Warsztat Remigiusza Mroza

Napisałem niedawno o „mistrzowskim warsztacie” Remigiusza Mroza. Komcionauci na to zaszydzili z wyjściowego pomysłu powieści „Testament”. Postanowiłem ją nadrobić i wrócić do tematu.

Rzeczywiście, początek jest dokładnie tak idiotyczny, jak wtedy napisaliście. Nie chcę spojlować, ale nic w tej konkretnie kwestii się nie poprawia do samego końca.

Słowo „mistrz” może jest na wyrost, bo chodziło mi o zręczne rzemiosło, a nie o tworzenie arcydzieł. Nie byłbym sobą, gdybym się jednak nie bronił.

Przecież używamy słów typu „serwis mistrzowski” właśnie na określenie kogoś typu złota rączka – zdolnego rzemieślnika, który nam zabinduje droselklapę na szoner. Mróz zdolnym rzemieślnikiem z pewnością jest.

Potrafi skonstruować narratora, który nie ryksztosuje. Mała rzecz, a już na tym się wywracają początkujący autorzy przekonani, że każdy głupi umie napisać kryminał.

Z kryminałem problem jest taki, że typowy narrator prozy współczesnej, TPO (czyli „wszechwiedzący w trzeciej osobie”), skoro jest wszechwiedzący, to wie także, kto zabił. Jak to sensownie pociągnąć, żeby nam tego nie wypaplał?

Niektórzy próbują z tego wybrnąć stosując narratora subiektywnego w pierwszej osobie (FPS), który o zbrodni wie tyle co my. To ryzykowne rozwiązanie, bo skoro FPS wie tyle co my, to jest nudziarzem takim jak my.

O ile nie ma przygód takich jak Jack Reacher, ciężko mu utrzymać zainteresowanie czytelnika przez setki stron (a i Lee Child czasem daje odpocząć Reacherowi, oddając narrację TPO). FPS nam nie opisze tego, co tak bardzo lubimy u Jo Nesbo, czyli detalicznego opisu ostatnich sekund z życia ofiary.

Teoretycy kryminału uważają, że do tego typu prozy najlepsza jest narracja w trzeciej osobie ze zmiennym punktem widzenia (TPMPOV). Nie wiem, czy Mróz czytał tych teoretyków, czy też sam na to wpadł, ale ją stosuje.

Robiąc przeskok z jednego punktu widzenia do drugiego, początkujący autor często się potyka i robi błąd wyrażany żartobliwym „who was phone?”. Przed chwilą byliśmy w głowie detektywa, potem w głowie przestępcy, a teraz w czyjej, autora?

Mróz robi to na tyle zręcznie, że dla czytelnika to przebiega przezroczyście (zaznaczam: wypowiadam się na podstawie tego, co znam, czyli kilku „Chyłek” i „Świtu, który nie nadejdzie”). Większość czytelników nie zauważa tych przeskoków, a to znak mistrzowskiego opanowania rzemiosła.

Mróz dobrze sobie radzi z inną zasadą prozy sensacyjnej: konstruowania fabuły na zasadzie schodków: „woda woda woda BUM! woda woda woda BUM!”. Te jego „bum!” następuje zawsze kiedy trzeba, jakby to pisał ze stoperem (?).

No i tyle zalet. W sumie dwie: narracja i kompozycja. Ale w literaturze sensacyjnej to dużo.

Jak wszyscy, wolę narzekać niż chwalić, oddawszy więc autorowi komplementa, przejdę do wad. Bo jednak na hasło „nowy Nesbo” czy „nowy Chmielarz” reaguję ekscytacją, której nie budzi we mnie „nowy Mróz”. Gdybym Chyłkę polubił tak jak Jacka Reachera, miałbym już przeczytaną całość.

Zacznijmy od jakości wody. U Nesbo to będzie opis panoramy fiordu jesienią, rozważania o ewolucji brytyjskiego rocka gitarowego albo retrospektywa z drugiej wojny światowej.

U Mroza często to jest dosłownie lanie wody. „Wstał, odchrząknął, poprawił krawat. Wciąż nie zabierał głosu. Powiódł spojrzeniem po zebranych z bladym uśmiechem, jakby chciał ich przeprosić, że nie może jeszcze przemówić, bo pisarz potrzebuje dalszych pięciu stron beztreściowego wypełniacza”.

Chyłka często kogoś pogania obcesowym „będziesz pan tak pieprzyć od rzeczy przez cały dzień”? Zawsze mi szkoda tych, których ona tak sztorcuje, no bo od razu widać, że facet tak nie pieprzy z własnej woli. Po prostu autor w tym rozdziale wyznaczył mu rolę woziwody.

To dlatego właśnie Mróz potrafi pisać tak szybko. Inni autorzy wypełniają tę wodę owocami swojego riserczu. Jeśli akcję umieścili w przedwojennym Wrocławiu, to tutaj właśnie serwują nam jakieś ciekawostki na jego temat.

„Świt” mnie rozczarował jako książka o przedwojennej Warszawie, bo tej Warszawy tam po prostu nie ma. Niektórzy czepiali się Twardocha, że w „Królu” przekręcił jakieś szczegóły, ale niewątpliwie STARAŁ SIĘ pokazać klimat tamtego miasta.

Mróz się nie stara. Owszem, padają jakieś nazwy ulic, ale równie dobrze akcja może się dziać na rogu Generycznej i Defaultowej.
Zaznaczę, że tu akurat dokonał się ogromny postęp między wczesnymi Chyłkami, a względnie późnym „Testamentem”. Nadal jednak kosmicznie daleko do naturalizmu Chmielarza, nie mówiąc już o Żulczyku.

Mróz tak oszczędnie operuje detalami, że większości scen z jego książek nie da się sobie wyobrazić. Twarz jednej postaci opisuje po prostu jako „przeciętną”. O innej pisze zaś, że ma na sobie „drogi” garnitur.

Co za bezsensowny przymiotnik! Większość z nas się tym nie interesuje, więc nie potrafi na oko ocenić, czy ktoś ma na sobie garnitur za pięć stów czy pięć kafli.

Ci, którzy to potrafią, będą z kolei widzieć też inne detale – dwurzędowy, gabardynowy, na miarę (itd). Ale to Mróz musiałby sobie wyobrazić, a jemu się nie chce. Jak mawiał trener Piechniczek, głupi się zastanawia, mądry napierdala.

Jako petrolhead największe problemy mam ze słynnym BMW X5 Chyłki. W komentarzach krytykowano, że w „Kasacji” ma ręczną skrzynię biegów („wrzuciła jedynkę”).

Prosty risercz wykazuje, że do 2006 najtańsze wersje z najsłabszymi silnikami rzeczywiście oferowano z manualem. Tylko czy cała nasza wiedza na temat Chyłki pasuje nam do kogoś, kto wybrałby najsłabszą wersję?

Machnąłbym ręką na ten manual, bo samochody tej klasy zawsze mają opcję przełączenia się na ten tryb. Bardziej w „Kasacji” drażniła mnie scena, w której Chyłka w swoim BWM używa zakładanej na ucho słuchawki BT.

Od 2009 w BMW X5 już oferowano fabryczny zestaw głośnomówiący. Chyłka tak często prowadzi rozmowy z samochodu, że byłby to dla niej must have.

W „Testamencie” kupuje nowy model (rocznik 2018 lub 2019). I co robi? „Głośna muzyka sprawiła, że prawie nie usłyszała dzwonka, wyjęła telefon z podłokietnika, by sprawdzić, kto dzwoni”.

Doprawdy, BMW powinno wytoczyć proces za naruszanie dobrego imienia. Mróz ewidentnie nie jeździł samochodem tej klasy.

Ja też nigdy nie jeździłem akurat X5, ale kilkakrotnie innymi BMW z górnej półki. Nawet w moim Subaru z półki średnio-średniej, gdy ktoś dzwoni, muzyka się AUTOMATYCZNIE WYCISZA, a wyświetlacz informuje nas, kto nam przerwał rozkoszowanie się solówką Davida Gilmoura. Sam telefon zostaje tam gdzie był, nie po to Harald Sinozęby wynalazł technologię Bluetooth (TM), żebyśmy go teraz szukali po omacku.

Samochód z tego rocznika i tej klasy ma wiele cech, które Mrozowi mogłyby się przydać literacko. Ma automatykę, która na styl prowadzenia Chyłki reagowałaby pasywno-agresywnymi brzęczykami („WYKRYTO PRZESZKODĘ!”), protestującymi przeciw manerwowaniu bez kierunkowskazu albo wyprzedzanie o grubość lakieru.

Jeśli to BMW z górnej półki, to ma też HUD, który wyświetla na szybie widoczne tylko dla kierowcy informacje: jego prędkość vs dozwoloną na tym odcinku prędkość, oraz inne obowiązujące tu znaki. To jest kopalnia motywów, Chyłka w prawdziwym BMW kłóciłaby się z HUD-em i brzęczykami.

Mróz o tym nie wie. Rzuca więc tandentymi metaforami typu „prowadziła jakby kodeks drogowy był tylko zbiorem luźnych sugestii”. A powinno być: „sam jesteś wykryta przeszkoda, warknęła Chyłka do HUDego”.

Chyłka ma do swojego samochodu emocjonalne podejście. Nazywa go „swoim dzieckiem”, ma opory przed oddawaniem komuś kierownicy, jest petrolheadką.

A jednak ona sama nie wie, czym właściwie jeździ. Jaka to generacja? Jaka wersja? Jaki silnik? Diesel czy benzyna?

W „Testamencie” mamy scenę kupienia samochodu i wygląda to dosłownie tak, że Chyłka idzie do salonu i kupuje „iks piątkę”. Targuje się przy tym bez sensu o rabat, bo jest koniec miesiąca i sprzedawca chce wyrobić normę (w prawdziwym świecie Chyłka dostałaby większy rabat za bycie sławną prawniczką, ale musiałaby to załatwiać w centrali).

Pytania o model i wersję wyposażeniową nie zadaje ani ona, ani sprzedawca. Dowiadujemy się potem tylko, że Chyłka dopłaciła za lepsze głośniki.

Wszytko co wiemy o Chylące sugeruje nam jednak, że dość ważne dla niej byłoby pytanie, czy chce mieć 4, 6 czy 8 cylindrów, oraz czy skusiłaby się na wersję M. Wygląda na to, że Mróz na etapie „Testamentu” nadal nie wie, że pod ogólnym hasłem BMW X5 kryje się paleta różnych wersji wyposażeniowych (w tym takie, na które nie stać nawet Chyłki więc powinna być jakaś scena, że wzdycha, marzy itd.; „widząc smutek na jej twarzy, Oryński spytał, czy znów myśli o poronieniu. – Nie, że nie mogę mieć wersji z silnikiem V8, która ma 567 koni – odparła).

Do tego Mróz musiałby zrobić tak elementarny risercz, jak przejrzenie broszury modelowej, choćby w internecie. Ale nie mógłby pisać powieści w miesiąc, gdyby riserczował cokolwiek.

W „Kasacji” Oryński mieszka na ulicy Mickiewicza, która przedstawiona jest jako slums. Nie mam pojęcia, skąd autor to wytrzasnął, od kiedy tę ulicę wytyczono, to raczej drogi adres. Zresztą w Warszawie nawet jeśli kiedyś był slums, to razem z metrem przychodzi gentryfikacja.

Metrem? Jakim metrem? „Kasacja” dzieje się w rzeczywistości alternatywnej, w której w Warszawie nie ma metra!

Z niejasnych przyczyn Oryński z ulicy Mickiewicza do siedziby kancelarii Żelazny & McVay, mieszczącej się, jak wiadomo, na 21. piętrze wieżowca Skylight przy Złotych Tarasach, dojeżdża tramwajem. I zajmuje mu to 2 godziny (sic).

Nawet *gdyby* z powodu klaustrofobii nie korzystał z metra, to byłoby pół godziny. Ale wtedy też ktoś powinien wyrazić zdziwienie, widząc Oryńskiego idącego na przystanek tramwaju.

Zresztą nawet ludzie niejeżdżący metrem odwiedzają czasem stację centrum. Jest tam na przykład świetny sklep z komiksami. To jest po prostu niemożliwe, żeby Oryński tak konsekwentnie unikał „patelni”, nawet korzystając z tramwaju.

Wygląda na to, że Mróz wziął te adresy z mapy, nie oglądając nawet budynków przez Google Street View” ani nie odpalając serwisu „jak dojadę”. Nie sprawdzał też cen.

Na początku Oryński jako stażysta zarabia 1000 złotych na rękę. To za mało, żeby wynająć samodzielne mieszkanie na Mickiewicza. Potem awansuje i zarabia już 6k brutto, co pozwala mu wynająć kawalerkę w centrum za 1500 i uważa tę cenę za „rozbój”.

Rozbój? Chyba na właścicielu! 1500 miesięcznie to w Warszawie kawalerka w blokowisku na praskich peryferiach, ale nie w centrum! Może pandemia i kryzys coś tu zmienią, ale przecież mowa o książce dziejącej się w latach 2014-2015.

Wkurza mnie to, bo pisałem już przedtem jak istotny dla mnie jest w kryminale ten balzakowski excel – żeby było wiadomo, ile kto zarabia, na co go stać, a hajs się ogólnie zgadzał. A jak się nie zgadza, to powinno oznaczać Mroczną Tajemnicę, jak w „Ojcu Goriot”. Tutaj się nic nie zgadza po prostu z niedbalstwa autora.

Jako varsavianista ubolewam też nad zmarnowaniem Szpitala Bielańskiego jako miejsca akcji. Rozgrywa się tam kilka rozdziałów „Kasacji”.

To bardzo charakterystyczny budynek, pełen właściwości mogących ubogacić thriller. Moje życie przebiega trochę w jego cieniu – tam przyszedłem na świat, tam parę razy lądowałem w dzieciństwie, tam wreszcie odwiedzałem stosunkowo niedawno różne bliskie mi osoby.

Tyle tu okazji literackich! Opis parkowania pod, opis błądzenia po… A u Mroza to znowu budynek bez właściwości, wziął go po prostu z mapy jako nazwę.

Krótko mówiąc, o ile sam schemat „woda woda woda BUM!” Mróz konstruuje z mistrzowską zręcznością, to sama woda jest podłej jakości. Niczym woda w Wiśle za prezydentury Lecha Kaczyńskiego, gdy non stop lały się do niej niefiltrowane nieczystości.

„Bum!” też jest takie sobie. Już starożytni potępiali zwroty akcji typu „deus ex machina”.

Świetnie je wykpił Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich”: najpierw pakujemy bohatera w tarapaty, z których nie ma prawa się wydostać. A potem piszemy „Nadludzkim wysiłkiem Mike pokonał te irytujące okoliczności i wrócił do Nowego Jorku”.

Nie chcę tu robić spojlerów, żeby komuś nie psuć – jednak – przyjemności, ale u Mroza wygląda to tak. Oto nasi prawnicy chcą zastosować prawny wybieg, zwany Epsodem Meniętnym.

Przez cały rozdział studiują Ustawę o Epsodzie Meniętnym i ciągle dochodzą do tego samego wniosku. Że ustawa wyraźnie mówi, że można to zrobić w sześciu przypadkach i żaden tu nie zachodzi (…woda woda woda…).

I nagle: „bum!”, Oryński odkrywa orzeczenie Sądu Najwyższego przewidujące wyjątek, który akurat idealnie pasuje do naszej sprawy. Uratowani!

Nie poznajemy treści tego orzeczenia. MROZOWI NIE CHCIAŁO SIĘ GO NAWET WYMYŚLIĆ! Po prostu deus wyskoczył z machiny i zabił niemożliwego do pokonania smoka, żebyśmy wreszcie mogli przejść do następnego aktu.

I znów, to nie jest dla mnie dyskwalifikujący zarzut. Najwięksi mistrzowie gatunku stosują „deus ex machina”, zazwyczaj jednak starają się to zamaskować. Mróz nie traci na to czasu.

Popkulturowy krytyk powinien pytać „skąd więc ten fenomen”. Częściowo odpowiedziałem na początku: sprawna narracja i rytmiczne „woda-woda-BUM!”, to już dużo.

W „Testamencie” widzę dalszy rozwój postaci Chyłki i Oryńskiego. Sporo w ich życiu się wydarzyło od „Zaginięcia”!.
To powinno zainteresować znanego szczecińskiego prozaika, o ile ten nadal zajmuje się Biurową Klasą Średnią. Chyłka i Oryński to jej projekcje, jak w tych japońskich kreskówkach, gdzie czyjeś lęki się objawiają jako antropomorficzny potwór.

Chyłka to ucieleśnienie stereotypu tzw. „fajnej laski”. Nie pozwala mężczyznom na mansplaining czy przerywanie jej w pół zdania – to ona wyjaśnia, to ona przerywa. Toalety korporacyjnych biurowców pełne są szlochających kobiet, które chciałyby iść przez życie tak przebojowo jak Chyłka.

Lubi heavy metal, samochody, steki i piwo (choć w „Testamencie” jest już niepijącą alkoholiczną). Niczym w PRL-owskiej powieści dla młodzieży, Chyłka jest dziewczyną tak fajną, jakby była chłopakiem.

Oryński to z kolei ucieleśnienie lęków i marzeń milenialsa zatrzaśniętego na niskim szczeblu kariery. On się nie boi napyskować szefowi, odejść z pracy, dać w mordę gdy trzeba. Toalety korporacyjnych biurowców pełne są szlochających facetów, którzy choć raz chcieliby być odważni jak Oryński.

W późniejszych tomach pojawia się jego zmora, William McVay. To karykaturalny przedstawiciel elit.

To wszystko, na co Oryński musi ciężko zapracować, McVay dostał od życia na srebrnej tacy. Po prostu jako syn McVaya.
Ten wątek byłby nawet ciekawy, gdyby Mróz narysował go subtelniejszą kredką. W „Testamencie” to jednak tylko garść stereotypów.

W każdym razie, charakterystyka tych postaci (plus doskonałe wyczucie narracji/kompozycji), wydaje mi się kluczem do sukcesu tych książek.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

271 Comments

  1. KO: „w tym takie, na które nie stać nawet Chyłki nie mogłaby sobie pozwolić,”

    Żeby nie, było, że się tylko czepiam – bardzo ciekawy tekst.

  2. To jeszcze w temacie wody i ogólnego researchu w książkach – kryminałów raczej nie czytam (aczkolwiek właśnie, z ciekawości, sięgnąłem po Lot 202 Mroza), ale jestem wielkim fanem SF. Dla mnie mistrzem w zanurzaniu się w kulturę jest przykładowo taki Ian McDonald – kiedy się czyta Dom Derwiszy to ma się wrażenie spacerowania przez te rozgrzane uliczki Stambułu i picia kawy kupionej w kawiarni należącej do greckiej diaspory. Pamiętam kilka prób czytania polskiej SF i jak strasznie z niej wieje prowincjonalnością – jakby autor nigdzie nie był i nic ze świata nie rozumiał.
    A co do warsztatu – jeszcze bym zrozumiał, gdyby autor nie potrafił opisać jakiejś tam trzeciorzędnej cechy czy wątku. Przykładowo, z racji tego co robie na co dzień wszelkie wątki o bezpieczeństwie komputerowym w powieściach zwykle mnie co najwyżej lekko irytują, ale jeśli autor próbuje z tego zrobić pierwszoplanowy wątek bez choćby minimalnego rozpoznania to dziękuje, jest wiele innych książek.

  3. @WO

    „Mróz tak oszczędnie operuje detalami, że większości scen z jego książek nie da się sobie wyobrazić.”

    Biograf Lema, który w sporze o wizualność w literaturze bierze stronę Ingardena. Interesujące!

  4. Mnie ten jego brak riserczu najbardziej rozsierdził, gdy czytałem tę jego trylogię o politykach. To jak tam zostałą opisana Wiejska i kawiarnia Czytelnika, wskazywalo, że jednak odpalił streetview, ale natychmiast zamknął przerażony tym ile musiałby dodać szczegółów do swojego tekstu.

  5. @”Doprawdy, BMW powinno wytoczyć proces za naruszanie dobrego imienia.”
    Prawda, ale może bohaterka zarazem poprawia ten wizerunek np. włączając zawsze kierunkowskaz? Hie hie.
    Bluetooth owszem, sprzęga, ale wystarczy go wyłączyć w telefonie i już samochód nic nie wie, nie ścisza muzyki i nie wyświetla.

    @”Targuje się przy tym bez sensu o rabat, bo jest koniec miesiąca i sprzedawca chce wyrobić normę (w prawdziwym świecie Chyłka dostałaby większy rabat za bycie sławną prawniczką, ale musiałaby to załatwiać w centrali)”
    A jaki wytargowała? Najwyższy o którym wiem, akurat przy najmocniejszej wersji X3, czyli było z czego opuszczać, to 27%. Ale to po celowym zapytaniu o ofertę prowincjonalnego salonu, który zapewne chciał zrobić wynik.

    @Chyłka w prawdziwym BMW kłóciłaby się z HUD-em i brzęczykami.
    Przede wszystkim jej BMW co chwila hamowałoby z powodu np. rowerzysty na poboczu, aktywny tempomat niestety czasem się tam peszy z takich powodów. Plus awaryjne hamowanie, gdyby było już naprawdę blisko do samochodu przed nią.

  6. Hehehe, no coś podobnego, WO przyznaje mi rację 🙂 bo to chyba ja pierwszy zrzędziłem na niezrozumiałą dla mnie popularność tego pana.

    Co do meritum: TPMPOV nagminnie stosuje znaczna część najbardziej kasowych pisarzy (Dan Brown choćby, Deaver, Patterson itp itd) to trudno by Mróz tej techniki nie znał. Ze warsztatowo jest sprawny tylko pisze bzdury to nie neguję.

    Testament to jeszcze pikuś, nie mam pamięci do tytułów ale najgorsze zło jakie Mroza czytałem było o jakiejś himalaistce i Chyłce która wybrała się wspinać w Karakorum. To było po prostu straszliwe, do tego skończyło się jakimś totalnie z dupy wyjętym i kompletnie nieprawdopodobnym rozwiązaniem. Dramat.

  7. „Nawet w moim Subaru z półki średnio-średniej, gdy ktoś dzwoni, muzyka się AUTOMATYCZNIE WYCISZA, a wyświetlacz informuje nas, kto nam przerwał rozkoszowanie się solówką Davida Gilmoura.”
    Subaru!? Byle skodzina też.
    „wątki o bezpieczeństwie komputerowym w powieściach zwykle mnie co najwyżej lekko irytują, ale jeśli autor próbuje z tego zrobić pierwszoplanowy wątek bez choćby minimalnego rozpoznania to dziękuje”
    Mankell „Zapora” się tu kłania.

  8. I jeszcze, zamykając wątek BMW X5 – jeśli nawet Mrozowi się nie chciało przejść do salonu, to mógł chociaż obejrzeć film Locke z Tomem Hardym. To zasadniczo 85-minutowa reklama tego samochodu (poprzedni generacji) a bohater dość intensywnie dzwoni w czasie jazdy.
    Ale zapewne przy takiej skali produkcji autor nie ma czasu taczki załadować, tzn. obejrzeć/przeczytać cokolwiek innego twórcy.

  9. @wo
    „Jak mawiał trener Piechniczek, głupi się zastanawia, mądry napierdala”

    Chyba najlepsze podsumowanie tych literackich hamburgerów. Olać risercz, napierdalać i zarabiać. Niech sobie Tokarczuk lata po bibliotekach jak jej się nudzi. Właściwie na miejscu Mroza zatrudniłbym jakiegoś łosia od takich rzeczy; ma dużo forsy i mało czasu, więc mógłby kogoś wynająć – proste równanie…

    @carstein
    „To jeszcze w temacie wody i ogólnego researchu w książkach – kryminałów raczej nie czytam (aczkolwiek właśnie, z ciekawości, sięgnąłem po Lot 202 Mroza), ale jestem wielkim fanem SF”

    Że niby w polskim SF tak ostro riserczują? Nie czytam tego od lat ’90, ale zawsze miałem wrażenie, że to wszystko pisane jest na kolanie. Ostatnio na „Dwutygodniku” jakiś japonista zdemolował „Imperium Chmur” Dukaja – książkę tak podobno genialnie zriserczowaną, że autorowi nie chciało się nawet sprawdzić, jak brzmiałyby polskie nazwiska w ustach Japończyka.

  10. @mnf

    „więc mógłby kogoś wynająć”

    To najpierw musiałby mieć choć minimalny szacunek dla czytelnika – póki co nauczył sie że może napisać dowolne bzdury a i tak się sprzeda. To po co się starać.

  11. @research w SF
    To ja się pochwalę, że pisząc pewne opowiadanie poświęciłem kilka dni na znalezienie osoby, która mi przetłumaczy jeden zwrot na łacinę.
    Przy okazji przekonałem się, że wszystkie dostępne online translatory na łacinę są do bani.

  12. @mnf:
    „Że niby w polskim SF tak ostro riserczują? Nie czytam tego od lat ’90”
    A gdzie ja napisałem, że w polskim SF cokolwiek riserczują? W zachodnim, owszem (tu polecam np. Petera Wattsa), ale w znanych mi polskich raczej wcale.

    A jeszcze wracając do Mroza – no i czytam ten Lot 202 i co rusz jakieś kwiatki. A to uparte nazywanie katany szablą, a to inspektor Oliwia odbezpiecza Glocka. To nawet nie jest to, żę nie sprawdził, tu nawet nie dostrzegł potrzeby sprawdzania.

  13. @BMW i BT
    Nie mam zamiaru bronić Mroza, bo nic nie czytałem, ale nagminnie widuję kierowców droższych samochodów gadających przez telefon trzymamy przy uchu. Może nie ogarniają technologii? Może się chwalą, że stać ich również na telefon? A może to złodzieje, którzy nie mieli czasu na sparowanie telefonu (polscy bandyci nie mają nawet czasu założyć maseczki i są ostatnio masowo łapani przez Policję)? Cholera wie, ale wcale nie jest tak, że ludzie korzystają ze wszystkich możliwych udogodnień jakie mają pod ręką.

    Jeśli chodzi o kupowanie BMW, to się nie da bez spędzenia kilku godzin u dealera, bo to nie Tesla i opcji jest milion. No, chyba że bierze się coś z placu, ale wtedy i tak z reguły trzeba poświęcić czas, żeby coś wybrać, bo jest z czego.

  14. „Ci, którzy to potrafią, będą z kolei widzieć też inne detale – dwurzędowy, gabardynowy,..”

    „bolerko z jedwabnej żorżety” u Chandlera pamiętam do dziś,

  15. @bartolpartol
    „nagminnie widuję kierowców droższych samochodów gadających przez telefon trzymamy przy uchu”

    Niezmiennie mnie to zadziwia. Burak jeździ samochodem za 100 kafli, a nie stać go na zestaw głośnomówiący? Nie umie skonfigurować? Już abstrahując od wszystkiego, jest to chyba wykroczenie za które można dostać mandat.

  16. @lot 202
    No dobra, to już ostatni komentarz, bo właśnie skończyłem to czytać – faktycznie, jak u mroza, woda woda, bum, woda, woda, bum. Tych twistów akcji było tyle, że zaczęły już być męczące. Do tego stopnia, że po pewnym czasie czytelnik po prostu przestaje na nie żważać. No bo skoro wiadomo, że zaraz będzie następny twist, to po co się w ogóle przejmować bieżącymi informacjami.

    Najistotniejsze jest jednak w posłowiu – otóż autor twierdzi, że pisał książkę od 13 do 29 listopada. To jest 500 stron w 16 dni. Owszem, niby kilka miesięcy później zabrał się do redagowania książki, ale to nadal takie tempo, które moim zdaniem nie pozwala na jakiś głębszy risercz.

  17. @bartolpartol
    „nagminnie widuję kierowców droższych samochodów gadających przez telefon trzymamy przy uchu””

    Może nie umiesz tego ocenić? Kilkunastoletnie BMW X5 może wyglądać równie imponująco jak nowe, ale kupisz je za jakieś 40 kafli. Między innymi dlatego nie lubię przymiotników typu „drogi” [garnitur], że ludzie zazwyczaj nie potrafią tego ocenić. Jacek Dehnel często budzi fantazje z serii „on się drogo ubiera”, a to w większości wyprzedaże z sieciówek (tyle że dobierane z gustem). Plus te wszystkie fantazje o „najnowszych modelach iPhone’a” (w rękach uchodźców, itd).

  18. @embercadero
    „Co do meritum: TPMPOV nagminnie stosuje znaczna część najbardziej kasowych pisarzy (Dan Brown choćby, Deaver, Patterson itp itd) to trudno by Mróz tej techniki nie znał.”

    Może i znał, ale i jako recenzent opublikowanych książek, i jako juror oceniający nadesłane teksty, zetknąłem się z przygnębiającą porcją tekstów, których autorzy nieporadnie usiłowali to zastosować – bo mieli ochotę stworzyć coś „a la Dan Brown” – i rezultaty były jak… jak zdjęcia z istniejącego kiedyś fanpejdża „Failed Panorama Photos”.

    Zmiana punktu widzenia nie jest taka prosta, zwłaszcza gdy ją chcemy zrobić w trakcie rozdziału. Czytelnik musi ją jednocześnie zauważyć (żeby go nie zdziwiło to, że nagle jesteśmy w głowie kogoś innego), i nie zauważyć (żeby go nie wytrącić ze stanu Zawieszenia Niewiary).

  19. @bartolpatrol, wo re: zestawy głośnomówiące

    A to nie jest bardziej kwestia kulturowa, niż finansowa? Sam odróżniam SUVy za 400k od tych za 40k i z racji bycia petrolheadem, i mieszkania na prowincji (świeże X5 na blachach warszawskich – salon, leasing; świeże X5 na blachach z powiatu – salvage title, aukcja w New Jersey, szpachlowanie gruzu). Anecdata, ale z telefonem przy uchu będzie jeździł właściciel wypożyczalni koparek w Cayenne za 5k miesięcznie netto. Dentysta w Maździe CX-5 za 1.5k grzecznie sparuje telefon z Apple CarPlay.

  20. @wo
    Toż nie odmawiam Mrozowi pisarskiej sprawności. Z jakiegoś powodu przecież to się tak łatwo czyta. Tylko straszne bzdury często pisze po prostu. I nie chce mu się chcieć, np poświęcić kilka dni i wymyślić zakończenia o niezerowym prawdopodobieństwie zaistnienia w realu.

  21. Nic nie przeczytałem Mrożą i nie przeczytam. Teraz tym bardziej po tym solidnym wpisie. A jestem mocno w kryminał wciągnięty. Teraz odkrywam R.Małeckiego. Chełmża wylądował na liście do odwiedzenia w przyszłym roku 🙂

  22. @sheik
    „A właśnie, czy miasta i inne lokacje płacą autorom za promocję?”

    Nic mi nie wiadomo o formalnym kontrakcie („w zamian za $sumę zleceniodawca zobowiązuje się do napisania 3 powieści kryminalnych…”), ale czasem władze miejskie zauważają, że umieszczenie tu kryminału to świetna promocja, więc zaczynają autora nagradzać, dopieszczać, itd. Nie chcę nikogo pokazywać palcami, ale miłośnicy polskiego kryminału zapewne teraz o kimś pomyśleli… ciekawe, czy wszyscy myślimy o tym samym mieście?

  23. Dzień dobry,
    po pierwsze, dzięki za miłe słowa we wpisie. Ale do meritum – chociażby Piotr Borlik dostał stypendium prezydenta miasta Bydgoszcz, ale chyba nie umieścił akcji żadnej powieści w tym mieście. Do mnie, póki co, żadne miasto z propozycją takiej promocji się nie zgłosiło 🙂

    Co do Mroza, to analizując jego książki, nie można też pominąć faktu, że dzięki prędkości pisania sięga po nośne pytania. Część, kiedy Chyłka wspinała się na Annapurnę, powstał w szczycie zainteresowania himalaizmem w Polsce, kiedy co chwila wychodziły na ten temat kolejnej reporterskie książki. Część, gdzie pojawiał się sędzia TK, ukazała się w trakcie lub tuż po przejęciu TK przez PiS. W pierwszym Forście natomiast udało mu się pomieszać wątki z Dana Browna ze zbrodnią wołyńską. Innymi słowy – jeśli trwa jakaś inba, to za dwa, trzy miesiące wypuści na ten temat książkę. Aż sam jestem zdziwiony, że jeszcze nie opublikował niczego o pandemii. No, ale rok 2020 jeszcze się nie skończył.

  24. @monday
    „Niezmiennie mnie to zadziwia. Burak jeździ samochodem za 100 kafli, a nie stać go na zestaw głośnomówiący? Nie umie skonfigurować?”

    100k to kosztuje zdecydowana większość nowych samochodów, chyba już nawet klasy B, więc to nie jest jakaś magiczna granica. Prędziej 200-250k i o kierowcach takich samochodów pisałem.

    Sam mam furkę za ponad 150k cennikowo, ale nie uważam się za człowieka majętnego. Po prostu stać mnie na wynajem długoterminowy, więc korzystam. A używanego samochodu więcej nie kupię, bo nie.

    „Już abstrahując od wszystkiego, jest to chyba wykroczenie za które można dostać mandat.”

    Za wiele rzeczy potencjalnie można dostać mandat, ale jakoś nie widzę, żeby kierowcy się przejmowali, bo trzeba mieć naprawdę sporego pecha, żeby zostać zatrzymanym przez naszą leniwą policję.

    @wo
    „Może nie umiesz tego ocenić? Kilkunastoletnie BMW X5 może wyglądać równie imponująco jak nowe, ale kupisz je za jakieś 40 kafli.”

    Nie jestem petrolheadem, wręcz przeciwnie, samochody spalinowe to brudne, głośne, śmierdzące i trujące zło, z którym trzeba jak najszybciej skończyć, ale żeby nie rozpoznać kilkunastoletniego X5 musiałbym być ślepy, a nie jestem. Sądzę, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem rozpoznam czy to bieżący, czy poprzedni model, choć fanem BMW bynajmniej nie jestem i nie śledzę czy już dobili do 50 modeli, czy ciągle są na poziomie 40. Po prostu zmiany we wzornictwie samochodów są dosyć charakterystyczzne.

    @Michał
    „Anecdata, ale z telefonem przy uchu będzie jeździł właściciel wypożyczalni koparek w Cayenne za 5k miesięcznie netto. Dentysta w Maździe CX-5 za 1.5k grzecznie sparuje telefon z Apple CarPlay.”

    No właśnie, można powiedzieć, że to się bierze z poziomu kultury i świadomości społecznej, jak ktoś jest burkiem, to się będzie jak burek zachowywał. Ale zastanawia mnie to z innego powodu, przecież przez zestaw głośnomówiący po prostu się łatwiej rozmawia (pomijam, że bezpieczniej, bo przecież każdy burek w swoim przekonaniu jest najlepszym kierowcą świata i mógłby przez dwa telefony na raz podczas kierowania rozmawiać).

  25. @carstein
    „A gdzie ja napisałem, że w polskim SF cokolwiek riserczują? W zachodnim, owszem (tu polecam np. Petera Wattsa), ale w znanych mi polskich raczej wcale”

    To nie całkiem prawda. Oczywiście, wielu autorów często nie dopatrzy. Czasem drobiazg się nie zgadza niedostrzegalny niemal (podobnie jak u Mroza, bohater bawił się bezpiecznikiem Glocka u Tomka Pacyńskiego), czasem irytujący (snajperki jako pluton egzekucyjny u Szydy). Ale też pamiętam, kiedy Kuba Ćwiek pisał „Ciemność płonie”, z akcją na dworcu w Katowicach, chodził na ten dworzec, również po nocach, gadał z bezdomnymi i strażą, poznawał jakieś niedostępne dla pasażerów miejsca czy tunele. Książkę niezła, pewne kwestie uważam, że mu nie wyszły, ale research robił jak należy – a tego dworca już nie ma. Researchu Sapkowskieo, kiedy pisał o husytach, można tylko zazdrościć.

    Z drugiej strony nie zawsze to ważne. Na zachodzie mamy pierwszą Misję Imposybilną, gdzie nic się nie zgadza i każdy znajdzie buga w swojej dziedzinie – i to takiego walącego po oczach. A jednak był hit.
    Z drugiej strony świetny research zrobiła np. Mary Robinette Kowal w „The Calcutating Stars” (Hugo 2019) – polecam. Pisze o tym w posłowiu.

    Różnie bywa i czasem nie warto się czepiać. A czasem po prostu trzeba.

  26. @bartol

    „Nie jestem petrolheadem, wręcz przeciwnie, samochody spalinowe to brudne, głośne, śmierdzące i trujące zło, z którym trzeba jak najszybciej skończyć, ale żeby nie rozpoznać kilkunastoletniego X5 musiałbym być ślepy, a nie jestem.”

    No to właśnie udowodniłeś że jesteś petrolheadem 😀 Nie jestem to ja – ja nie dałbym gwarancji że w ogóle rozpoznam że dany samochód to BMW bez widzenia znaczka. A jak wygląda X5 w przeciwieństwie do X4 albo X6 to nie miałbym najbledszego pojęcia. Pewnie ma cztery koła i kierownicę.

  27. @embercadero „ja nie dałbym gwarancji że w ogóle rozpoznam że dany samochód to BMW bez widzenia znaczka”
    Czyli nie należysz do grupy która po prostu takie rzeczy wychwyci jako błąd rzeczowy (15-letnie X5 nie tylko wygląda już nieco staro, jest też mniejsze od obecnego X3), pewnie za to zauważysz jakąś niekonsekwencję gdzie indziej. To jest nieuniknione, we wspomnianym powyżej Locke dramaturgia wymagała, żeby bohater był kierownikiem budowy, jednocześnie zajmując się rzeczami którymi w realu by się nie zajmował. Jeśli sprawnie zrobione, nie urywa nam to szelek zawieszających niewiarę. Pewnie większość informatyków skręca, kiedy widzą to, co w filmie uchodzi za hakowanie komputerów wroga albo nie wiem, namierzanie kogoś za pomocą kamer (Bond / Bourne).

  28. @bartolpartol
    „Nie jestem petrolheadem, wręcz przeciwnie, samochody spalinowe to brudne, głośne, śmierdzące i trujące zło, z którym trzeba jak najszybciej skończyć, ale żeby nie rozpoznać kilkunastoletniego X5 musiałbym być ślepy”

    Nie jestem #rapiery ale żeby nie rozpoznać różnicy między PzKpfw IV Ausf. H a PzKpfw IV Ausf. F2 to też trzeba być ślepym.

  29. @embercadero
    „No to właśnie udowodniłeś że jesteś petrolheadem”

    Hehehe, to jest tak, że jak sam sobie kupujesz samochód, telefon, komputer itp., to musisz siłą rzeczy się orientować w swoich potrzebach i tym co jest na rynku, choćby w minimalnym zakresie pozwalającym na podjęcie decyzji optymalnej z własnego punktu widzenia. Ale owszem, interesuję się samochodami – elektrycznymi, więc może jestem electricheadem.

    Mam niestety tak, że zapamiętuję zbędne rzeczy. Wystarczy że raz zobaczę jakiś samochód i dowiem się co to jest (np. zobaczę reklamę wspomnianego X5) to z dużym prawdopodobieństwem ten samochód poźniej rozpoznam (dotyczy to oczywiście nie tylko samochodów). To wcale nie jest taka super pzypadłośćć, bo zawsze coś dzieje się kosztem czegoś innego. Np. pamiętam twarze, choć często nie pamiętam skąd, mam problemy z mnożeniem w zakresie szkolnej tabliczki mnożenia, dodaję prawie „na palcach” i nie jestem w stanie zapamiętać wzorów, ale skończyłem informatykę z najwyższą oceną i pracuję w zawodzie, i to jako algorytmik, a nie klepacz kodu. A tak poza tym to uważam się za humanistę. Może to wszystko to po prostu efekt dysleksji.

  30. @bartol

    Ależ ja też sam kupowałem swój obecny samochód. Zależało mi by był zielony i jest 🙂 Poprzednio zależało mi by był żółty i też był 🙂 Poza tym miał w miarę żwawo jeździć no i być nowy – bo to oznacza circa about 10 lat świętego spokoju.

    A generalnie chodzi mi o niezakładanie że każdy jest samochodowym freakiem. Od czasu jak się zaczęła pandemia dochodzę do wniosku że w sumie ten samochód nie jest mi potrzebny. Wcale nie wiem czy jak się już rozleci to kupię następny. Jakby było emergency to pod domem zawsze stoi jakiś Panek. Samochód na własność powoli staje się głównie kłopotem

  31. „Z drugiej strony świetny research zrobiła np. Mary Robinette Kowal w <> (Hugo 2019) – polecam. Pisze o tym w posłowiu.”
    To o książce której motywem przewodnim jest to, że pełne zterraformowanie Marsa będzie łatwiejsze niż odwrócenie katastrofy klimatycznej na Ziemi? W moim prywatnym rankingu cringowatości, dzieło to jest w ścisłym topie i nijak nie rozumiem zachwytów nad tym czymś.

  32. @D.N.L
    „Nie jestem #rapiery ale żeby nie rozpoznać różnicy między PzKpfw IV Ausf. H a PzKpfw IV Ausf. F2 to też trzeba być ślepym.”

    Bo jedno ma armatę z przodu, a drugie z tyłu? Nie mam pojęcia co to jest, ale kojarzy mi się militarnie.

    @embercadero
    „Ależ ja też sam kupowałem swój obecny samochód. Zależało mi by był zielony i jest Poprzednio zależało mi by był żółty i też był Poza tym miał w miarę żwawo jeździć no”

    No, to już wystarczy, żeby zajrzeć na kilka stron samochodowych i sprawdzić co to by mogło być. Chyba, że wszedłeś do pierwszego dealera z brzegu i powiedziałeś: zielony i żwawy.

    Ja akurat miałem kilka więcej wymagań (czerwony, jasne wnętrze, benzyna, automat i 4×4, bo skoro nie ma już małych VANów z odsuwanymi tylnymi drzwiami, to niech będzie SUV, a jak SUV, to 4×4) no i chciałem wynająć za rozsądną kasę, a nie kupować, co w Bolandzie nie jest wcale takie proste i oczywiste (np. MINI się nie da, wciskają na siłę ujowy leasing).

    „i być nowy – bo to oznacza circa about 10 lat świętego spokoju.”

    To się rozumie samo przez się. Ja dodatkowo nie chciałem kupować, bo sprzedawanie samochodu to zawracanie głowy.

    „A generalnie chodzi mi o niezakładanie że każdy jest samochodowym freakiem. Od czasu jak się zaczęła pandemia dochodzę do wniosku że w sumie ten samochód nie jest mi potrzebny. Wcale nie wiem czy jak się już rozleci to kupię następny. Jakby było emergency to pod domem zawsze stoi jakiś Panek. Samochód na własność powoli staje się głównie kłopotem”

    No właśnie jak wybuchła zaraza i przestałem prawie jeździć, to sobie pomyślałem, że posiadanie samochodu jest dosyć słabe. To znaczy już wcześniej tak myślałem, ale problem w tym, że w mojej okolicy nie mogę liczyć na to, że zawsze znajdę samochód na minuty w promieniu 10 minut spaceru kiedy akurat potrzebuję, a taksówkami nie lubię jeździć. A że z okazji zarazy komunikacją miejską nie jeżdżę, to przy moim koszcie wynajmu ~45 zeta dziennie + paliwo i płyn do spryskiwaczy, to bym jakoś specjalnie dużo nie zaoszczędził, a jednak stracił komfortu sporo. Ale to jest zawsze otwarta opcja, szczególnie gdy powiawią się samochody autonomiczne, które podjadą pod dom na żądanie.

  33. @alterid
    „To o książce której motywem przewodnim jest to, że pełne zterraformowanie Marsa będzie łatwiejsze niż odwrócenie katastrofy klimatycznej na Ziemi?”

    Tak mi sie skojarzyło, że czytałem coś podobnego chyba. Czerwona planeta, czy jakoś tak. Czytałem na raty z nudów, bo nuuda kszmarna i kosmiczne bzdury. Ale w pewnym sensie ciekawa, bo autor jednak trochę wyobraźni miał. Co do riserczu się nie wypowiem.

    Swoją drogą, kiedyś czytałem pewną książkę o Marsie i nie mogę sobie przypomnieć co to było. Szło mniej więcej o to, że swego czasu Mars był zdatny do życia, ale jakieś korpo w imię nie wiem czego doprowadza Marsa do upadku, a jakieś freaki czegoś tam szukają i się okazuje, że kropo coś tam zakopało, co wytwarzało atmosferę (to jakoś przez wielki się działo chyba). Cholera wie, więcej nie pamiętam. Kojarzy ktoś mimo wszystko?

  34. @D.N.L
    żeby nie rozpoznać różnicy między PzKpfw IV Ausf. H a PzKpfw IV Ausf. F2 to też trzeba być ślepym

    Gdyby ktoś odkręcił Schürzen z „H”, to nie wiem, czym bym poznał, który jest który. W każdym razie nie bez mierzenia lufy centymetrem krawieckim.

  35. @alterid
    To trochę nie tak. Ta katastrofa klimatyczna jest nieodwracalna. A program kosmiczny działa. Czy się uda, to inna kwestia, ale w zasadzie nie ma wyjścia.
    A ksiązka jest w zasadzie powieścią obyczajową. Ale akcja dzieje się w takiej alternatywnej NASA. I naprawdę jest OK.

  36. @bartolpartol
    No więc właśnie tak jak to, że ktoś za oczywistą uzna różnicę między dwiema wersjami czołgu, który „normalna” osoba co najwyżej kojarzy, że istniał oznacza, że się jest #wrapiery tak stwierdzenie, że trzeba być ślepym by nie rozpoznać jakiś dwóch modeli BMW oznacza, że się jest petrolheadem.

  37. @pewuc
    „To trochę nie tak. Ta katastrofa klimatyczna jest nieodwracalna. A program kosmiczny działa. Czy się uda, to inna kwestia, ale w zasadzie nie ma wyjścia.”
    Z tego co pamiętam, to pomysł tam jest taki, że się poleci na Marsa i coś zrobi z brakiem atmosfery, ale jeszcze nie wiadomo co. Tutaj moje zawieszenie niewiary zawiodło, bo aż prosi się by ten sam rygor naukowy zaprząc w obronie atmosfery Ziemi, ale jakoś bohaterowie książki na to nie wpadają.

    „A ksiązka jest w zasadzie powieścią obyczajową. Ale akcja dzieje się w takiej alternatywnej NASA. I naprawdę jest OK.”
    Historia jak historia, rozumiem że to literatura w której motyw przewodni uświęca środki, ale dla mnie wyszło słabo. Bohaterka jest wyciosana grubo z nieposklejanych schematów, seksizm i rasizm tej ery są opisane komiksowo, a sceny seksu są po prostu szokująco złe (jeśli nie umie się ich pisać, czemu kończyć nimi co drugi rozdział? Redaktorze owej książki – wołam – od tego byłeś by w te sceny wbić litościwy sztych mizerykordią klawisza delete!). No ale z degustibusami jak z podmodelami BMW X5 – wiele ich.

  38. Co do Marsa, to przypomina mi się lektura „Marsjanina” Andy’ego Weira i kwestia prawdopodobieństwa fabuły. Najbardziej durne w tej książce wydało mi się to, że NASA przez kilka miesięcy (!) nie robi zdjęć miejsca lądowania, bo jest tam trup astronauty. Ja bym zrobił foto zaraz jak skończyła się burza piaskowa.

  39. „zło mniej więcej o to, że swego czasu Mars był zdatny do życia, ale jakieś korpo w imię nie wiem czego doprowadza Marsa do upadku”
    Brzmi jak „Mars” Kosika

    @miasta
    Chętnie bym przeczytał przewodnik po Warszawie śladami kryminałów Chmielewskiej (na tym osiedlu mieszkaniowym znaleziono zwłoki z długopisem w oku)

    @ceny samochodów
    Klasa B to 40 kzł wzwyż, ale raczej 60. Klasa C da się znaleźć za 60 kzł, ale wtedy manual.

  40. @janekr
    „Brzmi jak „Mars” Kosika”

    Panie, dzie tam korpo?

    Ja nie wierzę w terraformowanie Marsa, bo nie wierzę w zdolność do przetrwania – i, uwaga, ROZMNAŻANIA SIĘ – ludzi w niskiej grawitacji. Wiele książek i filmów sf pokazuje Marsa jakby tam było ziemskie przyśpieszenie grawitacyjne. A pod tym wzgledem jesteśmy anomalią w Układzie Słonecznym, reszta obiektów to albo gazowe giganty, albo planety/satelity z czymś typu 0,2 g.

  41. @Wojciech Nowakowski

    ” NASA przez kilka miesięcy”

    To nie było „kilka miesięcy” tylko dwa i w miarę logicznie to tłumaczy scena rozmowy z szefem NASA (bo PR, bo zdjęcia są z urzędu upubliczniane. Dla mnie większym powodem do zawieszenia niewiary był brak planu na sytuację „co by było gdyby ktoś jednak został” (bo statek – MAV miał być węzłem łączności ale co by było gdyby i wtedy Watney miałby łączność od razu…)

    @bezpiecznik Glocka

    Akurat to częsty błąd – nie dam głowy ale widzę je regularnie w różnych powieściach. Generalnie z błędów okołorapierowych widać z reguły dwa. Albo zbyt słaby research (i mamy te nieszczęsne Glocki z bezpiecznikiem [1]) albo mamy bezsensowne przegięcie w stronę szczegółów (które są IMHO zbędne, jeśli to nie jest ważne dla fabuły – typu nietypowa broń jako narzędzie zbrodni etc). Tak samo jak częste są wpadki prawne ale 99% publiczności ich i tak nie zauważy (w sensie – pomylone pojęcia/instytucje/procedury).

    [1] żeby było śmieszniej taka wersja istnieje ale w IRL występuje w śladowych ilościach

  42. @D.N.L
    „No więc właśnie tak jak to, że ktoś za oczywistą uzna różnicę między dwiema wersjami czołgu, który „normalna” osoba co najwyżej kojarzy, że istniał oznacza, że się jest #wrapiery tak stwierdzenie, że trzeba być ślepym by nie rozpoznać jakiś dwóch modeli BMW oznacza, że się jest petrolheadem.”

    Noale petrolheadzi piją benzynę (ci bardziej harkorowi ropę), oddychają spalinami i dla relaksu gazują silnikiem! A ja jestem od tego jak najdalszy.

    @Gammon
    „Brzmi jak scenariusz Total Recall.”

    O, kurka. Właśnie sprawdziłem i może to to coś Piersa Anthony’ego, który napisał powieść na bazie filmu (o tym samym tytule)? Bo film powstał na motywach opowiadania Dicka. Ciekawy ślad, dzięki za naprowadzenie.

    @Wojciech
    „Co do Marsa, to przypomina mi się lektura „Marsjanina” Andy’ego Weira i kwestia prawdopodobieństwa fabuły.”

    „Marsjanin” jest tak głupi i niedorzeczny, że przeczytałem go tylko i wyłącznie dla hecy. I w sumie żałuję, bo im dalej w las tym głupiej, więc zmarnowałem czas.

  43. Ale czy sukces Mroza nie pokazuje, że riserczu robić nie warto, bo normiki i tak mają to w nosie?

    Raz spędziłem dzień na riserczu żeby napisać akapit; co z tego mam? Nic.

  44. @mrw Ale czy sukces Mroza nie pokazuje, że riserczu robić nie warto, bo normiki i tak mają to w nosie?

    Oczywiście że tak, przecież kogo obeszła cała ta inba o nowego Dukaja? To trochę jak facet robiący dogłębny risercz na temat zdobienia kajuty kapitana na modelu żaglowca. Jest paru, których to zainteresuje i docenią (albo i nie), reszta nawet nie zauważy problemu.
    A wracając do BMW i drogich garniturów: w Polsce mało kto jeździ nowym BMW i juz zupełnie mało kto nosi drogie garnitury (w sensie Zegna, Brioni, bespoke Savile Row etc.) Ludzie dosłownie nie wiedzą, dlaczego garnitur jest dobry, więc trudno epatować szczegółami.
    W Polsce często używane samochody są dosłownie sklejane z dwoch-trzech i samochód klasy wyższej z ręczną skrzynią nie jest wcale aż taka abstrakcją – o ile to tzw.ulep. Ostatnio Złomnik załamywał ręce nad ogłoszeniem o sprzedaży Alfy 156 Crosswagon, którą właściciel przerobił z 4×4 na 2×4 i zmienił jej skrzynię z 6 na 5-biegową. Natomiast BMW X6 się w Polsce przerabia z 4 na 5 osób, bo przecież lans a la Dubieniecki musi być, natomiast dziecka w komplecie z tyłu jakoś trzeba przewieźć.

  45. @bartolpartol, @janekr
    Film Verhoevena jest mocno odległy od Dicka. Ale skoro ktoś następnie przerobił film na powieść (której nie znam), zachowującą jaką-taką zgodność z filmem, to może być ona.

  46. @pewuc:
    No daleki też jestem od stwierdzenia, że nikt z Polskich autorów (rozrzeszając poza wspomnianą SF) researchu nie robi – pamiętam właśnie Jakuba Ćwieka, który chyba pisząc krzyż południa był załamany, kiedy w połowie pisania zorientował się , że pomylił dwie armie z czasów wojny secesyjnej. Pewnie większość pisarzy kompletnie by się nie przejeła. Tomasz Pacyński pisząc Wrzesień też z pewnością wykonał kawał roboty w temacie riserczu na temat bronii itp. Ale kojarzę przynajmniej kilku (pomijam Ziemkiewicza, bo nie kopie się leżącego), którzy nawet nie próbują udawać, że ich to cokolwiek obchodzi.

    Dwie pozostałe kwestie – pomyłki – jasna sprawa. Każdemu się może zdarzyć, że wrzuci ten nieszczęsny bezpiecznik do glocka czy tam pomyli dwa typy czołgów. Ale jeśli dana kwestia jest istotna dla akcji, to moim zdaniem pisarza obowiązkiem jest sprawdzić – bo albo akcja się nie klei albo postać jest niewiarygodna. Jeśli dajmy na to, bohater nie strzeli do przeciwnika, bo zapomni tego glocka odbezpieczyć, to źle to świadczy o autorze. Sam pamiętam z jednej książki, gdzie sidekick bohatera był ubrany ‚jak punk’ a trzy strony dalej już ‚głośno słuchał techno’ – widać, że autor nawet przysłowiowego bratanka nie zapytał, co tam teraz ta młodzież pali.

    I oczywista oczywistość – czasami ten risercz nie ma żadnego znaczenia – np. kwestie realności tematów cyberprzestrzeni u Gibsona kompletnie mnie nie interestują, a książką zachwycałem się tak czy tak. Ale jeśli już autor próbuje wplatać japońskie słowa i terminy i używa złych, to słusznie jest mu to wytykane.

    @mrw:
    „Raz spędziłem dzień na riserczu żeby napisać akapit; co z tego mam? Nic.”
    To jest trochę pytanie z cyklu – po co robić sensowne wywiady z zaproszonymi gośćmi, skoro można pajacować jak Wojewódzki i kupować potem Ferrari. Chyba każdy sam musi sobie odpowiedzieć.

  47. @wo,
    „jesteśmy anomalią w Układzie Słonecznym, reszta obiektów to albo gazowe giganty, albo planety/satelity z czymś typu 0,2 g.”

    Na Marsie jest 0,4 g, ale jest taka jedna planeta całkiem blisko, gdzie jest 0,9 g

  48. Z tym „wrzuceniem jedynki” może jest jak z „wyłączeniem gazu” w płycie indukcyjnej?
    To, że Chyłka nie sparowała telefonu mnie nie dziwi. Za dużo takich przypadków widziałem. Dziwne jest, że wyjęła telefon z przepastnej kobiecej torebki i wrzuciła go do podłokietnika.

  49. @mrw

    „Raz spędziłem dzień na riserczu żeby napisać akapit; co z tego mam? Nic.”

    Bo to jest wybór typu: hajs czy szacun na dzielni (w tym przypadku: na blogu wo)

  50. @carstein
    „Ale jeśli już autor próbuje wplatać japońskie słowa i terminy i używa złych, to słusznie jest mu to wytykane”

    Szczególnie że Dukaj ponoć chwalił się riserczem, ile to on o Japonii nie przeczytał i jakim jest specjalistą. Więc gdyby skonsultował się z *prawdziwym* specjalistą, to by uniknął kompromitacji – a pokraczne schińszczanie (a nie japonizacja!) polskich nazwisk wskazuje, że na pewno tego nie zrobił. Dlaczego te wszystkie Dukaje nie skonsultują się z Kimś Kto Się Zna, a Mrozy nie zatrudnią jakichś łebków od sprawdzania skrzyni biegów w BMW? Przecież akurat oni brakiem kasy nie mogą się tłumaczyć. A jeśli nie oni, to wydawca powinien to przejrzeć żeby wyłapać przynajmniej część baboli.

  51. @”Szybkostrzelność” autora.
    Edgar Wallace napisał w życiu ok. 170 powieści kryminalnych, głównie kryminalnych, więc R. M. chyba jeszcze ma trochę przed sobą?
    Podobno E. W. swoje powieści dyktował, a sztab ludzi to potem przepisywał, redagował, uzgadniali nazwiska bohaterów w obrębie jednej książki etc.

  52. @alterid
    bo aż prosi się by ten sam rygor naukowy zaprząc w obronie atmosfery Ziemi, ale jakoś bohaterowie książki na to nie wpadają.

    My nie wiemy, co się dzieje na zewntąrz. To jest opowieść o ludziach w programie kosmicznym. Jest to jedna z dróg – nie ratunku, ale przetrwania. Możre nie wyjdzie. Może sie uda uratować Ziemię. Ale tpo nie o tym książka.

    @sfrustrowany_adiunkt
    O wersji Glocka – istnieje w RL, ale to raczej nie jest bezpiecznik, a przełącznik rodzaju ognia.

    @carstein
    Japońskie słowa – nie wydakje mi sie, żeby to było aż tak istotne, choć wytykać należy – niech się poprawi.
    A że ludziom to zwisa… Mówiłem o tej nieszczęsnej Misji Imposybilnej. Tam na takich bugach opierały się liczne punkty zwrotne akcji. Ile trafień „Job” znajdzie się w wyszukiwarce (łatwo przecież sprawdzić). Może scenarzysta naprawdę wierzył, że można wlecieć helikopterem do tunelu, albo że w Eurostarze są włazy na dach. Ale przecież to, jak wygląda Channel Tunnel każdy wie – no ale wtedy ani pociągi się nie mijają, ani helikopter się nie mieści.
    I co? I nic – tłumy w kinach i w ogóle.

    A co do Marsjanina, też trochę nie rozumiałem ludzi, twierdzących, że to dzieło wybitne, niezrównane i nowa epoka w sf.

  53. @pewuc

    „O wersji Glocka – istnieje w RL, ale to raczej nie jest bezpiecznik, a przełącznik rodzaju ognia”

    Nie, nie chodzi o Glocka 18 (czyli strzelającego seriami, nota bene te wynalazki też częściej się pojawiają w popkulturze niż w realu) tylko o faktyczny bezpiecznik. Tu jest trochę zdjęć, gdyby ktoś był ciekaw [1].

    „A że ludziom to zwisa… Mówiłem o tej nieszczęsnej Misji Imposybilnej.”

    Ale kino nadrabia to efektownością. To samo w kinowym „Miami Vice” – scenariusz miał luki jak rów mariański (już pierwotny odcinek serialu, skąd wzięto pomysł był bardziej spójny), ale od strony nazwijmy to wizualno – muzycznej to jakoś się wyrównywało. W książkach to jednak bardziej widać.

    „A co do Marsjanina, też trochę nie rozumiałem ludzi, twierdzących, że to dzieło wybitne, niezrównane i nowa epoka w sf.”

    Dziwi mnie trochę że są ludzie dla których to nowa epoka – przecież to można by po zmianach w obsadzie nakręcić tak w 1972 roku powiedzmy. Książkę lubię, film też ale po prostu przyzwoita rozrywka, dźwigary nie bolą od zawieszenia niewiary i to się liczy.

    [1] [https://www.thefirearmblog.com/blog/2018/11/02/a-closer-look-at-the-glock-thumb-safety/]

  54. W „Kasacji” Oryński mieszka na ulicy Mickiewicza, która przedstawiona jest jako slums. Nie mam pojęcia, skąd autor to wytrzasnął, od kiedy tę ulicę wytyczono, to raczej drogi adres. Zresztą w Warszawie nawet jeśli kiedyś był slums, to razem z metrem przychodzi gentryfikacja.

    Zaiste, dawno temu ulica Mickiewicza kończyła się tam, gdzie slums się zaczynał czyli na ulicy Potockiej. Dalej były rejony, w które przyzwoici żoliborzanie się nie zapuszczali. Później wraz z budową osiedla Potok i Trasy Toruńskiej/Armii Krajowej ulicę Mickiewicza przedłużono aż do ulicy Klaudyny. Formalnie więc, obecne końcowe adresy przy ul. Mickiewicza były kiedyś slumsem. Gdy stanęły osiedla Potok i Ruda okolica pozostała jeszcze długo nie zgentryfikowana. Jak jest obecnie, nie wiem bo dawno się tam nie zapuszczałem, ale do metra stamtąd to jednak ~15 min.

    Co do cen wynajmu, w tej chwili widzę ogłoszenie — dwudziestoczterometrowa kawalerka w okolicy pl. Inwalidów za 1500 zł, ale to zapewne kwestia sezonu.

  55. @MRW

    „Raz spędziłem dzień na riserczu żeby napisać akapit; co z tego mam? Nic.”

    Ale wspominasz teraz o powieści czy publicystyce?

  56. „Lubi heavy metal, samochody, steki i piwo” Widziałem reklamę tego czegoś na TVN i było to dosyć dobitnie pokazane. Żartowałem, że brakuje tylko „napierdalać z karabinków” jak u kapitana Bomby.

  57. @steelman
    „Jak jest obecnie, nie wiem bo dawno się tam nie zapuszczałem,”

    Bywam tam dość często, gentryfikcja na całej długości. Gdzie kiedyś było slumsowato, dziś wzniesiono nowe strzeżone osiedla, a domy jednorodzinne odpicowano.

    „do metra stamtąd to jednak ~15 min.”

    W języku warszawskiego rynku nieruchomości to znaczy „blisko metra”.

    „Co do cen wynajmu, w tej chwili widzę ogłoszenie — dwudziestoczterometrowa kawalerka w okolicy pl. Inwalidów za 1500 zł, ale to zapewne kwestia sezonu.”

    A tę uwagę zawdzięczamy temu, że nie zauważył pan w notce fragmentów „Na początku Oryński jako stażysta zarabia 1000 złotych na rękę. To za mało, żeby wynająć samodzielne mieszkanie na Mickiewicza” czy może „Może pandemia i kryzys coś tu zmienią, ale przecież mowa o książce dziejącej się w latach 2014-2015”?

  58. @carstein

    Watts jest chyba chlubnym wyjątkiem w SF w ogóle i tu duże znaczenie ma jego background jako biolog morski. Nie kojarzę by jakikolwiek inny autor robił kilkadziesiąt pozycji bibliograficznych w swoich powieściach.

    A skoro o nim, film ze Ślepowidzenia jaki ostatnio udostępnił jest cudowny, gorąco polecam 🙂

  59. Po przeczytaniu wpisu WO i wszystkich komentarzy pod nim nasuwa się pytanie: czy ktokolwiek z komcionautów czytał/zna jakąkolwiek książkę Remigiusza Mroza, która nie powoduje krwawienia synaps? Zróbmy taki Mróz Challenge. Ja przyznam, że czytałem tylko jego serię „W kręgach władzy” i nie powodowała ona u mnie odruchu wymiotnego, wszelkie uproszczenia traktowałem jako akceptowalne w takim political fiction, a niektóre pomysły prawno-konstytucyjne nawet jako ciekawe. Zdaje się RM wykładał prawo konstytucyjne, więc może to jedyna seria gdzie wiedział o czym pisze.

  60. @qbapre
    „jakąkolwiek książkę Remigiusza Mroza, która nie powoduje krwawienia synaps? ”

    Może nie napisałem tego dostatecznie wyraźnie, ale nie, nie krwawiły mi synapsy. To są po prostu czytadła o klasę gorsze od Lee Childa, czy nawet Harlana Cobena, ale czyta się bez bólu. Formuła „woda woda woda BUM” doskonale się sprawdza dla zabijania nudy np. w podróży.

  61. Skoro jest tu autor książek, której bohaterem jest komisarz Mortka, przypomnę, że całkiem ładnie odmalowano tam klub „Paradox” w Warszawie.

  62. @Artur Król,
    Naukowców piszących SF jest bardzo wielu. Wymieniając tylko bardziej znanych Polaków: Zimniak (chemik), Huberath (fizyk), Podrzucki (biolog).

  63. @wo
    „Może nie napisałem tego dostatecznie wyraźnie, ale nie, nie krwawiły mi synapsy. To są po prostu czytadła o klasę gorsze od Lee Childa, czy nawet Harlana Cobena, ale czyta się bez bólu. Formuła „woda woda woda BUM” doskonale się sprawdza dla zabijania nudy np. w podróży.”

    No nie, od Lee Childa to on jest gorszy o 3 klasy co najmniej, to jest poziom półamatorskich produkcji z promocji na Amazonie za dolara plus vat. O klasę gorszy od Lee Childa to jest polski top, typu Miłoszewski czy Twardoch. Nie stawiajmy Mroza w jednym szeregu z nimi bo to niesprawiedliwe. I tak już zarabia więcej hajsu od nich

  64. @bogdanow
    Fiałkowski. Nie wiem, czy Zajdla można tu zaliczyć. Z mniej znanych, Nidecka w pewnej fazie życia.

  65. @Artur Król:
    Faktycznie, pod względem bibliografi Watts jest wyjątkiem, bo chyba nikt inny tego nie dodaje. Tak samo jak rozdziały o genetyce i morfologii wampirów.
    A z innnych autorów – Hannu Rajaniemi, który zdaje się mieć doktorat z fizyki kwantowej, książki Charles’a Strossa robią wrażenie bardzo porządnie zriserczowanych, tak samo jak Paolo Bacigalupi (The Windup Girl), ale tutaj brak mi trochę wiedzy w tematyce i mogę się mylić.Jest też Greg Egan, który zdaje się mieć jakieś osiągnięcia na polu matematyki. No i oczywiście nie można nie wspomnieć o Neal’u Stephensonie. To jest swoją drogą ciekawy przypadek, bo on bardzo wiele wisiłku wkłada właśnie w przygotowanie merytoryczne, aż do tego stopnia, że jego dwie ostatnie książki to ledwo zmęczyłem, bo poza riserczem to tam (np. W Fall or Dodge in Hell) w zasadzie nie ma akcji tylko co rozdział to wykład. Tak samo męczące było Seveneves gdzie autor przez dwie strony opisuje czemu okulary nie działają w nieważkości, ale nie ma to żadnego znaczenia dla fabuły.

  66. @embercadero
    „polski top, typu Miłoszewski”

    To na prawdę jest aż tak bardzo źle, że ten beznadziejny koleś jest polskim topem?

  67. @ Gammon No.82
    Nie mogę się oprzeć :), żeby nie dopisać Michała Cholewy, który jest matematykiem/informatykiem i działa w jakichś SI (podejrzewam, że oni tam budują Skynet, tylko sie nie przyznają obviously)

  68. @Gammon No.82,
    Nidecka tak – ale jest bardzo mało znana i niewiele napisała (kilka opowiadań chyba tylko). Zajdel chyba jednak nie.
    Dorzuciłbym Wnuka-Lipińskiego (profesor socjologii + Nagroda Zajdla).

    @carstein,
    Hal Clement – rozbudowane posłowia z dyskusją strony naukowej, rysunkami itd. są normą. Przy czym o ile Clement miał bardzo solidne wykształcenie (astronomia + chemia), to nigdy nie pracował naukowo – był nauczycielem w szkole średniej.

    Generalnie, mój punkt będący jest taki, że Watts jest bardzo fajny ale to nie background czyni go wyjątkowo fajnym (bo pisarzy SF z porównywalnym jest na pęczki.

  69. @pewuc,
    Tak, jest jeszcze syn Piotra W. Cholewy (znany tłumacz Pratchetta i Gibsona), jak on się nazywa właściwie?
    😉

  70. @bogdanow
    Nie wiem, czemu Zajdel nie. Był fizykiem, pracował w Świerku, przy reaktorze. jakiś czas temu na konwencie ktoś (nie pamiętam kto, przepraszam) wspominał, że n studiach był czytelnikiem Zajdla – w podręczniku o ochronie przeciwpromiennej.

    Czy to wykształcenie miało związek z jego teklstami, to całkiem inna historia. W opowiadaniach na pewno widać motywy, potem poszedł raczej w inną stronę. Takie czasy były.

  71. @embercadero
    „O klasę gorszy od Lee Childa to jest polski top, typu Miłoszewski czy Twardoch. Nie stawiajmy Mroza w jednym szeregu z nimi bo to niesprawiedliwe. I tak już zarabia więcej hajsu od nich”

    …a jeszcze więcej od niego zgarnęła Blanka Lipińska (licząc od strony, być może również od stronogodziny). Zgadzam się że porównywanie Mroza z Twardochem to jednak mieszanie jabłek z pomarańczami, bo jak ktoś pisze „500 stron od 13 do 29 listopada” to musi być to literacki fast food; odgrzewany burger, który na szybko kupujesz w dworcowej budzie, żeby tylko zapchać żołądek. Na tej samej zasadzie możesz porównywać Kinga do Mastertona czy tego gościa od serii o krabach.

  72. @pewuc, Zajdel
    Tak, ale chyba nigdy nie był czynnym naukowcem w rodzaju Huberatha, Wnuka-Lipińskiego, Zimniaka, Podrzuckiego, Fiałkowskiego, z doktoratem (i więcej) połączonym z zatrudnieniem na na stanowisku naukowym lub naukowo-dydaktycznym, publikacjami stricte naukowymi itd.
    Z tym że nie będę bynajmniej za to umierał, dla mnie po prostu przypadek pograniczny. Pisarzy ze ścisłym wykształceniem, pracujących w zawodzie to już naprawdę wielu można wymieniać.
    Natomiast u Zajdla największy przejaw w twórczości chyba w Paradyzji. Pamiętam jak się zastanawiałem, o co chodzi z grzebieniem;-)

  73. @Artur Król

    „Nie kojarzę by jakikolwiek inny autor robił kilkadziesiąt pozycji bibliograficznych w swoich powieściach.”

    „Nie trzeba głośno mówić” Józefa Mackiewicza ma w bibliografii prawie setkę pozycji w bodaj pięciu językach, ale to jest przypadek powieści mainstreamowej i źródeł historycznych.

    @bartolpatrol

    „To na prawdę jest aż tak bardzo źle, że ten beznadziejny koleś jest polskim topem?”

    Podaj swoją definicję beznadziei.

  74. Przeczytałem całą Chyłkę i jeszcze tę wcześniejszą serię o komisarzu Froście. Chyłka całkiem fajna, udało się autorowi zbudować postać, do której czytelnik czuję sympatię. Intrygi kryminalne jak cię mogę, irytowały mnie właśnie te wszystkie z dupy szczegóły (pisałem już kiedyś o tym tutaj na blogu), takie słabe, że każdy średnio inteligentny człowiek od razu to widzi. Ale jakbym się dowiedział, że Mróz zrobił nową serię, to już bym się chyba nie nabrał.

  75. „Nie kojarzę by jakikolwiek inny autor robił kilkadziesiąt pozycji bibliograficznych w swoich powieściach.”

    Do listy autorów ze znakomitym riserczem dołączę tu zatem Dana Simmonsa (autora m.in. znanego „Hyperiona”). W powieści „The Terror” niezwykle starannie łączy znane fakty o zaginionej ekspedycji polarnej sir Franklina z własną fabularyzacją (rozdział Acknowledgments na końcu książki zawiera, na oko, kilkadziesiąt źródeł). Jego „The Abominable” to z kolei w znacznej części prawie wykład na temat dawnych technik himalaistycznych i ich rozwoju.
    Przyznam, że mnie taka formuła dokładnego opisywania szczegółów technicznych bardzo odpowiada. Komentarze w Amazonie pod powyższymi tytułami sugerują, że mogę być w mniejszości.

  76. W najnowszym dziele Jamesa Rollinsa* „Tygiel zła” występują wielopiętrowe wzory opisujące działanie sztucznej inteligencji.
    Bibliografia też jest.
    http://blabler.pl/s/13V6f
    Niestety nie podejmę się oceny, czy te wzory mają w tym kontekście cień sensu.
    *Przy fantazjach Rollinsa Dan Brown jest twardym realistą.

  77. @embercadero
    „No nie, od Lee Childa to on jest gorszy o 3 klasy co najmniej”

    OK, OK, nie upieram się, zresztą sam dodałem Cobena jako pośrednie ogniwo (bo już nie bądźmy dla Mroza tacy okrutni, od Cobena to już naprawdę tylko jeden szczebelek).

  78. @Mróz

    „od Cobena to już naprawdę tylko jeden szczebelek”

    Naprawdę trudno mi w to uwierzyć, ale próbować nie zamierzam po jedynym kontakcie z opowiadaniem RM zamieszczonym w „Innych Światach”, beznadziejnym pod każdym względem. Ale może w kryminałach jest lepszy.

  79. @wojtek_rr,
    To opowiadanie, rzeczywiście bezndziejnie słabe, pokazuje dobrze dlaczego w kryminałach metoda Mroza jednak lepiej działa. W tekście z „Innych światów”, pojawia się np. ‚dziwna zbroja bez szczególnych znaków’. Trudno do tego coś dopasować, mieć jakiekolwiek wyobrażenie.
    W kryminale pojawi się, wspomniany tutaj, ‚drogi garnitur’. Jak nasz gospodarz wskazał, niewiele z tego wynika, ale też jakieś tam wyobrażenie ‚drogiego garnituru’ każdy ma. Dla jednego czytelnika drogi garnitur może się się okazać garniturem jego managera, dla drugiego, garniturem wujka notariusza, dla trzeciego garniturem blogera od męskiej mody. To może nawet być jedno ze źródeł popularności Mroza: nie odcina ani ludzi którzy nie będą wiedzieć co sądzić o chalkstripe, ani ludzi którzy powiedzą, garnitur za X tysięcy, o to na pewno nie jest drogi.
    Tylko tak się nie da pisać fantastyki.

  80. Zacząłem kiedyś czytać kryminał Ove Løgmansbø, czyli Remigiusza w innym wcieleniu. Nie sprawdziłem wtedy, kto to, ale mnie błyskawicznie znudziło.

  81. @piotrkowalczyk
    „Podaj swoją definicję beznadziei.”

    Sądzę, że jest słownikowa. Koleś jest beznadziejny, bo nie dość, że pisze kiepskie, żeby nie powiedzieć debilne, rzeczy, to jeszcze nie ma nadziei, że będzie pisał lepsze. Może być? Może bym coś wiecej napisał, ale próbuję wyprzeć to co przeczytałem i prawie mi się już udało.

    Swoją drogą Dukaj też jest moim zdaniem beznadziejny. „Lód” to pretensjonalny, przegadany, pseudointelektualny gniot. A już próba dorównania Lemowi w tworzeniu neologizmów po prostu jest żenująca, nie ten intelekt, nie te możliwości. Zmogłem, bo nie mogłem uwierzyć, że ktoś potrafi tak bezsensownie bleblać przez dobre 1000 stron i tak beznadziejnie zmarnować zupełnie ciekawy pomysł. Tak mnie zniechęcił, że nic więcej Dukaja nie przeczytałem i nie mam zamiaru.

  82. @janekr:
    Ja się nie podejmuje na gruncie fizyki ale z punktu widzenia fabularnego nie mają żadnego sensu. Bo to jest tak – rzucamy ‚a teraz wspaniała AI analizuje szeregi Fouriera’ – i sru, przeklejamy wzór z wikipedi. To są gołe wzory, które nie wnoszą nic (bo nie są w żaden sposób wiązane ani przekształcane) poza oczywiście „shocka and awe”, że jest naukowo i fizycznie.

  83. @bartolpartol
    „Koleś jest beznadziejny”

    Protestuję przeciwko nadużywaniu przez kolegę tak radykalnych określeń. To niby kto jest „nadziejny” dla kolegi?

  84. @wo
    „Może pandemia i kryzys coś tu zmienią, ale przecież mowa o książce dziejącej się w latach 2014-2015”

    Nie wiem, czy Mróz poświęcił choć chwilę na opis mieszkania Oryńskiego, ale w latach 2014-17 wynajmowałem różne ~30 metrowe kawalerki w Śródmieściu czy na Mokotowie za 1400 złotych. Na Żoliborzu, jak pamiętam, ceny były wtedy wyższe, choć na Sadach udawało się już znaleźć kawalerkę w tej kwocie.

    Coś, co bardziej zgrzyta (poza tym, że przy zarobkach rzędu 1000 złotych byłoby go stać być może na pókój i nic więcej, i to raczej nie w tamtej okolicy) to relacja zarobków do ceny wynajmowanego mieszkania. Według danych GUS na wynajem przeznaczamy prawie 50% pensji, zarabiający 6000 Oryński ustawiłby zapewne widełki na Gumtree od 2000 do 3000 i szukał czegoś w tym przedziale.

    Ale to my sobie możemy zrzędzić, przecież nie dlatego Mróz jest Mrozem, że go takie rzeczy obchodzą.

  85. @wo
    „Protestuję przeciwko nadużywaniu przez kolegę tak radykalnych określeń. To niby kto jest „nadziejny” dla kolegi?”

    To ja spytam inaczej. Skoro Mróz nie jest taki zły, to kto – w segmencie polskich kryminałów, bo nie bierzemy pod uwagę dzieł Blanki Lipińskiej – jest tym beznadziejnym grafomanem?

  86. @mnf:
    „To ja spytam inaczej. Skoro Mróz nie jest taki zły, to kto – w segmencie polskich kryminałów, bo nie bierzemy pod uwagę dzieł Blanki Lipińskiej – jest tym beznadziejnym grafomanem?”
    Wojciech Orliński. Czytałem „Człowiek który wynalazł internet”. Przez całą książkę nawet jednego trupa, że o rozwiązaniu zagadki kryminalnej nie wspomnę.

  87. @bartolpartol
    „Swoją drogą Dukaj też jest moim zdaniem beznadziejny. „Lód” […] Tak mnie zniechęcił, że nic więcej Dukaja nie przeczytałem i nie mam zamiaru.”

    Aż się odlurkuję ponownie po latach niepisania. Generalnie się zgadzam, większość książek Dukaja jest dla mnie kompletnie niestrawna. Z jednym istotnym wyjątkiem. „Inne Pieśni” uważam za arcydzieło fantastyki jako takiej bo trudno to nawet sklasyfikować jako s-f lub fantasy. Gdyby zatem szanowny kolega się kiedyś zastanawiał nad daniem Dukajowi jeszcze jednej szansy to polecam gorąco.

  88. @mnf
    „To ja spytam inaczej. Skoro Mróz nie jest taki zły, to kto – w segmencie polskich kryminałów, bo nie bierzemy pod uwagę dzieł Blanki Lipińskiej – jest tym beznadziejnym grafomanem?”

    Nie chcę wytykać palcami. Była (może dalej trwa) fala mody na pisanie kryminałów, że każdy głupi potrafi. Koledzy-dziennikarze pisywali. Wrabiano mnie czasem w przeczytanie (no bo kolega prosi). Tam były błędy właśnie na poziomie narracja/kompozycja. I to się nawet ukazywało drukiem!

  89. @sheik.yerbouti
    „I jeszcze, zamykając wątek BMW X5 – jeśli nawet Mrozowi się nie chciało przejść do salonu, to mógł chociaż obejrzeć film Locke z Tomem Hardym. To zasadniczo 85-minutowa reklama tego samochodu (poprzedni generacji) a bohater dość intensywnie dzwoni w czasie jazdy.”
    O nie, takim doskonałym przykładem reklamy BMW X5 jest przeca [i]The Ghost Writer[/i] Polańskiego. O, proszę:
    https://www.youtube.com/watch?v=OOWCQ7DsZ1Y

  90. @mkmiecik
    „Według danych GUS na wynajem przeznaczamy prawie 50% pensji, zarabiający 6000 Oryński ustawiłby zapewne widełki na Gumtree od 2000 do 3000 i szukał czegoś w tym przedziale.”

    6k brutto czyli jakieś 4k netto, z niewielką końcówką. Pewnie wpisał w gumtree 1000-2000, posortował od najtańszych i się ucieszył że się znalazło coś za 1400.

  91. @wo
    „Protestuję przeciwko nadużywaniu przez kolegę tak radykalnych określeń. To niby kto jest „nadziejny” dla kolegi?”

    Cabre! Juli Zeh! Llosa! To akurat moje ostatnie lektury. Niestety mało fantastyczne i niepolskie. Jeśli chodzi o kryminał, swego rodzaju, to Kwintet z Buenos Aires Manuela Vázqueza Montalbána na przykład. Ale cierpię na brak dobrej fantastyki. Wspomniany tutaj Hyperion ma swój styl i bardzo dobrze się czyta, trzeba przyznać.

    Ale przepraszam, faktycznie należy się powstrzymywać przed zbyt czesto wygłaszanymi jednoznacznymi sądami, bo to trochę bucerskie jest.

  92. @”Inne Pieśni”

    Przyłączam się do zachwytów, to jest najlepszy Dukaj i książka genialna. Niestety później jest coraz mętniej, a zamiast akcji mamy rozważania filozoficzne/futurologiczne.

  93. @deuter
    „Aż się odlurkuję ponownie po latach niepisania.”

    Łomatko! Aż się wystraszyłem jak zacząłem czyteć Twój komentarz.

    „Z jednym istotnym wyjątkiem. „Inne Pieśni” uważam za arcydzieło fantastyki jako takiej bo trudno to nawet sklasyfikować jako s-f lub fantasy. Gdyby zatem szanowny kolega się kiedyś zastanawiał nad daniem Dukajowi jeszcze jednej szansy to polecam gorąco.”

    Dziekuję, jak trafię to zerknę.

  94. „Perfekcyjna niedoskonałość” jest bardzo dobra, ale jednak poziom niżej. A dalej coraz mniej radości z lektury. „Lodu” podobało mi się pierwsze 300 stron.

  95. @bartol
    No dobra, dam się strollować – co takiego fajnego jest w Hyperionie – poza Chyżwarem?
    Ok, ten dowcip o papieżach zamieniających się miejscami jest niezły (z jakiegoś powodu obejrzałem zwiastun Dwóch papieży i mi się kojarzyło).

  96. @bogdanow
    „Czy tylko ja lubię „Czarne oceany” ”

    Nie. Mamy tu chyba inwazję oceniających pod kryterium słuszności (Dukaj be, bo prawica, „Sztuczne fiołki” cacy, bo walą w PiS).

    PS: Spacja, zawsze po, nigdy przed

  97. Dukaj jest po prostu straszliwie nierówny. Ten sam człowiek napisał „Perfekcyjną” i „Inne pieśni”, ale też „Córkę łupieżcy”. Po „Lodzie” można byłoby gdybać, że ok, fajnie mu wychodzą koncepty czy worldbuilding, ale nie ma samokontroli w swoim, nazwijmy to „rozmachu pisarskim” (ktoś pewnie powie, że grafomanii raczej). Więc jak się rozpędzi, to robi się to niestrawne i sens gdzieś na tych setkach stron ginie… Aż tu „Córka..”, krótka – a beznadziejna. Albo właśnie „Imperium…”, które poza kilkoma małymi fragmentami robi wrażenie kotletu z mikroweli.

    Co do przystosowania Marsa do zasiedlenia vs przystosowania resztek naszej cywilizacji do dalszego mieszkania na Ziemi po katastrofie klimatycznej – pełna zgoda, nie da się tego bronić. Jakbyśmy tej biednej planety nie spieprzyli, jest tu przynajmniej działające geodynamo.

  98. „Czarne oceany”, „Perfekcyjna niedoskonałość” czy „Extensa” podobały mi się dopóki nie zacząłem czytać Grega Egana i okazało się, że Dukaj to niestety tylko słaba podróbka. Te same pomysły, tylko gorzej złożone do kupy. Natomiast „Inne pieśni” ciągle wydają mi się wybitne (albo jeszcze nie znalazłem oryginału, hehe). A „Córka łupieżcy” to typowy Dukaj, który byłby zgrabnym opowiadaniem, bo jest tam jeden dobry pomysł i parę takich sobie, no ale wiadomo jak pisze Dukaj.

  99. Mi się Czarne Oceany, Inne Pieśni, Perfekcyjna i pewnie połowa Lodu bardzo podobały, ale to było dawno. Jak ostatnio próbowałem coś Dukaja przeczytać, to odbiłem się, bo miałem poczucie tak ogromnej pretensjonalności, że mnie zatchnęło. I szczerze mówiąc boję się wracać do dowolnej z tych książek, z obawy że będę miał podobne odczucia.

  100. OT: chciałem pogratulować dobrego artykułu o Kotarbińskim w „Książkach”. Chciałem zwrócić uwagę, że jakiś rodzaj kontynuacji „lwowskiej szkoły matematyczno-filozoficznej” można (było?) znaleźć na uniwersytecie we Wrocławiu. Przykładowo, bodaj w latach 90tych były naciski żeby stworzyć na uczelni katedrę teologii, ale zostało to zablokowane przez profesorów, zwłaszcza z okolic wydziału matematyki.

  101. @mcal

    „ok, fajnie mu wychodzą koncepty czy worldbuilding, ale nie ma samokontroli w swoim, nazwijmy to „rozmachu pisarskim” (ktoś pewnie powie, że grafomanii raczej).”

    Sam worldbuilding ma niewiele wspólnego z pisarstwem, aby go uskuteczniać wystarczy być, dajmy na to, autorem karcianki. Dukaja ceniłem za młodu za to, że przekazywał w teorii i praktyce cenną myśl: wymyślenie ciekawego świata i założeń tylko po to, by w nim osadzać sztampową fabułę sensacyjno-przygodową to marnowanie pomysłu, trzeba mierzyć wyżej, jeżeli się ma ambicje. Później niestety przegryzł się na drugą stronę i zrobiło się z nim jak z Antonionim, o którym mawiano, że jak pod koniec życia filmował człowieka na tle ściany, to bardziej interesowała go ściana.

  102. Padło takie pytanie, więc przyznaję, że bardzo lubię Czarne oceany Dukaja. Co prawda miał on wtedy taką wadę, że cały setup wyjaśniał w jednym wielkim monologu (no, czasem dialogu). Potem przestał na szczęście (najbardziej to irytuje w świetnym skądinąd Ruchu Generała)

    I nie, nie wydaje mi się, żeby jakoś ściągał z Egana.

    Nie wszystkie teksty Dukaja uważam za równie świetne, ale jednak jest to wybitny pisarz. No, chyba że ostatnio coś zaczął obniżać loty, trochę jestem do tyłu z lekturami.

  103. @ piotrkowalczyk

    „Później niestety przegryzł się na drugą stronę i zrobiło się z nim jak z Antonionim, o którym mawiano, że jak pod koniec życia filmował człowieka na tle ściany, to bardziej interesowała go ściana.”

    Wydaje mi się, że to był problem Dukaja zawsze i niezmiennie. W tym sensie, że żadnych postaci w jego książkach nie określiłbym jako „ciekawe” czy „realistyczne”, nie potrafi też pisać zapadających w pamięć dialogów i tak dalej. I chyba nad tymi elementami warsztatu niespecjalnie pracuje. Przez co albo koncept i setting taką książkę pociągną (jak w „Innych pieśniach”, gdzie się to najlepiej udało), albo bardzo nie (jak w „Córce”). Przypadek pośredni to dla mnie „Lód”, gdzie koncept fajny, pomysł na świat fajny, ale właśnie przez to, że Dukaj nie ma dobrego wyczucia ludzi i nie umie ich przedstawiać, a jego receptą jest WINCYJ TEGO SAMEGO, to wyszły te setki stron męki.

    Zgadzam się też z Inżynierem, że wczesne książki to „discount Egan”, ale w sumie discount Egan is still pretty good.

  104. @mcal
    „Przypadek pośredni to dla mnie „Lód”, gdzie koncept fajny, pomysł na świat fajny, ale właśnie przez to, że Dukaj nie ma dobrego wyczucia ludzi i nie umie ich przedstawiać, a jego receptą jest WINCYJ TEGO SAMEGO, to wyszły te setki stron męki.”

    Ponownie napiszę, że czytałem z ogromną przyjemnością, podobało mi się wiele postaci oraz liczne dialogi.

  105. @mcal

    „Wydaje mi się, że to był problem Dukaja zawsze i niezmiennie. W tym sensie, że żadnych postaci w jego książkach nie określiłbym jako „ciekawe” czy „realistyczne”, nie potrafi też pisać zapadających w pamięć dialogów i tak dalej.”

    Na etapie „W kraju niewiernych” (takich tekstów jak „Ruch Generała”, „Irrehaare” czy „IACTE”) było z tym trochę lepiej.

  106. Na tym blogu, jakieś dziesięć lat temu (give or take one or two) mieliśmy dyskusję pod notką o którejś książce Dukaja. WO twierdził, że jeśli idzie o postaci ludzkie, to Dukaj się wyrobi. Cóż, osobiście wydaje mi się, że wciąż jego bohaterowie są bardziej nośnikiem idei, niż postaciami z krwi i kości.

  107. @pewuc
    „I nie, nie wydaje mi się, żeby jakoś ściągał z Egana. ”

    Jeśli dobrze zrozumiałam, to nie chodzi o to, że dosłownie ściągał, tylko eksploatował podobne pomysły, i, niestety, zgadzam się że gorzej. Ktoś z fandomu wspominał, jak na jakimś konwencie pokazał Dukajowi egzemplarz „Quarantine”, a Dukaj zbladł i powiedział coś niecenzuralnego, bo podobno właśnie o czymś takim zamierzał napisać. „Perfekcyjna niedoskonałość” nie rządzi, bo strasznie odrzucają te kolonialne fantazje białego pana o safari w Afryce i nawet piętnaście lat temu, kiedy tolerancję na konserwatywne akcenty w polskiej fantastyce miałam wybitą pod sufit (w porównaniu do tego co teraz), żaden pomysł z tej książki nie był mi w stanie tego całkiem wynagrodzić. Przy lekturze „Czarnych oceanów” miejscami było mi trochę źle, ale przynajmniej nie był to Xavras Wyżryn.

  108. @wo

    …Mamy tu chyba inwazję oceniających pod kryterium słuszności…

    No właśnie. To chyba zły pomysł.
    Łysiak! Bardzo lubię jego Ostatnią kohortę. Ba, często do niej wracam, bo to jedna z tych pozycji, która leży przy łóżku, by poczytać cokolwiek przed snem.
    Co nie znaczy, że przy lekturze jego felietonów w Od Rzeczy nie cierpną mi zęby. A właściwie już nie cierpną, bo już dawno przestałem czytać, a nawet nie wiem czy jeszcze są.

  109. @mw.61
    „Mamy tu chyba inwazję oceniających pod kryterium słuszności.”

    Ja nie potrafię tego rozdzielić (i patrzę trochę podejrzliwie na każdego, kto mówi, że on umie). Jak w książce przebija podejście, które uważam za wybitnie niefajne, to rzutuje mi potem na przyjemność z czytania i przeszkadza w cieszeniu się pomysłowym światotworzeniem, czy czym tam jeszcze, i mam problem, żeby taką książkę z przekonaniem polecić. Jeśli chodzi o Dukaja to polecam nieustająco dwie rzeczy: „Inne pieśni” i mimo wszystko „Lód”, może jest przegadany, ale polska fantastyka jednak nie wydała niczego podobnego.
    („Perfekcyjnej niedoskonałości” nie polecam z prostego powodu – już abstrahując od słuszności, nie będę namawiać nikogo na czytanie połowy książki, której autor nie zamierza dokończyć)

  110. @s.trabalski
    „No dobra, dam się strollować – co takiego fajnego jest w Hyperionie – poza Chyżwarem?”

    No, więc dawno czytałem i pamiętam niewiele, poza tym, że dobrze całkiem mi się czytało. Chyżwar spoko. No i były tam fajne koncepty różne z tego co pamiętam. Organiczno-mistyczne cierpienie religijne było dla mnie zawsze freakowe, ale traktuję takie rzeczy jako egzotykę i czasem mogę przeczytać (swoją drogą jakoś te kleszki z wrośniętymi krzyżami skojarzyły mi się właśnie z Cieniem z Amerykańskich bogów, którzy są freakowi w całości).

    @Lód Dukaja
    Świat się zmienia. Parę lat temu zostałem tutaj zwyzwany od troli, gdy napisałem co myślę o Lodzie. A tym razem chyba wszyscy, poza WO, mają podobną do mojej opinię. Ciekawe.

  111. Oryginalne pomysły u pisarza są plusem, ale „ściąganie” nie jest zarzutem. Przecież wtedy 99% fantasy nie mogłoby istnieć. Oryginalne pomysły Dukaja? (na tyle na ile umiem to ocenić, nie jestem jakoś specjalnie oczytany).

    Ten nurt katolik-sf którym debiutował i potem jeszcze go trochę ciągnął w opowiadaniach. Początek był okrutny (jakieś anioły strzelające pew-pew, dobrze pamiętam?), ale potem się trochę z tym wyrobił. Wydaje mi się teraz, że „Medżugorie” dawało radę. Potem zarzucił.

    Nurt narodowo-sf, czyli Xavras i to opko, gdzie typek wyliczał dlaczego Żydzi są super i rządzą światem. Rzeczy dość straszne.

    Wspomniane „Inne pieśni” − byłby właściwie z tego cały nowy podgatunek sf.

    No i ten low-key sf, który jest w „Lodzie” − kosmici zrobieni z nadciekłego helu, ale w sumie to czytelnik musi sam się domyślić – chyba nigdzie czegoś podobnego nie widziałem.

    Po „Córce łupieżcy” i „Wrońcu” już chyba nic Dukaja nie czytałem. Mam gdzieś „Króla Bólu”, ale nie ruszyłem.

  112. @bartol
    O stylu (łatwości czytania) się nie wypowiadam – ja akurat się męczyłem. Ta cała mistyka byłaby może nawet ok, gdyby motyw tych symbiontów był lepiej zrobiony, no i gdyby nie ten irytujący mesjanizm (ewangelia minus przypowieści, minus kazanie na Górze, minus kontekst społeczny). Zostaje groteskowy kołowrót z dwoma papieżami (w zasadzie jednym) nadający się na skecz SNL (Benedykt podrzynający gardło Franciszkowi albo odwrotnie) i jeden naprawdę poruszający moment odcięcia przestrzeni Plancka (czy jak to tam się zwało.
    W sumie to pewnie jestem mocno zbiasowany bo jeden znajomy (też informatyk btw) polecał mi to jako coś lepszego od Pratchetta.

  113. Przepraszam za post pod postem, ale coś mi się przypomniało. Motyw drzew – statków kosmicznych – jestem pewien, że to już było gdzieś indziej. Za ChRLD nie jestem w stanie sobie przypomnieć gdzie.

  114. @s.trabalski
    Motyw drzewnych megastruktur zamieszkanych przez ludzi to przywołany wyżej Podrzucki i trylogia Yggdrasill.
    Drzewny statek kosmiczny jest też w komiksie ‚Saga’ duetu Vaughan/Staples.

  115. @wolny_rodnik & sheik.yerbouti
    O to, to. Nazwa Yggdrasill pada też w Hyperionie więc to pewnie od Podrzuckiego u w drugiej kolejności od Aldisa. Dzięki!

  116. @s.trabalski
    „O stylu (łatwości czytania) się nie wypowiadam – ja akurat się męczyłem. Ta cała mistyka byłaby może nawet ok, gdyby motyw tych symbiontów był lepiej zrobiony, no i gdyby nie ten irytujący mesjanizm (ewangelia minus przypowieści, minus kazanie na Górze, minus kontekst społeczny). Zostaje groteskowy kołowrót z dwoma papieżami (w zasadzie jednym) nadający się na skecz SNL (Benedykt podrzynający gardło Franciszkowi albo odwrotnie)”

    Ja tam nie zgłębiam, czytam. Albo mi się podoba, albo nie. Nie analizuję. Oczywiście jak ktoś wali drętwe kawałki to przestaję czytać, bo szkoda czasu. Z reguły po lekturze pozostają mi tylko wrażenia i jakieś wątki, pomysły itp. Często zresztą nie pamiętam skąd coś mi się po głowie błąka. Np. dwóch papieży w ogóle nie pamiętam, pamiętam za to chałupę, gdzie każde pomieszczenie było w innej części wszechświata, a drzwi były portalami. Fajny pomysł. I jakieś inne drobiazgi.

    „W sumie to pewnie jestem mocno zbiasowany bo jeden znajomy (też informatyk btw) polecał mi to jako coś lepszego od Pratchetta.”

    Ale to jakby trochę zupełnie coś innego. Pratchetta czytałem dla beki i bardzo długo nie ogarniałem o co biega. W sumie dalej nie ogarniam, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Poza tym, jak w książce występuje więcej osób w tle, to się szybko gubię i nie rozrózniam kto jest kto (czytanie Kontrapunktu Huxleya było dla mnie masakrą, nic nie pamiętam).

    Generalnie fantazy nie lubię, bo to jakaś ściema dla egzaltowanych nastolatków i nerdów, którzy boją się wyjść z domu i gają w jakieś dziwne gry z kartami, figurkami, jakimiś mistrzami, WTF? Tzn. kilka w miarę ciekawych rzeczy przeczytałem, ale fanem bynajmniej nie jestem.

  117. @bartolpartol&s.trabalski

    „Generalnie fantazy nie lubię, bo to jakaś ściema dla egzaltowanych nastolatków i nerdów, którzy boją się wyjść z domu i gają w jakieś dziwne gry z kartami, figurkami, jakimiś mistrzami, WTF?”

    Żeby na blogu u WO takie herezje czytać, ech. I jeszcze dissowanie „Hyperiona”. Idzie na koniec świata.

  118. @bartolpartol
    „nerdów, którzy boją się wyjść z domu i gają w jakieś dziwne gry z kartami, figurkami, jakimiś mistrzami, WTF?”

    To prawda, trochę się boję wyjść z domu, bo tylko dziś zanotowali 850 nowych zachorowań u nas w województwie. A dziwne gry mają taką zaletę, że nie trzeba do nich wychodzić, co pomaga w utrzymaniu i społecznego dystansu, i równowagi psychicznej w warunkach przymusowej izolacji, więc właśnie skończyliśmy grać w Delta Green. A tak poważnie – uznajmy, że kwotę kontrowersyjności pod tym wpisem masz już wyrobioną, możesz odetchnąć i przestać się starać.

  119. @bartolpartol
    „Generalnie fantazy nie lubię, bo to jakaś ściema dla egzaltowanych nastolatków i nerdów, którzy boją się wyjść z domu i gają w jakieś dziwne gry z kartami, figurkami, jakimiś mistrzami, WTF?”

    O to, to! Też tak mam. W polskim f/sf lat ’90 i wczesnych zer drażniły mnie te wspomniane przez inżyniera mrównicę bardzo silne akcenty narodowo-katolicko-korwinistyczne. Całe to środowisko było mocno kucersko-incelskie i przesiąknięte Korwinem. Prawdę mówiąc nie wiem jak to wygląda dziś (obecnie nie siedzę w temacie, ostatnio czytałem tego typu twórczość 20 lat temu), coś się mogło od tego czasu zmienić na lepsze.

  120. @mnf:
    „Prawdę mówiąc nie wiem jak to wygląda dziś (obecnie nie siedzę w temacie, ostatnio czytałem tego typu twórczość 20 lat temu), coś się mogło od tego czasu zmienić na lepsze.”

    Podejrzewam, że raczej na gorsze. Odpadłem od Pana Lodowego Ogrodu jak zaczęły się jakieś podjazdy w stylu Unia zła, Socjalistyczna Republika Chomików w rurkach zła itp. Jakoś nie miałem ochoty być odbiorcą traum Grzędowicza.

  121. zdecydowany głos przeciw miłoszewskiemu zainteresował mnie, bo zamierzałem dać polskiemu kryminałowi drugą szansę mimo całkowitego zdegustowania po lekturze śmierci w breslau i to właśnie miał być mój wybór, co prawda kolega bartolpartol nie rozwinął swojej krytyki, ale zaprezentował ładnie swój aparat krytyczny przenosząc rozmowę na lód, dzięki czemu miłoszewski umocnił się w czołówce faworytów do przyszłej lektury, dziękuję

  122. @wojtek_rr
    „I jeszcze dissowanie „Hyperiona”. Idzie na koniec świata.”

    O ile dobrze pamiętam, to napisałem, że mi się dobrze to czytało.

    @krystyna.ch
    „A tak poważnie – uznajmy, że kwotę kontrowersyjności pod tym wpisem masz już wyrobioną, możesz odetchnąć i przestać się starać.”

    Ufff, dzięki. Co prawda muszę się starać, żeby nie pisać takich rzeczy, ale ok, będę się bardziej starał, nie ma problemu.

  123. @Marek Krukowski
    „dzięki czemu miłoszewski umocnił się w czołówce faworytów do przyszłej lektury, dziękuję”

    Natomiast odradzam zaczynanie od tej jego najnowszej rzeczy i w ogóle od jego eksperymentów z „powieścią lotniskową”. Świetnie mu wyszedł horror po polsku („Domofon”) oraz cykl o prokuratorze Szackim, w którym najlepszą częścią jest (nietypowo) srodkowa, czyli zekranizowane „Ziarno prawdy”.

    Jako czytelnik megawybredny powinieneś może pomyśleć o Żulczyku. On pisze książki, które formalnie rzecz biorac są kryminałem / thrillerem, ale tyle tam jest kolejnych warstw literackich (i to naprawdę dobrych), że spodoba się także komuś, kto oczekuje Ważnych Diagnoz Społecznych.

    Gdy pisałem na blogu o serialu „Ślepnąc od świateł”, miałem wobec niego kilka zarzutów. Okazuje się, że to wszystko luki w fabule, których NIE MA W KSIĄŻCE, do której zarzutów już wlaściwie nie mam.

  124. @Marek
    „co prawda kolega bartolpartol nie rozwinął swojej krytyki”

    Przepraszam, nie chciałem nudzić, ale nie ma sprawy. Więc tak. O ile dobrze pamiętam przeczytałem w sumie niecałe 2 rzeczy. To coś o odzyskiwaczach obrazów porzuciłem w połowie, choć powinienem był dużo wcześniej. To jest prymitywne, głupie i niedorzeczne, taki Bond dla bardzo mało wymagających. Bardzo niedorzecznie się zaczyna, potem jest coraz gorzej. A koleś jeżdżący 300 na godzine samocodem po zamarzniętcyh szkierach… no dajcie spokój. Ale przeczytałem zakończenie. No, debilne po prostu. Potem przecytałem w całości coś chyba o Wrocławiu. Ganiali się po podziemiach. Uszłoby od biedy, ale zbiegi akcji były tak naciągane, że kompletnie nieprawdopodobne. Do tego epatowanie, zupełnie bez sensu, jakimś psychopatą. No i 3 rzeczy przeczytałem kawałek, bo znowu było epatowanie psychopatą (tym samym), a tego już nie zdzierżyłem. To jest dobre dla nerdów, którzy….., ok, ok, staram się!

    Swoją drogą epatowanie makabrą i psychopatami to chyba jakaś bolączka obecnych czasów. Próbowałem czytać jakiegoś Francuza. Pierwsza część zaczynała się od powieszonego konia w jakimś dziwnym miejscu. No ok, przeczytałem. W sumie to nie było takie złe. Ale był tam psychopata jako wątek poboczny. No i psychopata oczywiście uciekł, bo oczywiście jego badaczka i niedoszła ofiara się nad nim zlitowała (no dajcie spokój), więc kolejne części to epatowanie makabrą i psychopatą, który uwziął się na biednego bohatera, bo to takie proste, samograj. Nie dziękuję.

  125. @dissowanie Hyperiona
    Toż nie dissuję. Szczerze chciałbym się dowiedzieć co ludzie w tym widzą. Bo dla mnie to dość przeciętna papka z paroma rodzynkami (Chyżwar, ta premier odłączająca ludzkość od technologii Plancka) obficie polana słabawym mistycyzmem.

  126. bartolparol
    „Swoją drogą epatowanie makabrą i psychopatami to chyba jakaś bolączka obecnych czasów.”

    Niestety, żona uwielbia klasyczne kryminały i co rusz ma dosyć. Psycholog/komisarz ma traumy, sprawca nie tylko morduje, ale odwala jakieś makabryczne inscenizacje. Z potem się okazuje, że to on naście lat temu zgładził kogoś z ze znajomych śledczej.

  127. @Krystyna.ch
    Krysiu, to nie tak. Być może zamierzał [pisać o czymś podobnym, bo taki był zeitgeist. Nic złego. Rozumiem, że mogło ci się nie podobać to safari z Perfekcyjnej. Staram się nie skreślać książki z powodu jakiegoś szczegółu. Uważam, że wizja i świat to wynagradzają. Ale – jak mawiano kiedyś – DGCC.
    Owszem, Dukaja nie czyta sie łatwo – to nie tytułowy Mróz. Owszem, ma pewne wady w konstrukcji postaci. Ale naprawdę warto czytać. W końcu Głos Pana też nie jest łatwy w czytaniu, a wielki (toutes proportions gardees, jeśli nie pomyliłem pisowni).
    Natomiast faktycznie problemem Perfekcyjnej jest brak dalszego ciągu – to jest trzecia część opowieści. Trudno, dobre i tyle.

  128. @wo
    „Gdy pisałem na blogu o serialu „Ślepnąc od świateł”, miałem wobec niego kilka zarzutów”

    …z których dwa wyraźnie pamiętam:
    – że główny bohater jest niesympatyczny, co nie jest równoważone Jakimś Miłym Akcentem. Ja wcześniej czytałem książkę i wiedziałem, że od początku takie było założenie. Jest to wejście w głowę dilera, a więc chama i psychopaty, który gardzi całym światem (a już najbardziej swoimi klientami, czyli frajerstwem, które trując się dostarcza mu mamony);
    – kolejny zarzut: jak inteligentna osoba może się w coś takiego pakować? Cóż, jak pokazał przykład tzw. „dilera gwiazd”, sprzedawanie szczęścia elitom warszawskiego showbizu to w miarę bezpieczny (gwiazdy dziennikarstwa to nie osiedlowy Seba i z powodów wizerunkowych cenią sobie dyskrecję) zarobek idący w setki tysięcy złotych rocznie. Dilerzy z wyższej półki wpadają najczęściej przez własną głupotę – głównie szastanie forsą na prawo i lewo.

    „Okazuje się, że to wszystko luki w fabule, których NIE MA W KSIĄŻCE, do której zarzutów już właściwie nie mam”

    Odniosłem odwrotne wrażenie. W serialu zalepili parę luk, dotyczących np. motywów działania Dario. No ale też w książce nie ma wszechwiedzącego narratora – jest to opowieść Jacka, który pewnych rzeczy nie może wiedzieć…

  129. @mcal
    „Dukaj jest po prostu straszliwie nierówny.”
    A który pisarz jest równy. Ryzyko nierówności rośnie, jeśli ktoś, tak jak Dukaj, nie lubi, a nawet chyba nie jest zdolny powtarzać się. Przy dynamicznym skakaniu między konwencjami, tematykami, stylem i tempem narracji muszą się zdarzać niewypały (no chyba, że to Lem… choć po „Wizji lokalnej” było już z górki, no ale to już była chyba kwestia wieku autora). IMHO, tak warto próbować. Lepiej pozostawić dwie świetne książki niż 30 gniotów pisanych na jedno kopyto – choć oczywiście finansowo może być dokładnie na odwrót.

    Mam też wrażenie, że po „Innych pieśniach” wszyscy zaczęli zawieszać Dukajowi bardzo wysoko poprzeczkę (Wydawnictwo Literackie, fiu fiu), i on sam również, co raczej nie pomogło – stąd „Lód” (przyznaję – zacząłem z wypiekami, ale wymiękłem), po którym odpłynął w różne, przeważnie dziwne rejony.

    @krystyna
    „„Perfekcyjna niedoskonałość” nie rządzi, bo strasznie odrzucają te kolonialne fantazje białego pana o safari w Afryce”
    Ja tam zawsze traktowałem Puermageze i trip bohaterki jako proces formacji młodej przedstawicielki klasy wyższej. Ale dawno czytałem.

    „nie będę namawiać nikogo na czytanie połowy książki”
    To mi zupełnie nie przeszkadzało. Śmiało mógłbym uwierzyć, że kończy się tak, jak się miało skończyć (gdyby nie oczywiste sugestie). Obawiam się zresztą że dalej mogłoby być gorzej – z podobnych powodów zapewne (nawet) Lem nie napisałby większości powieści z „Doskonałej próżni / Wielkości urojonej”. Są rzeczy, których zapowiedź musi być lepsza, niż realizacja.

  130. @mnf
    „Ja wcześniej czytałem książkę i wiedziałem, że od początku takie było założenie.”

    Tak jest, teraz już wiem. Teraz postać głównego bohatera wydaje mi sie spójna.

    „Cóż, jak pokazał przykład tzw. „dilera gwiazd”, sprzedawanie szczęścia elitom warszawskiego showbizu to w miarę bezpieczny ”

    No właśnie ten zarzut podtrzymuję (acz w ksiażce też jest wyjaśniony, po prostu bohater wcale nie jest aż taki znowu inteligentny, jest człowiekiem, który już ma zryty mózg przez dawne przeżycia – czyli inteligentny, to on może był w liceum). Przykład „dilera gwiazd” moim zdaniem dowodzi odwrotnej tezy. Po pierwsze – wpadł, cbdu. Po drugie – nawet nie był „dilerem gwiazd”, to medialna ksywka, ale jak tak konkretnie tabloidy opisywały te „gwiazdy”, to był zazwyczaj trener fitnesowy Pipsztyckiej, która jest byłą partnerką Hudefackiego, który ma vloga o samochodach.

    „W serialu zalepili parę luk, dotyczących np. motywów działania Dario.”

    Wydaje mi się (na podstawie niereprezentatywnej próbki), ze Żulczyk lubi opisywać Szatana. Może nie wszystkie gry video są o miłości, ale wszystkie Żulczyki są o istnieniu bezinteresownego, bezosobowego Zła (TM).

  131. Można to Zło opisywać tak czy inaczej, ale potem musi jeszcze zagrać je Jan Frycz! Dopiero wtedy wszystko się zgadza

  132. @Hyperion

    Cwileczkę, bo dwóch papieży było w kontynuacji – Endymionie, która była bardzo słaba (Mary Sue zbawicielka, bohater pokonujący niemożliwe komplikacje nadludzkim wysiłkiem woli, ekosystem składający się z dwóch gatunków, które żywią się sobą nawzajem itd.).
    Natomiast Hyperion jest dla mnie świetnąlekturą z wielu powodów. Choćby przez kontrukcję szkatułkową, zawierającą kila różnych opowiadań z różnych gatunków, wiele dobrych pomysłów, takich jak Chyżwar, Drzewo Bólu, krzyżokształty, Grobowce Czasu, bardzo bogata kreacja świata (światów), którymi można by obdzielić kilkanaście różnych książek. Intryga ze szpiegiem Intruzów. W ogóle wątek Intruzów i kilka zwrotów akcji z nimi związanych. Plus Sztuczne Inteligencje. Ogólnie autor miał u mnie wielkiego plusa za to, że wszytskie te bardzo ciekawe pomysły i wątki na koniec miały bardzo sensowne wspólne rozwiązanie. Jak dla mnie jedno z ciekawszych SF, jakie czytałem.

    @Domofon

    Bardzo podobał mi się klimat, ale poczułem sie oszukany rozwiązaniem. Chyba że czegoś nie zrozumiałem. Gnz wrqan m tłójalpu cbfgnpv, xgóen pubqmvłn cb oybxh v anjrg zvnłn cemltbql cbmn avz, fnzn bxnmljnłn fvę qhpurz, n cemrpvrż jlenźavr olłb cbjvrqmvnar jvrybxebgavr, żr qhpul avr zbtą bchfmpmnć cebtój fjbvpu zvrfmxnń.

    @Cieplarnia
    Czytałem to bardzo dawno temu, ale dam sobie rękę uciąć, że nie bylo statku-drzewa, tylko trawersery, któe podróżowały z ziemi na Księżyc na pnączach, ale to bardzo odległe skojarzenie.

  133. > Natomiast faktycznie problemem Perfekcyjnej jest brak dalszego ciągu

    Dwa słowa: Tomasz Kołodziejczak, autor samych niedokończonych cykli.

  134. @wo
    „Po pierwsze – wpadł, cbdu”

    Z podobnego powodu, dla którego swojego dostawcę sprzedał Fajkowski – któryś z jego klientów w końcu przejechał na haju kogoś na pasach, więc musiał wsypać Jacusia żeby uniknąć odsiadki. To ryzyko zawodowe i sytuacja nie do przewidzenia, jak trzęsienie ziemi. W każdym dla „dilera gwiazd” razie ryzyko jest raczej niewielkie, ponieważ ludzi znanych i majętnych policja w ogóle się nie czepia.

    Ekskluzywny diler sam wybiera sobie ekskluzywnych, nadzianych klientów z UMC. Małolatów, ziomali i lumpenproletariat odrzuca z góry, bo to oznacza kłopoty (podobnie jak „Jalisco Boys” – niekarane normalsy – dystrybuowali heroinę w Stanach wśród uzależnionej wcześniej od opiatów z apteki zamożnej białej klasy średniej z przedmieść, co opisał Sam Quinones w „Dreamland”; to nie czarne getto, ryzyko wpadki jest praktycznie równe zeru).

    „Po drugie – nawet nie był „dilerem gwiazd”, to medialna ksywka, ale jak tak konkretnie tabloidy opisywały te „gwiazdy”, to był zazwyczaj trener fitnesowy Pipsztyckiej, która jest byłą partnerką Hudefackiego”

    Kokaina to modny narkotyk kupowany przez ludzi z forsą, będący atrybutem wyższej klasy średniej (który, choćby ze względu na wysoką cenę, kojarzy się z luksusem – to jak wstęp do ekskluzywnego klubu dla elit, nie jakaś tam meta czy braun dla osiedlowego plebsu).

    Skądś warszawskie elity muszą ją brać. Nawet jeśli zatrzymany delikwent zezna, że sprzedawał narkotyki jakiejś Bardzo Ważnej Postaci (a z wielu powodów może nie chcieć tego zrobić), nie będzie to sprawa procesowa – Iksiński powie, że jest to oszczerstwo i pomówienie (choć oczywiście tabloidy mogą zniszczyć mu karierę): po pierwsze – bardzo trudno będzie mu to udowodnić wyłącznie na podstawie deklaracji kryminalisty, po drugie – sama konsumpcja przestępstwem nie jest (no chyba, że policja złapie cię z towarem na klatce schodowej, wtedy odpowiesz za posiadanie). Więc nie sądzę, żeby zaopatrywał tylko trenera fitnesowego Pipsztyckiej.

    „Wydaje mi się (na podstawie niereprezentatywnej próbki), ze Żulczyk lubi opisywać Szatana. Może nie wszystkie gry video są o miłości, ale wszystkie Żulczyki są o istnieniu bezinteresownego, bezosobowego Zła (TM)”

    Jeśli jesteś zachwycony Żulczykiem („Ślepnąc…”, „Wzgórze Psów”, nawet „Radio Armageddon”), w żadnym wypadku nie sięgaj po jego ostatnią książkę, tę o rzekomo Złu Absolutnym. Czar pryśnie w mgnieniu oka – genialny Alan Turing nagle zamieni się w Benny Hilla, a Stefan Banach w Krzysztofa Kononowicza.

  135. Jeszcze jedno: w książce i serialu polityk wchodzi do auta Jacka, celebryta zaprasza go do apartamentu. W rzeczywistości koks formalnie kupowaliby raczej ich asystenci, stanowiący bufor pomiędzy Ważną Postacią a kryminalistą. Pewnie dlatego w tabloidach nie pojawiały się Znane Nazwiska, tylko właśnie ci „trenerzy fitnessu” i znajomi znajomych.

  136. @mnf
    „W każdym dla „dilera gwiazd” razie ryzyko jest raczej niewielkie, ponieważ ludzi znanych i majętnych policja w ogóle się nie czepia” vs „Jeszcze jedno: w książce i serialu polityk wchodzi do auta Jacka, celebryta zaprasza go do apartamentu. W rzeczywistości koks formalnie kupowaliby raczej ich asystenci, stanowiący bufor pomiędzy Ważną Postacią a kryminalistą”

    To jak z prowadzeniem samochodu po pijaku – ryzyko pojedynczego przejazdu jest niewielkie, ale jeśli robisz to codziennie, to masz prawdopodobieństwo bliskie 1, że w ciągu najbliższych paru lat zniszczysz tym czyjeś życie, oby tylko swoje.

    „Ekskluzywny diler sam wybiera sobie ekskluzywnych, nadzianych klientów z UMC.”

    Sam sobie przeczysz. Docelowo oczywiście klientem może być Ważny Polityk, ale w praktyce nie będziesz nigdy jego kolegą, on cię sprzeda przy najdrobniejszej wpadce (typu „przyłapią go z prostytutką”).

    Człowiek naprawdę inteligentny wybierze sobie po prostu mniej ryzykowny styl życia, dający jakąś perspektywę przetrwania do emerytury.

  137. „w żadnym wypadku nie sięgaj po jego ostatnią książkę, tę o rzekomo Złu Absolutnym” – ja mam ogólną cofkę na „dystopie alternatywne”. Zbyt łatwo coś takiego sobie wygenerować po prostu grając w grę komputerową („a co gdyby faszyzm w Polsce”).

  138. @wo
    „ja mam ogólną cofkę na „dystopie alternatywne””

    Ja lubię – ale pod warunkiem, że są pisane na poważnie. Do Żulczyka mam żal o zmarnowany potencjał, bo tam możesz znaleźć zatrzymywanie czasu, eksplodujące mózgi, fruwające baby, nieśmiertelnego Rambo i bełkotliwy wątek religijny; zabrakło mi tam tylko różowych jednorożców. Do tego narrację pierwszoosobową dyskutującą w czasie rzeczywistym z wszechwiedzącym narratorem, przyznającym się do bycia autorem we własnej osobie(!). Ego eksplodowało.

  139. @mnf
    „Do tego narrację pierwszoosobową dyskutującą w czasie rzeczywistym z wszechwiedzącym narratorem, przyznającym się do bycia autorem we własnej osobie(!).”

    Ach. On uwielbia umieszczać swoje alter ego (tzn. dawać swoje cechy jakiejś postaci), ale dotąd wychodziła mu z tego zgrabna gra literacka (w tym co znam, bo nie znam wszystkiego).

  140. „Człowiek naprawdę inteligentny wybierze sobie po prostu mniej ryzykowny styl życia, dający jakąś perspektywę przetrwania do emerytury.”
    Jaki,jaki? Znaczy żeby jeszcze dawał taki poziom życia, jak dilerka.

  141. @janekr
    „Jaki,jaki? Znaczy żeby jeszcze dawał taki poziom życia, jak dilerka”

    Dla kolesia z nożem na gardle chyba żaden. Duża, łatwa kasa. Robota ryzykowna, oczywiście – ale nie bardziej, niż np. latanie na paralotni. Ci ludzie liczą się z możliwością odsiadki, ale ich błędem jest to, że najczęściej szastają na bieżąco zamiast odkładać na czarną godzinę. W książce podobało mi się to, że Jacek robił swoje po chichu i nie chodził obwieszony złotem po klubach go-go, a jego jedyna ekstrawagancja to dobry samochód. Oczywiście sprawa się rypła i musiał te swoje oszczędności wydać w trybie awaryjnym, no ale bez takich twistów fabuła byłaby nudna jak flaki z olejem.

  142. Anegdota: Jak w 2013 sprowadziłem się do warszawy i zajmowałem pokój w robocie, to dowiedziałem się, że wcześniej pracował w nim „diler gwiazd” (konkretnie Wojewódzkiego), ale poszedł siedzieć. Potem się zorientowałem, że „dilerem gwiazd” to był chyba co drugi obszczymur z koksem, bo to intrygujący marketing. Gość jest skrajnym prymitywem – do tej pory przysyła jakieś obleśne poro gify swojemu byłemu szefowi, ale ustawił się nieźle jako brygadzista budowlany na Zachodzie, w czym ponoć jest niezły, bo ma twardą rękę do tej wielokulturowej zbieraniny z całego świata, która tam pracuje.

    @Dukaj vs Egan: Przypomniał mi się jeden charakterystyczny przypadek. Ta gramatyka postpłciowa z „Perfekcyjnej…” nad którą wylano morze bitów jeszcze w Usenecie. Potem się zorientowałem, że rzecz jest żywcem wzięta z „Distress” (niestety daty wydania są silnie nie na korzyść Dukaja), co byłoby nawet spoko (jak pisałem – nie mam za złe nikomu podbierania pomysłów), tylko, że u Egana, to jest wplecione w ogólny temat ewolucji człowieka w kierunku postpłciowych aspergerczyków, a u Dukaja sprowadza się do jednego mono-dialogu w którym Phoebe wszystko wykłada.

    @”ekosystem składający się z dwóch gatunków, które żywią się sobą nawzajem”

    O! A to akurat ciekawy pomysł. Widzę potencjał dla ciekawych sf rozwiązań pt. „jak to fizycznie możliwe”. Np. bakterie jelitowe umiejące podróżować w czasie. A czemu nie!

  143. @janekr
    „Jaki,jaki? Znaczy żeby jeszcze dawał taki poziom życia, jak dilerka.”

    Znany szczeciński prozaik w tym momencie woła „flex!”, ale nie mogę sie powstrzymać prszed uwagą, że jako niszowy pisarz i były felietonista żyję na mniej więcej takim samym poziomie, jak ten diler. Mój samochód to oczywiście nie jest BMW ani Audi, ale mnie po prostu nie kręci premiomowość dla premiumowości. On kupił używany, ja nowy, więc prawdopodobnie za tę samą cenę mógłbym mieć jakieś paroletnie BMW 520, a już na pewno 320.

    A ja jednak nie łamię prawa, co daje mi ten słodki luksus, że np. gdy mnie ktoś czymś próbuje przestraszyć, ja bez większych obaw odpowiadam „no to spotkamy się w sądzie” (jak niebawem się to zdarzyło, ale proszę nie traktować tego jak zaproszenia do offtopiku).

  144. @inz.mruwnica
    „Widzę potencjał dla ciekawych sf rozwiązań pt. „jak to fizycznie możliwe”. Np. bakterie jelitowe umiejące podróżować w czasie.”

    Pewnie dałoby się coś takiego wymyśleć, ale w „Endymionie” była wizja planety pokrytej w większości lodem, na której zachowały się tylko dwa gatunki: ludzie i śnieżne potwory (coś w rodzaju Yeti). Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to nie było tam żadnych upraw, ludzie żywili się mięsem upolowanych Yeti, a z ich skóry i kości wykonywano przedmioty codziennego użytku. Yeti natomiast żywiły się… ludźmi. Nie ma możliwości, żeby ten ekosystem był stabilny.

  145. @wo
    „jako niszowy pisarz i były felietonista żyję na mniej więcej takim samym poziomie, jak ten diler”

    Pracowałeś na swoje nazwisko przez lata, a co ma robić łoś z nożem na gardle, który chce to BMW teraz, zaraz? Dilerka to dla niego szybka droga do chmur (pod warunkiem że się wkręci w nadziane towarzystwo) – oczywiście istnieje ryzyko bolesnego upadku na glebę, ale są też tacy, którzy lubią adrenalinę; dlaczego niektórzy latają na paralotniach czy lezą zimą na K2?

  146. @inz.mruwnica
    „Ta gramatyka postpłciowa z „Perfekcyjnej…” nad którą wylano morze bitów jeszcze w Usenecie. Potem się zorientowałem, że rzecz jest żywcem wzięta z „Distress” (niestety daty wydania są silnie nie na korzyść Dukaja)”

    Że Dukaj się tym inspirował to akurat #potwierdzoneinfo, z pierwszej ręki. Zagadnęłam go o to podczas obiadu w barku wietnamskim na Polconie w Łodzi, czyli w 2009 r. – powiedział, że zobaczył ten pomysł u Egana, bardzo mu się spodobał i zastanawiał się, jak to najlepiej przełożyć na polski. IMO same formy zrobił bardzo dobrze, że nie poszedł za tym równie ciekawy wątek fabularny – szkoda. W ogóle relacja narratora i Akili Kuwale to jedna z rzeczy w „Distress”, które w 2005 r. prawie wybuchły mi mózg, na zasadzie – OMG WTF, to tak można pisać?!

  147. @mnf
    „Pracowałeś na swoje nazwisko przez lata, a co ma robić łoś z nożem na gardle, który chce to BMW teraz, zaraz?”

    Dopełznąłem do MMC jakoś koło trzydziestki (zależy jak liczyć kryteria). Skoro on jest taki inteligentny, to może zrobić dokładnie to samo co zrobił Żulczyk, bo łączy go z nim wiele elementów biograficznych – pisać książki.

  148. Chwileczkę, w obu wersjach „Ślepnąc od świateł”, zaznaczone jest, że bohater tę kasę bardziej chomikuje niż wydaje. Sugestia, że z samego pisania książek można dobić do poziomu WO z przełomu wieków (czyli postawienia sobie domu pod Warszawą i utrzymania pięcioosobowej rodziny) brzmi dosyć ekscentrycznie w świetle np. twardych liczb podawanych przez Dehnela.

  149. @dom pod Warszawą
    O ile pamiętam, gospodarz kiedyś opisywał w gazecie, jak własnoręcznie machał łopatą na budowie w razie potrzeby.

  150. @pk
    „Sugestia, że z samego pisania książek można dobić do poziomu WO z przełomu wieków (czyli postawienia sobie domu pod Warszawą i utrzymania pięcioosobowej rodziny) brzmi dosyć ekscentrycznie w świetle np. twardych liczb podawanych przez Dehnela.”

    Zależy co się pisze. Dehnel jest dużo bardziej ambitny ode mnie. Ale weź spróbuj sobie oszacować finanse pisarza, który np. sprzedaje po kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy, a do tego ma ze dwa wyprodukowane seriale. Spokojnie wyjdzie ci z tego dom i BMW (albo pięciooosbowa rodzina i nieco skromniejszy samochód).

  151. @Poziom życia a dilerka

    Akurat poziom życia tego dilera Kuby nie jest jakoś nadzwyczajny i nic nie wskazuje na to aby z bycia dilerem elit ciągnął jakieś ponadprzeciętne dochody. Generalnie – mam wrażenie że posadzenie go w tym BMW było jakiś gestem w kierunku kultury lat dziewięćdziesiątych gdzie faktycznie funkcjonowało skojarzenie „BMW = gangsterka”.
    Tylko że BMW piątką mógł się (i w sumie może…) wozić byle szeregowy bandziorek pruszkowsko – wołomiński. Nawet autentyczny diler gwiazd gdy został skazany, to zarobił ponad 1 mln pln. Przez sześć lat. Ile to jest dla faceta z rodziną? Dom i trzy samochody? [1]
    Atrybuty naprawdę dużych pieniędzy czy jakiegoś uprzywilejowanego statusu to były wille i po kilka – kilkanaście samochodów i inne ostentacyjne sposoby wydawania kasy. Do tego jakaś spora rezerwa na czarną godzinę. Na przykład na ucieczkę do Meksyku czy innej Hiszpanii (przykłady z realu).

    Tym bardziej że zorganizowana przestępczość na poziomie handlu narkotykami, nawet hurtowego o innych formach przestępczości nie wspominając to nie była domena osób takich jak ten Kuba. Sprytnych owszem, brutalnych, jak najbardziej, najczęściej z klasy ludowej. I dla tych osób szybki zysk był atrakcyjny bo był duży, szybki i możliwy do osiągnięcia z ich poziomem kapitału społecznego i jego mnożenia dzięki pieniądzom (przyciągają osoby z klasy średniej świadczące usługi np. prawnicze (różnie rozumiane – „najciekawiej” swoje ekhm, powinności zinterpretował pewien adwokat który do sądu przyniósł pistolety i granaty 20 lat temu).

    „oczywiście istnieje ryzyko bolesnego upadku na glebę”

    Na ile bolesnego, w przypadku handlarza z jakimś kapitałem społecznym? Pomijając środki dość radykalne (pójście na współpracę w śledztwie, ze statusem świadka koronnego włącznie) osoba będąca w zorganizowanej grupie przestępczej może się bać co najwyżej kilku lat odsiadki (a okres aresztu zalicza się na poczet kary…), w więzieniu jest też się w sytuacji względnie wygodnej, bo ma się pieniądze (za murami też się przydają) i kapitał społeczny wynikający z funkcjonowania w grupie.

    Reasumując – czym innym już jest typowa przestępczość białych kołnierzyków w różnych jej formach – to już klasa średnia w tym UMC i jeśli ktoś jest naprawdę inteligentny i ma możliwości, to zajmuje się właśnie tym, wynajmując w razie potrzeby osoby do zadań, nazwijmy to fizycznych. I trudniej też o wpadkę a i wyroki mniejsze.

    [1] [https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,24668011,diler-gwiazd-skazany-za-handel-kokaina-kupowali-od-niego.html]

  152. P.S taka jeszcze szybka wyliczanka odnośnie dochodów – według wyroku to było ponad milion złotych przez sześć lat, zarobionych przez „dilera gwiazd” – facet 51 lat, któremu pomagała żona i córka. Załóżmy że to było milion dwieście tysięcy, czyli na rok dwieście tysięcy. Na szybko sprawdziłem ceny – hipotetyczny dom pochłonął by połowę tej ceny (i to nie w samej Wawie oczywiście – ale pewnie lepiej znający tamtejszy rynek powiedzą coś lepiej), drugie tyle by poszło na samochody (zakładając że co najmniej jeden to było by BMW 5 nowy lub 2-3 letni). Szału nie ma…

  153. @WO

    „Ale weź spróbuj sobie oszacować finanse pisarza,który np. sprzedaje po kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy, a do tego ma ze dwa wyprodukowane seriale.”

    Kryterium dwóch seriali (jeden zakończony, drugi skasowany) spełnia w PL tylko jedna osoba – Żulczyk (mówiący otwarcie o dorabianiu sobie na fuchach typu copywriterka, jest zresztą o tej kwestii i #upadkuprasypapierowej osobny wątek we „Wzgórzu Psów”). Tak dużej sprzedaży książek – może kilkunastu najwyżej żyjących pisarzy. Nawet Dehnel dziwnym trafem ostatnio głównie wydaje kryminały.
    Jeżeli ktoś zacznie pisać fantasy próbując doskoczyć do Sapkowskiego, kryminałami do Miłoszewskiego, albo mainstreamem do Twardocha, czeka go raczej mocne walnięcie o ziemię i przekonanie się, że survivor bias istnieje.

  154. @pk
    No jasne, ale przytaczam go za przykład, bo biografię ma podobną do swojego bohatera, więc jego bohater nawet nie mógłby powiedzieć „pochodzę z małego miasteczka, więc to dla mnie wykluczone”.

  155. Bottom line jest takie, że zarobienie miliona w pięć lat nie jest niemożliwe nawet dla człowieka, który dopiero co przyjechał do Warszawy, nikogo tu nie zna, ale umie się wykazać jako copywriter (książkowriter, felietonowriter itd.).

  156. @sfrustrowany adiunkt
    „taka jeszcze szybka wyliczanka odnośnie dochodów – według wyroku to było ponad milion złotych przez sześć lat, zarobionych przez „dilera gwiazd””

    Skąd wiesz, ile on w rzeczywistości zarobił? I czy parę baniek nie leży gdzieś zakopane w ogródku? On nie może *tak po prostu* wziąć forsę, iść do banku i kupić sobie nieruchomość, a te parę lat odsiadki to już mógł sobie wkalkulować. Słyszałem że dobry diler spokojnie potrafi wyciągnąć 10 koła miesięcznie. A jak sprzedaje koks stołecznej UMC, to musimy to jeszcze pomnożyć. Dlatego nie bardzo wierzę w ten milion przez sześć lat, bo to by wychodziło skromne 14 tysięcy miesięcznie.

    @Piotr Kowalczyk
    „zaznaczone jest, że bohater tę kasę bardziej chomikuje niż wydaje”

    Naturalnie – większość dilerów to obwieszone złotem półgłówki które szastają forsą w klubach nocnych, ale jak któryś ma trochę oleju w głowie to schowa coś na czarną godzinę. W książce dobre było to, że Jacek robił swoje po chichu, a jego jedyna ekstrawagancja to w miarę dobry samochód. Oczywiście sprawa się rypła i musiał te swoje oszczędności wydać w trybie awaryjnym, no ale bez takich twistów fabuła byłaby nudna jak flaki z olejem.

    @wo
    „Skoro on jest taki inteligentny, to może zrobić dokładnie to samo co zrobił Żulczyk, bo łączy go z nim wiele elementów biograficznych – pisać książki”

    Gdyby był NAPRAWDĘ inteligentny, toby napisał „365 dni”.

  157. &mnf „jego jedyna ekstrawagancja to w miarę dobry samochód“
    Ale nie wiemy ile wart był ten sprzęt audio, do którego się tak modlił. A może miał złote kable i kolumny za 150 koła?

    @„Większość dealerów to obwieszona złotem półgłówki”
    Krytycznie ważna jest tutaj chyba zasada “don’t get high on your own supply”

  158. @monday.night.fever

    „Skąd wiesz, ile on w rzeczywistości zarobił? I czy parę baniek nie leży gdzieś zakopane w ogródku?”

    Bo taka suma pojawia się w wyroku – więc były podstawy aby na tyle oszacować jego przychód. Poza tym te 14k na miesiąc podzielone przez 500 pln (załóżmy że taka była cena grama ) daje 28 transakcji. Oczywiście, cena mogła być niższa, transakcji mogło być więcej ale kokaina to nie chipsy i piwo, raczej klient nie kupował jakiś wielkich ilości jednorazowo. Nawet jeśli faktycznie zarobił by więcej – to podejrzewam że byłoby to bliżej miliona więcej niż trzech czy czterech.

    Druga rzecz – z definicji był ostatnim elementem łańcucha, więc jeśli ktoś mógłby zakopywać miliony w ogródku (ale po co? Jest multum możliwości…) to są hurtownicy. Nie mylmy detalisty, nawet obsługującego UMC z hurtownikiem.

  159. @wo
    „Bottom line jest takie, że zarobienie miliona w pięć lat nie jest niemożliwe nawet dla człowieka, który dopiero co przyjechał do Warszawy, nikogo tu nie zna, ale umie się wykazać jako copywriter (książkowriter, felietonowriter itd.).”

    Jeszcze chwila a napiszesz „zausz firmę, weź kredyt”

  160. @sfrustrowany „500 pln (załóżmy że taka była cena grama)”
    Niespecjalnie znam się na cenach kokainy, ale wiem że w Zurychu dosyć czysty towar nie przekracza 80chf za gram. W Warszawie jest aż o tyle drożej? Ja wiem że wyższy VAT i w ogóle…
    Ten towar trzeba jeszcze oczywiście skądś zdobyć, zakładam że na czysto dealer może mieć góra połowę kwoty.

  161. @embercadero
    „Jeszcze chwila a napiszesz „zausz firmę, weź kredyt””

    Jeszcze chwię a napiszesz „jedyny sposób dla inteligentnego faceta na dorobienie się używanego BMW, to dealowanie dragów”.

  162. @sfrustrowany adiunkt
    @sheik yerbouti

    Wszystko zależy od wielkości rynku (OIMW, koks kupują dobrze zarabiający profesjonaliści z UMC) i od tego, jakich masz klientów – bo przecież nie osiedlowego Sebę. Załóżmy, że masz 10 stałych klientów, z których każdy wydaje na twój towar średnio 5 kafli miesięcznie (tj. – według adiunkta – równowartość ok. 10 gram towaru klasy premium). To już masz zarobek rzędu 25 tysięcy (bo drugie tyle idzie do hurtownika). Dla czytających tego bloga wyrzucać co miesiąc 5 tysięcy w błoto na truciznę to shock and ave, ale – o ile mnie pamięć nie myli – już kilkanaście lat temu Tomasz Piątek pisał, że dobrze zarabiający uzależnieni profesjonaliści z branży reklamowej są w stanie wydawać na narkotyki połowę swoich zarobków, tj. ok. paru tysięcy złotych. Część branży IT jedzie pewnie na tanim speedzie, ich bym o koks nie posądzał, ale „prestiżowa” kokaina dobrze się z warszawską elitą komponuje (aktorzy, elita dziennikarska, biznes). Ile taki gość wyda, tyle diler zyskuje. Pytanie ilu jest ludzi którzy są w stanie szastać pieniędzmi na używki zależy zasadniczo od wielkości showbiznesu w Polsce, myślę że w samej Warszawie jest co najmniej tysiąc osób, które miesięcznie wydają tyle na prochy – rynku wystarczy dla kilkudziesięciu dilerów z górnej półki (oczywiście jest to wróżenie z fusów, bo w tej branży nikt nie przedstawia sprawozdań finansowych). Dla W…, eee, Fajkowskiego, wydanie kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie na prochy to jak pięć wizyt w Złotych Tarasach; król hip hopu kupi drugą partię – i już Jacuś jest zarobiony. Wszędzie na świecie branża narkotykowa to lukratywny biznes, więc przy dużym rynku zarobków godnych solidnego UMC wcale nie uważam za nieosiągalne. Inna sprawa, że książka Żulczyka została wydana w 2014, a w ciągu ostatnich paru lat rynek podobno się skurczył (kokaina straciła ten swój powab luksusu i ludzie coraz bardziej boją się kupować)… Ale mogę się mylić.

  163. @janekr
    „No to jestem najmniej inteligentny na tym blogu…”

    Może Ci po prostu nie zależy na pieniądzach? Ja teoretycznie wiem, co powinienem napisać, żeby mieć z tego Kupę Forsy, ale nie chcę. Wolę biografię nerda w okularach.

  164. @mnf:
    „Część branży IT jedzie pewnie na tanim speedzie”
    Branża IT jedzie na Adderalu i innych podobnych dragach pomagających w skupianiu uwagi (te same rzeczy są zresztą używane w leczeniu ADHD) i pracy w skupieniu przez 8-12h.

    Jest to o tyle łatwiejsze, że po prostu trzeba znaleźć lekarza, który wystawi receptę – dużo mniejsze ryzyko dziwnych przygód zdarzających się przy kupowaniu kokainy.

  165. @Zarobki dealerów
    W książce „Freakonomia” Steven D. Levitt, Stephen J. Dubner jest rozdział: „Why Do Drug Dealers Still Live with Their Moms?”.
    Autorzy dowodzą, że w gangach handlarzy na jednego przywódcę z dobrymi zarobkami przypadając setki zarabiający grosze.

  166. @sheik.yerbouti

    Założyłem 500 pln bo taka suma padła w materiale z procesu – faktem jest że np. jak się dobrze poszuka to na stronie KPRM można sobie poczytać szacunkowe ceny z 2012 i tam pada kwota ok 200-300 pln ale…jeśli UMC to raz w grę wchodzi lepszy towar, dwa lepiej zarabiający klienci, trzy ci klienci są powiedzmy bardziej podatni na groźbę szantażu. Oczywiście niższa cena oznacza więcej klientów/więcej transakcji żeby ten milion z hakiem zarobić.

    @monday.night.fever

    Zakładasz że jeden klient kupuje towar 10 razy w miesiącu. Uzależniony, owszem ale też nie każdy zażywa aż tak często. Jakaś część rynku to okazjonalni kupcy, część nie zawsze jest w Polsce a rynek UMC jest jednak ograniczony a nie każdy zażywa kokainę przecież…

    Nawet przyjmując Twoje rachunki – 25k miesięcznie daje 300k rocznie. OK, dla gościa z zawodowym wykształceniem to kolosalna kasa ale dla kogoś jak książkowy/serialowy Kuba z klasy średniej…jakoś nie widzę tego. Porównywalne pieniądze (zakładając że powiedzmy 25% tego to i tak idzie na czarną godzinę – nazwijmy to podatkiem od bycia przestępcą) można wyciągnąć zupełnie legalnie, nawet będąc humanistą z inaczej ustawionymi priorytetami życiowymi. A że trzeba pracować trochę inaczej, może trochę ciężej? Dilerem celebrytów też się raczej nie zostaje na podstawie konkursu świadectw…

  167. @sa
    ” A że trzeba pracować trochę inaczej, może trochę ciężej?”

    Ale bohater „ŚoŚ” pracuje bardzo ciężko. Jego praca zakłada pełną dyspozycyjność 24h na dobę, 7 dni w tygodniu. On ciągle siedzi w tym samochodzie. Nie ma kiedy porządnie zjeść, ani nawet nie może się nigdy napić, bo zawsze zaraz znowu musi gdzieś jechać. Zapewne sika w przypadkowych toaletach, albo wręcz w krzakach. Regularnie musi u siebie w samochodzie znosić niemiłe towarzystwo, które ignoruje jego prośby o niepalenie (!!!!).

  168. @wo

    ” A że trzeba pracować trochę inaczej, może trochę ciężej?”

    Chodziło mi o to że „ciężej” w porównaniu z tym co mam np. jako sfrustrowany adiunkt. To że Kuba musiał sporo się napracować (i skoro ma myśli wszystko rzucić i wyjechać do Argentyny) to nie ulega wątpliwości.

  169. @janekr
    „w gangach handlarzy na jednego przywódcę z dobrymi zarobkami przypadając setki zarabiający grosze”

    Ja z kolei czytałem (dotyczyło to bodaj Ameryki Łacińskiej) że problemem jest nie tyle wysokość zarobków, co gospodarowanie pieniędzmi. Większość gangsterów (nie tylko dilerów) wydawała wszystko na bieżąco. Np. kupowali najdroższe ciuchy, obsypywali kochanki klejnotami i szastali pieniędzmi w klubach nocnych. No i oczywiście chlali i ćpali na potęgę. Tzw. „la vida loca”. Po co sobie odmawiać, skoro jutro możesz mieć kulę w głowie?

    @wo
    „On ciągle siedzi w tym samochodzie. Nie ma kiedy porządnie zjeść”

    E, bo to był wyjątkowo ciężki okres. Przedświąteczne wariactwo, nagle każdy chciał kupować na zapas. On się w książce żalił, że najgorsze dla niego są weekendy (piątek-sobota-niedziela), wtedy nie ma nawet czasu się odlać.

  170. Mnie w serialu ŚoŚ (nie czytałem książki) zastanowiło, po co Kubie „do roboty” stosunkowo drogi samochód. Było przynajmniej kilka sytuacji, że ta beemka wręcz ściągała na niego kłopoty, bo rzucała się w czy np. policji. Takimi furami powinni jeździć (i jeździli) jego klienci. On powinien być przezroczysty, nie rzucać się w oczy. Nawet bandziory, z którymi jechał na akcję przejęcia klubu, pytali, ile wydał na wóz.

  171. @„Takimi furami powinni jeździć (i jeździli) jego klienci. On powinien być przezroczysty, nie rzucać się w oczy. Nawet bandziory, z którymi jechał na akcję przejęcia klubu, pytali, ile wydał na wóz.”
    To był ewidentny product placement BMW (tak jak również BMW w Autorze Widmo albo Audi w Iron Manach). Przecież jest nawet zupełnie zbędna scena kiedy omawiają moc silnika.
    Polacy już trochę się wzbogacili, przynajmniej większe miasta, co dopiero Warszawa. Klienci Kuby jeżdżą bardziej wypasionymi furami (Notabene schodząca generacja klasy C wyglada łudząco podobnie do klasy S w niektórych ujęciach, tym bardziej CLA i CLS – po co przepłacać…)

  172. Natomiast liczbę ludzi, którzy Warszawie biorą kokainę stale bądź chociaż rekreacyjnie/weekendowo – znaczy się w normalnych czasach z otwartymi klubami etc – szacowałbym na minimum 50 000. Jest pieniądz do wzięcia.

  173. @wn
    „Mnie w serialu ŚoŚ (nie czytałem książki) zastanowiło, po co Kubie „do roboty” stosunkowo drogi samochód. ”

    On jednak ciagle w nim siedzi. To jego prawdziwy dom, poza tym ma jakąś dziuplę plus atrapę. Ja to trochę rozumiem, podobnie sobie usprawiedlwiam, czemu ja na spotkania autorskie jeżdżę swoim niezgrabnym klocem (bo wygodny).

    @sy
    „To był ewidentny product placement BMW (tak jak również BMW w Autorze Widmo albo Audi w Iron Manach). ”

    No nie wiem, przecież został dialog z książki, że „fajne auto, ale przypałowe”. Inna sprawa, że w książce to jest chyba właśnie audi (?).

  174. @shiek.yerbouti

    50 tysięcy robi wrażenie, ale tak naprawdę liczą się hardcorowe ćpuny z ciężką forsą, takie jak celebryta Fajkowski. Każualowym Sebą – ziomalem, który potrzebuje trochę na weekend – główny bohater nawet nie zawracał sobie głowy; z tego co pamiętam, taka drobnica szła do pewnego cwaniaczka, który obsługiwał imprezy masowe i handlował przy okazji wszystkim co popadnie i którego *nawet* Jacek/Kuba uważał za skończoną kanalię, krwiopijcę i degenerata.

    @Wojciech Nowakowski
    „Takimi furami powinni jeździć (i jeździli) jego klienci. On powinien być przezroczysty, nie rzucać się w oczy”

    W serialu kolega komentuje, że „ta fura to jednak trochę przypałowa jest”. W książce Jacek mówi, że wie, że nie powinien tym jeździć, ale nie może się powstrzymać.

  175. @wo „No nie wiem, przecież został dialog z książki, że „fajne auto, ale przypałowe”
    Taki tam token, jedno zdanie krytyki i jednak wiele zachwytów. Albo ja to tak odebrałem, bo akurat wtedy, kiedy oglądałem ŚoŚ, rozglądałem się za czymś podobnym. No i audi robi się już bardziej przypałowe IMO.
    @mnf hardcorowe ćpuny z ciężką forsą
    Oni biorą niemal hurtowo, bo sami ciągną i kolegów poczęstują, owszem. Ale dziesięciu amatorów po 3 gramy to pies…? zresztą nie wiem, nie znam się.

  176. @sy
    „rozglądałem się za czymś podobnym.”

    ZA BMW??!?!?!? Odziomałbym, gdyby nie długi falomierz. Dla mnie to symbol braku gustu. Jak ktoś się zupełnie nie zna na samochodach, ale jak w Familiadzie go poproszą o przykład dobrego samochodu, to wymieni Mercedesa albo BMW.

  177. Yay, dyskusja o gustach! Dla mnie bardziej pretensjonalny jest np. Range Rover, Jagi są przestarzałe i/lub awaryjne. Nie-SUVowate audi są zgrabne, ale nieprzyzwoicie drogie, Mercedesy maja _jeszcze_ droższy serwis niż BMW…
    A reszta (za wyjątkiem Toyoty) nie ma HUD, case closed.

  178. @sheik.yerbouti
    „Oni biorą niemal hurtowo, bo sami ciągną i kolegów poczęstują, owszem. Ale dziesięciu amatorów po 3 gramy to pies…?”

    Jacek/Kuba celował raczej w ludzi z dużą forsą (biznes i celebrytów) – zwykłych Sebixów raczej unikał i szkoda mu było na nich czasu, poza tym często były to zadłużone golasy którym trzeba łamać ręce, a przecież nasz Jacuś brzydzi się przemocą. Ten segment rynku obsługiwał wspomniany już przeze mnie drobniejszy diler Ksawery, który panicznie bał się Jacka/Kuby i nie wchodził mu w drogę, bo boss głównego bohatera (Piotrek/Jacek) bez pardonu kazał by go odstrzelić.

  179. Przy czym nowa generacja skody octavii ma już i HUD, i adaptacyjny tempomat z utrzymywaniem pasa ruchu… i jeszcze skrobaczkę do szyb.

  180. @carstein
    Się odlurkuję, żeby sprostować, że Adderal to jednak w Polsce nie jest legalnie dostępny. Jak już to metylofenidat, ale nie wiem na ile jest to proste do załatwienia (dla osoby faktycznie cierpiącej na ADHD jest to faktycznie względnie proste po trafieniu do właściwego lekarza). Zresztą nie wiem na ile to praktyczne bo jednak tolerancja pojawia się względnie szybko i nie da się robić wielotygodniowych crunchy. No chyba że ktoś potrzebuje raz na jakiś czas to może.

  181. @Marek Krukowski,
    „zamierzałem dać polskiemu kryminałowi drugą szansę”
    Polecam dwie ostatnie książki Artura Baniewicza.

    @kuba_wu
    „trip bohaterki jako proces formacji przedstawicielki klasy wyższej.”
    Klasy wyższej w społeczeństwie ekstremalnie nierównym, gdzie większość nie ma obywatelstwa, a niewolnictwo jest legalne. Dla mnie ten wątek był rewelacyjną opozycją dla „jest posiadany”…

  182. @janekr
    „W książce „Freakonomia” Steven D. Levitt, Stephen J. Dubner jest rozdział: „Why Do Drug Dealers Still Live with Their Moms?”.
    Autorzy dowodzą, że w gangach handlarzy na jednego przywódcę z dobrymi zarobkami przypadając setki zarabiający grosze.”
    To raczej uwaga dotycząca realiów podobnych do tych odmalowanych w The Wire, związanych z epidemią uzależnienia od cracku. Inny profil odbiorcy, inny model dystrybucji, bo produkt bardziej masowy.

  183. @inz.mruwnica @krystyna.ch

    Że Dukaj podbierał rzeczy od Egana to było wiadomo od Polconu w, hmm, 2001? 2002? Współprowadził wtedy panel o Eganie (okropny zresztą; w którejś powieści Egan walił jakieś antyfeministyczne chochoły, co spotkało się z radością prowadzących)

    Ciekawe dla mnie jest to, że niebinarność w realu okazała się milion razy ciekawsza niż pomysły tych dwóch fantastów.

  184. Ej, ale piszecie „to było wiadomo od…” jakby Dukaj to jakoś ukrywał, wypierał się czy coś w tym guście. Jakby to trzeba było żmudnie odkrywać metodą krytyki dochodzeniowej. A wystarczyło przecież zadać pytanie na spotkaniu autorskim / w wywiadzie (BTDT).

  185. @Dukaj vs Egan
    Zabawne, kiedy zaczynałem czytać Egana mówiłem, że to taka podróbka Dukaja. Słabsza, ale z braku lepszego towaru może być. Ale to było w szczycie formy Dukaja, czyli gdzieś w okolicach „Innych pieśni”. Osobiście uważam, że Dukaj skończył się na „Lodzie”.

    @polskie prawicowe SF
    Widzę, że mem trzyma się mocno. To była prawda jeśli chodzi o pokolenie debiutujące w latach 90 i wcześniej (pojedyncze przypadki, jak Sapkowski czy Jabłoński, odrzucamy jako niezorganizowane). Ale w ostatnich latach pojawiła się spora grupa lewicowych autorów i zwłaszcza autorek. A apolitycznych to jest na pęczki.

  186. „Ej, ale piszecie „to było wiadomo od…” jakby Dukaj to jakoś ukrywał, wypierał się czy coś w tym guście.”

    no nie chciałem tak zabrzmieć; chodziło mi, że Dukaj Egana i promował, i się z inspiracją obnosił (Egan na mojej półce przecież stoi z racji dukajowej polecanki)

  187. Czuję, że to wstęp do dyskusji kto jest apolityczny, a kto lewicowy, a nie mam na to ochoty. Więc może hurtem obie grupy. Autorzy: Michał Cholewa, Robert Wegner, Wit Szostak. Plus, wielu nowych autorów znam tylko z jednego czy dwóch tekstów, które nie były prawackie, ale nie mogę zagwarantować, że takich nie popełnili. Autorki – prawie cała „Harda Horda”.

  188. @Igor
    „w ostatnich latach pojawiła się spora grupa lewicowych autorów i zwłaszcza autorek. A apolitycznych to jest na pęczki (…) Czuję, że to wstęp do dyskusji kto jest apolityczny, a kto lewicowy, a nie mam na to ochoty. Więc może hurtem obie grupy”

    Nie siedzę w temacie, ale na podstawie odpowiedzi kolegi podejrzewam, że jest tak jak zwykle: jeśli ktoś jest prawicowy to nie ukrywa tego, a jeśli lewicowy – chowa się za „apolitycznością” albo pisze o dupie Maryni, bo przecież nie wypada się eksponować, no kto to widział. Kolega nie ma ochoty wymienić tych lewicowych autorów bo się jak zawsze chowają po kątach i nie wiadomo kto ma jakie poglądy? To dlatego „apolitycznych jest na pęczki” – bo w polskim SF pewnych postaw nie wypada głosić?

    W takich sytuacjach zwykle mawia się, że „nie wolno szufladkować”.

  189. Nie chce mi się dywagować, od jakiego stężenia motywów kojarzonych z lewicą można mówić o lewicowym autorze. Czy wystarczy skrytykować korporacje albo kościół, miewać bohaterów wywodzących się z różnego rodzaju mniejszości, nie negować globalnego ocieplenia, w ludziach z odmiennych kultur widzieć, well, ludzi? Zaraz ktoś powie, że takie poglądy to nie lewicowość, a zwykły RiGCz. A tego typu motywy pojawiają się np. u komentującej tutaj Krystyny Chodorowskiej, u Michała Cholewy, u Anny Łagan.

    Jest i spora grupa, która nie pisze o polityce i nie widzę w tym nic złego. Dostrzegam różnicę w porównaniu do lat 90/wczesnych 2000, bo większość ówczesnych autorów nie potrafiła nie pisać o polityce. Po prostu musieli do każdego opowiadania wstawić rant na EU i polityczną poprawność, nawet jeśli był zupełnie od czapy. Wtedy rzeczywiście nurt prawacki był większością, lewicowych i apolitycznych autorów można było policzyć na palcach. Ale jeśli ktoś twierdzi że dalej tak jest, to przespał ostatnie 15 lat.

    Case do porównania: „PL+50” (2004 rok, lekko licząc połowa tekstów prawacka) kontra współczesne antologie ŚKF czy Genius Creations (po kilka tekstów lewicowych, brak lub niewiele takich poruszających lęki prawicowe, większość apolityczna).

  190. @wo
    „Ja teoretycznie wiem, co powinienem napisać, żeby mieć z tego Kupę Forsy, ale nie chcę. Wolę biografię nerda w okularach”

    Rozumiem, że chodzi o Gniota Który Obraża Inteligencję Czytelników? Tu na tym blogu jest paru kolegów literatów – sprzedaj im ten pomysł, podziel się wiedzą. Jeśli nie chcesz tej Kupy Forsy, może kto inny się schyli…

  191. @Igor
    „Nie chce mi się dywagować, od jakiego stężenia motywów kojarzonych z lewicą można mówić o lewicowym autorze. Czy wystarczy skrytykować korporacje albo kościół, miewać bohaterów wywodzących się z różnego rodzaju mniejszości, nie negować globalnego ocieplenia, w ludziach z odmiennych kultur widzieć, well, ludzi?”

    To proste. Jesteś marksistą, walisz w klasę wyższą, żądasz przymusowej redystrybucji, rozkułaczenia Kulczyków, równości wszelakiej i socjalizmu w postaci nordyckiego Welfare State lat ’70 – jesteś lewicowcem. Ilu jest takich autorów SF w Polsce? Nazwisko Orliński już znam, a tak poza tym?

  192. @Igor

    Ale mnie naprawdę ciekawi, co to jest „apolityczność” i jak się przejawia w literaturze.

  193. @igor
    „Autorzy: Michał Cholewa, Robert Wegner”

    Oprócz tego Krzysztof Piskorski – we wcześniejszych książkach to aż tak nie przebija, ale po „Czterdzieści i cztery” widać, że pisał to lewak pełną gębą (przecież on tam otwarcie drze łacha z korwinistów!), Przemysław Zańko (zwłaszcza w nominowanej do Nagrody Zajdla „Pajęczarce”) i Michał Ochnik (warsztatowo ustępuje dwóm poprzednim, ale niewątpliwie to lewicowy autor).
    Z autorek spoza HH: Magdalena Kucenty i Karolina Fedyk.

    @monday.night.fever
    „Nie siedzę w temacie”

    No to chyba wiesz, ile warte są Twoje fantazje.

  194. @lewicowi autorzy i autorki fantastyczni

    Dorota Masłowska „Wojna polsko-ruska…”
    Olga Tokarczyk „Anna In w grobowcach świata”
    Igor Ostachoeicz „Noc żywych Żydów”
    itd.

    Gdyby „Annę In” napisał Dukaj, nikt nie miałby wątpliwości – zapierająca dech powieść fantastyczna. Albo gdyby „Wojnę” napisał Lewandowski, a „Noc” Orbitowski. Po prostu Polkony były w pewnym momencie (już raczej w przeszłym) zlotami prawacko zorientowanej młodzieży męskiej, co nie znaczy że kto tam się nie pojawiał nie umiał wpleść wątków fantastycznych w narrację.

  195. @ktos z obslugi
    „Po prostu Polkony były w pewnym momencie (już raczej w przeszłym) zlotami prawacko zorientowanej młodzieży męskiej, co nie znaczy że kto tam się nie pojawiał nie umiał wpleść wątków fantastycznych w narrację.”

    To jest jeszcze inna kwestia. Rozmawialiśmy ostatnio o tym, dlaczego żadna powieść Tokarczuk (a chyba każda co do jednej zawiera elementy fantastyczne) nie była nigdy nominowana ani do Nagrody Zajdla, ani do Nagrody Żuławskiego i najprostsza wydaje się odpowiedź: „Tokarczuk nie jeździła na Polcony”. Dla porównania, nominowany był Wit Szostak (który jeździł) i to nawet na etapie książek typu „Chochoły”, gdzie jedynym elementem od biedy fantastycznym była scena, w której bohater chodzi nocą po Krakowie i ma jakieś zwidy.

  196. @krystyna ch.
    Ona w Bookery mierzyła (wtedy może jeszcze nie Noble), tam wiodących kontaktów i „appearances” nie zaniedbywała

  197. No ale nie przesuwajmy słupka tego końcowego, w dodatku z nieprawdziwym Szkotem na czubku. Pokazałem, że fandom już nie jest rezerwatem prawactwa, a nie że stał się ostoją Prawdziwych Marksistów. Właśnie dlatego wolałem hurtem rozpatrywać wszystkich nieprawicowców, że dowolny autor może być równocześnie niewystarczająco lewicowy dla MNF, a niewystarczający apolityczny dla MRW, a ja nie mam ochoty na grę w listy,

  198. @lewicowa polska fantastyka
    Tutaj jest mały przewodnik [https://www.facebook.com/mamnaimiecisza/posts/3489564641110868].

  199. @piotrkowalczyk

    Muszę przyznać, że ta lista niespecjalnie mnie zachęca do lektury, lewicowość z niej wyzierająca wydaje się być definiowana stricte przez kwestie tożsamościowe. Wolałbym książki, w których rozpoznam coś z brodatych klasyków, jak u Kena MacLeoda (nawet jeśli polityka wykładana jest u niego łopatologicznie). Chyba, że kogoś z tego przewodnika szczególnie polecacie?

    Swoją drogą, ostatnio odrzuciło mnie od paru anglojęzycznych powieści s-f, których główną cechą dystynktywną zdawała się lewicowość twórcy. Chyba najgorzej było z obsypanym nagrodami cyklem N.K. Jemisin. Niby powinno cieszyć mierzenie się z doświadczeniem imperializmu i niszczenia środowiska, ale jakieś to było dla mnie nadmiernie programowe i grubymi nićmi szyte.

  200. @igor
    „Czuję, że to wstęp do dyskusji kto jest apolityczny, a kto lewicowy, a nie mam na to ochoty.”

    Prywatnie nazywam to „efektem Gonciarza”. W niektórych kręgach (zwłaszcza incelsko-stulejarskich) fanatyzm prawicowy jest tak stężony, że przez samo bycie apolitycznym zostajesz okrzyknięty lewakiem. Wystarczy że powiesz „panowie, koledzy, ja się zgadzam co do supremacji białej rasy, ale niektóre metody Ku-Klux-Klanu są chyba trochę kontrowersyjne”. Polska prawica (zwłaszcza fandomowo-jutubowo-twitterowa) chce wejścia „all in”, bez żadnego „ale może jednak by nie linczowali po dwudziestej drugiej”.

  201. @igor
    A Szostak, na ile go znam, by się za „lewicowca” obraził.

    @mnf
    „Rozumiem, że chodzi o Gniota Który Obraża Inteligencję Czytelników? Tu na tym blogu jest paru kolegów literatów – sprzedaj im ten pomysł, podziel się wiedzą. Jeśli nie chcesz tej Kupy Forsy, może kto inny się schyli…”

    Och, to banał. Coś a la Blanka Lipińska naprawdę łatwo wyprodukować. Poza tym czekają do napisania (i ja czasem dostaję takie propozycje i je z godnością odrzucam) biografie celebrytów. „Wywiad-rzeka z Wojewódzkim”, to coś, czego bym nie chciał zrobić za żadne realne pieniądze (tzn. wszystko mógłbym zrobić za możliwość stania się rentierem, ale tego nie da żadna książka).

  202. @igor

    Nie jesteś w usenecie, nikt Cię nie atakuje, napisałeś coś o „apolityczności” i jestem po prostu ciekaw, co masz na myśli.

    Prawicowa fantastyka skończyła się w Polsce symboliczne Komudagate, okazało się, ile są warci i w jakiej lidze grają; dla mnie ten temat jest zamknięty.

  203. @HT

    „Muszę przyznać, że ta lista niespecjalnie mnie zachęca do lektury, lewicowość z niej wyzierająca wydaje się być definiowana stricte przez kwestie tożsamościowe.”

    Zauważ, że większość z wymienionych to kobiety. Nie odbierz tego jako osobistej złośliwości, ale przywołania pewnej (i mam nadzieję, że nie twojej konkretnie) postawy: pisarki, niezależnie od epoki, gatunku i typu twórczości, często są krytykowane za to, że zajmują się pierdołami takimi jak emocje czy relacje międzyludzkie, zamiast, panie, wielkiej polityki, czy jeszcze większej Historii.

  204. @HT
    „Swoją drogą, ostatnio odrzuciło mnie od paru anglojęzycznych powieści s-f, których główną cechą dystynktywną zdawała się lewicowość twórcy (…) Niby powinno cieszyć mierzenie się z doświadczeniem imperializmu i niszczenia środowiska, ale jakieś to było dla mnie nadmiernie programowe i grubymi nićmi szyte”

    Żeby to było lewicowe, to musi być „mierzenie się z doświadczeniem imperializmu i niszczenia środowiska” PLUS WALKA KLAS.

    @wo
    „Och, to banał. Coś a la Blanka Lipińska naprawdę łatwo wyprodukować”

    Kolejne „365 pośladków Greya”? Ale to wszystko jest wtórne, a ja miałem na myśli Genialny Pomysł Na Który Nikt Wcześniej Nie Wpadł. Coś w rodzaju „Aniołów i Demonów”, „Zmierzchu” czy „Harrego Pottera”, po których nastąpił wysyp produkcji imitacyjno-eksploatacyjnych. Po takim hicie już możesz zostać rentierem, nie musisz się uzerać z Wojewódzkim. Z dzisiejszej perspektywy można zrobić facepalm („no tak, 15 late temu należało pisać romansidło dla młodzieży o wampirach, przecież to było oczywiste”) ale to wiesz zawsze po fakcie.

  205. @mnf
    „Ale to wszystko jest wtórne, a ja miałem na myśli Genialny Pomysł Na Który Nikt Wcześniej Nie Wpadł. Coś w rodzaju „Aniołów i Demonów”, „Zmierzchu” czy „Harrego Pottera”, po których nastąpił wysyp produkcji imitacyjno-eksploatacyjnych.”

    To też wszystko imitacyjno-eksploatacyjne. Dan Brown nie wynalazł thrillera. JK Rowling nie wynalazła bajki o młodym czarodzieju. Dochodowe pomysły muszą być wtórne.

    „Po takim hicie już możesz zostać rentierem”

    Po polsku to i tak niemożliwe. Nawet gwiazdy z ekstraklasy u nas nie mogą tak po prostu rzucić pisania i żyć ze zgromadzonego kapitału.

  206. @Paweł Ziarnko
    No właśnie dobrych pomysłów nie odmawiam – (choć nie wszystkie są takie oryginalne, wyżej było o drzewach, te Grobowce Czasu jako koncept też mi majaczą w jakiejś innej książce czy filmie). Ale wykonanie już nie przekonuje. Szkatułkowość to fajna forma, ale musi mieć jakąś zawartość – opowieści pielgrzymów nawet dokładnie nie zapamiętałem, w sumie najfaniej był wymyślony Konsul, ale też autorowi zabrakło chyba inwencji na jego rozwinięcie. Światów było niby sporo, ale nie zapamiętałem jakiejś wybitnej głębi ich obrazu. W sumie całość robi wrażenie bardzo przeciętnej, czego autor nie nadrobił stylem (ale to mocno subiektywne, poza tym czytałem to po polsku, więc nie ręczę za tłumacza).
    Co do Endymiona – zgoda, że wyraźnie gorszy i zaniża ocenę całości (przynajmniej mi się zlewa z pierwszą częścią w całość).
    @Marsjanin
    Marsjanin to całkiem inna jakość. Czyta się świetnie, łatwo jest się zidentyfikować z bohaterem, hak do zawieszenia niewiary może i czasem trzeszczy ale trzyma. Pomysł oryginalny (choć bez przesady), świat przedstawiony nie jest aż tak wykreowany (aczkolwiek ziemianie prowadzą konsekwentny program podróży międzyplanetarnych!), a mimo to nie nuży. To jest dokładnie to, czego brakuje Hyperionowi.

  207. „Genialny Pomysł Na Który Nikt Wcześniej Nie Wpadł. Coś w rodzaju „Aniołów i Demonów”, „Zmierzchu” czy „Harrego Pottera””

    To akurat chyba słabe przykłady, pierwsza pozycja miała swoją lepszą wersję kilkanaście lat wcześniej w postaci Wahadła Foucaulta Umberto Eco a trzecia kilkadziesiąt w postaci Czarnoksiężnika z Archipelagu Urszuli le Guin.

  208. Tak się ostatnio zastanawiałem, co mogłoby obecnie w polskich warunkach rozbić bank (nie ten finansowy, ale nagrodowo-prestiżowy). Oczywiście nie ma mowy o wielkich nakładach, w porywach raczej dziesięć tysięcy niż sto. Sam żadnej książki nie napiszę, ale podpowiadam kolegom literatom. Na powtórkę sukcesu Dana Browna i tak nie ma szans, więc należy nastawić się na rynek lokalny i nie wstydzić się polskiego g… w polu. Mówiąc w skrócie: zamiast bractwa Iluminatów – intryga w Elektrowni Bełchatów.

    Otóż: wczesne lata ’80, George Best przegrał już wszystko i leży na dnie. Dom studencki Akademii Medycznej w Poznaniu (może być też krakowska AGH); towarzystwo mieszane, polsko-międzynarodowe – Kuba, Libia, Wietnam, ZSRR. Chleją. Handel wódką, benzyną, dolarami, kawą, smalcem i drobnym AGD. Seks, bluzgi, smród potu, fajek i niespuszczonego kibla. Kimś tam interesuje się milicja (acz nieprzesadnie), ktoś inny w wannie zarzyna kurę na rosół. Ktoś robi skrobankę, ktoś załatwia samogon. Ktoś wypada z okna – wypchnęli go czy się schlał? (ale nie dowiadujemy się, bo to nie kryminał). Przepijanie stypendium w jeden wieczór, wielodniowe libacje, maratony hazardowe, orgie i demolki akademika (uwaga – te nieustanne libacje niby nic konkretnego nie wnoszą, ale są BARDZO WAŻNE; muszą być długie opisy!). Na tle ogólnej nudy i beznadziei ktoś podpalił klub „Adria”; przynajmniej przez chwilę coś się dzieje. Wszyscy chleją, ale gdzieś w tle pojawia się też kompot. Nikt nie zaprząta sobie głowy nauką, chyba że na tydzień przed sesją. Z magnetofonu gra „Oddział Zamknięty”, ale też ktoś męczy bułę poezją śpiewaną. Nastrój wesoło-wisielczo-smutno-eskapistyczny. Spadająca z krzesła studencka elita alkoholowo-imprezowa, nadziani królowie życia i biedna studenteria, która pilnie się uczy; co z tego, i tak na jedno wychodzi. Niektórzy mieszkają w tym akademiku od wieków.

    Zasadniczo 500 stron o niczym, choć jakąś prowincjonalną intrygę też się tam doklei gumą do żucia, żeby nie było za nudno. Tylko uwaga: broń Boże żadne SB i Walka Z Komuną – to ma być o chlaniu, polityka może ewentualnie tylko przewijać się gdzieś z boku. Jakieś kontrowersje muszą być żeby ktoś to w ogóle wydrukował – tą kontrowersją mogą być studenckie libacje, załatwiany pokątnie alkohol z podejrzanych źródeł i smród aldehydu octowego w przepełnionym akademiku ukazane poprzez pryzmat Raju Utraconego („to se ne vrati” i smuteczek). Odurzony Piotruś Pan, to były piękne czasy. Czytałbym! Że już było? Na pewno – i co z tego? Play it again, Sam!

    Plusy:
    – mogą być nagrody i szacun na dzielni,
    – może zapewnić rozpoznawalność.
    Minusy:
    – nie będzie wielkiej kasy,
    – wymaga dużo riserczu.

  209. @mnf
    Wystarczy pojechać do Ostrołęki (bilet z Dworca Zachodniego w promocji 15PLN!) i pospacerować z plecakiem zimnych żywców terenami pracowniczych ogródków działkowych. Będą i wątki zmarnowania funduszy przez KW za Gierka, i quasi-cywilizowana prywatyzacja w latach 90. (Ostrołęka została sprzedana Szwedom i Finom), i masterclass z zarządzania pod tytułem jak nie mieć strajku. Dwie Wieże Kaczyńskiego robiłyby za standardowy epilog (komisarz dał z siebie wszystko, no ale jednak…)

  210. Hm.. Jak to było? Przychodzi facet do Tuwima:
    — Mam świetny pomysł na skecz.
    — Jaki.
    — Dwóch facetów siedzi na ławce i rozmawia.
    — A o czym?
    — A to już mistrzunio sam wymyśli.

  211. @mnf
    Przy pomocy takich tematów bank nagdrodowo-prestiżowy już dawno rozbili Varga, Szczerek, Bator, a także wspomniany już tutaj Żulczyk. Tylko że on umie temu nadać ramy klasycznego thrillera, tzn. u niego ktoś ginie dzisiaj i okazuje się, że to wszystkie dalekie echa czegoś, co się wydarzyło podczas popijawy w latach 80./90. (jedna z najlepszych sekwencji „Ślepnąc od świateł” to retrospektywa, w której Kuba i Jacek są w kostiumach, wnętrzach i fryzurach z lat 90., gdy zaczynali współracę)

  212. @Michał Moniński
    Bardzo dobry temat, tylko że teraz należy go atakować raczej w konwencji non-fiction, ale może, a nawet powinno to być gonzo typu „redaktor/profesor wraca do swojej rodzinnej Ostrołęki/Mycisk/Międliszewa, z której wiele lat temu wyjechał do Warszawy/Krakowa/Nowego Jorku na studia, by opisać, co tam się teraz dzieje, gdy nie ma już pociągu ani szpitala”. To jest obecna żelazna recepta na prestiż i nagrody.

  213. @Michał Moniński
    „quasi-cywilizowana prywatyzacja w latach 90. (Ostrołęka została sprzedana Szwedom i Finom)”

    E, na pewno? Jeżeli mówimy o elektrowni i Szwedzi=Vattenfall i Finwowie=Fortum to wydaje mi się że nie ten adres.

    @wo
    „Tylko że on umie temu nadać ramy klasycznego thrillera, tzn. u niego ktoś ginie dzisiaj i okazuje się, że to wszystkie dalekie echa czegoś, co się wydarzyło podczas popijawy w latach 80./90.”

    Albo jeszcze w kontekście Ostrołęki i korupcji powiązać w to wszystko politykę i lata 70-te jako to premier Jaroszewicz tropił afery gospodarcze w trakcie dekady trwonienia pieniędzy przez Gierka, co się na nim zemściło wyrokiem w 1993 „bo wiedział za dużo”. (Tyle że jak teraz wiemy to bujda na resorach była, bo ani te wałki takie były, a Jaroszewicza zabili karatecy z Radomia).

  214. @pewuc
    „Mówiłem o tej nieszczęsnej Misji Imposybilnej. Tam na takich bugach opierały się liczne punkty zwrotne akcji. Ile trafień „Job” znajdzie się w wyszukiwarce (łatwo przecież sprawdzić).”

    To nawet grupa w usenecie była. Alt.job3-114 czy jakoś tak. Nie pytaj dlaczego coś takiego pamiętam.

  215. @monday
    „Zasadniczo 500 stron o niczym, choć jakąś prowincjonalną intrygę też się tam doklei gumą do żucia, żeby nie było za nudno.”

    Ale to chyba tylko inceli, nerdów, harcerzy i oazowców może zainteresować (swoją drogą mam wrażenie, że te grupy mają olbrzymią część wspólną), bo czy kogokolwiek bawi czytanie o przygodach pijaków (Głowacki z tego na 100% nie wyjdzie, nie ten poziom)?

    Ja już wolę przeczytać drugi raz Basztę czarownic niejakiego Kochańskiego, który zdaje się pisarzem wcale nie jest. Co prawda fantazy, ale swojska i lokalna. I od tej bardziej pojechanej strony, więc strawna.

  216. @wo
    „Przy pomocy takich tematów bank nagdrodowo-prestiżowy już dawno rozbili Varga, Szczerek, Bator, a także wspomniany już tutaj Żulczyk”

    Jak to pisałem, to właśnie miałem z tyłu głowy Vargę. Temat można eksploatować, bo wątek peerelowsko-alkoholowo-depresyjny wciąż nie został wyczerpany, to nigdy nie pogrzebane zombie, a IMO eskapistyczna moda na ponure polskie ejtisy wraz z nadchodzącym kryzysem dopiero się rozkręci.

    @bartolpartol
    „Ale to chyba tylko inceli, nerdów, harcerzy i oazowców może zainteresować”

    Dziadersów, bo akcja dzieje się w ejtisach – a to dziadersy przyznają nagrody.

  217. @Dude Yamaha
    W kwestii prywatyzacji nie miałem na myśli Energi, tylko równie istotne dla regionu Ostrołęckie Zakłady Celulozowo-Papiernicze – w latach 90. Intercell, obecnie Stora Enso Packaging.

  218. @monday
    „Dziadersów, bo akcja dzieje się w ejtisach – a to dziadersy przyznają nagrody.”

    Od pisania literatury wspomnieniowej dla dziadersów rentierem raczej nie zostaniesz.

  219. @dude yamaha
    „Albo jeszcze w kontekście Ostrołęki i korupcji powiązać w to wszystko politykę i lata 70-te jako to premier Jaroszewicz tropił afery gospodarcze w trakcie dekady trwonienia pieniędzy przez Gierka, co się na nim zemściło wyrokiem w 1993 „bo wiedział za dużo”.”

    Jeżeli to ma być klasyczny thriller, to fabularny punkt wyjścia tak naprawdę nie ma sensu. Fachowo nazywa się to MacGuffinem. To coś niby cholernie ważnego, ale jak się zastanowić, nie ma sensu (por. świecąca walizka w „Pulp Fiction”). Ale, jak w przysłowiu o rycerzu i o smoku, tu się nie ma co zastanawiać, PROFESOR LANGDON MA TYLKO 24 GODZINY NA OCALENIE ŚWIATA. Więc proszę bardzo, wałki Jaroszewicza.

  220. No kto by pomyślał że notka o leniwym rzemieślniku literatury tak zapłodni umysły komcionautów. Szkoda że Mróz nie wie że ma taki wpływ na ludzi, na szczęście WO wie to od dawna.

  221. @Harry Potter
    „miał swoją lepszą wersję kilkadziesiąt lat wcześniej w postaci Czarnoksiężnika z Archipelagu Urszuli le Guin.”
    Chyba nie całkiem. Oryginalność HP leży w tym, że młodociany czarodziej uczy się w szkole w naszym świecie.
    Oczywiście HP nie był tu pierwszy. Taki czeski film https://www.imdb.com/title/tt0067464/ można by nazwać naśladownictwem, gdyby nie data produkcji.

  222. „Oryginalność HP leży w tym, że młodociany czarodziej uczy się w szkole w naszym świecie.”

    przecież on z tego naszego świata znika szybciej niż zdążysz powiedzieć „Lew, czarownica i stara szafa”; Potter jest kompletnie oderwany od rzeczywistości, co można sobie porównać oglądając na Netflixie „Little Witch Academia”

  223. Harry Potter
    Czarnoksiężnik z Archipelagu nie jest pierwowzorem Harry’ego, to oczywiste. Poza tym, że mamy tu młodego czarnoksiężnika, który przez kawałek się uczy, niewiele jest punktów wspólnych.
    Potter (tom I) – kiedy go czytałem w wieku zdecydowanie dorosłym – był jednak powieścią kryminalną, z zagadką, śledztwem i rozwiązaniem. Pewnie, niektórzy porównują go do powieści szkolnych – też poniekąd słusznie (Wspomnienia niebieskiego mundurka + internat). Jest tam wiele motywów – ale to naprawdę sprawnie napisana książka. Przynajmniej na początku. Kolejne tomy może niepotrzebnie coraz dłuższe.
    Oczywiście. Rowling nie jest pisarką klasy Le Guin – daleko jej, oj, jak strasznie daleko. Ale jest pomysłowa, warsztatowo sprawna, niewątpliwie utalentowana. I jednak dalece wyprzedza autora będącego tematem tej notki.

  224. „Poza tym czekają do napisania (i ja czasem dostaję takie propozycje i je z godnością odrzucam) biografie celebrytów. „Wywiad-rzeka z Wojewódzkim”, to coś, czego bym nie chciał zrobić za żadne realne pieniądze”
    Co powiesz na lekko ironiczny wywiad-rzekę pt. „Wojciech Orliński nie istnieje”? W idealnym świecie sprzedawałoby się jak… jak nie wiem co.

  225. @qbapre
    „No kto by pomyślał że notka o leniwym rzemieślniku literatury tak zapłodni umysły komcionautów”

    Leniwym? Koleś tłucze po kilkadziesiąt stron dziennie. Jeśli to jest lenistwo, to jak wygląda pracoholizm?

    „Szkoda że Mróz nie wie że ma taki wpływ na ludzi, na szczęście WO wie to od dawna”

    Wpływ na ludzi ma dokładnie taki sam, jak soylent paszowy z dworcowej budy na żołądek – chwilowo go zapycha, ale szybko zostaje wydalony. Literaturę Mroza też można szybko połknąć, a jeszcze szybciej zapomnieć.

  226. @ mnf re: lenistwo Mroza

    Większym wysiłkiem jest napisać X stron, czy zrobić risercz, napisać X stron a następnie spuścić w kiblu 3/4 z nich? U Mroza riserczu nie widać, a radosna twórczość idzie do druku. Pisał kiedyś poradnik jak zostać pisarzem na lubimyczytac bodajże. Dużo było o technicznych kwestiach typu różnica między myślnikiem a łącznikiem, ewidentnie targetowane pod grafomanów i self publishing. Nie zdziwiłbym się gdyby sam Mróz wysyłał do wydawnictwa tekst samodzielnie ‚zredagowany’, skorygowany i złamany.

  227. @pewuc
    „Czarnoksiężnik z Archipelagu nie jest pierwowzorem Harry’ego, to oczywiste.”

    @janekr
    „Chyba nie całkiem. Oryginalność HP leży w tym, że młodociany czarodziej uczy się w szkole w naszym świecie.”

    No cóż, Wahadło Foucaulta też nie było zasadniczo powieścią kryminalną a podobieństwa do Dana Browna widzę. Zasadniczo odnosiłem się do pojęcia Genialny Pomysł Na Który Nikt Wcześniej Nie Wpadł (TM) a nie na dokładnej kopii.

  228. @Michał Moniński
    „Nie zdziwiłbym się gdyby sam Mróz wysyłał do wydawnictwa tekst samodzielnie ‚zredagowany’, skorygowany i złamany”

    Jednego tu nie rozumiem. Dlaczego nie zatrudni jakichś łosi do riserczowania? Przecież Mróz to nie jest biedny student-literat żywiący się suchym makaronem. Pieniądze ma.

    @Dude Yamaha
    „Zasadniczo odnosiłem się do pojęcia Genialny Pomysł Na Który Nikt Wcześniej Nie Wpadł (TM) a nie na dokładnej kopii”

    Każdy już kiedyś na coś wpadł, wszystko zostało napisane, więc pozostaje nam nie tyle odgrzewanie kotletów, tylko – podobnie jak w muzyce – miksowanie staroci. „GPNKNWNW” to zmiksowanie paru pozornie nie pasujących do siebie konceptów (np. #wampiry i #romansidło_dla_młodzieży) i podanie tego w strawnej formie. Powieść na której oparto serial omawiany w następnej notce to przecież też miks (#cthulhu, #lata_50 i #problemy_rasowe).

    No ale potrzebne jest też wyczucie chwili – gdybym chciał np. przenieść fabułę „Egzorcysty” w czasie (dajmy na to – 30 lat do tyłu) i przestrzeni (powiedzmy – wschodnia Białoruś), to nikt w roku 2020 by tego nie przeczytał/obejrzał.

  229. @wo

    Żeby tanim kosztem awansować level wyżej w hierarchii literackiej („Kolego Nowacki, nie śmiejcie się, te ostatnie Mrozy to nie takie głupie są”; „No no, wyrobił się”).

  230. @mnf
    To tak nie działa. Pierwsze słyszę o „nagrodzie za risercz”. Myślę, ze Mróz zajmuje dokładnie taką pozycję, jaką chce zajmować i on sam po prostu nie jest zainteresowany jakąkolwiek tranzycją. Nie każdy marzy o Nike.

  231. Z Mrozem jest zapewne tak jak z pewnym świeżo awansowanym na salony diskopolowcem którego nazwiska nie pomnę a z którym wywiad swego czasu niechcący widziałem. Redaktor prowadzący usilnie chciał się od niego dowiedzieć jaki gatunek muzyczny go najbardziej interesuje, jakiego słucha dla przyjemności itp (w końcu celem rozmowy było pokazanie że to już nie diskopolo tylko mejnstrim) a gościu z miną nie wskazującą na oznaki zbytniego namysłu odpowiadał że jego zasadniczo interesuje przebój bo jak nie ma przeboju to się płyty/bilety nie sprzedają. Innymi słowy był po prostu w 110% zorientowany na hajs i nie ściemniał że jest inaczej. To jest pewne nowum w Polsce że autor książek tak ma i że nawet nie zachowuje pozorów że chodzi mu o, baczność, Coś Więcej, spocznij, ale najwyraźniej w tym przypadku tak jest i kto mu zabroni. Zresztą jak dla mnie to nawet lepiej że nie udaje.

  232. Sądzę, że Gospodarz ma rację. Znam trochę takich naukowców. Piszą książki z głowy, często nawet z niezłymi przemyśleniami, ale bez aparatu i często z błędami. Autorzy Ci mogliby robić lepsze badania, ale to wymagałoby wysiłku i robienia rzeczy, których robić nie lubią. A tak to wszystko jakoś się kręci. U Mroza, co więcej, z wielkimi dochodami.

  233. HT
    „Znam trochę takich naukowców. Piszą książki z głowy, często nawet z niezłymi przemyśleniami, ale bez aparatu i często z błędami”

    WTF? Nie możesz porównywać naukowca do jakiegoś tam Mroza. Autor głupotek może sobie pisać – well – głupotki, „z głowy”, a praca naukowa bez porządnego riserczu to gorzej niż zbrodnia, to błąd. Można wiedzieć jaką dziedziną nauki zajmują się ci Twoi znajomi?

  234. @MNF

    Nie pisałem o znajomych. Ale tacy ludzie istnieją – wystarczy popatrzeć na różne zbiorówki pokonferencyjne czy prace napisane zazwyczaj po habilitacji. Ja znam sprawę z humanistyki. I może to nie wybrzmiało w moich słowach ostatnio: jest to dla mnie działanie godne potępienia. Skojarzenie tego z Mrozem jest nie przebiega po linii poczytności czy wagi produkowanych tak książęk. W obu przypadkach okazuje się, że w systemach, w których działają, twórcom wystarcza aktywność, która dla środowiska bywa żenująca. I w ramach nauki też przynosi frukta, choć innego typu.

  235. Nauka to faktycznie nieco insza inszość, bo to co w kulturze popularnej jest akceptowalne to tam jest co najmniej nieetyczne – choć z połowę winy przypisałbym również temu kto to publikuje bez sprawdzenia. Ale gorzej że to zło kwitnie od dawna również na polu popularyzacji. W dzisiejszych czasach np trzeba bardzo uważać czy kupujesz książkę historyczną czy „historyczną”, co się sprowadza w sumie do tego samego co u Mroza: czy autor zrobił research, czy pisze co mu się wydaje i nawet nie chce mu się próbować uzasadniać. Kiedyś renomowane wydawnictwa nie puszczały takich rzeczy, dzisiaj puszczają wszystko, przynajmniej niektórzy. I można się naciąć na naprawdę ciężkie brednie

  236. @HT

    „wystarczy popatrzeć na różne zbiorówki pokonferencyjne czy prace napisane zazwyczaj po habilitacji. Ja znam sprawę z humanistyki.”

    Bo w humanistyce i naukach społecznych takie rzeczy zdarzają się może nie nagminnie ale regularnie, niestety. Pobieżne kwerendy, powtarzanie w kółko tych samych tez bez ich weryfikacji, zajmowanie się chwilowo modnym tematem z researchem na poziomie 1 Ziemkiewicza albo niższym. I faktem jest że to obciąża też osoby recenzujące i redagujące ale…no cóż, za kiepski rozdział w zbiorówce jest tyle samo punktów co za dobry (jeśli ktoś daje jeszcze dobre do zbiorówek…)

    @Embercadero
    „Ale gorzej że to zło kwitnie od dawna również na polu popularyzacji. W dzisiejszych czasach np trzeba bardzo uważać czy kupujesz książkę historyczną czy „historyczną””
    I śmiem twierdzić że punktoza odpowiada także za problem z popularyzacją. Bo za popularyzację punktów…nie ma. Więc w efekcie jeśli ktoś się tym chce zajmować (przynajmniej w humanistyce/społecznych) to robi to na zasadzie fuchy na boku, w czasie wolnym od „normalnej” pracy. No chyba że tak pokombinuje żeby książkę popularnonaukową zgłosić potem jako monografię. Aczkolwiek znów na tyle na ile widzę (ale nie jestem historykiem, więc proszę o korektę) że są jakieś nośne (i zyskowne) tematy więc pewnie niektórym opłaca się wydawać kiepskie rzeczy bo i tak zejdą (zgaduję – chodzi o jakieś tematy wojenne/wyklętych? )

  237. @sfrustrowany adiunkt
    „niektórym opłaca się wydawać kiepskie rzeczy bo i tak zejdą (zgaduję – chodzi o jakieś tematy wojenne/wyklętych?)”

    Bellona wydawała (wydaje?) książki niejakiego Janusza Bieszka o WIELKIEJ LECHII.

  238. @mnf

    Bellona to chyba najlepszy przykład wydawnictwa które kiedyś dbało o jakość kontentu a teraz właśnie drukuje wszystko, z Wielką Lechią włącznie.

    @adiunkt

    No właśnie gdyby chodziło o wyklętych czy inną mitologię to nawet bym się nie dziwił. Zdaje się że gnój totalny już dawno zrobił się np w tematach wokoło Polski XVII wieku (bo husaria, wiadomo). Ale ta zaraza już dociera wszędzie, naciąłem się kilka razy np. w tematach średniowiecznych i nie związanych w ogóle z Polską. Wygląda na to że nieuk jeden z drugim napisał kilka bzdurnych pozycji np o husarii, po czym doszedł do wniosku że może czynić to samo w dowolnym innym temacie. Od tamtej pory jeśli nie znam autora to w ciemno już niczego nie kupię.

  239. @embercadero
    „teraz właśnie drukuje wszystko, z Wielką Lechią włącznie”

    Właśnie się zorientowałem, że „Cywilizacje kosmiczne na Ziemi” tego samego autora to też Bellona. Z blurba:
    „Autor także uwzględnia w swojej pracy najnowsze wyniki badań z ostatniej dekady, różnych międzynarodowych badaczy (w tym interdyscyplinarnej grupy rosyjskich naukowców) – których publikacje nie zostały jeszcze przetłumaczone na język polski i rozpowszechnione”
    Gdyby coś takiego wydawał jakiś Amber to jeszcze rozumiem, ale wydawnictwo z tradycjami…

  240. Podobno ostatnio Bellona odmówiła Bieszkowi wydania nowej książki.
    Ale mam wrażenie, że Bellona najpierw poszła tropem politycznym — dostali prawicowego szefa z rządowego nadania. Pamiętam książkę o walkach z Indianami pisaną z pozycji rasistowskich; pamiętam wydanie książki o udziale Włoch w II wojnie światowej z pozycji faszystowskich (włącznie z akapitem o tym, jak to Polska nie ustępując przed słusznymi żądaniami Hitlera wywołała II wojnę światową).

Dodaj komentarz