Tysiąclatki po latach

Jest sobie wydawnictwo „Księży Młyn”, którego stoiska zwykle wypatruję na różnych targach w poszukiwaniu książek o historii szeroko rozumianej infrastruktury. Nabyłem u nich ostatnio pracę Krzysztofa Wałaszewskiego „Tysiąc szkół na tysiąclecie”.

Mit założycielski III RP opisuje PRL jako radziecką okupację. Przywódcy zajmowali się niewoleniem nas, a my jęczeliśmy w kajdanach: zero pozytywnego dorobku.

Tysiąclatki do tego nie pasują. W wielu małych miejscowościach to był pierwszy – i przez dziesięciolecia jedyny – nowoczesny budynek użyteczności publicznej.

Tylko tam okoliczni mieszkańcy mogli zrobić kurs tańca, kiermasz staroci, przegląd kapel ludowych albo punkrockowych czy konwent science-fiction. Ba: słynna giełda Bajtka, na której powstała niejedna spółka pompująca dziś warszawski indeks giełdowy, odbywała się w szkole tego typu.

Po wejściu do Unii i serii inwestycji typu „aquapark w każdej gminie”, tysiąclatki zaczęły odchodzić na dalszy plan. Przez dekady jednak poza funkcjami edukacyjnymi, budowały też więź społeczną – towar do dziś deficytowy.

Książkę Wałaszewskiego czyta się trochę jak dobrą pracę magisterską (w istocie chyba nią jest). Widać solidny risercz, ale gdy tylko się robi ciekawie, autor pisze, że coś „wykracza poza zakres tego opracowania”.

Mamy więc kopalnię informacji „kto, kiedy, gdzie i za ile”, ale kwestie społeczne czy estetyczne traktowane są zdawkowo. Rozdział „tysiąclatki dziś” to niecałe 3 strony na 350!

Same fakty też są jednak ciekawe. Okazuje się na przykład, że plotka o rzekomym „prawdziwym przeznaczeniu” tysiąclatek na potrzeby wojska była legendą miejską.

Owszem, MON przedstawiło uwagi dotyczące dostosowania niektórych szkół – ale było to już po ogłoszeniu akcji. Równie dobrze można powiedzieć, że prawdziwym celem była poprawa infrastruktury turystycznej, bo inne szkoły modyfikowano tak, żeby można było w nich urządzić kolonie albo hostel (sam nocowałem w takich szkoło-schroniskach).

Autor książki zdaje się interpretować wątpliwości na niekorzyść PRL, ale z przytoczonych przez niego faktów wynika, że pomysłodawcą akcji był Gomułka. I chodziło mu jednak o przede wszystkim o uwolnienie uczniów od prymitywnych warunków (szkoły bez łazienek, ogrzewania, sal gimnastycznych itd).

Jasne, był też cel propagandowy (co wielokrotnie podkreśla Wałaszewski). Ale przecież tak można powiedzieć o każdym polityku – że wszystko robi dla utrzymania władzy.

Moim zdaniem bez względu na intencje, liczy się konkret: szkoła, autostrada, ustawa. Coś, co zostanie dla następnych pokoleń.

Pomniejszając dorobek tej akcji Wałaszewski pisze, że mimo niej „nadal było ciasno”. Tu już przypomina prawicowych publicystów, którzy dowodzili, że Platforma nie buduje autostrad („bo Warszawa nadal nie ma obwodnicy!”).

Twierdzi w podsumowaniu, że bez tej akcji te szkoły i tak by powstały – bo poza „oficjalnym tysiącem” zbudowano tysiące innych szkół, często mylnie nazywanych tysiąclatkami, bo korzystały z tych samych projektów. No dobrze, ale bez akcji nie byłoby tych projektów, a także konkursów, konferencji, uzgodnień, ułatwień w pozyskiwaniu działek – itd.

Propaganda PRL przedstawiała tę akcję jako działanie całego społeczeńswa. Ludność stawiała się na budowie z łopatami, zakłady pracowały w niedzielę z przeznaczeniem wypłaty na Społeczny Fundusz Budowy Szkół, Polonia przysyłała dewizy.

Wałaszewski przeciwstawia tej narracji swoją: pomniejsza znaczenie „czynów społecznych” (amator na placu budowy często robi więcej szkody niż pożytku), podkreśla przymusowość tej „dobrowolności”.

Jasne, kto pamięta PRL, ten pamięta „sprawdzanie obecności na czynie społecznym”. Sam się buntowałem jako uczeń, gdy mnie „wyznaczano na ochotnika” i wykłócałem się z nauczycielami o absurd tych sformułowań.

Dziś widzę to inaczej. Już starożytni Grecy wiedzieli, że ustrój republikański wymaga aktywności obywatelskiej. Demokracja zginie, jeśli obywatele będą ją traktować jak sklep („płacę podatki, więc wymagam”).

W PRL społeczeństwo obywatelskie było fikcją, ale w III RP też nią jest. Tzw. „trzeci sektor” polega przecież głównie na zagospodarowywaniu rządowych pieniędzy na „organizacje pozarządowe” (w najlepszym wypadku: unijnych lub norweskich, a więc tak czy siak rządowych).

Czy to lepsze od PRL-owskich „czynów społecznych”? Czy nie przykładamy podwójnych kryteriów: gdy coś dobrego zrobiono w PRL, to „dla propagandy”, a gdy w III RP, to „dla obywateli”?

Ciekawe pytania. Niestety, wykraczają poza zakres…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

51 Comments

  1. @interpretacje na niekorzyść PRL
    Autor książki jest członkiem Stowarzyszenia Koliber. Dziwnym nie jest.

  2. Usiłuję wyguglać, czy moja podstawówka – SP nr 203 przy ulicy Sadowej w Warszawie – jest tysiąclatką, ale nie idzie.
    Czy może w książce jest kompletna lista?

  3. Od dawna czytam, dziś zapytam. Czy szanowny gospodarz lub ktoś z komcionautów mogliby polecić naprawdę dobre książki o PRL. Szczególnie o historii gospodarczej. Osobiście czytałem dwie:
    (1) Janusz Kaliński, Gospodarka w PRL, wydawnictwo IPN, Warszawa 2012;
    (2) Żółtkowski Wiesław, Zrozumieć PRL, MUZA S.A., Warszawa 2012.
    Z żadnej z nich niczego ciekawego się nie dowiedziałem, przy czym pierwsza w wymowie bardzo krytyczna, a druga apologetyczna.
    Swoją drogą to zadziwiające, że o historii politycznej PRL jest multum opracowań, również bardzo dobrych. A o gospodarczej taka mizeria. Spisek?

  4. We współczesnym świecie, rządzonym nie przez Gomułkę z Gierkiem, tylko algorytmy jutuba i sosziale, odpowiednikiem czynu społecznego jest wszechświatowe wylewanie na siebie kubła lodu lub nazbieranie worka śmieci raz na kilka lat i wrzucenie samo i trzeciopersonowych pików na zug.

    Jakie tertium, jak non datur.

  5. @janekr
    „Czy może w książce jest kompletna lista?”

    Jest. Nie ma jej. Zresztą te „oficjalne” miały zazwyczaj tabliczkę pamiątkową. To zapewne jedna z tych dodatkowych kilku tysięcy, które wzniesiono na podstawie tych samych projektów, ale z różnych powodów ich na tej liście nie umieszczono (bo za późno, bo za dużo już w tym mieście, itd.).

  6. @asl
    „Spisek?”
    Raczej upadek całej dziedziny jaką jest historia gospodarcza. Za dowód niech posłuży fakt, że Zakład Historii Gospodarczej i Społecznej na UJ zatrudnia trzech pracowników naukowych i od lat nie ma ani jednego doktoranta. Dlaczego tak jest?
    Hipotez, podyktowanych raczej przeczuciem studenta i konsumenta – jeszcze nie całkiem wytwórcy – wiedzy, mam kilka. Po pierwsze historia gospodarcza wymaga znajomości teorii i metodologii ekonomii oraz statystyki. Historyk musi taką wiedzę nabywać samodzielnie, bo jako student nie otrzyma jej na uniwersytecie (albo otrzyma w bardzo ograniczonym zakresie). Zajmowanie się tym aspektem historii wymaga więc sporo dodatkowej pracy i chęci, a efekty osobiste są mizerne, bo kto przecież będzie kupować opracowania wypełnione tabelami i wyliczeniami?
    Do tego historia gospodarcza (to wciąż bardziej moje przypuszczenie) kojarzy się niektórym młodym historykom z minionym ustrojem. W przeświadczeniu niektórych jest to dziedzina mocno przesiąknięta ideologią, bo dawna, znakomita szkoła historii gospodarczej spod znaku Witolda Kuli czy Mariana Małowista, powoływała się na myśl marksowską.

  7. „Nie ma jej.”
    Właśnie o mojej szkole krążyły plotki, że są pod nią schrony.
    Opisał to Miłoszewski w „Domofonie” – bohater znalazł przejście do schronów ze składu starych mebli, a w schronie [nie będę spoilować].

  8. @janekr
    „Właśnie o mojej szkole krążyły plotki, że są pod nią schrony.”

    Tu nie ma co plotkować. W moim liceum (XXII im Jose Marti) był i jest. I wtedy wszyscy o tym wiedzą, za moich czasów trzymano tam akcesoria wuefistyczne typu stoły do pingponga. Taki schron ciężko ukryć, bo jego istnienie manifestuje się od strony szkoły ciężkimi stalowymi drzwiami, a od zewnątrz stojącą gdzieś na trawniku budką z wyjściem ewakuacyjnym (gdyby szkoła legła w gruzach). Po prostu WIEDZIAŁBYŚ że gdzieś stoi taka budka, która do niczego nie służy.

    Z cyklu: życie człowieka-porażki, od 35 lat fantazjuję o napisaniu powieści postapokaliptycznej, której akcja działaby się w schronie pod Jose Marti, gdzie ratuje się przypadkowo dobrana grupa surviverów, którzy byli akurat w szkole podczas nalotu atomowego na Warszawę, wśród nich niegrzeczny uczeń, któremu kazali w wakacje przyjść na ochotnika sprzątać szkołę w ramach pracy społecznej (tu oczywiście umieściłem swojego Mariana Sue).

  9. @Tysiąclatki i wojsko

    Nie czytałem jeszcze książki, więc może jest w niej debunk innej wersji legendy o tych szkołach. Ta która krążyła w moim bąbelku nie mówiła o schronach ale że szkoły były budowane według jednego projektu w związku z zamiarem wykorzystania ich na czas wojny przez wojsko.

    @Historia gospodarcza

    Mam wrażenie że ograniczone zainteresowanie przez wiele lat wiąże się oprócz tego że jest to subdyscyplina trudna metodologicznie, a do tego wymagająca polemiki z jednym z podstawowych mitów III RP – czyli że panował wieczny kryzys, niedobór a państwowe molochy musiały upaść (plus utrzymywał je ZSRR).

  10. @asl
    „Od dawna czytam, dziś zapytam. Czy szanowny gospodarz lub ktoś z komcionautów mogliby polecić naprawdę dobre książki o PRL. Szczególnie o historii gospodarczej. ”

    Cenię sobie publikacje Piotra Osęki i Adama Leszczyńskiego, ale żaden nie popełnił monograficznej książki tego typu – choć historia gospodarcza gdzieś tam w tle się u nich często przewija.

  11. @adiunkt
    „Ta która krążyła w moim bąbelku nie mówiła o schronach ale że szkoły były budowane według jednego projektu w związku z zamiarem wykorzystania ich na czas wojny przez wojsko.”

    Taka wersja jest już zupełnie absurdalna, przecież gołym okiem widać, że projektów było więcej niż 1. Po prostu MON przedstawiło swoje uwagi dotyczące przeprojektowania niektórych, odrębnie wytypowanych szkół. W 1960 formalnie to odtajniono dla uproszczenia obiegu dokumentów. Więc gdzie miał być schron/szpital polowy, tam o tym wszyscy wiedzieli.

  12. Pierwszy raz spotykam się z tak rewolucyjną teorią, że PRL budował ustrój republikański poprzez wzmacnianie aktywności obywatelskiej przymusowymi czynami społecznymi.

    Ja pamiętam to wręcz przeciwnie:
    -budował antyobywatelskie załatwiatctwo (kombinatorstwo),
    -do aktywności obywatelskiej zniechęcał jak mógł, włącznie z pałowaniem i regularnym co 10 lat strzelaniem,
    itp.
    To już prędzej Kościół Katolicki, który rękoma wiernych budował kościoły. Nie przymusowo, a dobrowolnie. Ale też raczej nie chodziło mu o ustrój republikański.

    To tak poważnie: „kto pamięta PRL, ten pamięta „sprawdzanie obecności na czynie społecznym”. Sam się buntowałem jako uczeń, gdy mnie „wyznaczano na ochotnika” i wykłócałem się z nauczycielami o absurd tych sformułowań.
    Dziś widzę to inaczej. Już starożytni Grecy wiedzieli, że ustrój republikański wymaga aktywności obywatelskiej. Demokracja zginie, jeśli obywatele będą ją traktować jak sklep („płacę podatki, więc wymagam”)”?

  13. „Nie przymusowo, a dobrowolnie.”

    fajna była to „dobrowolność”, spróbowałbyś przynieść pustą kopertę na relę

  14. „Jasne, kto pamięta PRL, ten pamięta „sprawdzanie obecności na czynie społecznym”. Sam się buntowałem jako uczeń, gdy mnie „wyznaczano na ochotnika” i wykłócałem się z nauczycielami o absurd tych sformułowań.

    Dziś widzę to inaczej. Już starożytni Grecy wiedzieli, że ustrój republikański wymaga aktywności obywatelskiej. Demokracja zginie, jeśli obywatele będą ją traktować jak sklep („płacę podatki, więc wymagam”).”

    Ja, choć przez to, że to już była końcówka i udało mi się wymigać, w podobny sposób patrzę na powszechną i obowiązkową służbę wojskową. Podobno był to jeden z argumentów (republika powinna być broniona przez swoich obywateli, a nie de facto najemników) pojawiających się ostatnio w Szwecji, gdzie na powrót wprowadzano pobór.

    Ciekawe też jakby wyglądała nasza polityka zagraniczna, gdyby istniała realna możliwośc, że Kowalskiego może czekać przygoda związana z niesieniem wolności i demokracji w Iraku.

  15. @invinoveritas

    Moje spojrzenie: każda forma obywatelskiej wspólnotowości ma w sobie elementy obciachu, czy to w państwach zasobnych i suwerennych, czy to w ubogich i w zależności półkolonialnej – szczególnie dla kogoś, kto (jak ja) odnajduje w sobie temperament Kota z „Folwarku zwierzęcego”. Tymczasem w III RP podjęliśmy trud budowy unikatowej formy społecznej, w którym Koty mają luz od krindżu wspólnotowości, baronessa Margaret „Społeczeńtwo nie istnieje” Thatcher jest prorokinią zza grobu, a wzorem społecznika jest ksiądz – nomen omen – Stryczek.

  16. @krzloj:
    Nie pamiętam, gdzie to czytałem. Monteskiusz, czy inny Tocqueville; ale argumentem za powszechną służbą wojskową była skłonność do tworzenia się wojskowych kast — zamkniętych społeczności, które posiadając broń i technologię wojskową, mogą zdominować społeczeństwo.

    IMHO, nam to na razie nie grozi, bo to muszą być raczej dwa-trzy pokolenia i chów wsobny, na dodatek, ale samą groźbę jednak traktowałbym realnie.

    @czyny społeczne w PRL:
    Ech… ale czy to dziwne, że uczynki bez wiary się degenerują?

  17. @krzloj

    Jak najbardziej wyglądała by inaczej. jakiś czas temu zresztą pod innym wpisem ten wątek się pojawił w przypadku Amerykanów – tam opozycję wobec wojen rozbrojono właśnie poprzez kasację poboru a żołnierzom zapewnia się prócz żołdu szereg świadczeń typowych dla welfare state. Podobne wyglądała sprawa z Legią Cudzoziemską we Francji.

    Natomiast model skandynawski jest o tyleż ciekawy że raz występuje w nim pobór ale także relatywnie silne struktury ochotniczej rezerwy (Hemvärnet w Szwecji, Heimevernet w Norwegii, podobne struktury mają też Dania oraz Litwa, Łotwa i Estonia). Jak najbardziej w tym modelu istnieje zależność pomiędzy tym co się od państwa dostaje (dużo) a tym co się w razie czego na rzecz państwa oddaje.

    Stąd też u nas prawdopodobnie gdyby na misje wysyłano poborowych, społeczeństwo było by bardziej zainteresowane tym gdzie rząd wysyła żołnierzy. Ale podobnie jak w USA sprawę załatwiono poprzez wysyłanie tam żołnierzy zawodowych.

    Natomiast jest jeszcze jeden aspekt. Ci którzy wchodzili w dorosłość po 1990 pamiętają że od wojska się generalnie uciekało – do tego stopnia że służbę zasadniczą pełnili głównie ci, którzy nie umieli przed nią uciec (częściej osoby spoza dużych miast). Służba wojskowa przestała być traktowana jako ryt przejścia czy jako spełnienie obowiązku – jest możliwe, że miało na to wpływ wycofywanie się państwa z wielu sfer. Więc po co było szykować się by go bronić. Oczywiście to był tylko jeden z czynników.

  18. P.S tak jeszcze dla uzupełnienia faktografii. Przed Afganistanem i Irakiem polscy żołnierze byli wysyłani na misje – ale pokojowe pod egidą ONZ ew NATO (Bośnia, Kosowo). Tam służyli też poborowi, ale z uwagi na charakter tych działań (to były w większości typowe misje pokojowe, kontyngentów nie większych od batalionu, starcia z przeciwnikiem zdarzały się rzadko a straty były niewielkie) – jakiekolwiek skutki społeczne były niewielkie. Przepraszam za post pod postem.

  19. @pak4
    „IMHO, nam to na razie nie grozi, bo to muszą być raczej dwa-trzy pokolenia i chów wsobny, na dodatek”
    – Daj parę(naście) miliardów budżetu i będzie się dało się zrobić w 10 lat. Fundamenty już mamy. (Np. resorty siłowe, których pracownicy często-gęsto pogardzają resztą społeczeństwa. Faszyzujących husarzy siłownianych, którzy do nich ciągną. Trend w pop-kulturze na gloryfikację durnia z szabelką. Społeczeństwo, co nie istnieje.)

    @invinoveritas
    „To już prędzej Kościół Katolicki, który rękoma wiernych budował kościoły. Nie przymusowo, a dobrowolnie.”
    – Czy grożenie smażeniem się w piekle przez nieskończoność to czasem nie jest przymus?

    @szkoły-schrony
    W ogóle to chyba nie ma takiego budynku użyteczności publicznej, który w PRLu nie miał przewidzianej jakiejś roli w jednym z planów w razie „W”. A potencjalny awaryjny szpital to funkcja doskonale kompatybilna z infrastruktura turystyczną. Pożyteczne z paranoicznym.

  20. @Bardzozly No rzeczywiście, porównanie Francji oraz UK z Egiptem i Pakistanem pokazuje, że pobór jest ważny dla demokracji i społeczeństwa obywatelskiego.

  21. @Nankin77

    No, po prawdzie, to w tym baśniowym okresie połączenia demokracji przedstawicielskiej z trochę-mniej-antyludzkim kapitalizmem, znanym jako „cudowne trzydziestolecie” albo (przewrotnie, bo chodziło o ograniczenia i korekty idące wbrew istocie systemu) „złote lata kapitalizmu”, pobór był obecny i we Francji, i w Zjednoczonym Królestwie.

  22. @m.bied Nie całe trzydziestolecie, tacy Stonesi już się nie załapali do woja. Poza tym, poza Skandynawią i Izraelem pobór jest obecnie typowy dla mniejszych i większych zamordyzmów, czyli od Rosji i Turcji po Burkina Faso.

  23. @invinoveritas
    -budował antyobywatelskie załatwiatctwo (kombinatorstwo),

    To już prędzej Kościół Katolicki, który rękoma wiernych budował kościoły.

    Ciągle się śmieję, jak to czytam. Budowanie kościołów w PRLu to były szczyty kombinatorstwa, z lewymi pozwoleniami (kaplica co się rozsrastała), materiałami na lewo, pracą na czarno, „pożyczaniem” państwowego sprzętu itd.

  24. @sfrustrowany_adiunkt
    „Ci którzy wchodzili w dorosłość po 1990 pamiętają że od wojska się generalnie uciekało – do tego stopnia że służbę zasadniczą pełnili głównie ci, którzy nie umieli przed nią uciec (częściej osoby spoza dużych miast). Służba wojskowa *przestała* być traktowana jako ryt przejścia czy jako spełnienie obowiązku”
    Nie mam twardych danych z badań socjologicznych, natomiast z dowodów anegdotycznych mogę zapewnić, że także w latach 60., a już szczególnie 80. przed służbą wojskową w miarę możności uciekano i nie traktowana jej jako „spełnienia obowiązku”.

  25. @janekr
    ” natomiast z dowodów anegdotycznych mogę zapewnić, że także w latach 60., a już szczególnie 80. przed służbą wojskową w miarę możności uciekano i nie traktowana jej jako „spełnienia obowiązku”.”

    To zależy od miejsca zamieszkania, na wsi bardzo długo się trzymało, że to rytuał przejścia i dopiero po wojsku jesteś w pełni dorosły.

    BTW WO miał kiedyś notkę i cytatami o służbie wojskowej przy okazji „Bogactwa narodów

    „Zmilitaryzować dżentelmenów jednak nie chciał Adam Smith tylko jego krytyk, który widział słabość „Bogactwa narodów”

    proto-liberał Ferguson chwalił ducha wolnego handlu, ale zauważył, że ma on negatywny wpływ na publiczną moralność. „In this we counsult the success of good Work; but slight the Honours of human Nature: We furnish good Work; but educate men, gross, sordid, void of sentiments and Manners” (uwielbiam Pisownię z tamtej Epoki).

    Odpowiedzią Fergusona na ten problem było ustanowienie powszechnej przymusowej służby paramilitarnej. Walcząc ramię w ramię z sąsiadami nabierzemy „Honours and Manners” i osiągniemy ideał Fergusona: „to mix the military Spirit with a civil and commercial Policy”.

  26. @janekr

    „z dowodów anegdotycznych mogę zapewnić”

    Z moich obserwacji wynika, że było to silnie uwarunkowane klasowo. Szeroko rozumiana inteligencja, ze względu na niesuwerenny charakter państwa, bardzo łatwo weszła w tym zakresie w folwarczny wzorzec „sprawy dziedzica nie są moimi sprawami” (resp. „cysorzu, cysorzu, najjaśniejszy panie, dałeś mi buty, dałeś mi ubranie, a jo ci sram na nie”). W szeroko rozumianej klasie ludowej praktycznie do samego końca poboru funkcjonowała półironiczna (but still: pół-) postawa: „prawdziwy chłop, widać, że po wojsku”.

  27. @invino
    „Pierwszy raz spotykam się z tak rewolucyjną teorią, że PRL budował ustrój republikański poprzez wzmacnianie aktywności obywatelskiej przymusowymi czynami społecznymi.”

    Budował nieudolnie, jak i wszystko – bo upadł. Ale owszem, takie były ogólne intencje. Przypominam, że PRL w swojej autopropagandzie uważał siebie za ustrój demokratyczny – za kontynuację tradycji republiki ateńskiej, a także demokratycznych prądów w konspiracji niepodległościowej XIX wieku. U mnie na dzielni było i jest liceum imienia Lelewela (a ja chodziłem do liceum imienia kubańskiego działacza niepodległościowo-demokratycznego – na długo przed Castro).

  28. @m.bied:
    Ja nie wiem, ile w tym było niesuwerenności — jak słucham wspomnień i sam pamiętam, dominowało poczucie, że wojsko jest niefajne: przestarzałe, głupie, pełne bezsensownego zamordzymu. I to nawet zanim zaczęło się mówić o słynnej „fali”.

    Owszem, w klasie średniej mogło to się łączyć z poczuciem straconych lat, a w klasie robotniczej już nie, ale nie przypominam sobie „poborowego” pozytywnie nastawionego do wojska, a widziałem i robotników i studentów.

  29. @m.bied
    Powszechne przekonanie wśród moich rówieśników, niezależnie od pochodzenia i poziomu zamożności rodziców, rozciągało się od „strata czasu” do „w wojsku mogę nauczyć się jedynie kraść, kombinować i gnębić młodych, jeśli w ogóle przetrwam pierwsze pół roku”. Każdy wiał gdzie mógł: na studia, do straży/policji, w łapówki dla lekarzy czy też w symulację (bądź nie) problemów zdrowotnych lub zaburzeń psychicznych. Pojedyncze przypadki szły do wojska z przekonania, czy to fascynacji bronią i drylem, czy też widząc w armii formę późniejszej kariery i względnie stabilnego miejsca na ziemi, gdy już dotarło do nas, że balceryzm oferował głównie wysokie bezrobocie.

  30. @pobór i unikanie

    Co prawda nie prowadziłem formalnych badań (może czas pisać wniosek grantowy ) ale na podstawie relacji znanych mi osobiście osób, plus wspomnienia publikowane w różnych źródłach, wyłania się mniej więcej taki obraz:

    – Do końca epoki Gierka, unikanie poboru było rzadkością. Zarówno w klasie ludowej, jak i średniej. Jeśli już ktoś nie został powołany – to z powodów zdrowotnych albo wyjątkowej sytuacji rodzinnej, przy czym to były sytuacje rzadkie. Znajomy, robotnik, urodzony w 1953 z powodów rodzinnych właśnie uniknął poboru i wspominał to jako przypadek wyjątkowy w swojej grupie rówieśniczej. Pozostali traktowali to jako fajną przygodę (aczkolwiek – relacje po latach nie są w 100% wiarygodne), niemniej jednak zauważalne było np. zachowywanie pamiątek typu dyplomy wzorowego kierowcy SKOTa czy innego celowniczego, zaproszenia na przysięgę itd rzeczy. Nie zauważyłem aby temat zbrodni stalinowskich czy wydarzeń lat 1956, 1968 czy 1970 miał tu istotny wpływ – może dlatego że użycie wojska do pacyfikacji zamieszek było w 1956 czy 1970 ograniczone do jednego/kilku miast. Milicja była dużo bardziej nielubiana.

    – Unikanie zaczyna się stawać widoczne po stanie wojennym, bardziej w dużych miastach i klasie średniej. Najprawdopodobniej ona po prostu miała zasoby pozwalające jej uniknąć (w tym wiedzę że w ogóle można), to także przecież czas protestów przeciwko szkoleniu wojskowym na uczelniach. Tutaj widzę dwa główne czynniki, jeden to sam stan wojenny, drugi to wypalenie się propagandowego straszaka Niemcami – już nikt nie wierzy że rewizjoniści z Bonn czyhają na rdzennie piastowski Wrocław.

    – Ten trend nasila się tylko po 1990 roku, i cały czas ma po pierwsze wymiar klasowy ale w końcu ogarnia klasę ludową – ale przede wszystkim w miastach. Potwierdza się także to o czym pisali komcionauci powyżej- na wsi wspomniane powiedzenie nie zawsze było traktowane ironicznie. Wówczas także nasila się postrzeganie służby zasadniczej jako czegoś pozbawionego sensu, bo służbę odbywa się w warunkach kiepskich (przestarzałe wojsko, bałagan). Obcinane są środki, więc szkolenie zaczyna stawać się fikcją w wielu jednostkach. Służba jest postrzegana jako zło konieczne i zapomina się o niej tuż po wyjściu do rezerwy.

    – Odnośnie fali i innych patologii, występuje samonapędzający się mechanizm – poboru skutecznie unikają osoby z klasy średniej i coraz więcej rozgarniętych osób z klasy ludowej, więc poza wąskim gronem ochotników – trafiają coraz częściej osoby wręcz z marginesu społecznego, z wyrokami. Przy słabości kadr podoficerskich (podoficerowie młodsi też byli z poboru) jest to receptą na kłopoty.

    – Jak najbardziej występowało zjawisko ucieczki przed bezrobociem z tym że w praktyce – do końca lat 90-tych trudno było pozostać w wojsku jako żołnierz nadterminowy/ kontraktowy (czyli szeregowy/podoficer). Natomiast i w PRL i w III RP podobną rolę spełniały szkoły oficerskie/ (oraz chorążych/podoficerskie) – do dziś według tego co widzę sporo osób które idą do szkół oficerskich wywodzi się z niższej klasy średniej/ludowej i z mniejszych miejscowości. Także wśród obecnej generalicji jest bardzo dużo social climberów.

    – Już na marginesie – entuzjaści i ochotnicy to inny problem, administracja wojskowa często była sporym problemem. Bo w III RP wprowadzono rejonizację poboru, więc w przypadku elitarnych jednostek dochodziło wręcz do fikcyjnych meldunków w miejscach ich stacjonowania i innych kombinacji. Zresztą, problemy z administracją są nadal, tak na marginesie. Ale to już zupełny off top.

  31. @WO
    „od 35 lat fantazjuję o napisaniu powieści postapokaliptycznej, której akcja działaby się w schronie pod Jose Marti, gdzie ratuje się przypadkowo dobrana grupa surviverów”

    Nie będę awalizował, acz westchnę: iluż książek jesteśmy pozbawieni tylko dlatego, że w stosownym czasie nie otrzymałeś wielomilionowego spadku, pozwalającego machnąć ręką na tak przyziemne sprawy, jak umowy i zaliczki!

  32. @co dawało wojo
    W moim bąbelku istniały osoby miejskie, które traktowały służbę jako nabycie/podniesienie kwalifikacji. W większości przypadków to były uprawnienia do prowadzenia ciężarówek, ale też jakieś elektryczne i chyba był jakiś łącznościowiec.
    Na wsiach mi dostępnych bywało różnie. Zależnie od tego ilu synów miał gospodarz. W wielosynowych gospodarstwach posyłanie syna było równoważne uniwersytetowi w rodzinie miastowej. Bo nabycie kompetencji lub uprawnień, co dawało konkretne korzyści danemu gospodarstwu wprost. Ale również pozycję we wsi, bo wieś korzystała na tym też. Oczywiście każdy chciał posłać, ale nie każdy mógł. W tych gospodarstwach mniej usynowionych to już była kalkulacja. Czy wypuszczą na żniwa czy sianokosy. Jeśli nie to co wtedy i takie tam.

  33. W wojsku nie byłem (kategoria E), więc może bliżej notki.

    @ tysiąclatki
    Zarabiając na chleb i masło do chleba, miałem okazję zwiedzić sporo szkół, w tym oczywiście trochę tysiąclatek. Muszę powiedzieć, że nawet z dzisiejszej perspektywy, to są bardzo sensownie zaprojektowane i funkcjonalne budynki szkolne (teraz, po remontach, już zwykle w dobrym stanie technicznym). Z reguły o wiele lepsze od starszych. Gdybym był wierzący, to bym powiedział, że tym pomysłem i jego realizacją Gomułka odkupił sobie ładnych parę wieków mąk czyśćcowych.

    @ czyny społeczne
    W młodości kojarzyły mi się z zamiataniem liści pod wiatr. Ale już w III RP przy okazji sporów związanych z zamykaniem wiejskich szkół (niekoniecznie tysiąclatek), którym brakowało uczniów, dało się słyszeć głosy w rodzaju: „Mój ojciec/dziadek tę szkołę wraz z całą wsią w czynie społecznym budował, a teraz wy ją bezduszni urzędnicy chcecie zamknąć”.

    @ schrony
    Przez jakiś czas chodziłem do przedwojennej poniemieckiej szkoły, przy której też był schron (także poniemiecki). Wprawdzie nie pod budynkiem, ale pod niewysokim wałem ziemnym przy boisku szkolnym.

    @ Szkoły a infrastruktura turystyczna
    Te hostele to wg oficjalnej terminologii szkolne schroniska młodzieżowe – jest ich obecnie ok. 280. Nie muszą być przy tysiąclatkach, ani nawet przy jakichkolwiek innych szkołach, choć takie chyba zdarzają się najczęściej.
    Jednak schronisko, które zwykle mogło przenocować jedną lub dwie 30-osobowe grupy uczniów na wycieczce, nie było raczej miejscem na kolonie. Z własnego doświadczenia niechętnego kolonisty, którego za Gomułki, przymuszano do wyjazdów na tzw. kolonie zdrowotne, wiem, że do zorganizowania kolonii w czasie wakacji wystarczała zwykła szkoła z jakimiś tam prysznicami, kuchnią i stołówką. Sypialnie były w salach lekcyjnych, w których ławki zamieniono na łóżka. Oczywiście tysiąclatki, miały te prysznice, kuchnie i stołówki, więc można było w nich organizować kolonie na kilkaset dzieciaków. Ale pamiętam, że kolonie były też we wspomnianej wyżej poniemieckiej szkole ze schronem przy boisku.
    Nawiasem mówiąc, za Gierka byłem (tym razem całkowicie dobrowolnie) na zimowisku usytuowanym w internacie – tam warunki były o wiele lepsze niż w lekcyjnej części szkoły, choćby ze względu na trzy- a nie piętnastoosobowe sypialnie.

  34. @ kuba_wu „Nie będę awalizował, acz westchnę: iluż książek jesteśmy pozbawieni tylko dlatego, że w stosownym czasie nie otrzymałeś wielomilionowego spadku, pozwalającego machnąć ręką na tak przyziemne sprawy, jak umowy i zaliczki!”

    To chyba nie tak. Jeśli dobrze pamiętam i interpretuję różne wypowiedzi WO na ten temat, to wielomilionowy spadek byłby przeciwskuteczny, bo nasz gospodarz nie jest grafomanem, który pisze książki dla przyjemności lub z powodu wewnętrznego przymusu.

    Przeciwnie – w tej kwestii pomógłby tylko wydawca występujący z odpowiednią umową i zaliczką.

  35. @interpretacje na niekorzyść PRL

    W czasach PRL, jak ktoś chciał napisać, że w krajach kapitalistycznych coś działa lepiej, to dodawał też coś o wyzysku. Albo o przodującej gospodarce socjalistycznej, która zaraz nadrobi to jedno jedyne zapóźnienie, a we wszystkich innych aspektach działa lepiej. Widocznie ten trend się utrzymuje. Nazwałbym to zjawisko polityczną poprawnością, gdyby termin nie był już zajęty.

  36. @igor:
    Ale za PRL był to świadomy myk, by napisać co się chce. Danina.
    A teraz mam wrażenie, że dla wielu ludzi jest to wyznanie wiary.
    Żeby była jasność: gdy widzę, że ktoś pisze, że w PRL było A, B i C, i że były one złe, więc PRL był zły, to OK. Ale często widzę rzecz przeciwną: PRL był zły, więc A, B i C (tu dowolne zjawiska czy zajścia) były złe. A to już stawianie rozumowania na głowie.

  37. @tysiąclatki
    Chodziłem. Szkoła była całkiem niezła, z jednym wyjątkiem – sala gimnastyczna na drugim piętrze. Ale miała gabinet lekarski, gdzie na stałe urzędowała „higienistka”, był także gabinet dentystyczny, z wolnoobrotowym narzędziem tortur.

    @wojsko z poboru
    Wśród moich znajomych wszyscy starali się wykręcić, jak mogli. Służbę po studiach odbył tylko jeden z nich. W czasie całej służby wystrzelił w ramach szkolenia sześć nabojów. Totalny bezsens.
    Natomiast ja w 90 roku zamiast w wojsku byłem na półrocznym stażu w Finalndii, gdzie miałem okazję przez kilka miesięcy mieszkać w akademiku razem z nieco młodszymi ode mnie studentami. U nich stosunek do wojska był zupełnie inny.
    Po pierwsze do wojsko szli wszyscy po maturze. Po drugie nie było tam fali. Po trzecie dostawali sensowne szkolenie wojskowe. Po czwarte, byli dumni ze służby w armii, która obroniła niepodległość.

  38. @adiunkt
    „– Do końca epoki Gierka, unikanie poboru było rzadkością. Zarówno w klasie ludowej, jak i średniej.”

    No mój ojciec (klasa średnia) skutecznie od wojska się wymigał, a to przed Gierkiem jeszcze było. Z tego co pamiętam załatwił to podczas komisji, w pełni świadomie i z premedytacją.

    @Korba
    „W wojsku nie byłem (kategoria E)”

    W wojsku nie byłem (kategoria A1). Co ciekawe nawet specjalnie nie musiałem unikać. Wszystko wskazuje na to, że WKU szczęśliwie zgubiła moje dokumenty podczas podziału na dwie WKU. Nawet do rezerwy mnie nie przepisali z racji wieku i wg książeczki wojskowej ciągle jestem poborowym. To ma chyba dobre strony, bo jak coś pierdolnie, to mnie nie wezmą, bom nie rezerwista (pod warunkiem, że znajdą moje papiery i będą wiedzieć, że istnieję). Tak sobie gdybam, oczywiście.

    @notka
    Do czegoś a’la tysiąclatka chodziłem w podstawówce będąc. Schronu nie pamiętam. Liceum mieściło się w starym budynku i tam w piwnicy, gdzie były szatnie i stołówka, solidne drzwi do schronu były. Snuliśmy z kolegami różne fantazje nt. tegoż schronu, ale potem się okazało, że standardowo robił za magazyn. Nie pamiętam już jednak co w nim magazynowano. Swoją drogą parszywa buda, represyjna i nieludzka, uważająca się za nie wiadomo jaki cud.

  39. @bartol

    „Nawet do rezerwy mnie nie przepisali z racji wieku i wg książeczki wojskowej ciągle jestem poborowym. To ma chyba dobre strony, bo jak coś pierdolnie, to mnie nie wezmą, bom nie rezerwista (pod warunkiem, że znajdą moje papiery i będą wiedzieć, że istnieję). Tak sobie gdybam, oczywiście.”

    Raczej wezmą za dezertera, jak już znajdą papiery. Poboru wszak nie zniesiono.

    Przerabiałem to drzewiej na pierwszym roku studiów. Nie doniosłem im kwitów z uczelni, przez jakiś czas było cicho, a potem dostałem wezwanie „celem odebrania karty powołania”. Odkreciłem na miejscu w WKU donosząc papiery z uczelni. Wtedy oficjalnie przenieśli mnie do rezerwy z kategorią A1. To było jakoś chwilę przed oficjalnym zawieszeniem poboru.
    Znajomych wzywali na szkolenia jeszcze parę lat temu, i to takich wiekiem raczej bliżej 50, niż 30.

  40. Spokojnie, za dezertera nie wezmą. 😉
    Z zasady w razie W będą powoływane do służby te osoby, które mają nadany przydział mobilizacyjny, i takie osoby mogą być także powoływane na ćwiczenia (także w trybie natychmiastowego stawiennictwa – już było kilka takich ćwiczeń). Natomiast jeśli ktoś nie został powołany w ogóle – tutaj podstawowy termin ustawowy to 18 miesięcy później następuje przeniesienie do rezerwy (art 46 Ustawy o powszechnym obowiązku obrony). I jedna rzecz: rezerwa nie równa się przydziałowi mobilizacyjnemu. Na to nakładają się różne zaszłości typu podjęcie pracy w zakładach/instytucjach podlegających militaryzacji i inne kwestie.

  41. Sfrustrowany_adiunkt
    „Na to nakładają się różne zaszłości typu podjęcie pracy w zakładach/instytucjach podlegających militaryzacji i inne kwestie.”

    Czasem te zaszłości dalej obowiązują.

    „Zwolniony urzędnik twierdził, że to tylko pozorna przyczyna, bo jego obowiązki i tak musi wykonywać ktoś inny. Przede wszystkim argumentował jednak, że jako żołnierz służby czynnej, w tym przypadku Wojsk Obrony Terytorialnej, podlega specjalnej ochronie. Powoływał się przy tym na przepisy o powszechnym obowiązku obrony z 1967 r.”

    (Sąd) „całkowicie zgodził się, że żołnierza nie można było zwolnić. I też powołał się na przepisy ustawy z 1967 r., z których wynika, że nie można zwolnić pracownika powołanego do „czynnej służby wojskowej”

    – To służba wykonywana na rzecz obywateli i obywatelek przede wszystkim w celu zachowania ochrony i funkcjonowania [państwa-red.]. W zamyśle ustawodawcy była ochrona takich osób – uzasadniał sędzia Karczewski. ”

    https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,25528623,wojsko-obronilo-urzednika-przed-zwolnieniem-pierwszy-taki-wyrok.html

  42. @Rpyzel

    Sprawa z Kielc to jedna zaszłość, a drugą jest co dzieje się cały czas czyli reklamowanie od powołania do wojska osób które podpadają pod przepisy szczególne. Typu – osoby służące w innych formacjach (co oczywiste ) albo tzw. przydziały organizacyjno – moblizacyjne w tzw. jednostkach przewidzianych do militaryzacji (przedsiębiorstw także, łatwo się domyślić jakich). Aczkolwiek – jest to po prostu dodatkowa formalność w przypadku osób które tam są zatrudniane i pewne obciążenie osób funkcyjnych w związku ze sporadycznymi szkoleniami. Dla szarego ludzia jest to praktycznie niedostrzegalne.

  43. @Korba
    „wielomilionowy spadek byłby przeciwskuteczny, bo nasz gospodarz nie jest grafomanem, który pisze książki dla przyjemności lub z powodu wewnętrznego przymusu”.

    Ale to chyba nie w tę stronę implikacja. To że grafoman pisze z wewnętrznego przymusu, nie oznacza jeszcze, że każdy kto pisze dla przyjemności i wewnętrznej potrzeby, jest grafomanem. Nie wierzę też, aby pisanie nie sprawiało WO frajdy (to się czuje!), no i już udowodnił, że grafomanem nie jest.

    Ja np. kiedyś zawodowo projektowałem układy elektroniczne. Teraz siedzę w IT, ale nadal czasem projektuję, dla zabawy (tylko b.rzadko, bo dompracadzieci). Mam nadzieję, gdy nadejdzie dla mnie czas większej swobody (hmm na emeryturze?) znów będę to robił, bo to moje najulubieńsze hobby.

  44. @ „To że grafoman pisze z wewnętrznego przymusu, nie oznacza jeszcze, że każdy kto pisze dla przyjemności i wewnętrznej potrzeby jest grafomanem”

    Oczywiście przerysowałem, bo przecież w końcu dyskutujemy na blogu, który nie jest pisany dla pieniędzy. Ale jednak wydaje mi się, że gdyby ktoś z nas otrzymał wielomilionowy spadek i przeznaczył go na założenie wydawnictwa, dzięki czemu mógłby zaproponować WO sensowną umowę z zaliczką i terminem, to mielibyśmy większe szanse na przeczytanie tej lub innej książki, która chodzi po głowie naszemu gospodarzowi, niż gdyby on sam dostał taki spadek.

    Z tym, że rzecz jasna to jest tylko moja (być może chybiona) interpretacja podejścia gospodarza do pracy twórczej. Dopóki on sam się nie wypowie, będziemy skazani na domniemania ;).

  45. @korba
    „Dopóki on sam się nie wypowie, będziemy skazani na domniemania ;).”

    Ja też jestem na nie skazany. Nie umiem sobie wyobrazić swojego życia w sytuacji, w której znika przymus ekonomiczny. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co bym robił mając gwarantowany etat z wysoką stałą pensją (typu tenure). Gdyby jakaś redakcja mnie przygarnęła i dała mi całkowicie wolną rękę, prawdopodobnie pisałbym o jakichś bardzo dziwnych rzeczach (mniej więcej takich jak na blogu), jednego dnia o supersymetrii, drugiego o electro swingu, trzeciego o norweskim funduszu emerytalnym. Ale mogę tylko gdybać i mniemać, jest jak jest i już się raczej nie poprawi.

  46. @Michał Radomił Wiśniewski
    „fajna była to „dobrowolność”, spróbowałbyś przynieść pustą kopertę na relę”

    1. Koperta? Heh. Wtedy (pamiętam od początkowych 80-tych) nie o pieniądze chodziło, te były (mało warte). Wartość miały kartki, towary deficytowe (know-how jak je „załatwić”, a nie kupić!) cement/saletrę/wszystko oraz…

    2. Chodziło mi o rzeczywiste „czyny społeczne”, jak budowanie kościoła/kaplicy. Jako dzieciak chodziłem z rodzinką, całkowicie dobrowolnie (pomijam namowy dziadków): jako dzieciaka nawet bawiło mnie przenoszenie kamieni na podmurówkę czy przesiewanie piachu.
    Mnie bawiło, dla starszych było to tak silnie spajające, że dotąd na to się rodzice/sąsiedzi powołują: „teraz mówisz, że nie wejdziesz do żadnego kościoła, a wtedy ten razem budowaliśmy!”.

    @Bardzozly
    „Czy grożenie smażeniem się w piekle przez nieskończoność to czasem nie jest przymus?”

    To chyba ci stojący (leżący) nad grobem.
    Dla reszty ważniejsze doczesne:
    -kłopoty w pracy za brak udziału z jednej strony,
    -paczka z Zachodu rozdawane przez KaKa z drugiej.
    Gdzie przymus, gdzie zachęta?

    @rpyzel
    „-budował antyobywatelskie załatwiatctwo (kombinatorstwo),

    To już prędzej Kościół Katolicki, który rękoma wiernych budował kościoły.”

    Ciągle się śmieję, jak to czytam. Budowanie kościołów w PRLu to były szczyty kombinatorstwa”

    Nie powinieneś się śmiać ponieważ różnica jest zasadnicza:
    -kombinowanie/okradać państwo dla swojej korzyści, a
    -kombinowanie by -nomen omen- Razem zbudować kościół.

    @WO
    wo
    „PRL w swojej autopropagandzie uważał siebie za ustrój demokratyczny – za kontynuację tradycji republiki ateńskiej”

    : ) )

    PS
    Przepraszam za opóźnione odpowiedzi.

  47. @invinoveritas

    No ale na budowanie tysiąclatek też się ludzie tak powołują. A pewnie ludzi, którzy w kościelnych czynach społecznych nie mieli wcale ochoty brać udziału też nie brakowało, ale zwłaszcza w mniejszych miejscowościach była presja społeczna i stygmatyzacja. Kościelny przymus może był wtedy bardziej „miękki” od przymusu państwowego, ale nie udawajmy, że go nie było.

  48. Jeśli ma być równoznaczny za PRL:
    -przymus państwowy (musi pójść, bo jak nie to kłopoty w pracy) z
    -„przymusem społecznym” (ale babcia mówi, że powinieneś, bo tak ksiądz powiedział*),
    to masz rację.
    Ale nie wydaje mi się.

    *nie ukrywałem tego, napisałem o tym: „pomijam namowy dziadków”

    PS
    Szampańskiego Sylwestra, ewentualnie odpiszę dopiero pojutrze 🙂

  49. @ invinoveritas

    No ale to nie tylko kwestia „co dziadek powie”, ale (zwłaszcza w mniejszych miejscowościach) rzeczy typu czy będą problemy ze ślubem kościelnym, czy ksiądz nie będzie robić problemów z pogrzebem na jedynym cmentarzu we wsi itd. Które kilkadziesiąt lat temu też mocniej stygmatyzowały niż teraz (i niż wówczas w większych miastach też).

  50. @invinoveritas

    nie wiem ile masz latek, ale nie musisz mi opowiadać, co wtedy się działo, bo tam byłem i kasa też się liczyła

  51. Zdążyłem sobie naostrzyć zęby na lekturę, a tu się okazało, że nie ma ebooka 🙁

    Moja podstawówka też była tysiąclatką. Chyba jedyną w całym sztetl. I był to drugi znany mi budynek, pod którym był schron (przy czym o schronie w Gmachu to była wiedza powszechna, bo był jeszcze sanacyjny, a o tym pod szkołą świadczyły tylko różne dziwne przejścia, drzwi, czy wspomniane wcześniej wywietrzniki i inne wyjścia na boisku), stąd legendę o tysiąclatkach jako sieci szpitali polowych na wypadek wojny nuklearnej łyknąłem w swoim czasie jak młody pelikan. Zresztą te wszystkie pozamykane już w ejtisach szerokie wejścia czy inne nieużywane rampy rozładowcze przy budynku w naturalny sposób skłaniały do takich spekulacji. Dzisiaj stoję na zdroworozsądkowym stanowisku „why not both?”, co nie zmienia faktu że i wtedy i nadal mam różne postapo fantazje z tym budynkiem w roli głównej, tak jak Gospodarz 😉

Dodaj komentarz