałem (korzystając z choroby)

  32. „już nie dywanowymi nalotami na Drezno i Hamburg, ale atomową pustynią od Renu po Wisłę”
    Orłowski przedstawił taki scenariusz w swojej książce, po triumfie nad ZSRR Amerykanie zrzucają bombę na Drezno. Wybucha panika, dochodzi do zamachu stanu i rozmów pokojowych w wyniku których Niemcy wycofują się z zachodu, a na wschodzie tworzą marionetkowe państewka.
    „wówczas podejrzliwy Stalin dobrze by się przygotował do (spodziewanej!) polsko-niemieckiej agresji.”
    Ba, przy takim scenariuszu Francja, UK i Stalin są naturalnymi sojusznikami. Powstaje pakt Halifax-Mołotow, który wszystko to co na wschód od Odry lub Łaby przekazuje sowietom pod „tymczasową” okupację. Łatwo sobie wyobrazić, że Stalinowi to nie wystarczy i za jakiś czas uderzy na swoich niedawnych sojuszników. Dzięki położeniu ZSRR armia czerwona,łatwo i przy entuzjazmie miejscowej ludności opanowuje bliski wschód oraz Indie, Europa szybko upada. Nawet nowy aliant, czyli Japonia niewiele może pomóc.

  33. @wo, #rapiery
    „robił te Tygrysy Królewskie zamiast chmar Pz-IV i StuG-III”,

    To jest popularne przekonanie, ale koncepcja co do zasady była jedyna możliwa. Próba produkcji niezłych, ale przeciętnych Pz-IV itd. i tak nie pozwoliłaby przebić ilościowo przeciwników, a co więcej skończyłoby utratą skuteczności w obliczu coraz sprawniejszych, nowocześniejszych i silniejszych oponentów.*
    Pojawia się też problem z załogami, Pz-IV potrzebuje tak samo licznej załogi co Tygrys.

    Problem był gdzie indziej, sprowadzał się do tego, że generalnie niemiecki przemysł w większości przypadków nie był aż tak zaawansowany jak to propaganda lubi przedstawiać.

    *Niemcy zrobili tak w paru miejscach. Np. okręty podwodne to koncentracja na masowej produkcji typu VII. Nie pomogło.

    Co do historii alternatywnych, to fascynuje mnie scenariusz, który dzisiaj jest skrajnie niepopularny. Jak już się dogadywać w 39r., to nie z Hitlerem. W zamian.. porozumieć się ze Stalinem.

  34. @rapiery
    A ja myślałem, że WO trolluje. Przecież Niemcy produkowali głównie PZ-IV, Stugi i Panthery. Tygrysów Królewskich ile było wyprodukowanych, kilkadziesiąt?

    Zresztą na tym etapie produkowanie czegokolwiek nie miało już żadnego znaczenia.

  35. @froz,
    „Przecież Niemcy produkowali głównie PZ-IV, Stugi i Panthery.”

    Panter bym tutaj nie mieszał. Tutaj mamy do czynienia z podobnym przypadkiem co z Tygrysem (zresztą, te czołgi dzieliły ten sam silnik), czołg dużo cięższy niż współczesne, bardziej skomplikowany itd.

    „Tygrysów Królewskich ile było wyprodukowanych, kilkadziesiąt?”

    No, niezupełnie. Zaokrąglając:
    Tiger – tysiąc trzysta,
    Tiger II – pięćset,
    Jagdtiger – setka.
    Razem, zaokrąglijmy do dwóch tysięcy.
    Tymczasem, Pz-IV wyprodukowano, powiedzmy, dziewięć tysięcy. Czyli bardzo ciężkiego, drogiego wozu wyprodukowali w ilości powiedzmy jednej czwartej, jednej piątej produkcji względnie prostego Pz-IV. To był znaczący. odsetek
    Ale tutaj mamy pewne zafałszowanie, bo IV był produkowany powiedzmy 7 lat, a Tygrysy dwa i pół.

    „Zresztą na tym etapie produkowanie czegokolwiek nie miało już żadnego znaczenia.”

    Oczywiście! Ale od kiedy to powstrzymuje #rapiery?

  36. „Panter bym tutaj nie mieszał. Tutaj mamy do czynienia z podobnym przypadkiem co z Tygrysem (zresztą, te czołgi dzieliły ten sam silnik), czołg dużo cięższy niż współczesne, bardziej skomplikowany itd.”
    No nie wiem. Wszystkie główne strony wojny miały czołgi o podobnej wadze (zakładam, że chodziło Ci o „im współczesne”). Trudno, żeby Niemcy do końca wojny produkowały wiecznie tylko PZ IV.

    „No, niezupełnie. Zaokrąglając:
    Tiger – tysiąc trzysta,
    Tiger II – pięćset,
    Jagdtiger – setka.
    Razem, zaokrąglijmy do dwóch tysięcy.”
    Ok, faktycznie słabo u mnie z pamięcią, ale Tigery to nie Königtigery, o których pisał gospodarz.

    Nie twierdzę, że Niemcy nie mieli świra na punkcie superciężkich konstrukcji, chociaż mam wrażenie, że nie tylko oni. Po prostu reszta świata mogła sobie pozwolić na robienie czołgów ciężkich bez rezygnowania z coraz większej produkcji tych lżejszych.

    @temat notki
    Ebook jest też dostępny w abonamencie Legimi.

  37. @froz, Pantera
    „Wszystkie główne strony wojny miały czołgi o podobnej wadze”
    Dla Niemców Pantera miała być czołgiem podstawowym, wyprodukowali sześć tysięcy.

    „Nie twierdzę, że Niemcy nie mieli świra na punkcie superciężkich konstrukcji, chociaż mam wrażenie, że nie tylko oni. Po prostu reszta świata mogła sobie pozwolić na robienie czołgów ciężkich bez rezygnowania z coraz większej produkcji tych lżejszych.”
    Właśnie ich nie robili (mimo, że jak słusznie zauważasz mieli nieporównywalne możliwości).
    ZSRR zrobił 80k T-34 (~30 ton), i 11k IS/KW ~45 ton. 13% może?
    Niemcy zrobili 6k Panter ~45 ton i 2k Tygrysów ~60 ton, na tle 9k Pz-IV ~30 ton.

    Niemcy mieli silne przesuniecie w kierunku ciężkich, bardziej wyrafinowanych (bo to nie tylko o masę chodziło przecież) konstrukcji. I to było racjonalne i jedyne możliwe rozwiązanie.

    Problem był w tym że przemysł nie był w stanie zrobić tych konstrukcji rzeczywiście znacząco lepszych. Dlatego efekty bywały takie sobie.

    Racjonalność potwierdziła późniejsza historia. W NATO czołgi po 60+ ton miały się przeciwstawić chmarom T-72 po ~45t. I doszli do tego tak Niemcy, jak Amerykanie i Brytyjczycy. Różnica była taka, że tym razem realna przewaga technologiczna pozwoliła zbudować czołgi które nie tylko były cięższe i bardziej wyrafinowane, ale również miały przewagę ruchliwości, podatności eksploatacyjnej itd.

  38. W książce jest zdanie w stylu, że prognozy Klubu Rzymskiego były na wyrost. Jak na razie się raczej sprawdzają (wykładniczy wzrost zużycia zasobów).

  39. @Bogdanow

    „Niemcy zrobili 6k Panter ~45 ton i 2k Tygrysów ~60 ton, na tle 9k Pz-IV ~30 ton.”

    Tylko że w tym momencie uwidacznia się bezlitośnie wojsko jako system. Te pi razy drzwi 8k Panter i Tygrysów to nie tylko same zasoby materiałowe które mogłyby zostać wykorzystane do produkcji PzKpfw IV. To także koszta wdrożenia nowych wozów do produkcji, to kwestia szkolenia, to kwestia logistyki (nieprzypadkowo podwozie PzKpfw IV posłużyło jako pojazd bazowy dla innych pojazdów.
    Cały czas nie zmieniło by to wyniku ale wydłużyło by wojnę

    „Racjonalność potwierdziła późniejsza historia. W NATO czołgi po 60+ ton miały się przeciwstawić chmarom T-72 po ~45t. I doszli do tego tak Niemcy, jak Amerykanie i Brytyjczycy”

    No więc właśnie niekoniecznie. To nie jest tylko kwestia podejścia „lżejszym czołgom przeciwstawimy cięższy”. Powód pojawienia się czołgów w rodzaju M1 czy Leo2 nie wynikał tylko z tego.

  40. NIe znam się to się wypowiem. A nie było czasem aby tak że Niemcy zrozumieli że na ilość nigdy nie będą w stanie rywalizować jak równy z równym, więc wyszli z przekonania że muszą robić czołgi cięższe tak, by jeden mógł poradzić sobie z dziesięcioma ruskimi? Jeśli tak to taka kalkulacja nie tylko miała sens ale wręcz była jedyną sensowną. No chyba że jednak byliby w stanie wyprodukować 80k Pz IV (plus ile tak amerykanie mieli shermanów) ale przypuszczam że wątpię.

  41. Zlituj się, przecież nawet gdyby ktoś użył takiego sformułowania (a nie używa), to tylko raz. Jak sobie wyobrażasz taką książkę w praktyce? „He was using bistable vacuum tube multivibrators.[…]

    1) Multiwibrator (a.k.a, przerzutnik) to układ, który można zrealizować w dowolnej technologii (również mechanicznie). Multiwibratory bistabilne (są jeszcze astabilne i monostabilne) to nic innego jak pamięci jednobitowe. Stąd ich zastosowanie w komputerach. Dziś również stosuje się pamięci zbudowane w oparciu o przerzutniki.

    2) Lampy (ang. valve /UK/, tube /US/) to rozmaite urządzenia, które wykorzystują występowanie potencjału i/lub przepływ prądu elektrycznego w próżni lub gazie. Najczęściej spotykane są lampy pełniące funkcję zaworów (diody, triody, tetrody, pentody). Były produkowane lampy wielosekcyjne (kilka zaworów w jednej bańce). Wspomniana lampa 6H6 to przykład takiej konstrukcji. Inne lampy to: kineskopy, fotokomórki, lampy cyfrowe NIXIE, prostowniki rtęciowe itd.

    Teoretycznie możliwe byłoby zbudowanie całego multiwibratora bistabilnego w jednej bańce (dwie triody i cztery oporniki), który wtedy mógłby nazywać się lampą bistabilną, jednak nie byłby to dobry pomysł (o czym ówcześni inżynierowie na pewno wiedzieli), ponieważ lampy są jedynymi elementami elektronicznymi, którym służy wysoka temperatura (a y to ostrożnie). Opornikom wraz z temperaturą zmienia się rezystancja. W czasach Univaca produkcja takich przerzutników wymagałaby opracowania takiej konstrukcji i otwarcia produkcji, przy bardzo ograniczonych perspektywach na zbyt. Podejrzewam więc, że najprawdopodobniej przerzutniki w Univacu były konstruowane z ogólnodostępnych triod (być może podwójnych) i oporników (po cztery na parę triod).

    Ze względu na dużą liczbę rodzajów lamp (patrz wyżej) oraz na fakt, że dla funkcjonowania komputerów istotna jest funkcja przerzutnika, najtrafniejszym terminem do użycia dziś po polsku jest przerzutnik lampowy (por. wzmacniacz lampowy).

  42. @sfrustrowany_adiunkt,
    „wojsko jako system”

    To działa w dwie strony. Niemieckie czołgi wymusiły ogromne inwestycje po drugiej stronie w obronę ppanc. Przy czym te inwestycje działały bardzo obosiecznie bo obniżały sprawność w innych zakresach. Jak się zastąpiło kilkuset kilogramowe działko ppanc takim które ważyło najpierw ponad tonę, a potem jeszcze kilkutonowym to wpływ był znaczący. Już się nie dało przetaczać działa przy pomocy obsługi.

    Rozważmy wariant alternatywny. Dalej mamy 30-tonowe czołgi, tylko że w większej ilości. Napotykają znacznie większe nasycenie lżejszymi a wystarczającymi środkami przeciwpancernymi. Nie są w stanie przełamać tej obrony, cała inwestycja w budowanie czołgów traci sens.

    Problem Niemców polegał na czymś innym. Przy całym samozachwycie możliwościami niemieckiego przemysłu notorycznie byli w tyle.

  43. @embercadero, „80k Pz IV”
    Shermanów powiedzmy 50k, więc razem trzeba 130k czwórek.

    Załóżmy nawet że spadają z nieba.
    Skąd wziąć 650k czołgistów?
    (tak naprawdę to trzeba pomnożyć razy kilka bo czołg wymagał rzeszy ludzi w obsłudze technicznej).

  44. @bogdanow

    „To działa w dwie strony. Niemieckie czołgi wymusiły ogromne inwestycje po drugiej stronie w obronę ppanc”

    Tylko że zwalczanie czołgów to nie jest tylko kwestia kalibrów dział czy grubości pancerzy. To jest kwestia całej logistyki i stworzenia warunków do użycia czołgów (choćby zapewnienie sobie przewagi w powietrzu). W przypadku Niemców, cała para poszła w gwizdek, bo cięży czołg palił więcej – wymagając większych dostaw paliwa choćby. Mniej ale cięższych czołgów oznaczało że wysiłek lotnictwa szturmowego mógł zostać skoncentrowany na ich obezwładnieniu etc. Kłaniają się nie tylko same parametry które w tym momencie przeczą kolejnej tezie, mianowicie

    „Napotykają znacznie większe nasycenie lżejszymi a wystarczającymi środkami przeciwpancernymi. Nie są w stanie przełamać tej obrony, cała inwestycja w budowanie czołgów traci sens.”

    Otóż przewaga techniczna rzadko jest tak drastyczna by zdecydować o wyniku walki. Wręcz przeciwnie – najczęściej uzbrojenie walczących stron jest ze sobą porównywalne, chyba że mówimy o przypadkach skrajnych. Wtedy właśnie dochodzi do głosu taktyka, logistyka, wyszkolenie, wykorzystanie właściwości terenu etc.

    Reasumując: większa liczba gorszych parametrami czołgów oznacza w tym momencie szybsze uzupełnianie strat, mniejsze wymagania w zakresie logistyki – przy czym trzeba pamiętać o jednym założeniu. Jeśli zakładamy racjonalne decyzje po stronie III Rzeszy – czyli darowanie sobie Tygrysów, Me262, V-1 i całej reszty – to decyzją strategiczną nie jest już walka o zwycięstwo tylko o lepszą przegraną. Powiedzmy, kapitulację warunkową jednak a nie bezwarunkową.

  45. @sfrustrowany_adiunkt,
    „cięższy czołg palił więcej”,
    Oczywiście, ale liczy się efektywność, i tutaj się okazuje, że…
    100 miles (litres cross-country): 1,360 (Tiger) / 600 (Pz-IV), (2,25)
    Tiger I -> 4.2 / Panzer IV -> 1.2 (3,5)
    Ta druga linia to ilość trafień niezbędna do wyłączenia z walki. Wychodzi na to że owszem Tiger zużywa 2 razy więcej paliwa, ale 3 razy więcej potrzeba trafień żeby go wyłączyć z walki. Od strony logistyki, to wygląda podobnie, Tiger upierdliwy w naprawach.. ale w sumie trzeba naprawiać mniej silników itd. Mniej zaopatrzenia dostarczyć. Mniej załogantów wyszkolić.

    „przewaga techniczna rzadko jest tak drastyczna by zdecydować o wyniku walki. Wręcz przeciwnie – uzbrojenie walczących stron jest ze sobą porównywalne (..) taktyka, logistyka, wyszkolenie, wykorzystanie właściwości terenu etc. ”
    Pomijasz kluczową rzecz w tej dyskusji: liczebność.

    „darowanie sobie Tygrysów, Me262, V-1”
    Każda z tych zabawek miała sens. 262 miał bardzo korzystny stosunek zestrzeleń, dodanie zamiast odrzutowców więcej powiedzmy FW-190 nic nie wnosiło bo w tym momencie one miały już negatywny stosunek zestrzeleń.
    V-1 podobnie, lepsze wyniki niż klasyczne bombowce.

    „kapitulację warunkową”,
    To było nierealne od początku. Przecież Niemcy o niczym bardziej nie marzyli niż dogadaniu się z Anglią i zakończeniu wojny. I nawet w momencie kiedy układ sił był Niemcy+Włochy przeciwko samotnej Anglii, a na Londyn codziennie spadały niemieckie bomby nie było na to szans. Wszelkie fantazje o kapitulacji warunkowej są z założenia nieracjonalne.

  46. @Bogdanow

    A można prosić o źródło tych statystyk ze wskazaniem jakie przyjęto dane do obliczeń? Tym bardziej że właśnie „upierdliwość w naprawach” jest w tym momencie poważnym problemem – bo czołg jest wówczas wyłączony z walki. I wtedy daje o sobie znać liczebność.

    „Każda z tych zabawek miała sens”

    Rzecz w tym że żadna z tych zabawek nie miała sensu. Me262 nie zdołały przełamać alianckiej przewagi w powietrzu – nie jest w tym momencie istotny stosunek zestrzeleń (btw, poproszę źródło). Liczy się bowiem efekt końcowy, To samo z V-1 – pociski trafiały de facto losowo mniej-więcej w obszarze Londynu. Nie bez powodu powojenne samoloty – pociski zaopatrywano jednak w dużo bardziej zaawansowane systemy sterujące. I głowice atomowe.

  47. @sfrustrowany_adiunkt
    „A można prosić o źródło tych statystyk”
    https://ww2-weapons.com/panzer-iv-h/
    „ze wskazaniem jakie przyjęto dane do obliczeń?”
    Nie mam!

    „Rzecz w tym że żadna z tych zabawek nie miała sensu”
    Cała wojna nie miała sensu.

    „Me262 nie zdołały przełamać alianckiej przewagi w powietrzu”
    A jakby nie budować Me262, tylko FW-190 to by przełamały? No, też tym bardziej by nie przełamały. Jakieś inne, lepsze, pomysły? Me262 to było najlepsze co mogli zrobić (ale będę zachwycony jak poznam spójną alternatywę!). To że nie rozwiązały wszystkich problemów, to nie znaczy że nie były lepsze od alternatyw.

    Tak jak powiedzmy z paleniem. Nie da się ukryć, że końcowy efekt jest taki sam dla tych co angażują się w te aktywności, jak tych co się nie angażują. Wszyscy umieramy. Jednakże dłużej żyją powstrzymujący się od palenia.

    „stosunek zestrzeleń (btw, poproszę źródło)”
    Podaję za angielską Wiki, która wskazuje następujące źródło:
    Levine, Alan J. The Strategic Bombing of Germany, 1940–1945

    „Tym bardziej że właśnie „upierdliwość w naprawach” jest w tym momencie poważnym problemem – bo czołg jest wówczas wyłączony z walki. I wtedy daje o sobie znać liczebność.”
    Jest problemem, ale łatwiej naprawiać mniej sprzętu. Tak sobie z ciekawości zerknąłem i silniki Tiger i Pz-IV miały taką samą ilość cylindrów. Już nie mam czasu tego sprawdzać, ale można porównać etaty pomiędzy batalionami różnych typów czołgów.

    „V-1 – pociski trafiały de facto losowo mniej-więcej w obszarze Londynu.”
    Tak samo jak bomby zrzucane przez nocne bombowce Luftwaffe. Tylko bez takich strat w wyszkolonym personelu.

    „bardziej zaawansowane systemy sterujące. I głowice atomowe.”
    Tak jak pisałem na początku: Niemcy wcale nie byli tak technicznie do przodu jak w samozachwycie im się wydawało.

    P.S. Jako że się weekend kończy i trzeba wracać do bycia odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem, muszę niestety zakończyć #rapiery ze swojej strony. Dzięki!

  48. Ok – już na zakończenie, takich kilka uwag i też kończę rapierowanie:

    1) Dane do obliczeń trafień – są dość ogólne. Brak informacji o porażonych częściach pancerza, o użytej broni o sposobie wyłączenia wozu z walki (czy zniszczony już trwale czy np. utracił tylko zdolność ruchu). Jest możliwe że były badane po prostu wraki – tu mamy też pułapkę statystyczną w postaci braku wielu informacji.

    2) Sprawność techniczna – tutaj nie ma co kombinować, mamy dwa głównie parametry czyli resurs (czyli czas eksploatacji silnika lub innego zespołu lub czołgu/samolotu jako całości) plus MTBF (czyli jak często się psuje).Do tego dochodzi czas naprawy a jeśli już o tym mowa to prócz samej naprawy pojawia się problem dostępności części – i tu czuć korzyści skali. Stąd też do dziś armie bardzo lubią unifikacje, wspólne platformy etc.

    2a) To samo dotyczy Me262 vs myśliwce tłokowe – Me262 został jako myśliwiec użyty za wcześnie. Problemy z jakością produkcji, kiepski resurs silników. Nie bez powodu Amerykanie i nie tylko oni woleli rozwijać już istniejące konstrukcje a awangardę zostawić do badań i eksperymentów. Mimo że już dysponowali samolotami odrzutowymi (Meteor wszedł do linii w 1944 ale w…jednym własnie de facto eksperymentalnym dywizjonie)

    3) V-1 a bombowce – tabelka z #enWiki trochę porównuje jabłka z pomarańczami (ostrzał V-1 kontra naloty 1940-41. I robi lekkie zakrzywienie rzeczywistości wyliczając straty w samolotach dla V-1 jako zerowe – deczko nielogiczne, bo w samolotach pociskach straty zawsze są 100% a miejsce na liniach produkcyjnych zajmują (teraz pojawia się kwestia określenia kosztów). Nie mówiąc o tym że jednak załoga bombowca miała do dyspozycji systemy radionawigacyjne ( Knickebein i inne). I tu wracamy do prac Barana…

  49. @adiunkt
    „Nie bez powodu powojenne samoloty – pociski zaopatrywano jednak w dużo bardziej zaawansowane systemy sterujące. I głowice atomowe.”

    #Mamotymksiazke!

  50. @sfrustrowany_adiunkt

    Z tego co się dowiedziałem w muzeum, przede wszystkim Brytyjczycy nie chcieli, by wrak wpadł w ręce Niemców albo Rosjan. To dlatego Meteorów początkowo używano tylko obronnie albo szkoleniowo. Pod sam koniec wojny wylatały trochę misji nad Niemcami i nawet próbowano celowo sprowokować pojedynek z Me-262.

    (pierwszy post na nowym blogu, dzień dobry)

  51. Przeczytałem (ebooka) z zainteresowaniem i zadowoleniem, łamiąc przy tym swoją zasadę, że przed snem czytam tylko lekką beletrystykę. No ale w zasadzie czyta się to jak dobrze napisaną lekką beletrystykę (żeby nie było wątpliwości: z mojej perspektywy to jest komplement). Jednego się nie spodziewałem – że wo napisze o kolejnych intratnych biznesach Barana z uznaniem i podziwem. Okazuje się jednak, że nawet milioner może być zbawiony i trafić do lewicowego nieba.

  52. @korba
    ” Okazuje się jednak, że nawet milioner może być zbawiony”

    Wielokrotnie pisałem, jakie musi do tego spełniać warunki! Musi (a) naprawdę dojść do tego sam, a nie odziedziczyć (b) mieć zadowolonych pracowników. Problemem kapitalizmu są raczej spadkobiercy, którzy zatrudniają za minimalną, bo muszą mieć nowego Gulfstreama.

  53. @wo „Wielokrotnie pisałem…”
    Pochwała biznesowych talentów Barana zwróciła moją uwagę chyba przede wszystkim w kontekście nie tak dawnych dyskusji na blogu, w których pisałeś, że nawet postawienie sali koncertowej lub ufundowanie uniwersytetu nie wystarczy, żeby uznać milionera za fajnego faceta, bo w rzeczywistości ten gość upasł się na krzywdzie ludzi, których wyzyskiwał zarabiając swoje miliony. A ta sala koncertowa to co najwyżej coś w rodzaju kaplicy fundowanej przez bogatego grzesznika, który chce sobie poprawić PR w tym i – na wszelki wypadek – w wiecznym życiu. (Parafrazuję, ale mam nadzieję, że nie przeinaczyłem poglądów wyłaniających się z tych wypowiedzi).

    Pod tym względem zresztą nie trzeba być spadkobiercą, żeby dużo nagrzeszyć. Przecież trzej przyjaciele z Ziemi Obiecanej, którzy nie mieli nic, ale założyli fabrykę, wyzyskiwali swoich robotników nie mniej niż ich konkurenci. Bo wyzysk jest przecież częścią istoty kapitalizmu, więc jeśli ktoś nie weźmie kapitalistów za twarz… Ale to już oczywiście są oczywiste oczywistości.

    Wracając do Paula Barana. Podzielam Twoją sympatię do niego, bo wszystko wskazuje na to, że był to człowiek nie dość, że piekielnie zdolny, to po prostu przyzwoity. A na dodatek z poczuciem humoru i dystansem do siebie.

  54. „Co do historii alternatywnych, to fascynuje mnie scenariusz, który dzisiaj jest skrajnie niepopularny. Jak już się dogadywać w 39r., to nie z Hitlerem. W zamian.. porozumieć się ze Stalinem.” W sumie byłoby pewnie podobnie jak w moim scenariuszu, tyle, że wojna nie zaczęłaby się na białoruskich bagnach tylko w centralnej Polsce. Po wkroczeniu Armii czerwonej do Polski, Hitler ogłosiłby konieczność ochrony niemieckiej mniejszości, czyli anschluss Wielkopolski, Pomorza, Śląska itp. Ofkorz Stalin nie pozwoli tak się okradać i starcia przeradzają się w pełną wojnę, co chętnie wykorzystują alianci i wypowiadają wojnę III rzeszy. Nawet przy pasywności Francuzów i małym doświadczeniu Sowietów, przewaga jest miażdżąca i dochodzi do rozbioru Niemiec. Następnie wykorzystując swoją nowo zdobytą pozycję i tymczasowy sojusz z Paryżem i Londynem, Stalin zaczyna panoszyć się po Bałkanach i sytuacja zmierza do nowego konfliktu.

  55. Komputery nawet współcześnie nadal nie radzą sobie z generowaniem liczb prawdziwie losowych, które mają zastosowanie między innymi w kryptografii i statystyce. Dlatego informatycy wykorzystują bazę danych, którą stworzono w RAND Corporation w epoce przedkomputerowej, za pomocą sprytnego urządzenia losowo dziurkującego karty perforowane.

    To nie jest prawda. Do celów statystycznych liczby pseudolosowe generowane przez komputery nadają się świetnie. W niczym nie przeszkadza fakt, że ciąg jest przewidywalny, póki rozkład się zgadza.

    Z kryptografią jest dużo trudniej. Tu nie tylko rozkład musi być jednostajny, ale również liczby nie mogą być przewidywalne. „Milion losowych cyfr” to raptem 406 kB. Oparcie jakiegokolwiek systemu kryptograficznego na deterministycznym(!) przeskakiwaniu po tak małym zbiorze to bardzo nieprofesjonalny pomysł (jeden współcześnie stosowany klucz symetryczny to 39 cyfry dziesiętnych czyli bez mała linijka z tablicy).

    Wyjątkiem może być użycie liczb z tabel jako jawnych stałych inicjujących stan algorytmu, ale do tego równie dobrze nadają się stałe fizyczne i rozwinięcia liczb niewymiernych.

    Od wielu lat w procesorach lub tuż obok nich znaleźć można rozmaite generatory szumu[1], które są jednym ze źródeł entropii w systemach komputerowych (w systemach biurkowych, całkiem sporo entropii można wyciągnąć z klawiatury i myszki). Pobrane ze sprzętowych generatorów liczby są dalej przetwarzane by zapewnić jednostajny rozkład a następnie służą do okresowego inicjowania generatorów pseudolosowych, które generuję liczby wystarczająco losowe za to są dużo szybsze od generatorów sprzętowych.

    [1] https://en.wikipedia.org/wiki/Noise_generator

  56. @bogdanow
    „Jak już się dogadywać w 39r., to nie z Hitlerem. W zamian.. porozumieć się ze Stalinem”

    Pakt Mołotow-Beck miałby taki sam sens, jak ten opisywany przez fantastów pakt Ribbentrop-Beck. W każdym przypadku lądujemy w dupie nieprzewidywalnego zbrodniarza, licząc na jego kapryśną łaskę. I w dodatku na łut szczęścia, bo gdyby wygrała druga strona (tamten „obcy”, niesprzymierzony z nami dyktator), nasz los zostałby przypieczętowany – choć zwolennicy paktu R-B argumentują, że Polski i tak nie mógł spotkać gorszy scenariusz niż miał miejsce w rzeczywistości. Polskich Żydów na pewno nie, ale nasz sojusz z Hitlerem raczej by im nie pomógł.

    A najgorzej chyba wyszlibyśmy w sytuacji patowej. Przykładowy scenariusz: zawieramy sojusz że Stalinem, wybucha wojna, obie strony się wykrwawiają, III Rzesza i ZSRR w końcu zamrażają działania wojenne – z wypaloną do gołej ziemi (i mocno okrojoną!) Polską jako prawdopodobnym buforem pomiędzy nimi. Wówczas stalibyśmy się czymś w rodzaju koreańskiej strefy zdemilitaryzowanej – tyle, że nieco większej, zaludnionej i narażonej na ciągłe ataki.

    Niemożliwe? Sojusz Polski z jedną z dyktatur byłby krytyczną zmianą warunków początkowych, więc żadnego scenariusza nie możemy na 100% wykluczyć. Pamiętajmy też, że Historia to loteria, w której olbrzymią rolę odgrywa czysty przypadek (gdyby, dajmy na to, w lipcu ’41 Hitler pośliznął się na schodach, a władzę po nim przejął ktoś bardziej rozgarnięty, wynik wojny mógłby być inny; z drugiej strony, w takiej sytuacji w NSDAP mogło by dojść do brutalnych walk o władzę, a III Rzesza wobec braku Fuhrera mogłaby ulec dezintegracji – na dwoje babka wróżyła).

Dodaj komentarz