W poszukiwaniu źródeł


Czeka nas rok mikroturystyki. No trudno, pogodzę się, uprawiałem mikroturystykę, zanim się pojawiło takie określenie.

W czasach studenckich uwielbiałem wędrówki rowerem po Warszawie i okolicach. Proponuję mieszkańcom stolycy Wyprawę Na Poszukiwanie Źródeł Potoku Służewieckiego.

Gdzie on ma źródła, można oczywiście se sprawdzić w wikipedii. A jednak skoro podróżnicy mogą się kłócić o źródła Amazonki, my możemy podważyć oficjalne ustalenia w kwestii Potoku Służewieckiego.

Decyzję oddajmy ostatecznej instancji: dziecku, w towarzystwie którego zrobimy tę wyprawę. Jakieś z nami przecież będzie, albo realne, albo tzw. wewnętrzne.

Wyprawa zajmie parę godzin rowerzyście i dobry dzień piechurowi. Prawdziwy hardkorowiec może na Beara Gryllsa maszerować dnem (nigdzie nie będzie powyżej kolan). Obejrzy w ten sposób kilka mostów od spodu, acz w niektórych miejscach zatrzymają go kraty.

Kilkaset lat temu Potok Służewiecki wypływał ze szczęśliwickich mokradeł i meandrował przez kilkanaście kilometrów, by wpaść do rzeki Jeziorki. W tym miejscu Jan III Sobieski walnął sobie letnią rezydencję, tu więc zaczynamy wyprawę.

Samo ujście jest na terenie zespołu parkowo-pałacowego, wstęp biletowany. Ogólnie polecam (honorują Kartę Dużej Rodziny!), ale jak już tu wleziemy, to pół dnia mamy z głowy.

Rozważmy rozwiązanie alternatywne: popatrzymy na ujście z przeciwnego brzegu Jeziora Wilanowskiego. Mamy tu trochę dziki, ale darmowy i legalny parking.

Dzikość wynika z tego, że to tak naprawdę zaniedbana droga do dawnego parku Morysin, który Stanisław Kostka Potocki urządził dla swego ukochanego wnuka Maurycego (Morysia). Park zniszczono podczas wojny, a za komuny nigdy nie było środków na odbudowę.

Gdy tu byłem po raz pierwszy, były to po prostu niezabezpieczone ruiny. Park nie będzie nigdy odbudowany, jest obecnie rezerwatem przyrody. Jak ktoś nigdy nie był, gorąco polecam. I kolejne pół dnia z głowy.

Udajemy się na ulicę S.K. Potockiego i stajemy na moście nad potokiem. Zawsze mnie intrygowało, ile Warszawa ma mostów – łatwo policzyć te wiślane, ale co z tymi nad różnymi Wilanówkami i Jeziorkami? Tracę rachubę nad samym Potokiem Służewieckim…

Z mostu idziemy w miarę wzdłuż Potoku, do przejścia dla pieszych przez Wiertniczą. Tu przechodzimy romantycznym mostem z kłódkami zakochanych i wędrujemy ulicą Wilanowską.

Biegnie prosto jak przy linijcie, bo to dawny tor kolei grójecko-wilanowskiej. Na Potockiego minęliśmy jej wilanowski dworzec, czynny do 1971.

Z lewej mamy Lemingrad, z prawej Zatokę Czerwonych Świń (czyli osiedle, na którym na początku III RP uwłaszczali się prominenci). W zależności od orientacji politycznej, złorzeczymy przechodniom po jednej lub drugiej stronie ulicy.

Przekraczamy Aleję Rzeczypospolitej (ulicę, której jeszcze 10 lat temu w ogóle nie było). Potok odbija tutaj w krzaczory.

Wytrawny eksplorator zauważy wał ziemny, którym odcięto dzikie połączenie Arbuzowej z Wilanowską. Odwiecznym problemem tej części stolycy jest brak dobrego połączenia Ursynowa z Wilanowem, pozwalającego ominąć permanentny korek w Dolinie Służewieckiej – kierowcy rozjeżdżają więc dzikie drogi.

Zawsze mnie śmieszyło pytanie „po co SUV w mieście”. W mieście takim jak Warszawa choćby żeby pojechać kultowym, nieistniejącym już „skrótem za stajnią” (pozdro dla kumatych!).

Mijamy znak drogowy A-27, który w dzieciństwie był moim ulubionym. Przedstawia samochód robiący „aaaa, chlups”. Nie wiem, czy taki znak stoi jeszcze gdzieś w Warszawie.

Arbuzowa kiedyś służyła dojazdowi do działek rekreacyjnych po drugiej stonie potoku. Po tych czasach zostały bieda-mosty, prowadzące do nich.

Mijamy posąg Katarzyny Aleksandryjskiej, świętej, która mnie ostatnio prześladuje. Jej kult był popularny w kręgach akademickim w późnym średniowieczu, a ja ostatnio dużo czytam o tej epoce.

Ten posąg jest współczesny, ufundowała go pobliska parafia w 2012. Podczas naszej wyprawy spotkamy jednak dużo przydrożnych krzyży i kapliczek, bo drogi biegły wzdłuż potoku na długo przed tym, niż dotarła tu Warszawa.

Potok nagle skręca w prawo i odtąd wędrujemy nieutwardzoną drogą, szumnie zwaną „ulicą Przy Grobli”. Z prawej mamy apartamentowcowisko, z lewej potok, a za nim dzikie chaszcze. Możemy tu strzelić selfika wyglądającego, jakbyśmy wyjechali daleko poza miasto.

Docieramy do styku Wilanowskiej z Doliną Służewiecką. Podziwiamy koszmar współczesnej architektury z wyjątkowo paskudną kolumnadą (wtf?).

Przechodzimy na światłach na drugą stronę Doliny. Każdy Warszawiak i znaczna część Polaków stała tu kiedyś w korku – wędrujemy wzdłuż międzynarodowej drogi E30, Cork-Omsk. W te wakacje być może będzie to dla nas jedyna namiastka wędrowania dalekimi szlakami.

Teraz zobaczymy Dolinę Służewiecką inną niż zwykle. W czasach mojej młodości było tu trochę straszniasto – Warszawa późnego PRL była miastem pustym i groźnym, wygwizdowy towarzyszące lecorbusierowskim koszmarkom, cieszyły się ponurą sławą „strefy wpierdolu”.

Zapuszczałem się tu rowerem i pamiętam przede wszystkim pustkę. Teraz zwykle są tu tłumy spacerowiczów, rolkarzy, rowerzystów itd., niestety została architektura podporządkowana samochodom.

Na wizualizacjach „Warszawy przyszłości” z tamtej epoki w ogóle nie ma pieszych. Przez Dolinę Służewiecką i Rzymowskiego, ulice wybudowane w latach 70. jako nowoczesne przelotówki, trudno więc do dzisiaj przejść czy przejechać rowerem.

Zwracamy uwagę na posąg Jana Nepomucena, ufundowany w 1864 na pamiątkę wsparcia Powstania Styczniowego przez mieszkańców wsi Służew (w Polsce, a już zwłaszcza w Warszawie, te krzyże i kapliczki często są pamiątką naszej strasznej historii).

Most, którym Puławska biegnie nad Potokiem, za komuny był miejscem paskudnym i cuchnącym. Teraz przejedziemy/przejdziemy pod nim eleganckim szlakiem jak na Zachodzie.

Jesteśmy nad stawem Służewiec. Ani Google Maps, ani Apple Maps jeszcze o nim nie wiedzą – pokazują błędnie zygzakowaty przebieg potoku. Moje miasto zmienia się za szybko dla tych korporacji, co zresztą napawa mnie dumą.

Jeśli ktoś szedł pieszo i zaliczał wszystkie punkty wycieczki, może już zakończyć wyprawę na dziś. Jesteśmy przy pętli tramwajowej, dookoła są restauracje i hotele, a także Orlen, McDonald’s i Żabka, więc znajdziemy przynajmniej hotdoga i kawę.

Kto ma kalosze, ten prawdopodobnie da radę przejść wzdłuż Potoku pod ulicą Rzymowskiego. Reszcie z nas pozostają dość odległe i niezbyt przyjazne przejścia przez drogowy precel na skrzyżowaniu.

Przebijamy się do ulicy Modzelewskiego. Ta ulica sama w sobie jest fenomenem, proponuję kiedyś przespacerować przez całą jej długość! Nas interesuje jej południowy kikut, biegnący najbliżej Potoku.

Po charakterystycznym zapachu czujemy, że się zbliżamy do stajni. Jesteśmy obok Wyścigów. Poza samym torem mieści się tu klub sportowy, a także warsztaty samochodowe i Różne Dziwne Budy.

Czas się tu zatrzymał. Przed pandemią wstęp był w miarę swobodny i można było podziwiać sztuczny staw (piękne miejsce!). Ostatnio gdy sprawdzałem, było jednak „zamknięte do odwołania z powodu pandemii”.

Tak czy siak czeka nas wędrówka wokół muru Wyścigów, bo nie ma drogi wzdłuż potoku (chyba że da się w kaloszach). No i mamy teraz dwie opcje do wyboru, obie są pretekstem do wspaniałego spaceru.

Oficjalna geografia kieruje nas w stronę lotniska. Potok płynie przez tereny centrum logistycznego Poczty Polskiej i dziewiętnastowiecznej rezydencji hrabiego Skarbka, postaci skądinąd fascynującej, mistrz Rosiński poświęcił jej komiks.

Kiedyś była to idylliczna podwarszawska posiadłość. Lotnisko sprawiło, że nikt tu by i tak nie chciał mieszkać, wszystko jest więc zamkniętą na łańcuch ruiną.

Nie namawiam do łamania prawa, ale entuzjastom urbexu zwracam uwagę: to chyba najbardziej tajemniczy park w Warszawie. Zabytkowy, zapuszczony i niedostępny!

Na ulicy Łączyny podziwiamy kolejną niesamowitą kapliczkę i poruszamy się równolegle do niedostępnego na legalu Potoku ulicą Wyczółki. Kto idzie korytem Potoku w kaloszach, niech weźmie pod rozwagę, że za chwilę będzie szedł wzdłuż ogrodzenia aresztu na Kłobuckiej. Mam nadzieję, że nie pilnują go snajperzy?

Na Kłobuckiej droga się urywa. Przed nami linia kolejowa i trasa szybkiego ruchu. W kaloszach błyskawicznie przejdziemy na drugą stronę mostu, ale rowerzyście pozostaje cofnięcie się do ulicy Poleczki i przejechanie wiaduktem na ekspresówką.

Kiedyś wszystko tu było dzikie i zapuszczone, teraz wzdłuż płotu lotniska biegnie elegancka ścieżka rowerowa. Dojeżdżamy nią do miejsca, którym Potok wypływa z rury tak szerokiej, że w kaloszach spokojnie można by iść dalej – ale drogę zagradza krata ze świeżą kłódką.

Rury biegną aż do ogrodów działkowych po drugiej stronie lotniska. Sto lat temu Potok wypływał z dzisiejszych Szczęśliwic, ale jeśli źródło zdefiniujemy jako miejsce, w którym ciek wodny wypływa na powierzchnię – to przy nim stoimy.

Odcinek od stawu Wyścigi był dość krótki. Proponuję więc rewolucję geograficzną: uznajmy go za nędzny boczny dopływ, nazwijmy go Kanałem Lotniskowym (bo taką dziś pełni rolę), a za główny nurt Potoku uznajmy ciek, który geografia nazywa dziś Kanałem Grabowskim.

Przepływa pod ulicą Poleczki, do której się cofamy. Całkiem niedawno krajobraz tutaj był po prostu dziki i rolniczy, od kiedy jednak Poleczki przebito do lotniska, wyrosły tu biura, centra logistyczne i hotele.

Nie ma łatwego dostępu do brzegu kanału/potoku. Posuwamy się ulicami Poloneza albo Hołubcową. Obie krajobrazowo są dość niesamowite, bo dzicz łączy się tu z nowymi inwestycjami.

Z tej czy tamtej strony docieramy w końcu do Jeziora Grabowskiego. Tutaj nic się nie zmieniło – dalej jest dziko. Bez trudu zrobimy tu sobie selfika w szuwarach, którym oszukamy znajomych, że pojechaliśmy na Mazury.

Kanał Grabowski odbija prostą krechą na wschód, w stronę Puławskiej. Za chwilę znów zniknie za ogrodzeniem luksusowego apartamentowcowiska.

Nim do niej dotrze, zatrzymajmy się przy ulicy Tanecznej. Tędy biegła pierwotna szosa puławska – obecna ulica idzie po nasypie dawnej linii kolejowej.

Przy szosie puławskiej jacyś Piotr i Katarzyna Łagowscy (nic o nich nie wiem) ufundowali w 1883 krzyż przydrożny, o czym możemy przeczytać na postumencie.

Jesteśmy blisko źródeł Kanału Grabowskiego, który tu wypływa rurą z nasypu Puławskiej. Na starych mapach widać, że nim go wpuszczono w rurę, meandrował sobie po Kabatach.

Zasilają go rowy melioracyjne sięgające drugiej strony obwodnicy, ale pomijam je przy tej wyprawie, bo woda w nich jest okresowo. W Kanale Grabowskim była nawet u szczytu tegorocznej suszy.

To koniec ekspedycji. Tuż obok mamy przystanek 239, który zabierze nas do metra. Rzut beretem na Puławskiej mamy hotel Platinum Residence plus kilka knajp.

Jeśli wakacje w 2020 mają polegać na mikroturystyce, proponuję zacząć od gruntownego zwiedzenia własnego miasta. Nie wiem jak gdzie indziej, ale w Warszawie naprawdę są jeziora, góry, lasy, a nawet bagno (rezerwat Zakole Wawerskie). Nie trzeba nigdzie jechać!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

31 Comments

  1. A samą notkę oczywiście propsuję. Jestem fanem takich eskapad i po cichu liczę, że ten dziwny rok da mi szansę zrealizować te najskromniejsze z mojej listy. Doznań zupełnie niesamowitych dostarczyć mogą miejsca takie jak Las Bielański – 6 km od centrum można udawać, że to Puszcza Białowieska (jak się dobrze skadruje). Już nie mówiąc o KPN i innych lasach tuż poza granicami miasta…

  2. „Przebijamy się do ulicy Modzelewskiego. Ta ulica sama w sobie jest fenomenem”

    W sensie że najbrzydsze bloki w mieście?

    Widziałem kiedyś relację na fejsie gości którzy śledzili ciąg dalszy potoku po drugiej stronie lotniska, przez te wszystkie ogródki działkowe. Faktycznie skończyli gdzieś na granicy Włoch i Szczęśliwic, ale teorię mieli ze historycznie rzeczka płynęła dużo dalej na północ na Wolę.

  3. Kiedyś, dawno, dawno temu był strajk komunikacji miejskiej.
    Udało mi się załatwić transport na uczelnię (Ochota) a z powrotem (Żoliborz) postanowiłem się po prostu przejść.
    Rzeczywiście można znaleźć wiele niesamowitych miejsc idąc i szukając skrótów.
    Szedłem do Zachodniego a potem wzdłuż torów i wymyśliłem sobie skrót aby pójść wzdłuż torów do Powązkowskiej.
    Pamiętam szok jaki przeżyłem oglądając wiadukt kolejowy na Powązkowskiej: z jednej strony to była inżynierska robota z dużą ilością kutej stali. Z drugiej – jego stan był po prostu tragiczny.
    Potem miałem traumę za każdym razem, jak po nim jechałem.

  4. > W zależności od orientacji politycznej, złorzeczymy przechodniom po jednej lub drugiej stronie ulicy.

    Alternatywa niewykluczająca? Na pohybel wszystkim!

  5. Z lektury nie wynika wprost jak wycieczkę odbył autor. Jest pisana z punktu widzenia dwu narratorów – Rowerzysty i Człowieka w Kaloszach.

  6. @ro
    „Alternatywa niewykluczająca? Na pohybel wszystkim!”

    Tylko nienawiść naprawdę nie wyklucza!

    @mt
    „Z lektury nie wynika wprost jak wycieczkę odbył autor. Jest pisana z punktu widzenia dwu narratorów – Rowerzysty i Człowieka w Kaloszach.”

    Rowerem – mam rower trekkingowy przerobiony na miejski (przez dodanie koszyczka i sakw) i uważam tę kombinację, za Doskonałe Odzwierciedlenie Mojej Osobowości. Tym właśnie jestem, mieszczuchem, którego ciągnie na (miejskie) odludzia.

  7. Świetna notka, nawet dla nie-warszawiaka.
    Chciałbym zapytać, czy czcigodny Gospodarz bawił się kiedyś w geocaching?

  8. @wb
    Dziękuję! Nie, raczej uprawiam lajcikowy urbex. W czasach studenckich zakradałem się do różnych miejsce na nielegalu (za komuny granica była niejasna, bo np. placów budowy nikomu się nawet nie chciało porządnie ogrodzić), teraz dodatkowo raczej staram się nie łamać prawa.

    Wydaje mi się, że Potok Służewiecki (i szerzej – warszawskie rzeki, kanały i potoki) obfituje w genialne miejsca dla geocachingu. Jest tu wiele zakamarków, do których nie da się dostać w prosty sposób – potrzebujemy nawet nie kaloszy, ale woderów, albo desantowego pontonu uodpornionego na przebicie (np. eksploracja zatopionego Fortu Zbarż); ale jednocześnie wygląda na to, że to legalne, tzn. nie ma żadnego zakazu czy ogrodzenia.

    Wspomniane bagno wawerskie jest zaś dostępne okresowo – w czasach suszy normalnie sobie chodzimy wśród sitowia. Po deszczu radzę unikać nawet ścieżek oznaczonych na mapie.

  9. Jako nowy, do tej pory lurkujący, chciałbym się przywitać.
    Bardzo fajna notka, może nawet objadę trasę w weekend na rowerze.
    Ale jedna uwaga-sprostowanie: ujście Jeziorki do Wisły jest ok. 7 km na południowy wschód od Wilanowa. Jeziorka nie płynie przez Wilanów. Potok Służewiecki wpada do Jez. Wilanowskiego.

  10. @darek
    „Ale jedna uwaga-sprostowanie: ujście Jeziorki do Wisły jest ok. 7 km na południowy wschód od Wilanowa”

    Nie było go, kiedy Jan III Sobieski budował sobie rezydencję. To ujście jest sztucznym, współczesnym tworem. Prosze zwrócić uwagę na czas przeszły w moim zdaniu!

  11. OK, doczytałem i faktycznie Jeziorka miała kiedyś inny przebieg. Więc wycofuję się z tego „sprostowania”. Przy okazji trafiłem na informację, że niektórzy uważają, że Potok Służewiecki nie kończy się na ujściu do Jez. Wilanowskiego i tzw. Kanał Sobieskiego wypływający z płn. końca Jez. Wilanowskiego to jego dalszy ciąg. W takim układzie uchodziłby do rzeki Wilanówki, a Jeziorka była właśnie kiedyś zwana Wilanówką, więc wszystko by się zgadzało.

  12. Ciekawa wycieczka, fascynująca też jest kwestia mostów i mostków. Np. u mnie w Toruniu zasadniczo widoczne są trzy – te na Wiśle (autostradowego nie wlicza się, bo stoi tuż za granicami administracyjnymi miasta). Ale ktoś kiedyś zaczął liczyć wszystkie mosty i mostki na Drwęcy, Basze, Czerwonej Wodzie i mniejszych potoczkach i w zależności od metody wyszło mu od minimum 60 do około 100 sztuk…

  13. @wo

    …samochód robiący „aaaa, chlups”…

    Ha. W dzieciństwie to też był mój ulubiony znak.
    W Szczecinie, gdzie mieszkam, nabrzeży gdzie taki znak powinno się zauważyć, jest od cholery. I kiedyś tak było. Z tego co pamiętam, był na Wałach Chrobrego i na Heykowie, czyli na Kępie Parnickiej i gdzieś na Golęcinie.
    Idąc twoim tropem, wybrałem się w weekend na taką mikroturystyczną wycieczkę,trochę sentymentalnym szlakiem znaku: samochód robiący „aaaa, chlups”.
    No i lipa. Nic nie znalazłem. Nie ma. Nul. Zniknęły.
    A na marginesie. Czy ten warszawski znak jest w miarę nowy, czy widać na nim ślady historii sprzed powiedzmy, czterdziestu lat? Może to już jakiś zabytek, wart zachowania?

  14. @mw.61
    Możliwe, że kiedyś takie znaki nastawiali, a skoro przez lata żaden samochód nie wpadł do wody, to się z nich wycofali. Kiedyś też były mniej wyraźnie zaznaczone granice jezdni (krawężniki, znaki poziome), więc łatwiej było z niej zboczyć nawet nie bardzo będąc tego świadomym. Wnoszę, że gdyby drugi samochód wpadł do tego samego przejścia przy Rotundzie, to postawią tam A-27a (samochód wpadający na schody).

  15. Znaki pewnie złomiarze pokradli a że z natury rzeczy ten akurat znak stoi przeważnie w miejscach mało uczęszczanych to i nikt nie zgłosił że go nie ma. Gdyby zgłosić to obstawiam że jednak postawiliby je z powrotem. Z tym że pytanie czy jest sens skoro i tak w tych miejscach nie ma ruchu. Chociaż zgubiłem się swego czasu w Szczecinie i pamiętam że o mało co bym jednak wjechał do takiego kanału (bo na nim znienacka kończyła mi się droga) który pewnie ostatni raz był używany za Hitlera.

  16. Nota bene, jako eks-Szczecinianin, takiego na Wałach Chrobrego nie kojarzę. A pamięć moja sięga lat 80-tych i pamiętam, że wtedy A-27 kojarzyły mi się z wizytą nad morzem (np. dawny zwodzony most w Dziwnowie).

  17. @alef0

    …pamięć moja sięga lat 80-tych…

    Eee. Ja mam na myśli raczej lata 60, no powiedzmy wczesny Gierek.

  18. Możliwe, że kiedyś takie znaki nastawiali, a skoro przez lata żaden samochód nie wpadł do wody, to się z nich wycofali.

    Polecam na Streetview w Warszawie Wał Zawadowski skrzyżowanie z ulicą Sytą. Ulica nieprzypadkowo wygląda jak obszar zamieszkania, strefa 20km/h itp. tyle tam szykan. Kiedyś tak nie było

    ” Sobota, godz. 23. Toyota corolla pędzi Wałem Zawadowskim w stronę mostu Siekierkowskiego. Auto mknie prostą asfaltową drogą wzdłuż wału wiślanego prawie 180 km/h. Dokoła bezludna okolica porośnięta drzewami. Jedyne zabudowania to te przy zaporze na kanale. O tej porze praktycznie nikt nie korzysta z tej trasy. Kiedy auto dojeżdża do skrzyżowania z ul. Sytą, kierowca ostro naciska na hamulec. Nie udaje mu się skręcić w lewo, toyota jedzie prosto. Wjeżdża na nasyp. Prędkość jest tak ogromna, że samochód niczym samolot unosi się w powietrze. Toyota przelatuje nad drzewami, które rosną wzdłuż kanału, zahacza o gałęzie i podwoziem uderza o bariery nad kanałem. Auto z impetem ląduje na dnie kanału. Samochód jest cztery metry pod wodą. Uratował się jedynie 18-letni Michał C. , jego trzej koledzy utonęli.

    http://www.zw.com.pl/artykul/146575.html

  19. @rpyzel
    Dodam, że z artykułu to nie wynika („chłopcy nigdy nie organizowali takich wyścigów”), ale w czasach przedszykanowych Wał Zawadowski na tym odcinku był znaną i stałą areną takich zmagań młodzieży. Sam kiedyś tam jadąc na rowerze ledwo uniknąłem zmiecenia z drogi przez dwa ścigające się samochody. A swoją drogą, to gdzie teraz się ścigają w Warszawie? Czy może to już passe?

  20. Po pierwsze witam Gospodarza i pozostałych blogobywalców, przy okazji pierwszego komentarza.
    @alef0
    Wedle obserwacji naocznych (nausznych), w godzinach nocnych do „wyścigów” wykorzystywane są okolice Targowej, Zielenieckiej i Sokolej a do „lansu pojazdów” parking przy PKP Stadion.

  21. Świetny post. Wychowałem się w okolicy i prawie całą trasę widzę w wyobraźni. Może warto zobaczyć, co się zmieniło.

  22. @tymczasowekonto
    „Może warto zobaczyć, co się zmieniło.”

    WSZYSTKO. Ja dojeżdżałem z Chomiczówki, ówczesny południowy zasięg moich rowerowych wypraw to mniej więcej linia Wilanów – Okęcie. Poza tym w rejonie Poleczki i Wyścigów jeździłem w latach 90. do warsztatów samochodowych, tam jeszcze za komuny były takie cieszą się się sławą (?), że zawsze się znajdzie alternator do fiata, tylko lepiej nie pytać o pochodzenie. No więc Poleczki wtedy było rolnicze, teraz zabudowywane jest hotelami, biurami i apartamencowiskami, ale ciągle zostaje np. dziki brzeg kanału. Pierwsze zdjęcie w notce jest zrobione obok nowego apartamentowcowiska.

  23. @wo
    „ciągle zostaje np. dziki brzeg kanału. Pierwsze zdjęcie w notce jest zrobione obok nowego apartamentowcowiska”

    Gdybym miał forsę, to – biorąc pod uwagę tę fotkę – kupowałbym! Niby miasto, a jakby wieś. Tyle że to wszystko jest tymczasowe. Zbyt wiele pięknych/dzikich/sielskich krajobrazów widziałem w Poznaniu (włączając w to praktycznie centrum miasta!) żeby uwierzyć, że to przetrwa w obecnym stanie. Pytanie brzmi kiedy te chaszcze zaorają, zabetonują i zastawią Biedronkami.

  24. @mnf

    To dlatego ze to „wody płynące”, jak się chce budować przy wodach płynących to jest cholernie dużo biurokracji i biedronki tego świata mają łatwiejsze miejscówki do wyboru. Choć np w sławetnym przekręcie na Gocławiu zreprywatyzowane i rozsprzedane na pniu tereny przy jeziorku gocławskim i kanale wystawowym zawierały wody wyłącznie stojące, bo ktoś się po drodze postarał by kanał z płynącego przestał być płynącym. Jak wiadomo nie takie rzeczy w warszawskim samorządzie deweloperzy załatwiali.

  25. Jako autor linkowanego wyżej tekstu to doprecyzuję, bo widzę, że ktoś napisał, iż Jeziorka zwana była niegdyś Wilanówką. Nie była. Wpadała do Wisły od zawsze, rozlewając się u ujścia, stąd nazwa Jeziorna miejscowości. W ślad za Wisłą się odsuwała. Gdy budowano wały ok. 1850 roku wpuszczono ją w Wilanówkę, by uniknąć powodziowej cofki. W ten sposób przesunięto ją w Wilanówkę, stąd powodzie w Wilanowie i okolicach przez kolejne 100 lat, aż do ostatniej w roku 1947. W latach pięćdziesiątych wyorano z powrotem ujście do Wisły w praktycznie tym samym miejscu i usypano wały przy rzece. Samo oranie nastąpiło dlatego, iż budowano EC Siekierki i trzeba było uniemożliwić powodzie cofkowe w Wilanówce. No i dlatego Wilanówka jest teraz potoczkiem, a na początku XVIII wieku była jeszcze regularnym korytem Wisły. Nota bene zgodnie z planem ochrony powodziowej EC Siekierki, żeby uniemożliwić zatopienie zakładu wysadza się wały przy ujściu Jeziorki by woda zalała gminę Konstancin-Jeziorna.
    Dla samego tekstu nie ma to znaczenia, ale wiem, że wo takie duperele uwielbia.

  26. @Paweł Komosa
    „wiem, że wo takie duperele uwielbia”

    No jasne! Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję.

  27. Jak już się zalogowałam, to leci zaległy komentarz: wielkie kudosy za tę notkę! Jest przesmakowita, w któryś letni weekend na pewno wybiorę się na taką wycieczkę. Gdybym miała się do czegoś przyczepić, to może tylko do tego, że podczas czytania niezbyt wyraźnie widać, jaką dokładnie trasę i w jaki sposób przebył autor, bo narracja bardzo przeskakuje między miejscami i sposobami podróży. Ale sam pomysł i drobiazgowość wykonania – pierwsza klasa.

  28. Dziękuję! Tak naprawdę to amalgamat różnych podróży, bo pierwszy raz tam byłem w czasach studenckich, kiedy rejon Doliny Służewieckiej i zwłaszcza przejścia podziemnego pod Puławską cieszył się Złą Sławą, okolice Poleczki były wiejskie, a Służewiec Przemysłowy.

Dodaj komentarz