Dyplomatyka i sądy

Nie wiem, czy moje piąteczki jeszcze mają jakichś słuchaczy (miasta, które…). Rozwinę na blogu myśl, którą w podkaście zasygnalizowałem skrótowo: że w nowożytnej Europie prawo „od zawsze” było i jest tworem obcej cywilizacji.

Uderzyła mnie ostatnio pewna myśl, do przedyskutowania której zapraszam w komentarzach mole książkowe takie jak ja (bez wikierudytów, proszę). Otóż Europa odkryła prawo niejako dwukrotnie.

Istotą tego wynalazku jest pogodzenie się z tym, że wyrok może nam się nie podobać, ale go honorujemy. To kolosalna różnica w odniesieniu choćby do antycznej Grecji, w której proces (opisany np. w „Obronie Sokratesa”) sprowadzał się do odpowiedzi na pytanie „lubimy tego kolesia czy nie” (a nie „czy jest winny” albo „co zaszło w rzeczywistości”).

Rzymskie prawo w teorii było ślepe na „sympatyczność”. Oczywiście, w praktyce to działało różnie. Mary Beard w swoich książkach zwraca uwagę, że rzymskie prawo znamy głównie z opisów jego porażek.
Niedoskonałe prawo i tak jest lepsze od jego braku. Wynalazek prawa miał spory udział w tym, że Rzymianom udało się zbudować tak wielkie i trwałe imperium.

W grach strategicznych (które też lubię) zazwyczaj oddawane jest to jakimś parametrem, określanym jako „technologia administracyjna”. Bez wynalezienia prawa po prostu nie możemy efektywnie zarządzać dużym imperium – nawet jeśli je zbudujemy orężem czy monetą, zapadnie się pod ciężarem korupcji.

Wszyscy w Europie jesteśmy dziś kulturowymi spadkobiercami barbarzyńców, którzy zbudowali swoje państwa na ruinach Rzymu. Barbarzyńcy zastąpili rzymskie prawo swoim „prawem zwyczajowym”.

Próby imitowania cesarstwa (podejmowane na zachodzie przez Karolingów i Ludolfingów, a na wschodzie przez Bułgarów i Serbów), zazwyczaj się nie udawały. Barbarzyński władca chętnie przyjmował tytuł „cezara”, ale nie zamierzał się kierować rzymskim prawem, którego często po prostu nie znał.

Popkulturowy portret średniowiecznego imperium bez prawa pokazuje nam „Gra o tron”. Widzimy tam kilka makabrycznych „procesów”, przypominających średniowieczne „sądy boże”.

W efekcie baron czy książę, który nie uznał werdyktu zapadającego w takim „procesie” – czy można go winić? – po prostu się buntował. Spór sprowadzał się do tego, ilu rycerzy poprze jego, a ilu władzę centralną. Tak się nie udawało zbudować trwałego imperium.

To się zmienia między XIII a XV wiekiem, między soborami laterańskimi i wormackim Reichstagiem. Cesarstwo i papiestwo zreformowały wtedy zasady działania, tworząc instytucje, które przetrwały stulecia.

Co się stało? Otóż w XII wieku Europa po raz drugi odkryła rzymskie prawo.

We wczesnym średniowieczu Bizancjum próbowało odwojować Półwysep Apeniński, tworząc Egzarchat Rawenny. Nim upadł, zdążył wytworzyć szczególną grupę – rzec można, nadzwyczajną kastę – Włochów obeznanych w rzymskim prawie.

W XI wieku zaczęli wykładać kodeks Justyniana w Bolonii, tworząc podwaliny jednego z najstarszych uniwersytetów w Europie. Absolwenci bolońskiej uczelni zostawali potem papieżami i doradcami cesarzy, przyczyniając się do wspomnianych wyżej reform.

Kodeks spisali po łacinie Bizantyjczycy, którzy kulturowo byli Grekami. A więc już dla nich łacina była obcym, martwym językiem – opatrywali więc ten kodes „glos(s)ami”, czyli po prostu przekładem „z prawniczego na ludzki”.

Pierwsi wykładowcy prawa byli Włochami, dla których obcymi językami była łacina i greka. Oni więc z kolei opatrywali prawo glosami w językach współczesnych. W nowożytnej Europie prawo zawsze jest więc czymś, o czym się mówi w językach obcych (a nawet martwych).

„Kiedy glosa wymaga glosy, sens prawa jest lekceważony i gubi się w labiryntach podwójnych znaczeń”. Ta skarga Azona Bolońskiego ma ponad 800 lat (heh, przy okazji: angielska wiki podaje jego datę śmierci na 1230, a polska na 1220…).

Brzmi do dziś aktualnie, podobnie jak inna skarga sprzed stuleci: że prawo sprzyja klasom uprzywilejowanym. W XIII wieku w Pistoi partia ludowa określała swoich przeciwników jako partię „rycerzów i sędziów”.

Od setek lat jednak wybór jest ciągle prosty. Albo to, albo barbarzyństwo.

Jako przedmurze zachodniego chrześcijaństwa, Polska stała się też wschodnim krańcem zasięgu uznawania rzymskiego prawa. Ten wynalazek przyszedł do nas jakieś dwa stulecia później i na nas się zatrzymał: nigdy nie przyjął się na terenie Rusi Moskiewskiej (i jej następców).

Ekscytujemy się bitwą pod Grunwaldem i robimy co roku jej huczną rekonstrukcję, a nie rekonstruujemy działań dużo ważniejszych. Polskich jurystów skutecznie przedstawiających polską argumentację przed sądami cesarskimi i papieskimi.

Gdyby nie oni, papież ekskomunikowałby Jagiełłę i ogłosił antypolską krucjatę. Na Wawelu zasiadłby jakiś prokrzyżacki kandydat, a resztki Litwy zajęłaby Muskowia. Granice z 1795 pojawiłyby się kilkaset lat wcześniej.

Niektórym podoba się dyplomacja w stylu „Kozacy zaporoscy piszą list do sułtana” – ale pamiętajmy, jak Kozacy skończyli. Kto tak działa w Europie, tego w końcu zwalcują sąsiedzi.

Od XV wieku obowiązuje prosta zasada: Polska jest niepodległa tylko wtedy, gdy ma dyplomatów i jurystów, którzy potrafią jej stanowisko skutecznie przedstawić na europejskim forum – po łacinie, po francusku, po angielsku. To ważniejsze od huzarów, ułanów i czterech pancernych.

Mieli ich Jagiellonowie, miała ich RON (do czasu), miała ich II Rzeczpospolita. PiS ich nie ma. Obecną władzę stać tylko na dyplomację w stylu „europosłowie zaporoscy odpowiadają Komisji Europejskiej”.

Kempa, Szydło, Jaki po prostu nic więcej nie potrafią – i z tym się zgodzą także ich zwolennicy, tylko że będą bagatelizować znaczenie tego problemu. Bo przecież „nie będziemy rozmawiać o polskich sprawach w obcych językach” (tym bardziej że ich nie znacie…), itd.

Rzeki w naszym regionie mają przebieg południkowy, co w naturalny sposób czyni je granicą cywilizacji zachodu. Od setek lat nasza historia biegnie w cieniu właściwie tylko jednego pytania: czy ta granica ma biec wzdłuż Dniepru, Bugu, Zbrucza czy Łaby.

Jak o tym kozacy siczowi bardzo boleśnie się przekonali, w tym rejonie Europy można być tylko albo częścią Turcji, albo częścią Rosji, albo częścią Zachodu. Głos na Dudę w nadchodzących wyborach będzie głosem za przesunięciem granicy cywilizacji Zachodu na Odrę.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

63 Comments

  1. @wo
    „miasta, które…”
    Poznań się zgłasza

    „bez wikierudytów proszę”
    Ja w sprawie technicznej. Błagam o naostrzenie gilotyny i powrót do polityki ostrej moderacji. Lubię czytać dyskusje pod postami, ale ostatnio niektóre komentarze są poniżej krytyki (tzn. ogólnie wciąż jest względnie dobrze, ale tępa gilotyna to zaproszenie dla „wikierudytów”, trolli, nudziarzy, dziadersów i towarzystwa z Salonu24).

  2. Staram się, ale jak już zaczęły latać nierówności Bella, to ja nawet nie wiem, kto ma rację!

  3. „To ważniejsze od huzarów, ułanów i czterech pancernych.”
    To ciągły problem z historią, nauka o niej jako o procesie cywilizacyjnym przegrywa z datami i chłopięcym i fantazjami.
    Nawet jeśli ktoś ruszy temat pod tym kątem to skupia się na autostradach Hitlera i Mussoliniego.

  4. @wo Rzymskie prawo w teorii było ślepe na „sympatyczność”…
    Jeżeli nie byłeś rzymskim pater familias ze znacznym majątkiem albo miałeś pecha zostać dłużnikiem, twoja sytuacja nie była dużo lepsza niż tego przykładowego Greka (w stosunkach cywilnoprawnych, prawo karne w Rzymie było dużo mniej nowoczesne a z publicznoprawnym bywało różnie). Co w Rzymie zwraca uwagę, to niezła jak na starożytność (a nawet średniowiecze) pozycja kobiet. Oczywiście tych dysponujących własnym majątkiem.

    @prawnicy Jagiełły

    (Nawet u Sienkiewicza jest o tym wzmianka!)
    Kazimierz Wielki też miał niezłych, licealne podręczniki do historii poświęcają im jakieś cztery zdania (pamiętam też coś z podręcznika do podstawówki). Czyli dużo więcej niż o matematykach z 1920.

  5. @wo
    „Wynalazek prawa miał spory udział w tym, że Rzymianom udało się zbudować tak wielkie i trwałe imperium.”

    Imperium rzymskie powstało de facto w momencie, w którym Cezar prawo odrzucił i zamiast stanąć przed sądami w sprawach związanych z jego wątpliwą legalnie wojną w Galii, postawił na to, że poparze go więcej legionów. I wygrał.

    Oktawian i Marek Antoniusz to już nawet nieszczególnie udawali, że coś poza legionami, pieniędzmi i popularnością ma znaczenie. Urządzili normalną czystkę.

  6. Więcej, oponenci Cezara dwa razy przetestowali empirycznie teorię legiony vs rządy prawa i dwa razy przegrali. Najpierw z samym Cezarem, a potem właśnie z jego następcami. Gubiąc w ten sposób nie tylko siebie, ale też swoją ukochaną republikę.

    A to nie były żadne lebiegi. Brutus pochodził ze starożytnego rodu, ponoć od jednego z założycieli republiki. Cycerona czyta się do dzisiaj. Pompejusz był legendarnym dowódcą jeszcze za swojego życia. Katon był politykiem największego kalibru. Ludzie zupełnie innego formatu niż obecne europejskie elity.

    I ja tez jestem sceptyczny. Świat jest dla ludzi, a nie dla abstrakcyjnych zasad. Te zasady są ważne dla organizacji państwa, ale prawo po prostu nie jest najwyższą wartością. Taka konstrukcja nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością.

    Teraz modne są alternatywne podejścia do historii, ale prawnicy nigdy nie byli ważniejsi dla biegu dziejów od husarzy, woli ludu czy monety.

  7. @tymczasowekonto
    „Więcej, oponenci Cezara dwa razy przetestowali”

    Przecież nie chodzi o możliwość pozwania cesarza – tego nawet nie udawano, oficjalnie był bogiem. Chodzi po prostu o przepisy prawne z grubsza obowiązujce w codziennej praktyce administracyjnej.

    „Teraz modne są alternatywne podejścia do historii, ale prawnicy nigdy nie byli ważniejsi dla biegu dziejów od husarzy, woli ludu czy monety.”

    O tyle ważniejsi, że po prostu od tego zależą koalicje. Hiszpania nie zajmuje Gibraltaru nie dlatego, że ma za mało dywizji.

  8. @wo
    „Przecież nie chodzi o możliwość pozwania cesarza”

    Jak chcieli pozywać Cezara, to był tylko prokonsulem. I to właśnie sztywne przywiązanie do rządów prawa wbrew realiom politycznym i wojskowym ostatecznie zgubiło republikę. Bo prawo prawem, ale lud Rzymu i legiony wolały Cezara.

  9. We współczesnym Rzymie przerabiają teraz to samo. Nikogo nie obchodzą żadne zasady, quid pro quo, ani nawet prawda materialna. Trump jest popularny, więc senatorzy go uniewinnią, a gdyby nie był, to by go skazali. Vox populi, vox dei.

  10. Fajnie, ale nawet żeby mieć tych husarzy trzeba mieć jakieś prawo. Choćby po to aby móc sensownie tych husarzy czy ułanów wyselekcjonować, wyszkolić, wyposażyć i nimi dowodzić. Bez tego mamy do czynienia z bojówką, w której rządzi ten który chwilowo jest najsilniejszy (i ma chwilowo najwięcej zwolenników). Taką zbieraninę rozbije w proch każda regularna armia, właśnie opierająca się na regulaminach i zasadach.

    Nie bez powodu współczesne wojsko przywiązuje wagę właśnie do regulaminów i procedur – a zwyczaj ich przestrzegania (unifikacja wyglądu/ubioru, unifikacja uzbrojenia, przestrzeganie określonych norm, choćby były w danej sytuacji abstrakcyjne) są pochodną procesów trwających stulecia. Do tego stopnia że tam gdzie formalne zasady mają mniejsze znaczenie, silne są wewnętrzne zwyczaje (w obrębie danej jednostki czy formacji) porządkujące jej funkcjonowanie. Gdy przestrzeganie tych zasad słabnie, wojsko zaczyna się załamywać od wewnątrz. Nie od razu ale zaczyna je toczyć rak. Efekty? Choćby Smoleńsk. Tam pierwotną przyczyną było właśnie zlekceważenie procedur. To samo II RP – warto zwrócić uwagę na sytuację wewnątrz wojska, zachowania kadry (zwłaszcza oficerów starszych). To co określa się potocznie mianem ułańskiej fantazji było wyraźnym objawem przesuwania się ciężaru w kierunku argumentu siły a nie siły argumentów („bo kto ułanowi zabroni” – co zaowocowało mikro – Smoleńskiem w postaci śmierci gen Orlicz – Dreszera w katastrofie lotniczej )

  11. W trakcie rzeczywistego konfliktu większość tych regulaminów i zasad idzie momentalnie w odstawkę. Liczy się dyscyplina (w sensie wykonywania rozkazów, nie podążania za zasadami), wola walki, a w XX wieku jeszcze wydolność przemysłu.

    Swoją drogą, w tej chwili taka zbieranina muzułmańskich bojowników wygrała w Afganistanie z najpotężniejszą regularną armią świata. Wcześniej wygrała z drugą najpotężniejszą.

  12. @Tymczasowe Konto
    „prawnicy nigdy nie byli ważniejsi dla biegu dziejów od husarzy, woli ludu czy monety”

    Tylko pozornie, choć zależy o której epoce historycznej mówisz. Na poziomie makro (czyli Wielkiej Polityki) rzeczywiście to husarze byli ważniejsi; jak weźmiesz randomową książkę historyczną to przeczytasz tam kto kogo kiedy obalił i jakie wojny rozpoczął. Ale na poziomie mikro (czyli Zwykłego Człowieka) dużo ważniejsi byli ci niewidoczni w książkach prawnicy. To dlatego, że rządy prawa przekładają się na wyższe zaufanie społeczne (czyli niższą korupcję), większe zadowolenie, stabilność, niższe koszty funkcjonowania biznesu i tak dalej – to one umożliwiły rozwój kapitalizmu (ze wszystkimi jego patologiami – swego czasu prawo sankcjonowało np. niewolnictwo za długi). Ogólnie rzecz biorąc, żyjąc w kraju praworządnym masz ten luksus, że możesz planować z wyprzedzeniem, co przekłada się na ekonomię, a więc wartość wspomnianych przez ciebie „monet”. W republice bananowej, gdzie rządzi siła, dominuje etos cwaniaka („śmierć frajerom”), a prawo jest naciągane jak guma od gaci (jeśli w ogóle istnieje), nigdy nie wiesz co przyniesie los i kaprysy watażków – i to nie jakiegoś Cesarza z Olimpu, tylko najczęściej lokalnych kacyków; a zatem żyjesz z dnia na dzień, bo nie wiadomo co będzie jutro. Po co inwestować w manufakturę, skoro jutro ktoś może ci ją zabrać albo zażądać połowy dochodu?

    Husarze są ważniejsi od prawników… tak, w anarchii rodem z Mad Maxa. Tam każdy koleś z naładowanym karabinem jest sędzią, obrońcą, prokuratorem i katem w jednej osobie. Lub w totalitaryzmie, gdzie przemoc jest zmonopolizowana przez jakiegoś watażkę. Albo w feudalizmie, gdzie spory rozstrzygano ilością rycerzy. Ale taki świat zawsze będzie pogrążonym w wiecznej stagnacji zamordyzmem, zjadającym własny ogon. W nowoczesnym świecie prawnicy są jednak dużo ważniejsi.

  13. Tylko że w Afganistanie (i tym radzieckim i tym zachodnim) zaistniał klasyczny paradoks wojny z partyzantami. Siły regularne wygrywały bitwy ale nie doprowadzało to do zwycięstwa – z powodów uwarunkowań politycznych (np. bezpieczne bo niedostępne dla Rosjan w ogóle a dla Amerykanów tylko w ograniczonym stopniu zaplecze po drugiej stronie granicy) o „walce o serca i umysły” nie mówiąc. Gdy okoliczności są inne (Powstanie Styczniowe choćby) efektem jest zwycięstwo sił regularnych.

    Co do zaś zasad i regulaminów – przeciwnie, to właśnie zasady i regulaminy sprawiają że żołnierze wykonują swoje zadania. Bo otrzymują rozkaz i go wykonują nie znając szerszych okoliczności towarzyszących jego wydaniu (ergo korzyści z jego wykonania). To co ulega pewnemu rozluźnieniu to zasady dotyczące wyglądu zewnętrznego np. nie zawsze regulaminowe umundurowanie czy nie zawsze przydziałowe wyposażenie. Ale to dotyczy tylko piechoty/komandosów. Natomiast nie ma możliwości aby na przykład lotnictwo czy marynarka funkcjonowały bez przestrzegania ścisłych procedur.

  14. IMHO jest odwrotnie. To wysokie zaufanie społeczne przekłada się na niską korupcję, dotrzymywanie umów, czyli niższe koszty egzekwowania (swoich) praw, stabilność, etc. U podstaw wyższego zaufania społecznego w Europie leży wielosetletnia polityka KRK zakazująca małżeństw wewnątrz rodów, co rozbiło albo uniemożliwiło powstanie na szeroką skalę struktur klanowych, które są zmorą wielu krajów Azji i Afryki.

  15. @tymczasowekonto
    „Jak chcieli pozywać Cezara, to był tylko prokonsulem.”

    Dude, sam wspominam w notce, co o tym pisze Mary Beard, a nawet w wywiadzie z nią poruszyłem m.in. ten wątek. Będę już wycinać wszystkie komcie z serii „nie zawsze to działało”.

  16. Nie chodzi o to, że nie zawsze działało. Chodzi o to, że kiedy przywiązanie do abstrakcyjnych zasad (prokonsul powinien rozwiązać armię przed powrotem do Rzymu &c) stanęło do konfrontacji z realiami politycznymi (Cezar był popularny), to nie tylko abstrakcyjne zasady przepadły, ale pociągnęły za sobą cały system polityczny.

    To jest ryzyko, które podejmują wszyscy ludzie broniący abstrakcyjnych zasad wbrew woli wyborców: całkowita delegitymizacja systemu. Tym gorzej, że w odróżnieniu od Pompejusza, sędziowie nigdy się u nas nie cieszyli wielkim szacunkiem ludu, a sam spór o szczegóły proceduralne ich wyboru jest niezrozumiały dla większości.

  17. @tymczasowekontonagazecie
    Tak. Sulla był legalistą. Jak Pinochet. Patrycjusze zawsze są takimi legalistami, gdy biedota zaczyna korzystać ze swoich praw.
    A republika upadłą pod ciężarem nierówności społecznych. Za Mariusza (kolejny legalista) nie była z czego wystawić armii, bo obywatel-gołodupiec (excusez moi le mot) nie był w stanie zapewnić sobie uzbrojenia i Mariusz wymyślił armię zawodową finansowaną z pieniędzy prywatnych, żeby republika nie zawaliła się pod ciężarem najazdu Germanów.
    Gdy Cezar mówił, że republika jest nazwą bez ciała i kształtu, po prostu stwierdził fakt.
    A i jeszcze jedno Grakchowie byli sacrosancti.

  18. Przykładem jeszcze ciekawszym niż Włodkowic, na to, że w polityce międzynarodowej i budowie imperiów nie wystarczą fakty dokonane (czyli siła), bo przeciwnicy też mogą takie fakty stworzyć, ale konieczne jest uzasadnienie dla nich – odwołujące się reguł, a nie samej historii (mamy rację, bo jesteśmy starożytnym narodem etc.) jest Hugo Grocjusz. Stworzył znane nam do dziś prawo międzynarodowe, w tym ideę wolnego morza, która wcześniej nie była wcale oczywistością. Pare miesięcy temu robiąc research o holenderskiej Indonezji (o wyspach, na które Holendrzy wymienili Manhattan, traktatem z Bredy w 1667) trafiłem na artykuł i książkę o nim, z których wynika z grubsza, że Grocjusz będąc młodym i zdolnym prawnikiem związał się z VOC (Holenderską Kompanią Wschodnioindyjską) i niejako na jej potrzeby (sporów samej VOC i rządu holenderskiego z Portugalczykami w Azji Południowo-Wschodniej) napisał „O prawie wojny i prawie pokoju”. Piszę o tym, bo z jednej strony to przykład fenomenalnego lobbyingu, a z drugiej – przykład potwierdzający tezę WO. [źródło: https://www.tandfonline.com/doi/abs/10.1016/j.histeuroideas.2010.05.003%5D
    Co do prawa rzymskiego – to myślę, że z jednej strony mocno upraszczasz – bo prawo rzymskie jakie znamy to prawo prywatne (gdzie rzymskie faktycznie było przez tysiące lat bezkonkurencyjne), a imperia o wysokich skillach w zakresie administracji istniały przed i po Rzymie, a nawet jest jedno, które istnieje ciągle od czasów rzymskich do dzisiaj. Mam na myśli Chiny, gdzie w odróżnieniu od Rzymu nigdy nie powstało prawo prywatne (transplantowano je dwukrotnie dopiero w XX w), ale prawo publiczne (karne, administracyjne) miało się świetnie. Z drugiej strony – Chiny nie były nigdy w Europie konkurentem Rzymu. W tym sensie, choć Rzym nie jest jedyną odpowiedzią na pytanie jak zarządzać imperium i jakie mieć prawo, to w średniowiecznej i późniejszej Europie był jedyną sensowną odpowiedzią i faktycznie renesans prawa rzymskiego był impulsem rozwojowym prawa i ustrojów wszystkich państw europejskich (w tym Polski).
    Bez prawa rzymskiego nie byłoby (?) naszego dzisiejszego państwa prawa i rządów prawa – bo brakowałoby podstawowych narzędzi, ale na pewność prawa musimy czekać długo, bo aż do Oświecenia (o ile wiem, dopiero Prusy w XVIII wieku po raz pierwszy udzielają sensownej odpowiedzi na pytanie, a co jeśli młynarz pozwie króla).

  19. @wo „Gdyby nie oni, papież ekskomunikowałby Jagiełłę i ogłosił antypolską krucjatę. Na Wawelu zasiadłby jakiś prokrzyżacki kandydat, a resztki Litwy zajęłaby Muskowia. Granice z 1795 pojawiłyby się kilkaset lat wcześniej.”

    Stanął mi przed oczami jak żywy Narrenturm Sapkowskiego i tamtejsze spotkanie w sprawie organizacji czeskiej krucjaty (z insynuacjami Krzyżaków, że właściwie trzeba by też jedną przeciw Polsce).

  20. @mgr.Barista
    „Mam na myśli Chiny, gdzie w odróżnieniu od Rzymu nigdy nie powstało prawo prywatne (…), ale prawo publiczne (karne, administracyjne) miało się świetnie. Z drugiej strony – Chiny nie były nigdy w Europie konkurentem Rzymu”

    Bo Chiny były skupione na handlu, a nie na podbojach. A brak prawa prywatnego skutkował koszmarnym feudalizmem i zależnością przeciętnego Chińczyka (tj. chłopa) od kaprysów lokalnego watażki, co uniemożliwiało rozwój i hamowało innowacje. Ale fakt, karierę w administracji mógł zrobić każdy – nawet hodowca świń, jeśli tylko był na tyle zdolny i pracowity, by zdać egzaminy państwowe.

  21. @sheik
    „(z insynuacjami Krzyżaków, że właściwie trzeba by też jedną przeciw Polsce).”

    Sapkowski tego nie wymyślił, ten temat ciągle wisiał w powietrzu. Postacią dalekiego planu – i opisaną bez sympatii – jest tam Zbigniew Oleśnicki, ktoś w rodzaju kardynała Richelieu na dworze pierwszych Jagiellonów. Udupienie takich projektów to w dużym stopniu jego zasługa, a zrealizował to właśnie klasycznymi metodami prawniczo-dyplomatyczno-zakulisowymi – tu szeptu szeptu, tam malutkie fałszerstewko, siam dobrze przygotowane pismo procesowe.

  22. @Prawo rzymskie a barbarzyńcy:
    Mogło nie być tak źle. Dobrego zdania o wkładzie barbarzyńców w prawo europejskie był np. prof. Modzelewski.
    A idea, żeby oceniać zgodnie z prawem, a nie ulegać albo naciskom możnych, albo sympatii do biednego, pojawia się choćby w Biblii.
    Wydaje się, że w takich ogólnych odczuciach, czym powinno być prawo, to Rzym bazował na dorobku wcześniejszym — nawet nie samych Greków, ale i Egipcjan, czy mieszkańców Mezopotamii.
    (A o przyrodzonych prawach człowieka, to miał król perski Dariusz pierwszy mówić..)
    To raczej — i chyba nawet do celu wpisu to pasuje — kwestia fachowości prawników, oraz kumulacji wiedzy dzięki nauczaniu uniwersyteckiemu, niż jakiejś idei prawa rzymskiego, w opozycji do praw barbarzyńców.

    @Fachowcy w XV wieku w Polsce.
    Ja jednak bym zerknął do wieku XIV. Bo ciekawa rzecz dzieje się wokół tak lubianego przez PiS Łokietka. Podrzędny, lokalny watażka, gardzący prawem, ucieka za granicę. A potem wraca… może niezupełnie odmieniony (za nieumiejętność prawnego rządzenia i szaowania poddanych Łokietkowi się obrywa do końca życia), ale z szerszymi horyzontami. Poznał Europę. Jak dużą trudno powiedzieć… Na pewno Węgry, z którymi się związał. Mówi się o pielgrzymce do Rzymu, ale dowodów nie ma.
    Po otwarciu horyzontów i nawiązaniu kontaktów, pojawiają się i fachowcy, dzięki którym Polska jak nigdy, zbliża się (materialnie i mentalnie) do Europy.

  23. @pak
    „Ja jednak bym zerknął do wieku XIV. Bo ciekawa rzecz dzieje się wokół tak lubianego przez PiS Łokietka. ”

    Łokietek na pewno miał swoje zasługi w uzyskaniu poparcia papieża np. podczas rekonkwisty Rusi Halickiej. Do tego z pewnością potrszebował jurystów/dyplomatów, którzy potrafili mówić o polskich sprawach w obcych językach. No ale Piastom ich dramatycznie brakowało, gdy tracili Śląsk i Pomorze – odebrane Polsce właśnie raczej pergaminami z wieloma pieczęciami, niż mieczem. Ogromną historyczną zasługę ma więc Kazimierz, gdy po raz pierwszy rzuca pomysł „a gdyby tak szkolić tych jurystów u nas, w Krakowie”, ale to jednak dopiero Andegaweni i Jagiellonowie rozkręcają do sprawnej machiny i rzucają do boju Schwerepanzerjuristenabteilung.

  24. @sfrustrowany_adiunkt
    To co ulega pewnemu rozluźnieniu to zasady dotyczące wyglądu zewnętrznego np. nie zawsze regulaminowe umundurowanie czy nie zawsze przydziałowe wyposażenie. Ale to dotyczy tylko piechoty/komandosów. Natomiast nie ma możliwości aby na przykład lotnictwo czy marynarka funkcjonowały bez przestrzegania ścisłych procedur.

    Zabawne, ale nie.
    W Wielkiej Brytanii podczas ostatniej wojny światowej najbardziej „sztywniacka” pod względem przepisów ubiorczych była RN, w mniejszym stopniu wojska lądowe, w najmniejszym RAF (na opis sytuacji w lotnictwie obrony wybrzeża nie natrafiłem). Zwłaszcza w lotnictwie myśliwskim dowódca dywizjonu, który miał chociaż kilka neuronów wyobraźni, udawał że nie widzi antyregulaminowych jedwabnych szaliczków, w których latali jego piloci. Bo w najmniejszym stopniu chodziło o „fason” – przepisowy ubiór obcierał pilotowi szyję, czasem do krwi, podczas kręcenia łbem dla obserwacji przestrzeni wokół samolotu. A kto nie obserwował tylnej półsfery, bo go szyja zanadto bolała, ginął bardzo szybko.

    Także regulaminowe schematy taktyczne (np. sztywne, ciasne formacje samolotów myśliwskich) modyfikowano oddolnie, kiedy się okazywało, że są mniej użyteczne od niemieckich. Ostatecznie to regulaminy ulegały zmianie pod naciskiem okoliczności.

  25. @wo

    Podkast, dykcja…
    Słychać dużą poprawę.
    Przy okazji pytanie: czy formuła podcastu będzie się kręcić wokół monologu czy planowane jest też zapraszanie gośći? Monolog jest ok – pytam w kontekście dykcji. W Piąteczku 1.0 problemy z dykcją były głównie podczas rozmowy z kimś – a to trudniej wyćwiczyć, niż monolog.

    „Od XV wieku obowiązuje prosta zasada: Polska jest niepodległa tylko wtedy, gdy ma dyplomatów i jurystów, którzy potrafią jej stanowisko skutecznie przedstawić na europejskim forum – po łacinie, po francusku, po angielsku. To ważniejsze od huzarów, ułanów i czterech pancernych.”

    O to to to – lepiej bym sam tego nie ujął. Dlatego właśnie pod innym postem zgłosiłem Sikorskiego jako osobę, która jest bardzo nam potrzebna bo zajmuje się właśnie dyplomacją na poziomie europejskim. Ale zostałem zglanowany tym, że facet był w rządzie Kaczora 1.0. I moje tłumaczenia, że trudno jest takich ludzi wykształcić i później pozyskać też zostały zglanowane z lewej strony – bo przecież mógł sie domyślić a poza tym, to Kaczor zabraniał Marszów Równości.
    Tacy ludzie – nawet jak nie podzielamy ich poglądów – są państwu potrzebni. Dlatego na takich ludzi trzeba dmuchać i chuchać aby chcieli coś robić dla państwa a nie zajmować się karierą w byznesie.

    „PiS ich nie ma. Obecną władzę stać tylko na dyplomację w stylu „europosłowie zaporoscy odpowiadają Komisji Europejskiej”.”

    PiS nie należy do cywilizacji europejskiej – oni tylko czekają, aż nas wywalą z EU to będą mogli a) wziąć za twarz media i opozycję b) ogłosić, że skoro nas nie chcą w EU to musimy dogadać się z Putinem.

  26. Polskich jurystów skutecznie przedstawiających polską argumentację przed sądami cesarskimi i papieskimi.

    Gdyby nie oni, papież ekskomunikowałby Jagiełłę i ogłosił antypolską krucjatę.

    Ba, ale który. Bo w czasach naszych sporów z Krzyżakami to było ich momentami na raz więcej niż dzisiaj ;-), stąd zresztą skuteczność krzyżackich odwołań.

  27. @Albrecht de Gurney:
    Albo polskich 😉
    Schizma awiniońska trwała, czyli zasadniczo było dwóch i cała Europa obłożona ekskomunikami (bo obłożyli siebie i swoich zwolenników wzajemnie).

    Ale — nie tak dawno czytałem „Odległe zwierciadło” Barbary Tuchman. Nie mam pod ręką i anegdotę przytaczam z pamięci.
    Zygmunt Luksemburski (czyli zła strona sympatii pod Grunwaldem 🙂 ) gościł w Paryżu i był łaskaw przysłuchać się rozprawie sądowej. Przed sądem procesował się szlachcic z mieszczaninem, czy chłopem. Sąd uznał, że słuszność jest po stronie szlachcica bo jest… szlahcicem. I w ogóle nie odniósł się do meritum sporu. Zygmunt wstał i uszlachcił procesującego sie nie-szlachcica (mocą królewskich uprawnień), po czym poprosił sąd o ponowne rozpatrzenie sprawy.

  28. @ Prawo a organizacja w wojsku

    Nie sprowadzajmy prawa do ceremonialnych przepisów mundurowych, prawo to również kwestia przejmowania obowiązków (kto dowodzi gdy szef kompanii zginie), praw żołnierza (urlop, odpoczynek i inne takie to nie są lewackie głupoty, tylko sposoby zapobiegania wypaleniu frontowemu albo coup d’etat). Wreszcie prawo w wojsku to również te wszystkie procedury alarmowe (kto ma prawo poderwać klucz alarmowy, kiedy byle porucznik ma prawo dostać wsparcie artyleryjskie od całej dywizji).

    IMHO akurat Afganistan to dobry przykład tego, że surowe, ale w miarę ustalone prawo islamskie i tak zyskuje większe poparcie ludności niż prawa watażków albo prawa korpów kolonialnych typu Academi. Miks Academi, CIA, US Army i lokalnych władz tworzy dla przeciętnego pasterza dużo słabszą stabilność prawną niż kalifat.

  29. @Gammon No 82

    „Także regulaminowe schematy taktyczne (np. sztywne, ciasne formacje samolotów myśliwskich) modyfikowano oddolnie, kiedy się okazywało, że są mniej użyteczne od niemieckich. Ostatecznie to regulaminy ulegały zmianie pod naciskiem okoliczności.”

    Ale nikt nie twierdzi że zasady/procedury się nie zmieniają tak samo jak nie zmienia się prawo. Ale czym innym jest modyfikacja taktyki czy zmiana wyposażenia (nawet oddolna) a czym innym są zasady prawne regulujące funkcjonowanie wojska jako takiego. Bez dobrze funkcjonujących i przestrzeganych przepisów trudno na przykład o sensowne uzbrojenie wojska – bo zamiast przyjęcia mniej lub bardziej obiektywnych kryteriów kończy się kupowaniem tego na co generał czy inny decydent ma ochotę. A to jest piękne zaproszenie do wspomnianej przez Gospodarza korupcji. Warto na to zwrócić uwagę w chwili gdy Polska kupiła F-35 na zasadzie „fajne jest i przeleciało nad prezydentem” a Finowie robią przetarg z próbami na miejscu.

    To samo dotyczy tego kto do tego wojska może być przyjęty a kto nie. I znów, obiektywne (w miarę oczywiście) normy oznaczają że przyjmujemy chętnych spełniających wymagania, brak lub ich rozluźnienie oznacza że przyjmujemy ludzi według innych kryteriów (pochodzenie/znajomości/przynależność partyjna) a to oznacza większy odsetek niekompetentnych.

    To samo dotyczy tego tego o czym wspomniał Marcin Zaród – normy prawne także w postaci regulaminów czy standardowych procedur operacyjnych określają odpowiedzialność i uprawnienia. A nie zawsze one są tożsame ze posiadanym stopniem czy funkcją. I znów – tak samo jak prawo nie jest samoistnym bytem ale czymś porządkującym funkcjonowanie organizacji. Tam gdzie prawo jest mniej przestrzegane a decyduje widzimisię tego który ma najwięcej gwiazdek/belek/wężyków na pagonach kończy się to nieefektywnym mikrozarządzaniem i brakiem sprzężenia zwrotnego. Stąd też właśnie na przykład zachodnie armie wprowadzają mechanizmy korygujące (np. szczególny status podoficerów starszych w wojsku USA)

  30. @albrecht
    „Bo w czasach naszych sporów z Krzyżakami to było ich momentami na raz więcej niż dzisiaj ;-), stąd zresztą skuteczność krzyżackich odwołań.”

    O tym też piszę w notce, że papiestwo również usprawniło swoje metody działania między innymi dzięki jurystom z Bolonii. No więc w XV wieku jest na tyle sprawne i scalone, że rzeczywiście kilka pergaminów w Watykanie może przesuwać granice.

    Odwołując się do metafory z gier komputerowych – jeśli w scenariuszu „Rise of the Ottomans” w EU4 po prostu na rympał ruszasz na Krzyżaków to owszem, militarnie ich walcujesz, radośnie zatykasz jagiellońskie proporce w Gdańsku i Królewcu. Tylko że zaraz potem masz przeciw sobie koalicję duńsko-brandenbursko-pomorsko-czesko-węgierską pod hasłem krucjaty i wsadzenia na tronie chrześcijańskiego władcy (ciebie właśnie ekskomunikowano).

  31. @terpa
    „Słychać dużą poprawę.”

    Dzięki! Ala, Ola i Ula, Ala, Ola i Ula (takie mi kazano robić ćwiczenia, powtarzam sobie w samochodzie).

    „Przy okazji pytanie: czy formuła podcastu będzie się kręcić wokół monologu czy planowane jest też zapraszanie gośći?”

    Formuła jest bardzo otwarta, gość się może niespodziewanie pojawić.

    „Dlatego właśnie pod innym postem zgłosiłem Sikorskiego jako osobę” (…) „PiS nie należy do cywilizacji europejskiej”

    Zwracam uwagę na sprzeczność. Sikorski przyłożył swoją rękę do budowy PiS. Nie ma na to żadnego usprawiedliwienia, bo nie akceptuję usprawiedliwiania, że był tak głupi, naiwny i młody (miał 42 lata!), że nie wiedział, co to PiS.

  32. @Marcin Zarod
    „surowe, ale w miarę ustalone prawo islamskie i tak zyskuje większe poparcie ludności niż prawa watażków”

    Sukces Talibów w latach `90 wziął się stąd, że rozrywany przez rozmaitych watażków kraj znalazł się w stanie kompletnej anarchii (podobnie było zresztą w ówczesnej Somalii, gdzie watażków rozbiło ciało prawnicze – Unia Trybunałów Islamskich). W Chinach Mao też nigdy nie urósłby w siłę, gdyby nie krwawy chaos, który objął kraj po upadku cesarstwa (tzw. „Warlord Era”). To pokazuje, że ludzie chcą elementarnej stabilizacji, choćby miał ją wprowadzać bezwzględny tyran i despota: niech już rządzi jeden władca, choćby brutalny, niż stu toczących w nieskończoność wojny warlordów (jak to było np. w prowincji Syczuan).

  33. @pak

    … Poznał Europę. Jak dużą trudno powiedzieć… Na pewno Węgry…

    To wystarczyło. Węgry Karola Roberta, a potem Ludwika nie bez przyczyny nazywanym przez węgrów Wielkim, to było wtedy centrum Europy. Andegawenowie mieli wpływy od Neapolu przez papieski Rzym po Cesarstwo. Łokietek poprzez wydanie swojej córki Elżbiety za Karola Roberta właśnie, wszedł, można powiedzieć, do Europy. Tak spopularyzowane przez Szekspira a dzisiaj przez różne seriale bijatyki na wyspach czy we Francji, to były peryferia.
    Polecam książki Kamila Janickiego w których możemy spojrzeć na naszą historię z perspektywy kobiet współtworzących nasze dzieje. Również na to, na co zwrócił uwagę nasz gospodarz,(… Łokietek na pewno miał swoje zasługi w uzyskaniu poparcia papieża np. podczas rekonkwisty Rusi Halickiej. Do tego z pewnością potrszebował jurystów/dyplomatów, którzy potrafili mówić o polskich sprawach w obcych językach…)a co było zasługą nie tylko Łokietka czy Kazimierza, ale również Elżbiety Łokietkówny a potem Jadwigi.

  34. @mw.61:
    Janickiego czytuję z przyjemnością, choć znam zastrzeżenia historyków. Zresztą w sumie, są one oczywiste.
    Węgry… Pozycja Andegawenów, to nie tylko umiejętna dyplomacja, trudno mi zresztą ją oceniać w porównaniu do innych krajów europejskich, ale też dużo szczęścia — to okres jeśli nie odkrycia, to przynajmniej rozpędzenia wydobycia złota (Bańska Szczawnica, Kremnica…), co dawało pieniądze na prowadzenie wielkiej polityki; a później pomagało wspierać… Polskę.
    Ale o tym zdaje się pisze Janicki 😉

  35. @pak

    …rozpędzenia wydobycia złota…

    Tak. To chyba była główna przyczyna prosperity.
    Co do Janickiego. Akademiccy historycy nienawidzą takich historyków – publicystów. Przekonał się o tym Jasienica, ale i Norman Davies.

  36. Jaka jest solidna krytyka Daviesa? Poza zarzutami z USA o niedostateczne podkreślanie polskiego antysemityzmu po którym to wydal osobny monograf. Osobiście nie specjalnie lubiłem „Boże igrzysko”, „Europę” znacznie bardziej, ale Jasienicy nienawidziłem.

    W notce też pracuje pewien wątek fabularny sam będący przykładem wpływu zdolnego prawnika, którym był Hermann Kantorowicz aus Posen. Z tym, że egzarchat Rawenny właśnie nie stworzył nadzwyczajnej kasty, przez co nie było prawników. Justynian właśnie zakazał komentarzy. dopiero co przyciął prawo (mówi sie o „Justinian ideology” skierowanej przeciw prawnikom) kompresując poprzednie 3000000 linijek prawomocnego komentarza do 15000 linii wyciągu w 50 częściach Digesta. Wprowadzanie konfuzji interpretowaniem tego było zabronione. Praktycznie wszystkie plemiona barbarzyńskie miały swoje kodyfikacje wzorowane na rzymskim, wiele jeszcze przed Justynianem. Prawo rzymskie wróciło właśnie drogą przez Wizygotów i Lombardię i na tle rozwoju handlu, pozycji kościoła jako arbitra w uniwersaliźmie i sporu o inwestyturę.

    O Kantorowiczu pisze Radding w „The Corpus Iuris Civilis in the Middle Ages: manuscripts and transmission from the sixth century to the Juristic Revival”:

    In fact, the “modern” interpretation emerged only in the next generation of scholars, those who came of age around or after 1890. … unlike Conrat, Krüger, and still earlier historians, they were not immersed in the manuscripts of the Corpus … hypothesis [that previously] … had been received with open skepticism … to the young men of the early twentieth century he was not [from] a colleague but a legend. … despite having been thoroughly discredited … continued to exercise a hold on the imaginations of scholars, serving them as a straw man for the entire twentieth century.

    Sharing in all of these attitudes was the man … who was personally largely responsible for shaping the modern orthodoxy on the juristic renaissance: Hermann Kantorowicz (1877–1940). Kantorowicz was a jurist with wide interests who made important contributions to the philosophy and sociology of law and, during the interwar period, to the debate on international politics. His reputation in these areas doubtless lent authority to his work on legal history … his training in medieval history appears to have been modest … marked with the most elementary errors … But the impact of Kantorowicz’s work on legal history is undeniable, and the emphasis on the Digest typical of the twentieth century can be traced directly to him.

    He saw the rediscovery of the Digest not only as the key event in the juristic revival, but as one that owed nothing to previous developments. This event, moreover, he saw inextricably linked to the studium of Bologna itself, even suggesting (despite real implausibility in dating) … rejection of Conrat’s conclusion that the Digest had begun to circulate among Lombardist jurists soon after 1050

  37. @mw.61:
    Jako chłopak w szkole zaczytywałem się w Jasienicy, ale czy zniósł bym go na dorosło? Nie wiem. Wiem, że kilku autorów tej próby nie zniosło.

    Janickiego lubię, ale z Janickim trzeba ostrożnie. Dla „kobiecej strony” historii jest mało źródeł (cóż, historia i kronikarstwo były, z współczesnej perspektywy, bardzo seksistowskie), więc jego opowieści zbudowane są z domysłów. Nawet jeśli każdy może rzeczywiście najbardziej prawdopodobny, ale nawet jak prawdopodobieństwo 95% spotęgujemy odpowiednio wysoko (bo musi zajść A, B, C, D i jeszcze reszta alfabetu, by opowieść miała ręce i nogi), to otrzymamy mało prawdopodobny wariant.

    Nie mam pretensji do Janickiego — uważam, że taka historia świetnie wypełnia lukę między opracowaniami uczonych adresowanymi dla fachowców, a powieściami historycznymi i kulturą popularną. I Janicki potrafi to, że jego wersje są tylko „prawdopodobne” powiedzieć.

    I właśnie, że jest to tylko pewna nisza ekologiczna w pisarstwie historycznym.

    I że czasem warto zobaczyć na to z drugiej strony. Przepraszam za dygresję, ale jakoś mnie ciągnie… Otóż zafascynowany czytałem Dariusza A. Sikorskiego, piszącego o początkach Kościoła w Polsce. Zwłaszcza, jak mieliśmy nie tak dawno temat „1050 lecia chrztu Polski”. Bo Sikorski pokazuje, jak mało wiadomo o tych czasach. W trakcie obchodów mówiono nawet o konkretnym dniu chrztu; tymczasem nawet jego rok wcale nie jest, wbrew wiedzy szkolnej, pewny. Już nie mówiąc o miejscu. Ot taka solidna dawka historii od strony warsztatu: pokazania znanych źródeł, ich interpretacji, luk, wątpliwości… Zupełne przeciwieństwie Janickiego, który w końcu też pisał o Dobrawie, ale oglądanie tych bebechów historii jest nie mniej fascynujące.

  38. @orbifold

    …Jaka jest solidna krytyka Daviesa…

    Czy nie wspomina o zarzutach o jego zbyt beletrystycznym stylu opisywania historii we wstępie do Europy?
    Ale mogę się mylić.

  39. Ja pamiętam że w Europie to systematycznie oddzielał historię od historyjek w ramkach („kapsułach”). Myślałem, że to ktoś równie systematycznie zjechał.

  40. @rpyzel:
    Z publikacji o czasach Mieszka I w ostatniej dekadzie ciężko mnie zagiąć i polecić coś, czego nie czytałem, bo to mój konik 😀 No chyba, że jakieś odjazdy Andrzeja Zielińskiego, czy mu podobnych.
    Z Urbańczykiem jest taki problem, że on jakby idzie w ślady „szkoły Wieczorkiewicza”, czyli szukania karkołomnych hipotez by tylko prowokować.
    Wczesniejszy Urbańczyk, choćby z „Zanim Polska została Polską” jest o wiele solidniejszy.

  41. @WO
    „Polska jest niepodległa tylko wtedy, gdy ma dyplomatów i jurystów, którzy potrafią jej stanowisko skutecznie przedstawić na europejskim forum – po łacinie, po francusku, po angielsku. To ważniejsze od huzarów, ułanów i czterech pancernych.”

    Nie wyróżniałbym prawników (choć też nie deprecjonował) wśród kulturowych gwarancji naszego bezpieczeństwa – są równie ważni jak naukowcy uprawiający w Polsce naukę włączoną w światowy obieg (zatem: nie jako emigranci pracujący na Zachodzie bez związków z krajem), twórcy kultury znaczący w europejskich hierarchiach (zatem: mówiący uniwersalnym językiem, jak Sapkowski czy Tokarczuk), polskie firmy dostarczające wysoką wartość dodaną do europejskich łańcuchów produkcji (zatem rozpoznawalne pod własną marką, atrakcyjne jako miejsce pracy dla zachodnich menadżerów i ekspertów), itd. Oraz bardziej niszowe zjawiska rozpoznawalne na Zachodzie jako część wspólnego dziedzictwa, coś jak owe postulowane przeze mnie queerowe Suwalki Seminars w Muzeum Marii Konopnickiej, na których Judith Butler zachwyci się życiorysem „polskiej Emily Dickinson”, co odnotuje z entuzjazmem „New Yorker”, a za nim powtórzy z rewerencją „L’Obs”, a z przekąsem „Cicero”.

    Bez tych rzeczy (a także bez uznanego Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, bez światowej rangi festiwalu filmowego, bez istotnego ośrodka biotechnologii, bez banku centralnego o cenionym wkładzie w dyskusję o „green finance”, bez – wreszcie, owszem – systemu sądowniczego współpracującego z zachodnim) nic nam po wszystkich „ułanach”, nic zupełnie. Będą pięknie się prezentować we wspomnieniowej mitologii jakiejś kolejnej szarży pod Wólką Węglową.

    Niestety, PiS preferuje samobójczą strategię osłabiania naszych kulturowych związków z Zachodem (Unią Europejską) i jednocześnie liczenia, że Zachód ten (jako NATO) nas obroni przed Rosją. NATO bez Unii nie jest barierą dla strategii wojen hybrydowych wywoływanych przez Rosję. Ma ograniczone możliwości operacyjne („Dlaczego przegramy wojnę z Rosją?” Ćwielucha i Różańskiego) i nie wykaże determinacji do ich użycia w obronie peryferyjnej demokratury znanej z homofobii i klerykalizmu. NATO w ogóle, nie tylko na naszym podwórku, potrzebuje zaangażowania Unii jako równorzędnego partnera USA. Wobec rosnącej wagi Chin usuwających w cień Amerykę jako globalnego hegemona, dawna hegemoniczna formuła amerykańskiego zaangażowania nad Atlantykiem jest coraz szerzej odczuwalna jako anachronizm. Rośnie zrozumienie zachodnich społeczeństw, że Europie potrzebna jest własna strategia obronna oparta na integracji gospodarczej (strefa euro) i politycznej (choć to długo jeszcze nie będzie federalne państwo europejskie). Już w tym momencie, dzięki PiSowskiemu rządowi, ale i zaniedbaniom lat poprzednich, jesteśmy na potężnym offsajdzie w odniesieniu do tej ewolucji zachodnich postaw i poglądów. Wystarczy rzut oka na tę mapkę [1], żeby dostrzec zapowiedź nowego września 1939.

    Dlatego wszystkim prawicowym wyborcom, z jakimi się stykam, powtarzam: nie za bardzo podzielam Wasze marzenia o mocarstwowej Polsce. Ale jeżeli już, to żywcie je błagam nie w postaci fantastycznej (Trójmorze i bastion rechrystianizacji), lecz w wersji jako tako realistycznej: jako marzenie o Polsce liczącej się w silnej Europie, rządzonej przez miłych wam konserwatywnych-liberalnych polityków takich jak Tusk (katolik i thaczerysta), von der Leyen (matka siedmiorga dzieci, z arystokratycznymi parantelami w Dolnej Saksonii i Północnej Karolinie), Macron (kanonik Bazyliki Laterańskiej), Conte (wyznawca Ojca Pio i alumn katolickiej Villa Nazareth), Merkel (córka pastora) – a wkrótce może Merz (niemiecka odpowiedź na Trumpa). Ze skromnym dodatkiem lewicy w wielkich miastach i na jakiejś fińskiej czy irlandzkiej prowincji. Czego wam właściwie brakuje w tej wizji?

    [1] https://www.pewresearch.org/global/wp-content/uploads/sites/2/2020/02/PG_2020.02.09_NATO_0-01.png?resize=768,498

    @WO
    „Staram się, ale jak już zaczęły latać nierówności Bella, to ja nawet nie wiem, kto ma rację!”

    Rzuć miliard juanów na nowy akcelerator i sprawa się rozjaśni. Tymczasem odpowiadam krótko koledze orbifold pod właściwym wątkiem.

  42. @awal
    „Nie wyróżniałbym prawników (choć też nie deprecjonował) wśród kulturowych gwarancji naszego bezpieczeństwa – są równie ważni jak naukowcy uprawiający w Polsce naukę włączoną w światowy obieg”

    Piszę juryści łamane przez dyplomaci, bo uderzyła mnie pewna ciągłość od czasu HRE. Dantyszek był był wszystkim tym na raz (a jego kumpel Kopernik uprawiał w Polsce naukę włączoną w światowy obieg). I naprawdę już od czasu późnych Piastów / wczesnych Jagiellonów, przetrwanie Polski było m.in. kwestią wysmażenia odpowiedniego pergaminu po łacinie oraz pozyskania sympatii paru delegatów na soborze laterańskim czy też Reichstagu w Wormacji. Od tego zależało np. czy Habsburgowie wspaniałomyślnie zapomną, że przyrzeczono im rękę Jadwigi (a przecież jakby sobie przypomnieli i mieli poparcie cezaropapieskie, mogliby sklecić jakąś koalicję w wojnie sukcesyjnej).

  43. „przetrwanie Polski było m.in. kwestią wysmażenia odpowiedniego pergaminu po łacinie oraz pozyskania sympatii paru delegatów na soborze laterańskim”

    Bądź jej powstanie. Bez atlasu Romera na konferencji wersalskiej nikt nie odróżniłby Galicji od Cylicji.

    Krzysztof Skubiszewski był Dantyszkiem III RP – przy okazji ostatnich dyskusji o reanimacji Trójkąta Weimarskiego warto przypomnieć, że był również i jego współautorem (wspominałem już rozpoczętych przez niego – mimo pomysłów NATO Bis – negocjacjach akcesyjnych, oraz o szybko zawartych traktach granicznych, dzięki którym nie ma dziś oczywistych punktów zaczepienia dla zielonych ludzików). Ponieważ Skubiszewski zasiadał w każdym z czterech pierwszych solidarnościowych rządów, rodzinnie łączył Wielkopolskę z Podlasiem, a ponadto miał całe życie sympatyczny wygląd hobbita – wydaje mi się dobrym kandydatem na jakiegoś wspólnego patrona po-PiSowskiej restytucji. Więcej o nim tu: [1]

    [1] https://www.iz.poznan.pl/plik,pobierz,1934,7ec7f224ac9c52dbb914d0a03fd059ee/16Skubiszewski.pdf?plik,pobierz,1934,7ec7f224ac9c52dbb914d0a03fd059ee/16Skubiszewski.pdf,

  44. @wo „Gdyby nie oni, papież ekskomunikowałby Jagiełłę i ogłosił antypolską krucjatę. Na Wawelu zasiadłby jakiś prokrzyżacki kandydat, a resztki Litwy zajęłaby Muskowia. Granice z 1795 pojawiłyby się kilkaset lat wcześniej.”

    Nie umniejszając znaczenia skutecznej dyplomacji, nie zapędzałbym się z takimi scenariuszami. Jeżeli popatrzymy na przykład koalicji antyosmańskich, to w najlepszym razie szły one w rozsypkę po jednej walnej bitwie (bez względu na wynik).Po prostu państwa Świętej Ligi zbyt często brały się między sobą za łby, nie oglądając się na papieskie apele.

    Natomiast z ogólnymi wnioskami pełna zgoda.

  45. Miałem napisać wcześniej, ale w wyprawach krzyżowych było całkiem dużo z pragnienia wyeksportowania bezrobotnego rycerstwa, byle dalej. Bo na miejscu… cóż, było problematyczne.

    Bez tego na wyprawy wybierali się ochotnicy (i Krzyżacy takich mieli w 1410), ale siłą rzeczy było ich stosunkowo niewielu. Oczywiście, kontrpropaganda Jagiełły też miała tu swój udział.

  46. @wo

    „Ala, Ola i Ula, Ala, Ola i Ula (takie mi kazano robić ćwiczenia, powtarzam sobie w samochodzie).”

    Kiedyś pracowałem z zawodowymi lektorami którzy opowiadali mi najprzeróżniejsze historie z ich lekcji dykcji. Część z nich była idiotyczna, ale zapamiętałem jedną: mieli przez cały tydzień wymawiać po lwowsku miękkie „el”. Przy każdej okazji, zawsze, przez cały tydzień. Taka praca domowa.

    „(Sikorski) że był tak głupi, naiwny i młody (miał 42 lata!), że nie wiedział, co to PiS.”

    Państwo jest tak jak korpo – najtrudniej jest coś zrobić, bo najbezpieczniejsze jest nierobienie. I ryzykowne – bo jak coś robisz, to możesz coś źle zrobić. A jak nic nie robisz, to nic źle nie zrobisz.
    Na tym zasadza się ta krytyka – próbował coś zrobić ale zorentował się, że wpadł w g*** więc wyszedł. I nie ma znaczenia, co dobrego zrobi później – liczy się tylko i wyłącznie jego naiwność oraz to, że nie wyczuł od razu smrodku z PiSu.

  47. @terpa
    Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego.
    Szedł Sasza suchą szosą.
    AEIOU.

    I inne tym podobne ćwiczenia, na których się rozśpiewuje w chórze 😉 Głos trzeba ćwiczyć jak się nim pracuje.

  48. @terpa
    „próbował coś zrobić ale zorientował się, że wpadł w g*** więc wyszedł. I nie ma znaczenia, co dobrego zrobi później”

    OIDP, kolega bronił już tego pana pod jednym z poprzednich postów. Na tej samej zasadzie niektórzy bronią dziś dobrego kumpla Sikorskiego – Giertycha. Przecież też pokłócił się z Kaczyńskimi, też przykleił się do Platformy i dziś jest po „naszej” stronie, a w ogóle „kto nie skacze, ten z kaczorem”. Wpadł do szamba, ale już się umył. Nie – prysznic nie wystarczy, smród pozostaje.

    Moim zdaniem tego typu spady są nie są dla Platformy żadną wartością, a bardzo poważnym obciążeniem (widząc „Miśka” na listach, niejednemu zadrżała ręka nad urną). Szanuję Sikorskiego za to, co robił na Ukrainie, ale aż do wyjścia z PiS związany był z najcięższym oddziałem w prawicowym psychiatryku. IV RP to również jego dzieło.

    Zdrada zawsze śmierdzi tak samo. Tak samo jak Sikorskiego nie szanuję platformersów, którzy przeszli do PiS-u.

  49. Giertych jest zdolnym jurystą wykorzystywanym przez takich dyplomatów jak Tusk.

  50. @terpa
    „…wpadł w g*** więc wyszedł. I nie ma znaczenia, co dobrego zrobi później – liczy się tylko i wyłącznie jego naiwność oraz to, że nie wyczuł od razu smrodku z PiSu.”

    Ja jeszcze raz przypomnę, że on był czynny w polskiej polityce od 1990. Przez 16 lat pracował na wzmacnianie pozycji polityków takich jak Macierewicz czy bracia Kaczyńscy. Trzymając się skatologicznej metafory kolegi – jego jelita były tam czynne, wpadł w najzupełniej swoje własne g***.

  51. @all
    Notka, jak rozumiem, dotyczy praworządności, która właśnie zdycha w Bolandzie (choć jeszcze ktoś tam czasem o TSUE), więc rozdzielenie na jurystów i dyplomatów-jursytów jest sztuczne (pomijalne). Historyczne rapiery też jakby bessęsu.
    Biorąc to pod uwagę, wyjaśniam nie-wiki:

    1. Współcześnie praworządność nie jest jakimś tam elementem systemu, który można wyciągnąć, i demokracja dalej będzie działać.

    2. Współczesna demokracja to _integralnie_ związane: rządy większości przy poszanowaniu mniejszości oraz UWAGA! co gwarantuje/organizuje prawo.

    3. Więc nie można sobie wyrywać:
    -jak @tymczasowekontonagazecie prawo od demokracji, bo polityka, czy
    -jak @Awal „nie wyróżniałbym prawników (…) równie ważni są naukowcy” (w konstytucji jakoś naukowców/nauki nie ma).

    4. Definicje współczesnej demokracji są różne (ale znaczą to samo): demokracja konstytucyjna, demokracja liberalna, państwo prawa czy jak w naszej konstytucji „demokratyczne państwo prawne”.

    Oznaczają, że dwie wartości nierozerwalnie związane (tak tez jest w traktatach UE), żeby nie korzystać z wiki, to:
    „Art. 2
    Państwo polskie jako dobro wspólne wszystkich obywateli może mieć taki charakter tylko będąc państwem demokratycznym. Już w 1989 r., a więc u zarania Trzeciej Rzeczypospolitej, do katalogu zasad ustroju politycznego została wpisana zasada demokratycznego państwa prawnego. Wytycza ona kierunki rozwoju ustroju państwa, stanowi nakaz dla parlamentu, ale i całego aparatu państwowego, by jego działalność służyła realizacji tej zasady. Została w niej wyrażona wola, aby państwem zarządzano zgodnie z prawem, by prawo stało ponad państwem, było wytyczną działania dla niego i dla społeczeństwa. Z zasady tej wynika najwyższa ranga Konstytucji w systemie źródeł prawa i rola ustawy uchwalanej przez parlament, jej priorytet w tworzeniu porządku prawnego w państwie. W demokratycznym państwie prawnym byt organu państwowego opiera się na prawie, które określa zarazem kompetencje tego organu i wyznacza granice jego działalności.

    Konstytucja stwierdza, że ma to być demokratyczne państwo prawne, a więc ma ono zabezpieczać wpływ obywateli na władzę publiczną i ich udział w podejmowaniu decyzji państwowych. Wynika stąd także zasada poszanowania wolności i praw jednostki. W demokratycznym państwie prawnym mają być zabezpieczone nie tylko prawa większości, ale także winien być uznawany głos i wola mniejszości społeczeństwa. Ma to być wszak demokratyczne państwo prawne urzeczywistniające zasady sprawiedliwości społecznej. Konsekwencje zatem jej przyjęcia są ważne dla zagwarantowania zasady pluralizmu politycznego (wolność tworzenia partii politycznych), systemu reprezentacji (demokratyczny wybór przedstawicieli społeczeństwa), form demokracji bezpośredniej (różne postaci referendum) i roli różnorodnych form samorządu społecznego z samorządem terytorialnym włącznie”
    Skrzydło Wiesław, Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz, wyd. VII
    [to najkrótszy opis, gdyby ktoś chciał mogę więcej]

  52. Cały ambaras jest o państwo prawa, ale według której z podtradycji?

    Art. 2 Konstytucji jest dla niej absolutnie kluczowy. Niedocenianie jest jak bardzo, i jak bardzo jest w niej porzucony, osamotniony i pozostawiony sam sobie. On przecież urzeczywistnia także zasady sprawiedliwości społecznej! Że tylko symbolicznie już się jednak przyzwyczailiśmy. Szczególnie że konstytucja dalej o nich nie mówi, musiało zostać miejsce na szczegółowe rozpisywanie się o procedurach powoływania wszystkich prezesów i sędziów. Z wiadomym skutkiem, czyli nie musiała tego robić, wystarczyło ogólnikowo, a zostałoby miejsce na ogólnikowe potraktowanie zasad w którejś z mnogich podtradycji. Dużo gorzej, że to samo dotyczy państwa prawa.

    Odwoływałem się kiedyś na tej podstawie bo innej nie było, i zostałem wysłany na drzewo. Podobny problem leży u podstaw oparcia się Sądu Najwyższego o prawo europejskie i TSUE. Zwrot „państwo prawa” deleguje mnóstwo regulacji do wywodzenia tradycji, a te są różne nawet w prawie rzymskim, nie mówiąc o ideologii (święte prawo własności bardzo polskim sądom weszło z wygody bo nie trzeba myśleć i można zakończyć rozważania). Konkordacja różnych nurtów (bądź olanie) zależy od wykształcenia. W Polsce problem kończy sie bardzo szybko na tym, że sędziowie i inni decydenci po prostu nie potrafią o prawie pisać wywodów, co bardzo szybko kończy temat.

    Wspomniany Hermann Kantorowicz nie snuł swoich interpretacji i miniatur historycznych abstrakcyjnie. Na początku XX wieku z egzaltacją wzywał on do „walki o naukę prawa”. Nie chodziło o uczenie, a o traktowanie prawa jako Nauki wysnuwanej z czystego rozumu. Postulował „wolne prawo” tj. wolnych prawników, niezwiązanych literą prawa pozytywnego a duchem prawa naturalnego. Odrazę budziło w nim prawo żyjące wraz ze społeczeństwem, stracił na przykład szacunek do ustroju amerykańskiego po wprowadzeniu New Deal. Archaizm polskiej konstytucji przypadłby mu do gustu. Dzięki temu teraz opanowali ją inni bajkopisarze.

  53. @pak

    …Jako chłopak w szkole zaczytywałem się w Jasienicy(…)z Janickim trzeba ostrożnie…

    Sorry, z opóźnieniem. Obowiązki.
    Tak. Jasienica to świetny wybór dla młodego człowieka, by chwycił bakcyla historii. Też to miałem. Podobnie jak Janicki(zrozumiały i przystępny język), ale tu trzeba mieć już jakąś wiedzę, by móc spojrzeć krytycznie. Dla mnie, szczególnie w przypadku czasów skąpych w źródła, to jak poszlakowe śledztwo. No bo to co wiemy o pierwszych Piastach, to raptem trzy kroniki, gdzie dwie spóźnione o jakieś sto lat plus archeologia. Jednak taki, na przykład, pasaż jak wizja co mogła zobaczyć Dobrawa jadąc do Poznania, daje do myślenia i pozwala na wyciąganie jakichś wniosków. No ale to jednak nie jest poważne badanie historyczne, oparte na namacalnych dowodach. Niemniej czyta się świetnie i dla hobbysty niezła uczta.

  54. @mw.61:
    Czasem piszę wyraziściej niż myślę. Tzn. widzę jakieś zdanie, z którym częściowo się zgadzam i podkreślam tę część, z którą się nie zgadzam.

    Uważam, że Janicki to taki „złoty środek” do czytania dla umiarkowanego hobbysty 🙂 Tworzy spójną wizję, daje sporo wiedzy, czasem zaznaczy niepewność, ale nie na tyle by utrudniać odbiór opowieści.

    Tyle, że można pytać po co jest historia: czego uczy, jak kształtuje. I tu, oprócz odpowiedzi ideologicznej (typu: budowa wspólnoty narodowej) chyba najważniejsza odpowiedź, to jednak pewna nauka wielostronnego spojrzenia, sceptycyzmu, krytycyzmu wobec stronniczych relacji. To wszystko wymaga dobrze przedstawionej metodologii historii, a tego Janicki (a tym bardziej nauka historii w szkołach) nie daje.

  55. @wo

    „Ja jeszcze raz przypomnę, że on był czynny w polskiej polityce od 1990.”

    True. Tak samo jak był kiedyś eurosceptyczny a teraz jest euroentuzjastą. I sam mówi, że wcześniej się mylił.
    Ja osobiście szanuję ludzi, którzy potrafią przyznać się do błędu i próbują go odpracować w pracach społecznych. (Tak, wiem – europoseł i mule).

    @midnight

    „Zdrada zawsze śmierdzi tak samo.”

    No cóż, to jest – niestety – esencja polityki.
    I nie zawsze jest odbierana w negatywnym kontekście.
    Np. gdyby nie „zdrada” ZSL i SD to PZPR by rządziła do 1993.

  56. Sprawne rządzenie państwem wymaga dostrzeżenia, że istnieje coś poza jego granicami. Taką umiejętność dają studia prawnicze – porządne, poza granicami. W pakiecie są wtedy przyswajane zasady państwa prawa. Mam wrażenie, podobnie jak jeden z przedpiśców, że krajowe tego nie dają.
    Melduje się małe miasto w zachodniopomorskiem.

Dodaj komentarz