Now Playing (179)

Do dobrych wiadomości podchodzę z dużą ostrożnością, ale wygląda na to, że wróciłem z „Piąteczkiem” na dobre. Tzn. na tyle, na ile w Dzisiejszych Czasach da się coś planować – horyzont miesięczny to już dalekie science-fiction.

W ostatnim spróbowałem znów wystąpić w roli didżeja-amatora. Nie mogę wprawdzie załączyć muzyki w samym podkaście, ale poleciłem pewną piosenkę – w załączniku powyżej.

W latach dwudziestych napisał ją Irving Berlin dla musicalu „Betsy”. Moje ulubione wykonanie to wykonanie Franka Sinatry w wersji unieśmiertelnionej edycją na płytach z serii V-Disc.

Te płyty to coś, co bym kolekcjonował, gdybym był ekscentrycznym milionerem. Nie jestem, więc mam tylko dwie pirackie składanki-reedycje, kupione w Neapolu od ulicznego sprzedawcy (zatytułowane „Gli anni d’oro della musica Americana”).

Wuj Sam wydawał te płyty w latach 1942-1949 dla podniesienia morale żołnierzy. Podniesienie morale to coś, czego dzisiaj wszyscy potrzebujemy, rekomenduję więc PT blogobywalcom miły wieczór na przeglądanie zasobów V-Disków na jutubie.

Ponieważ ogólna idea była taka, że to pospolite ruszenie ludzi dobrej woli, kwestia praw autorskich pozostawała nieuregulowana. Warunek od początku jednak był taki, że po wojnie płyty zostaną zniszczone, wraz z matrycami do ich tłoczenia.

Kiedy w 1949 rozesłano rozkaz niszczenia płyt, ludzie wykonywali go ze zrozumiałą powściągliwością – mimo że za niewykonanie groziły surowe kary. Krąży legenda o facecie w Los Angeles, który za nielegalne posiadanie V-Disków poszedł do więzienia (jestem sceptyczny co do jej prawdziwości, bo nigdzie nie znalazłem jego nazwiska).

Rozkaz to rozkaz, większość więc jednak zniszczono. Ocalały te, które były w 1949 na terenie Włoch – po prostu pewnego dnia nagle zniknęły („nie mam pojęcia co się stało, panie sierżancie, jeszcze wczoraj tu były!”). Na ich podstawie robiono potem pirackie reedycje takie jak te w mojej kolekcji.

Ocalały też te, które przez ambasadę albo YMCA trafiły do Polski. I udało się je ukryć przed nadgorliwymi zetempowcami w okresie jazzu katakumbowego.

Jakim paradoksem są płyty, które komuniści chcieli niszczyć w imię komunizmu, a kapitaliści w imię kapitalizmu! Choćby z tego powodu warto się nimi zainteresować.

Zawartość była zróżnicowana jak ówczesny szołbiznes. Komicy nagrywali skecze, muzycy piosenki. Często artyści dodawali parę słów od siebie, z osobistym pozdrowieniem dla żołnierzy na froncie – kapitan Glen Miller zawsze przy tym przedstawiał się ze swoim stopniem.

„V” w nazwie projektu oznaczało „victory”, ale facet, który to wymyślił, nazywał się Vincent i lubił się przechwalać, że to od jego nazwiska. Jest jeszcze trzecie znaczenie: była to pierwsza masowa edycja płyt winylowych.

Szelak, z którego tłoczono przedwojenne płyty, to surowiec pochodzenia naturalnego, produkowany wyłącznie w azjatyckich koloniach imperium brytyjskiego. Wojna zmusiła wszystkich do szukania Ersatzu – poli(chlorek winylu) okazał się znakomitym zamiennikiem.

Używano go w niszowych zastosowaniach już przed 1941, ale dopiero wojna sprawiła, że prawie każdy Amerykanin miał jakąś styczność z V-Diskami i mógł się upewnić, że grają nie gorzej od płyt szelakowych. To nadal były płyty odtwarzane na 78 rpm, ale dzięki nim zaraz po wojnie przemysł zrobił następny logiczny krok, w postaci mikrorowka i longplaya.

Dla mnie osobiście najciekawsze są V-diski z ówczesnym jazzem. Już przyznawałem się na tym blogu do fascynacji Sinatrą i tak ogólnie Tamtą Ameryką.

Zastanawiamy się dziś, jaki będzie świat po pandemii. Ludzie zadawali sobie też to pytanie podczas drugiej wojny światowej i po stronie alianckiej zwykle brzmiała: bardziej sprawiedliwy, równościowy, nie bazujący na wyzysku.

Akowskie marzenia o Polsce ludowej przekreślili komuniści, którzy ukradli rządowi londyńskiemu to hasło. Na Zachodzie częściowo jednak udało się je zrealizować – to stąd te słynne 95% podatki.

W roku 1960 bogacze wywierali presję, żeby od nich już odejść. Taka była pierwotna idea stojąca za filmem sensacyjnym „Ocean’s 11”.

Współczesny remake z Clooneyem i Pittem pomija pierwotne, polityczne przesłanie filmu z Sinatrą, Martinem i Sammy Davisem. Że powiązani z mafią bogacze znów ukradli Amerykę fajnym facetom takim, jak Danny Ocean. Ale skoro dali radę Hitlerowi, to dadzą i skorumpowanym miliarderom.

Jak pokazała historia – nie dali. Może nam się uda? Zbierając siły do szturmu, słuchajmy V-Disków.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

45 Comments

  1. @wo
    „(…) ale wygląda na to, że wróciłem z „Piąteczkiem” na dobre.”

    Czyli ta dziwna przerwa w podkastach to nie był zaległy urlop.
    Enyłej – dobrze, że jest kontynuacja. Dzięki temu piątki są bardziej znośne.
    Kiedyś cieszyłem się, że zaczyna się weekend ale obecnie wszystko się zlewa w jedno.

  2. Jako korekta obywatelska winylowo-germanistyczna:
    Albo całkiem po niemiecku: „Ersatzu”, albo w spolszczeniu: „erzacu”. Obecne „Erzatzu” nieładne takie.

    Jako komentator:
    Ciekawa historia, nie znałem. Zastanawiam się, czy podczas 2WŚ była też specjalna seria płyt radzieckich na pokrzepienie. Albo niemieckich.

  3. Na razie chyba Deep South Suite Ellingtona z orkiestrą najbardziej mi siadła. Jeszcze Benny Goodman nr 159 niezły.

  4. @wo „Do dobrych wiadomości podchodzę z dużą ostrożnością, ale wygląda na to, że wróciłem z „Piąteczkiem” na dobre.”
    Doskonała wiadomość – ten nietypowy poniedziałkowy Piąteczek miał bardzo przyjemne, krótkie i normalne intro i Outro. Nie mogłoby tak zostać?

  5. @WO
    „Nie jestem, więc mam tylko dwie pirackie składanki-reedycje”
    – Czy to zmiana podejścia do „jumactwa”?

  6. @Bardzozly piractwo ma czasami uzasadnienie, np. wtedy gdy nie możesz czegoś zdobyć w normalny sposób. Ja miałem tak z komiksem Kingdome Come Marka Waida. Nakład był całkiem wyczerpany i można to było kupić tylko od jakiego typa z Łomży za 500 złotych. Wybór był prosty, żeby nie było jeśli mam taką możliwość to normalnie kupuję.

  7. Niektórzy nadawcy w mojej sieci kablowej oferują film do wyboru w wersji oryginalnej i z ohydnym lektorem, natomiast bez napisów.
    Zdarzało mi się taki film skopiować z dekodera do komputera (to już jest traktowane jako piractwo!) i dołączyć do niego napisy z sieci (jw).
    Trudno, w tym sensie jestem piratem.
    Poza tym niech mi ktoś sprzeda komplet gangu Olsena z oryginalną ścieżką dźwiękową i z napisami niechby i po angielsku. Nie ma na tym świecie.

  8. @janekr
    „Trudno, w tym sensie jestem piratem.”

    Też nie! Byłbyś dopiero rozpowszechniając (np. wrzucając do sieci).

  9. @WO,
    „Kupienie nigdy nie jest piractwem.”
    – A „jumactwem” czy też „jumaniem”? Kupienie możliwości ściągnięcia na chomikotorrentach jakoś tak niedawno było tu „jumaniem”.

    @Nankin77
    „wtedy gdy nie możesz czegoś zdobyć w normalny sposób (…) można to było kupić tylko od jakiego typa z Łomży za 500 złotych”
    – Nie widzisz tu sprzeczności?

    „jeśli mam taką możliwość to normalnie kupuję”
    – Jest to dokładnie uzasadnienie, jakie stosują ludzie, którzy chcą korzystać z +/- normalnych i aktualnych treści/dóbr kultury (i pozostać w normalnym społecznym obiegu) a którzy nie mają na to pieniędzy. A oni są przecież jumaczami. Czy nie? To co dopiero opcja „nie chce mi się wydawać tyle pieniędzy na zupełnie luksusowy towar bez którego moje życie będzie normalnie się toczyć”.

  10. @bardzozly
    ” A „jumactwem” czy też „jumaniem”? Kupienie możliwości ściągnięcia na chomikotorrentach jakoś tak niedawno było tu „jumaniem”.”

    Staram się ostatnio być uprzejmiejszy, więc odpowiem „raczy pan kłamać”. Wylecą dalsze kłamliwe komentarze.

  11. @wo
    „Kupienie nigdy nie jest piractwem”

    Co w takim razie z lewizną, kupioną od Wasyla na Stadionie Dziesięciolecia? Tam też były „pirackie składanki-reedycje”.

  12. Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o ważnej roli, jaką „Blue Skies” odgrywa w Star Treku, zwłaszcza w ostatnim filmie kinowym z załogą TNG („Star Trek: Nemesis”) oraz w nowym serialu „Star Trek: Picard”. Jaką dokładnie rolę odgrywa nie powiem, bo to spory spoiler, ale polecam świetną wersję śpiewaną przez Isę Briones, aktorkę z „Picarda”, w finale pierwszego sezonu:

    https://www.youtube.com/watch?v=wF_AEhDHZi4

  13. Wuj Sam w ogóle dbał w tamtych czasach o podkład muzyczny. Mimo wojennych restrykcji dotyczących użycia metali w celach niezwiązanych z uzbrojeniem zamówił u Steinwaya serię Victory Vertical – specjalne pianina do zastosowań wojskowych. Malowane w barwy wojskowe, wytrzymałe na zrzut na spadochronie i wyposażone w uchwyty do przenoszenia. Współcześnie nie trzeba nawet być milionerem, żeby takie kupić, ale tanie nie są.

  14. @Bardzozly Nie widzę sprzeczności, dla mnie normalny znaczy kupiony w sklepie czy od wydawcy dzięki czemu dokładam swoją cegiełkę do rozwoju branży. Wspieranie jakiś cwaniaczków, którzy podbijają cenę o 100 procent jest dla mnie nieporozumieniem.
    „a którzy nie mają na to pieniędzy” Dude, nie znasz mnie więc się nie wymądrzaj. Zdarzało mi się płacić nawet 250 złotych za jeden album. Na swoją kolekcję wydałem tyle, że spokojnie kupiłbym dobre używane auto, jeśli nie wierzysz mogę ci w wolnej chwili podesłać zdjęcia mojej kolekcji.

  15. @Bardzozły

    „Kupienie możliwości ściągnięcia na chomikotorrentach”

    Mówienie o chomikotorrentach w kontekście jumactwa to jak mówienie o prostokątotrójkątach w kontekście geometrii euklidesowej. Chomiki i torrenty to dwie różne zasady działania, które pociągają za sobą dwie różne kwalifikacje w odniesieniu do ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

  16. OT ale NMSP. Odniosę się do nietrafionej sportowej metafory na facebooku. Ja to widzę tak: mecz trwa, piłka jest w grze a my wszyscy jesteśmy na boisku. To prawda, że przeciętny człowiek jest na tym boisku jak trawa ale nawet kępka trawy może skierować piłkę w niespodziewaną stronę. A od wyniku meczu dużo zależy, także dla tych którzy nie interesują się piłką nożną ani nie kibicują żadnej z drużyn.

  17. Dalej NMSP. Jest różnica między pesymizmem a defetyzmem. Ten drugi jako postawa jest nie do obrony. Lepiej milczeć niż go propagować.

  18. @k.kisiel
    „Jest różnica między pesymizmem a defetyzmem. Ten drugi jako postawa jest nie do obrony. Lepiej milczeć niż go propagować.”

    Bzdura. Od kiedy znam to słowo, jestem defetystą. Na moim blogu to ja określam, co wolno, a czego nie wolno propagować – proszę nie wyciągać daleko idących wniosków z tego, że chwilowo panu na to pozwoliłem.

  19. Można wiedzieć, co to za defetystyczny flejm na fejsie? Bo czuję, że to coś ciekawego, a jestem facebookowo wykluczony.

  20. @MNF
    Gospodarz stwierdził, że najbliższe wybory są jak „wydrukowany” mecz piłkarski, więc żadne działania opozycji nie mają de facto znaczenia.

  21. Stanowczo zniechęcam do ciągnięcia offtopa. Nie przenoście nam fejsbuka na bloga. Nie wyciąłem tego tylko by z dumą wznieść sztandar defetyzmu. W książkach wojennych, które czytałem, zazwyczaj jakieś straszne buce zajmowały się „zwalczaniem defetyzmu”, zamierzam więc szyderczo traktować innych powtarzających te hasło, niejako w zemście za Szwejka/Yossariana.

  22. @wo
    „W książkach wojennych, które czytałem, zazwyczaj jakieś straszne buce zajmowały się „zwalczaniem defetyzmu””

    Ba, jeżeli dobrze pamiętam relacje któregoś z więźniów tzw. Hanoi Hilton to właśnie zachowaniu realistycznej oceny sytuacji (coś w stylu „nie, nie będzie lepiej, będzie tak samo albo gorzej”) przypisywał swoje przetrwanie, podczas gdy współtowarzysze optymiści po kolejnym niezrealizowanym scenariuszu załamywali się psychicznie a w konsekwencji też i fizycznie.

  23. @Dude Yamaha

    To ciekawe – i chyba zależy od kontekstu. Ja z kolei czytałem wspomnienia więźniów niemieckich/sowieckich obozów i odniosłem wrażenie, że z kolei tam defetyści (tzw. „muzułmanie”) mieli mniejsze szanse na przeżycie.

    Kiedy uciekasz przed śmiercią, optymizm może pomóc (bo coś jednak robisz – choćby to była desperacka ucieczka z getta do lasu). Pesymista zda się na los, po czym uzna że i tak jeden ch… – przed walcem historii nie uciekniesz.

  24. „W książkach wojennych, które czytałem, zazwyczaj jakieś straszne buce zajmowały się „zwalczaniem defetyzmu”,”

    Co akurat ma odzwierciedlenie IRL – wszelkiej maści politrucy (or compatibile) to najczęściej właśnie ludzie którzy w wojsku (lub podobnych instytucjach) nie nadawali się do właściwych zadań ew. bardzo ale to bardzo chcieli awansować. Mechanizm generalnie nie zmienił się do dziś, co najwyżej istnieje w bardziej subtelnych formach.

    Zaś co do samego przetrwania w razie uwięzienia/niewoli itd – generalnie jak najbardziej przyjęcie postawy pesymistyczno defetystycznej pomaga – w sensie pogodzenia się z losem („jest źle i może być gorzej”) co nie wyklucza totalnej bierności – wskazane są drobne, możliwe do realizacji czynności/ rytuały. Na zasadzie „przeżyję jeszcze jeden dzień” (więc zjem to coś co mi dali do zjedzenia itd)

  25. @monday.night.fever Muzułman (sic!) to nie był po prostu defetysta, ale człowiek już poza granicą załamania.

  26. @monday.night.fever
    „Kiedy uciekasz przed śmiercią, optymizm może pomóc”
    Moim zdaniem (poza naprawdę nielicznymi wyjątkami) pesymizm zawsze był lepszą strategią. Literatura obozowa którą znam (Borowski, Sołżenicyn, Grudziński + relacje z getta) to wspomnienia totalnych pesymistów, którzy przeżyli. W tle zawsze przewijają się optymiści którzy mówią „wiozą nas na roboty, bo przecież po co mieliby nas wszystkich zabić”. Uciekać też można jako pesymista („lepiej ukryjmy się w lesie”) albo jako optymista („ci porządni ludzie na pewno nam pomogą”).

  27. @maciek608
    Ocenianie więźniów obozów jedynie według skali optymizm – pesymizm jest zbyt proste. Gdzie byśmy umieścili Grzesiuka?

  28. @vito-slav
    Grzesiuk to zdecydowanie pesymista. W „Pięciu latach kacetu” wyraźnie dawał do zrozumienia, że posłuszne wykonywanie ciężkich obozowych prac uważał za pewną śmierć, a cwaniackie uchylanie się od nich (co sam stosował) za śmierć dość prawdopodobną.

  29. @wo ma rację! W dzisiejszej „Wyborczej” (str. 8) rozmowa z prof. Dariuszem Dolińskim, który przytacza następujące dane: „(…) badania pokazują, że wśród motocyklistów, którzy w wypadku uszkodzili rdzeń kręgowy (a nie założyli kasku), dominują optymiści. Wśród studentek, które zachodzą w niepożądaną ciążę, przeważają optymistki”.

  30. @monday.night.fever tu już niebezpiecznie się zbliżamy do „sama jest sobie winna”.

  31. @Nankin77
    tu już niebezpiecznie się zbliżamy do „sama jest sobie winna”

    ż-ż-ż-że co?
    Jeśli (jeśli!) faktycznie są badania, że np. zachodzenie w niepożądaną ciążę jest skorelowane z optymizmem, to należy sprawdzić, co przyjęto za proxy „niepożądania”, co za proxy „optymizmu”, przychrzanić się do innych kawałków metodologii, ale sugeruję odejście od metametodologii „te wyniki są fałszywe, gdyż sprzeczne z moim Weltanschauungiem„.
    Weltanschauung ma sens heurystyczny w nauce (oraz – niestety – retoryczny w internetach), ale zarazem ma zerową moc dowodową.

  32. @Nankin
    „tu już niebezpiecznie się zbliżamy do „sama jest sobie winna”.”

    Tu już się niebezpiecznie zbliżamy do „zmieścisz się, śmiało” i „tak lądują debeściaki”. Tak, sama jest sobie winna (no, współwinna…) bo się nie zabezpieczała, tak jak ten gość który jeździł bez kasku czy właził zimą na K2. Kiedy można minimalizować ryzyko, należy to robić. Oczywiście nie należy przeginać w drugą stronę, jak ci maniacy, którzy kupują broń i zamykają się w bunkrze, bo się obawiają apokalipsy zombie, albo nie wychodzą na ulicę, bo jeszcze im meteoryt spadnie na głowę.

  33. @ Jedrzej & @maciek608
    Jest masa literatury obozowej dotyczącej postaw więźniów, niejeden psychiatra i psycholog popełnił pracę na ten temat; to o czym piszecie, to raczej kwestia poczucia sprawczości, możliwości wpływania na swój los. Podobnie z Grzesiukiem – stara się zaprezentować jako bystry chłopak z Warszawy. Już w czasie transportu do Dachau stara się zbierać niedopałki, dzięki którym później udaje mu się nawiązywać znajomości; w jednym z więzień etapowych uszkadza alarm, co pozwala mu wietrzyć celę… Być może jest w tym wiele autokreacji, ale ukazuje aktywną postawę. Co do samego optymizmu, to pisze Grzesiuk o sobie i swoim znajomku: „Obaj byliśmy optymistami – warunki obozowe nie działały na osłabienie naszej woli czy załamanie psychiczne. Braliśmy wszystko tak, jak było, uważając, że nic w tym zmienić nie potrafimy, więc należy jak najbardziej przystosować się do tych warunków i starać się, żeby były one dla nas jak najlepsze. I co jeszcze? Obaj mieliśmy dużo poczucia humoru i za to też lubili nas inni.”

  34. „Tak, sama jest sobie winna (no, współwinna…) bo się nie zabezpieczała” Postaram się pisać krótko żeby nie nadwyrężać cierpliwości WO. W takim turbo katolickim kraju jak polsza widzę inne przyczyny nieplanowanego zachodzenia w ciąże niż optymizm/pesymizm.

  35. No dziwnym nie jest że bycie optymistą powoduje większą skłonność do ryzyka. Czy to ciąża czy prawdopodobieństwo wypadku („zmieścisz się śmiało”)

  36. Aczkolwiek Nankin ma oczywiście rację że nijak nie jest to ta najistotniejsza przyczyna (sorry za double post, nie ma edita)

  37. @wo
    „Krąży legenda o facecie w Los Angeles, który za nielegalne posiadanie V-Disków poszedł do więzienia (jestem sceptyczny co do jej prawdziwości, bo nigdzie nie znalazłem jego nazwiska).”

    Google znalazł sugestię, że to mógł być Wesley V. Koller:
    archive.org -> „The Record Changer” (chyba OCR)
    Cytat dosłowny:
    * * *

    Record collecting can be a hazardous oc j
    ‚cupation. Bill Garland sends me a clipping
    from the I.os Angeles Times, — „Wesley V.
    Koller, 24, of North Hollywood, yester-
    day was in the Country Jail charged with
    converting government property to his own
    use.

    „According to the F.B.I., Koller, foreman
    for a record manufacturing concern, re-
    moved 2,500 V-Discs of command perform-
    ances by top-flight stars and stored them
    in his garage and room.

    „The records were manufactured for the
    government to be used by overseas service-
    men. Koller assertedly told agents he merely
    wanted to play the records and return them.”

    * * *

    Link (jeśli cenzura puszcza):
    https://archive.org/stream/recordchanger06unse/recordchanger06unse_djvu.txt

  38. W książce „Wojna, ludzie i medycyna” (Adam Majewski) znalazłem taki opis:
    „w innym miejscu specjalnie wyszkolony jeniec brał z jednego stosu lornety artyleryjskie i czterema uderzeniami młotka, jakiego czasami używają zegarmistrze, wybijał soczewki w każdej lornecie i odrzucał je na inny stos. Niedaleko od niego stało dwóch Niemców i na kowadle układali po jednym zegarku służbowym, podczas gdy ich kolega jednym uderzeniem młota rozbijał zegarek. Zastanawiałem się, ile tych zegarków są w stanie zniszczyć w ciągu jednego dnia. Poinformowano mnie, że w umowie ze Szwajcarią Wielka Brytania zobowiązała się wszystkie zegarki, dostarczone w czasie wojny po niskiej cenie, zniszczyć z chwilą zakończenia wojny.”
    Jeśli tak faktycznie było, to rodzi się pytanie, ile tych lornet czy zegarków ocalało i czy są obiektem kolekcjonerskim

  39. @Sinatra

    Ja od lat byłem z fanclubu Sinatry ale od jakiegoś czasu stałem się też członkiem frakcji Tony Bennett`a. Zwłaszcza jak w ubiegłym roku żona zafundowała mi jego koncert w Royal Albert Hall, miałem wrażenie jakbym „dotykał” na żywo ultra przeszłej historii, zupełnie innych czasów (koncert, sala – choć małe rozczarowanie bo mało było fraków czy czegoś w tym rodzaju 🙂 A jeśli zderzy się jego wiek z jakością występu to naprawdę ekstra przeżycie. On jeszcze (!!!) czasem koncertuje w Europie, najbliżej był chyba „we Wiedniu” więc polecam każdemu kto lubi takie klimaty bo to ostatni żywy z tamtych czasów.

Dodaj komentarz