Ruchy, ruchy!

Przepraszam PT blogobywalców że się powtarzam, ta notka dotyczy mojej idee fixe, której poświęciłem już niejeden tekst. Skoro prezydenccy kandydaci zakładają ruchy i szukają pomysłów, nie mogę się powstrzymać przed zasuflowaniem im jej.

Antypis potrzebuje odpowiednika hasła „500+”. Game changera, który stałby się głównym tematem debaty wyborczej, zmuszając polityków PiS najpierw do desperackiej obrony („tak się nie da! inflacja od tego wzrośnie! agencje obniżą nam ratingi! druga Grecja i Wenezuela! krowy przestaną się cielić!”), a potem w końcu do upokarzającej kapitulacji („my też jesteśmy za i obiecujemy, że nie zliwidujemy”).

Oczywistym pomysłem wydaje mi się, jak zwykle, Mitbestimmung. Trzeba by to jakoś ładnie nazwać po polsku, ale na wymyślaniu zgrabnych sloganów to ja już się zupełnie nie znam.

Chodzi po prostu o upodmiotowienie pracowników dużych firm. Zwiększenie uprawnień Rad Pracowników, ustawowe wprowadzenie ich przedstawicieli do Rad Nadzorczych – tak jak to jest od 70 lat w Niemczech.

PiS ma do Niemców stosunek dwuznaczny. Straszy nimi, ale równocześnie uwielbia argument „tak jest w Niemczech”.

W kampanii prezydenckiej obiecali nam, że będziemy zarabiać tak jak w Niemczech. Tylko że PiS traktuje to na zasadzie kultu cargo – brak podstawowej refleksji, dlaczego Niemcy zarabiają więcej od Polaków.

Argument, który był ważny 30 lat temu – że ich firmy są bogatsze i bardziej wydajne, więc „mogą” więcej płacić, jest nieaktualny. Fabryka Volkswagena czy magazyn Amazona w Polsce pracują przecież tak samo wydajnie jak ich niemieckie opowiedniki.

W Niemczech płacą więcej nie dlatego, że MOGĄ tylko dlatego, że MUSZĄ. Każdy korpoludek w Polsce wie, że gdyby nawet jego pracodawca dostał od złotej rybki miliard, on sam zobaczy z tego figę z makiem. Wszystko zgarną udziałowcy (jako dywidendę) i zarząd (jako premie). Zarobki pracowników pozostaną bez zmian.

W Niemczech tak by nie było. Tam przedstawiciele pracowników w Radzie Nadzorczej byliby w stanie wymusić inny podział tego miliarda – taki, w którym coś tego skapnie nawet szatniarzowi.

Od lat wydajność pracy w Polsce rośnie znacznie szybciej niż płace. I to się nie zmieni, dopóki nie wprowadzimy w Polsce takich mechanizmów.

Kaczyński tego nie zrobi. Miał 5 lat i nawet nie zasygnalizował takiego zamiaru.

„Upodmiotowianie” nie jest w stylu PiS. Nawet zwolennicy tej partii przyznają, że ona nie chce żadnej grupie przyznawać nowych praw,
przeciwnie, jest za ich odbieraniem (nauczycielom, dziennikarzom, prawnikom, lekarzom itd.). Tyle że zwolennikowi PiS się to podoba, a przeciwnikowi nie.

Platforma też jest do tego mentalnie niezdolna. Za dużo ją wiąże z kręgami korwinobalcerowskimi.

Hołownia i Trzaskowski mają jednak wolną rękę, przynajmniej teoretycznie. Zatem niniejszym sugeruję to jako moją propozycję programową dla ich ruchów.

Tak najbardziej to oczywiście marzę o wprowadzeniu tego w Polsce przez rząd premiera Zandberga. Ale ucieszę się, jak zrobi to ktokolwiek.

Parafrazując Churchilla, gdyby Szatan zgłosił program upodmiotowienia pracowników, umieściłbym kilka ciepłych słów o piekle w następnej blogonotce. Chwaliłbym za to nawet PiS.

Pandemia to dobry moment na zmianę myślenia o gospodarce. Pierwsze 30 lat kapitalizmu w Polsce wpisywało się w 500 lat tradycji gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej.

Mieliśmy „ludzi sukcesu”, którzy „tworzyli miejsca pracy”. Nie było „my”, byłem „ja” (genialny prezes, który odpowiada za sukces firmy, a więc zasługuje na nagrodę) i „wy” (feudalna czeladź, której firma „daje” pracę).

Pandemia wymusiła w wielu firmach myślenie w kategorii „my”. Okazało się, że za dotychczasowe sukcesy jednak nie odpowiadał sam tylko zarząd, ale firma jako wspólnota.

Ciężko czuć się wspólnotą, gdy prezes zarabia półtora miliona rocznie, a pracownicy kilkadziesiąt razy mniej (tak to mniej więcej wygląda w Agorze). I jeszcze ciągle słyszą od tego prezesa, że na wszystkim trzeba oszczędzać.

Obecny stan prawny nie ma sensu. W wielu ustawach wymagana jest reprezentacja pracowników, która w ich imieniu np. wyraża zgodę na warunki zwolnienia zbiorowego, wybór PPK, zasady działania funduszu socjalnego albo (jak ostatnio) zgodę na obniżkę zarobków o 80%.
Na logikę, to powinni robić ich demokratycznie wybrani przedstawiciele. Ale prawie w każdej ustawie te uprawnienia ma zakładowa komisja związków zawodowych.

Wniosek – skrzyknij się z 9 kolegami i załóż związek. Będziesz w imieniu tysięcy ludzi współdecydować o milionowych funduszach. Tak, polskie prawo jest aż tak durne.

Wielkie centrale związkowe będą zapewne próbowały zawetować zmiany, bo na krótką metę to osłabiać ich pozycję. Osobiście jako lokalny Frank Sobotka jednak z przyjemnością się pozbędę tej „władzy” (serio: na cholerę mi ona?) na rzecz rzeczywistego upodmiotowienia załogi.

Posprzątanie tego bajzlu to nie jest kwestia lewicy ani prawicy, tylko rozumu i godności człowieczej. Ale skoro o tym mowa to przypominam, że w ten sposób CDU zaszło SPD z lewej mańki i zapewniło sobie polityczną hegemonię w RFN.

Po co komu socjaldemokracja, gdy największą zdobycz klasa pracująca zawdzięcza chadecji? Socjaldemokraci go nienawidzą, tym sposobem Adenauer ich uczynił zbędnymi (na 70 lat istnienia RFN, CDU rządzi przez 52).

Tej propozycji nie da się obalić tradycyjnym argumentem „nie stać nas na to, musimy najpierw zbudować kapitalizm, a potem myśleć o socjalu”. Niemcy to wprowadzili w 1951, gdy kraj leżał w ruinie (i poniekąd dlatego właśnie to wprowadzili, żeby pracowników motywować do odgruzowania „swoich” zakładów).

Historia państwa opiekuńczego i społecznej gospodarki rynkowej to mój konik. Ne znam ani jednego przykładu, w którym zbudowano to na takiej zasadzie, że ktoś powiedział „OK, już nas teraz stać, to wprowadzajmy”.

Czy to w Japonii, czy to w Szwecji, czy to Wielkiej Brytanii, czy to w RFN wreszcie, zawsze wyglądało to tak: „kraj jest w ruinie, musimy wprowadzić socjal, bo ludzie żyją w biedzie”.

My nie jesteśmy w ruinie. Ale większość z nas żyje i pracuje w Folwarku S.A.

Resortowe dziecko

Od kiedy „Piąteczek” zawieszono na wakacje, odczuwam brak platformy na rekomendacje popkulturowe. Dopóki (o ile) mnie nie odwieszą, będziecie je musieli znosić tutaj.

A więc: jeśli ktoś jeszcze szuka fajnego wakacyjnego czytadła kryminalnego, rekomenduję cykl o komisarz Ninie Warwiłow Jędrzeja Pasierskiego. Stosunkowo niedawno wyszedł trzeci tom, „Czerwony świt” – wciągnęło mnie na tyle, że mam nadzieję, że będą następne.

Jak z Harrym Holem, można czytać w dowolnej kolejności, sugeruję jednak czytanie w kolejności wydawania. Niezależnie od poszczególnych intryg kryminalnych, rozwiązujących sie w obrębie pojedynczego tomu, w tle mamy „story arc” z zagadką samej pani komisarz.

Dlaczego ona właściwie ma rosyjskie nazwisko? Ona sama tego nie wie.

Pozornie wie: to nazwisko jej ojca. Tylko że wszystko wskazuje na to, że nieprawdziwe.

Aleksander Sergiejewicz Warwiłow to człowiek-enigma. W niejasnych okolicznościach przeniósł się z ZSRR do PRL i podjął pracę w w wiadomym resorcie. Przy takich ludziach wszystkie elementy tożsamości mogą być legendą i przykrywką.

Jak wynika z retrospektyw był złym, tyranizującym ojcem. Dziś jest starcem na progu grobu, który albo jest pijany, albo pod narkozą w szpitalu, ciężko się więc z nim rozmawia. Córka ma przez niego porypaną psychikę i miota się między odrzuceniem a wybaczeniem – nie chce mieć nic wspólnego z tym, co on sobą reprezentował, i dlatego oczywiście wybrała zawód policjantki.

Ten poboczny wątek się rozwija nieśpiesznie. Nie jestem nawet pewien, czy sam Pasierski już to wszystko wymyślił, czy tylko improwizuje z tomu na tom. Czegoś tam Nina Warwiłow przez te trzy tomy już się o sobie dowiedziała, ale nadal nie zna odpowiedzi na podstawowe pytania.

Zagadki kryminalne, które rozwiązuje, są uczciwie przemyślane. Pasierskim zachwyciłem się już przy debiutanckim „Domu bez klamek”. Była to wariacja na temat bodajże najstarszego schematu opowieści kryminalnej, czyli „zagadki zamkniętego pokoju”. Z taką modyfikacją, że tym pokojem jest oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego.

Wydarzyła się zbrodnia, która nie miała prawa się wydarzyć. Przecież sala jest pod nadzorem. A jednak…

Obiecuję, że rozwiązanie zagadki nie będzie w stylu „to kosmici!”. To uczciwy kryminał, nie powstydziliby się go mistrzowie gatunku.

„Czerwony świt” to wariacja na temat innego klasycznego motywu, doprowadzonego do mistrzostwa przez Agathę Christie, w Polsce spastiszowanego przez Joannę Chmielewską, czyli „wszyscy jesteśmy podejrzani”. Grupa przyjaciół wesoło razem imprezuje, a o świcie okazuje się, że jedna osoba się zezgonowała całkiem dosłownie.

Na pierwszy rzut oka każdy ma alibi, bo bawili się razem. Ale i nikt go nie ma, bo znikali sobie z oczu na minutę czy dwie.

Byli zgraną paczką od dzieciństwa, więc motywu nikt nie miał. Jak poskrobać dokładniej – jakiś motyw miał każdy, jak to między przyjaciółmi bywa.

Do imprezy dołączyła Tajemnicza Nieznajoma, która ulotniła się tuż przed zbrodnią. Teraz goście nawet nie mogą sobie przypomnieć, jak się nazywała i kto ją właściwie zaprosił. Ale to wszystko się wyjaśni, oj wyjaśni.

Najmniej mi się podobały „Roztopy”. Tam mieliśmy zbrodnię w kręgu mieszczuchów, którzy postanowili „rzucić to wszystko i wyprowadzić się w góry”. Intryga tam wydawała mi się nieprzekonująca i źle skonstruowana.

Jak wielu Warszawiaków, mam w głowie tabelkę, ile się tu zarabia na jakim stanowisku. Nie lubię, gdy „excel mi się nie zgadza” – a pewne liczby w „Roztopach” nie miały sensu. I tyle o nich.

Teraz jednak w „Roztopach” widzę drugi tom fajnej trylogii, jestem więc skłonny machnąć na to ręką. Nawet najsłabszą książkę o Harrym Hole (czyli oczywiście „Trzeci klucz”) też warto przeczytać dla ogólnego story arc.

W „Czerwonym świcie” jedna z postaci drugoplanowych ma brzydki warszawski odruch szacowania ceny każdego mijanego samochodu. I akurat tutaj to wścibstwo doprowadza do Przełomu W Śledztwie. Tym razem excel się zgadzał.

Porządny kryminał powinien być portretem środowiska, w którym umieszczono akcję. Warszawa Pasierskiego jest miastem ludzi, którzy nie znają swoich korzeni – bo to miasto niszczy związki. Ich, ich przodków, przodków ich przodków…

Cóż. Coś w tym jest!

Ja tam nie emigruję

No więc ja na przykład nie planuję emigracji. Nie napiszę „nigdy w życiu”, bo mogę sobie wyobrazić hipotetyczny scenariusz, w którym ktoś mi proponuje Atrakcyjną Posadę Gdzieś Za Morzem. Ale się niespecjalnie rozglądam, więc to mało realne.

Nie wyobrażam sobie dłuższego rozstania z Warszawą. Czuję się emocjonalnie związany z warszawskością jako czymś ulotnym, a jednak namacalnym.

Uwielbiam na przykład patrzeć na warszawski skyline. Kiedyś to był tylko Pałac Kultury i kilka drobniejszych klocków.

Teraz Pałac już nie dominuje. Z wielu kierunków za sprawą perspektywy inne wieżowce zdają się go zasłaniać – np. Warsaw Spire albo żagiel Libeskinda.

Ten skyline się ciągle zmienia. Jeśli dawno nie byliście w Warszawie, czeka Was zaskoczenie. Już dominuje na nim nowy wieżowiec, który będzie najwyższy w Unii Europejskiej (Varso Tower) i jaram się tym jak dziecko.

Uwielbiam wyszukiwać miejsca, z których widać je wszystkie. To nietrywialne, bo gdy już naprawdę jesteś w centrum, często nie widać nawet Pałacu.

Gdyby mnie ktoś spytał o miejsce, z którego jest najlepszy widok na warszawski skyline, odpowiedź jest banalna. Każdy Warszawiak się ze mną zgodzi: most Siekierkowski!

Ale lubię odkrywać nowe miejsca, gdzie widok może nie jest aż taki fajny, ale za to inny. Moim ostatnim odkryciem jest wiadukt nad torami przy stacji Warszawa Jeziorki – tory znikają tam na horyzoncie, tworząc takie złudzenie optyczne, jakby wychodziły spomiędzy tych wieżowców.

W innych miastach taką architekturę uważam za kicz. Jestem ideowym przeciwnikiem Le Corbusiera, Roberta Mosesa i Miesa van der Rohe. Ale nie w Warszawie.

Zawsze, dosłownie zawsze gdy patrzę na centrum Warszawy, myślę, że to miasto było skazane na śmierć. Nie umiem zapomnieć skąd się wzięły w centrum uzbrojone działki pod te wieżowce.

Myślę o tych strasznych zdjęciach, przedstawiających morze ruin – tam gdzieś czasem widać jakąś kobietę z niemowlęciem. To może być moja babcia.

Mnie od tych ruin dzieli tylko jedno pokolenie. Te niemowlęta przeżyły, dorosły i sprowadziły mnie na świat.

Na przekór wszystkiemu moje miasto odżyło. I to jak odżyło!

Warszawskie wieżowce są jak ten kuplet, spopularyzowany przez Grzesiuka – o jednym takim, co był na Warszawę straszny pies, już mówił nawet „Warschau ist kaput!”. Lecz pomylił się łachudra, rozczarował fest i próżny był majchrowy jego trud.

Pewuc niedawno trafnie zauważył, że Warszawie zamiast „across the tracks” jest „across the river”. Dorastałem na lewym brzegu, ale korzenie mam na prawym.

To statystycznie oczywiste. W latach 1944/1945 przeżywalność niemowląt i kobiet w ciąży na prawym brzegu nie była przesadnie wysoka, ale jednak niewątpliwie wyższa niż na lewym.

Za epicentrum praskości tradycyjnie uważane jest skrzyżowanie Szwedzkiej i Stalowej. Adres moich przodków to dosłownie sąsiednia przecznica.

Z dzieciństwa mam tylko mgliste wspomnienia z wypraw „do prababci”. Zapamiętałem też trochę praskich anegdot – że na przykład kiedyś kuzyna z prowincji miejscowi skroili na ulicy z portfela i zegarka. Prababcia poszła do kogo trzeba i wytłumaczyła nieporozumienie. Następnego dnia nieznani sprawcy podrzucili pod drzwi skradzione fanty i flaszkę na przeprosiny.

Albo jak w knajpie na placu Leńskiego zaczęło się mordobicie i pewien wuj nagle poprosił swą kuzynkę (moją mamę), żeby udawała jego narzeczoną. Panowała wtedy niepisana zasada, że chłopak z dziewczyną ma immunitet od wpierdolu.

Kiedyś marzyłem o ucieczce. Kiedyś literalnie flipałem temu miastu fingera, gdy wracałem z nocnego dyżuru do swego podwarszawskiego domku. Zupełnie mi przeszło. Gdy robię życiowy bilans, co wyliczę to wyliczę, ale zawsze wtedy powiem, że zawdzięczam temu miastu wszystko.

Są chwile gdy czujesz, że twoje miasto się sprzysięgło przeciw tobie. Ale są i takie, jakby cię niosło na rękach przez swoje ulice.

Aż za dobrze znam te pierwsze. Ale znam też te drugie. Jeśli wy ich nie znacie, to życzę wam ich z całego serca, bo to takie uczucie, jakby bogowie zaprosili na Olimp i częstowali ambrozją.

Prezes Kaczyński będzie się teraz mścić na Warszawie za to, że opozycja ma tu większość konstytucyjną. 67% na Trzaskowera!

Szlag mnie trafia, że pewnie znowu tu przyślą jakiegoś Patryczka w ząbek czesanego. Kogoś, kto tego miasta nie zna i nie rozumie, nie szanuje jego tradycji.

No cóż, to nie będzie pierwszy raz. Ukarać Warszawę chcieli i car, i Wałęsa („wojna na górze” ruszyła pod hasłem „przewietrzania warszawki”). Przeżyliśmy najazd szwedzki, przeżyliśmy radziecki, przeżyjemy i pisowskie zemsty.

Zostanę tutaj choćby żeby bronić miasta swoich przodków. My Warszawiacy jesteśmy tacy. Chcesz z nami zadrzeć, to se trumnę kup.

Przed drugą ciszą


Spot wyborczy Dudy, z którego pochodzi ten skrin, zaskoczył mnie o tyle, że pokazuje wizję Polski, która mi też jest bliska. Ktoś tu coś chyba pomylił, bo przecież w tym spocie widzimy typowe warszawskie lemingi, klasę średnią z korporacyjnych biurowców.

To ta Warszawa, którą znam i kocham, w której się czuję jak u siebie w domu. Spot ją pokazuje (słusznie) jako fajne miejsce do życia. Ale skoro tu jest tak fajnie, no to zróbmy prezydenta tego miasta prezydentem kraju!

To niekonsekwentne, bo przecież rządowa propaganda próbuje przedstawić Warszawę jako miasto katastrof. W kółko podkręcają jedną awarię, która w gruncie rzeczy była po prostu hołdem dla czasów, gdy rządził tu Lech Kaczyński – wtedy szambo cały czas leciało do Wisły.

Tradycja rzecz ważna, można przez parę dni nawiązywać do tych wspomnień. Lech Kaczyński nie potrafił zrealizować dosłownie żadnej inwestycji, z wyjątkiem jednego muzeum dla przyjezdnych. Most Północny, sieć ścieżek rowerowych, obwodnica, druga linia metra, kolektor ściekowy, Bulwary Wiślane – to wszystko zrealizowali dopiero jego następcy.

Warszawa za Lecha Kaczyńskiego nie wyglądała tak pięknie jak dziś. Ja już wtedy blogowałem, jeśli ktoś tamte straszne czasy zapomniał – proponuję starą notkę dla odświeżenia pamięci.

Trzaskowski nie jest dla mnie kandydatem idealnym, ale zagłosuję na niego z przekonaniem. Bo chcę, żeby Warszawa dalej wyglądała jak na tym spocie.

W tym celu Polska musi być w Unii. To upiększanie Warszawy przecież było głównie za unijne pieniądz. Kaczyński i Marcinkiewicz nie potrafili z nich skorzystać, następcy tak.

Co więcej, te wszystkie wieżowce, które pną się do góry, mają rację bytu głównie dlatego, że jesteśmy częścią największego rynku świata. W razie Polexitu firmy wynajmujące biura w tych wieżowcach po prostu nas opuszczą.

Razem z nimi wyjadą bohaterowie tego spotu. PiS od początku prowadzi wojnę z „wykształciuchami”. „Emigrujcie” – to już usłyszeli nauczyciele, lekarze, prawnicy.

No i emigrują, zwłaszcza ci młodzi i wykształceni. Już nie uciekają przed biedą, chodzi im o jakość życia. Chcą być traktowani jak ludzie w miejscu pracy. Chcą żyć w kraju, w którym sprawnie działają usługi publiczne – szkoła, służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości.

PiS swoimi reformami nie naprawił usług publicznych, tylko jeszcze bardziej zaszkodził. Pod pretekstem „tarcz antykryzysowych” osłabił zaś prawa pracownicze, z którymi już przedtm było słabo.

W moim pokoleniu ludzie LGBT zazwyczaj to ukrywali, co prowadziło do nieszczęść, od samobójstw nastolatków po nieudane małżeństwa na pokaz. Dziś nie chcą się już ukrywać – i dobrze. To w praktyce znaczy, że każdy człowiek taki jak bohaterowie tego spotu ma statystycznie przynajmniej jednego otwarcie nieheteronormatywnego kumpla.

Problemy kumpla stają się jego problemami. Robiąc imprezę musi kombinować, czy jak ten kumpel będzie tańczyć z partnerem, ktoś nie zrobi homofobicznego skandalu. A jak pójdą do knajpy, to czy wszystkich ich nie pobiją.

Wykształceni młodzi ludzie, nawet jeśli są heteronormatywni, wolą wyjechać do kraju, w którym nie ma takich problemów. A turyści omijają kraje słynące z prześladowania mniejszości.

Dalsze rządy PiS grożą więc tym, że Polska przestanie przypominać kraj z tego spotu, a zacznie przypominać kraje z rosyjskiej strefy wpływów. Gdzie owszem, też są wieżowce, ale knajpy są już tylko dla oligarchów i bardzo nielicznych ekspatów, bo rodzima klasa średnia jest nieliczna, ludzie „zap… za miskę ryżu”.

Polska ma wybór tylko między Rosją a Unią. Te wszystkie Międzymorza, Wyszehrady i trzecie drogi to pomysły dobre do testowania w grach Paradoxu na najniższym poziomie trudności. Nasze położenie geopolityczne skazuje nas na level hard.

500 lat temu Polska stała się mocarstwem m.in. dzięki dyplomatom takim, jak Włodkowic czy Dantyszek, którzy potrafili obronić polskie stanowisko przed Hanzą, papiestwem czy cesarstwem. PiS jest w tej analogii jak ci, którzy „chcieli Piasta i basta”.

W dyskusji pod poprzednią notką wspominaliśmy alternatywne ścieżki historii, które by się otworzyły, gdyby Jagiełły nie było wcale, albo po jego śmierci doszło do restytucji dynastii piastowskiej. A przypominam, że Piastowie mazowieccy wysuwali roszczenia przy każdym bezkrólewiu.

Mieli sporo zwolenników, zwłaszcza w tzw. stronnictwie ziemskim. Tym ludziom nie podobało się rozmawianie o polskich sprawach w obcych językach, jagielloński eksperyment z wielokulturowością uważali za zdradę schematu Polak-katolik, nie lubili wykształciuchów z Akademii Krakowskiej i najchętniej by ją zlikwidowali (było blisko!), wypominali Dantyszkowi niemieckość.

Przez swoje położenie nasz kraj jest skazany na powtarzanie w kółko tych samych schematów. I zawsze o miłości do wiary i narodu najgłośniej krzyczy Targowica.

Załatwienie czegokolwiek w Unii Europejskiej (jak w każdej instytucji) wymaga pewnych kompetencji. Rafał Trzaskowski je ma. Jego przeciwnicy mogą wątpić, czy użyje je w dobrym celu, ale chyba nikt mu ich nie odmawia.

Andrzej Duda ich nie ma. Jego zwolennicy mogą mu przypisywać inne zalety, ale chyba nawet oni się zgadzają, że PiS nie umie się poruszać po Brukseli i Strasburgu. Nie mają swojego Pawła Włodkowica.

Nie jestem politykiem, ale parę razy uczestniczyłem w międzynarodowych projektach, więc rozumiem praprzyczynę tych porażek. Na Zachodzie przegrana w głosowaniu oznacza utratę twarzy, więc kto przegra parę razy pod rząd, temu coraz trudniej gromadzić sojuszników i w końcu już zacznie przegrywać nawet sprawy pozornie łatwe do wygrania.

Zanim tam się jakiś projekt podda plenarnemu głosowaniu, najpierw się montuje za kulisami koalicję zwolenników. Gdy ta koalicja ma oczywistą większość, głosowanie jest formalnością.

W Polsce też długo tak było. „Liberum veto” w szkole przedstawia się jako prawo do zrywania Sejmu, ale tak naprawdę przez stulecia oznaczało to po prostu, że projektu nie poddawano głosowaniu, dopóki czołowe stronnictwa się nie dogadały (np. w sprawie wyboru króla).

Załatwienie czegokolwiek w Unii wymaga zbudowania koalicji według jednej z typowych osi podziału: lewica/prawica, duże kraje/małe kraje, nowa unia/stara unia, północ/południe, płatnicy/beneficjenci itd. PiS tego nie umie robić, jego politycy od razu prą do głosowania i przegrywają 27(6):1. Nie popierają ich nawet Węgrzy, którzy potrafią grać w tę grę.

Żeby montować takie koalicje, trzeba zawierać transakcje typu „my was poprzemy w sprawie rybołówstwa, jeśli wy nas poprzecie w energii odnawialnej”. Do tego trzeba mieć swoich ludzi w prezydiach, w komisjach, w dużych grupach politycznych.

Pisowcy zarzucają Platformie, że nie dbała o polskie interesy, tylko o stanowiska dla swoich ludzi. Rzecz w tym, że w Unii dbanie o interesy narodowe POLEGA WŁAŚNIE NA lokowaniu swoich ludzi na wpływowych stanowiskach.

Gdyby PiS się kiedyś dorobił swojego Dantyszka, zobaczymy jego działanie właśnie tak: że pisowcy zaczną zajmować takie stanowiska, jakie kiedyś mieli Buzek albo Tusk – przewodniczącego Europarlamentu, przewodniczącego Rady Europejskiej, albo coś tej rangi.

Póki co dostają tylko absolutne minimum, przysługujące w Unii każdemu z samej przynależności. Tyle w dyplomacji załatwi ktoś, kto wali pięścią w stół i krzyczy, że „mu się należy”. Dostanie tyle, co mu się należy i nic więcej.

Głosuję na Trzaskowskiego z tego samego powodu, dla którego w XIV i XV stuleciu bym głosował na Jagiellonów lub Andegawenów (a przeciw Piastom). Chcę Polski, która się rozwija i bogaci. W której jest miejsce dla Kallimacha, Dantyszka i akademickich wykształciuchów. I w której król nie próbuje „władać sumieniami naszymi”.

Jasne, że wiele rzeczy chciałbym poprawić. Marzę na przykład o wzmacnianiu praw pracowniczych. Ale wiem skądinąd, że rząd Morawieckiego chce je osłabiać. Jego odsunięcie od władzy to niezbędny krok, żeby coś tu móc poprawić.

A dopóki nie będziemy mieli równie silnych praw pracowniczych jak Niemcy czy Szwedzi, nigdy nie będziemy zarabiać tyle, co oni. Bez tego po prostu nawet jeśli polskie firmy będą się bogacić, wszystko pójdzie na premie dla zarządu i dywidendy.

Czy Trzaskowski będzie wspierać taką legislację? Prędzej niż Duda. Jeśli zwolennicy Dudy zarzucają Trzaskowskiemu chęć kopiowania rozwiązań niemieckich, no to właśnie Mitbestimmung jest rozwiązaniem niemieckim.

Nagromadziłem argumentów, ale tak naprawdę wystarcza mi jeden. Prezydent Duda podczas debaty z sobą samym, którą prowadził w komfortowych warunkach wyłącznie ze swoimi zwolennikami, powiedział: „Absolutnie nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych”.

Dla mnie każdy antyszczepionkowiec jest po prostu skreślony. „Bo uważam, że nie”.

Polska ocalona!


Przypomnę, że gram ostatnio Polską w „Hearts of Iron 4”, traktując grę strategiczną bardziej jak RPG. Moim zasadniczym celem jest nie tyle wygrana, co zapobieżenie wielkim zbrodniom Hitlera i Stalina, dlatego z żadnym nie chcę wchodzić w choćby chwilowy sojusz.

Wreszcie mi się częściowo udało. Uwaga techniczna: wszystkie DLC, historyczne fokusy, wersja 1.9.2, najniższy poziom trudności (już ostatni raz, chyba się wreszcie nauczyłem).

Najpierw po staremu podbiłem Litwę, jak tylko była taka możliwość (marzec 1938). Proklamowałem odtworzenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów i z tej okazji z rozpędu zająłem też Łotwę.

Tymczasem moi agenci budowali siatkę w Czechosłowacji, tworząc od zera propolską Partię Niezaangażowanych (ahistoryczne). W marcu 1939 było Monachium i alianci tradycyjnie oddali Niemcom Sudety.

Szkoda, bo Monachium to ostatnia szansa na zatrzymanie Hitlera. Czechosłowacja miała wtedy sporą armię, z dwiema dywizjami pancernymi – i łatwą do obrony granicę.

W moich pierwszych grach czasem odmawiali oddania Sudetów i wojna wybuchała wcześniej. Teraz oddają zawsze. Nie wiem czym tu się kieruje AI, może sam sobie szkodzę zwiększając napięcie międzynarodowe swoimi podbojami bałtyckimi?

W każdym razie, TYM RAZEM w reakcji na moralną kompromitację Hachy i Benesza, Partia Niezaangażowanych zaczyna wojnę domową (z dyskretnej podpuchy polskiego wywiadu). Wtedy Niemcy zajmują Czechy, pozostawiając Kingdom of Bohemia, na czele którego stanał niejaki Slavomir Vesely (z puli Generycznych Czechów).

Kingdom of Bohemia było początkowo de facto Wielką Słowacją (z Mukaczewem). Co za tym idzie, gdy Węgrzy (historycznie) wypowiedzieli traktat z Trianon, nie mogłem ich zaatakować od razu, bo nie miałem lądowej granicy.

Jak zawsze, bez walki oddałem Gdańsk – wtedy niemieckie AI odpuszcza Polsce i skupia się na aliantach. Pojęcia nie mam, na ile to historyczne tym bardziej, że od razu po oddaniu Gdańska, wyrabiam sobie casus belli „retake core states”, a więc zachowuję się prowokacyjnie.

2WŚ zaczęła się 21 września 1939, podstępnym atakiem na Holandię. Trzymałem dużą armię na niemieckiej granicy, niemiecka armia nie była przećwiczona kampanią wrześniową, ogólnie więc wojna na Zachodzie poszła Niemcom słabo.

Przegraliby z kretesem, gdyby nie Włosi, którzy w końcu doszli do Paryża. Gra używa dziwnej protezy do zasymulowania prawdziwej historii: gdy tylko jedno z państw Osi zajmie Paryż, Francja rozpada się na dwa państwa: Francję Vichy i Wolną Francję. Ponowne zajęcie Paryża przez aliantów powoduje, że Vichy znika, zostaje tylko Free France.

Ponieważ w tej grze walki toczyły się długo ze zmiennym szczęściem, alianci na chwilę odbili Paryż nim państwa Osi ich ostatecznie zepchnęły do morza (luty 1941). W efekcie więc Vichy istniało przez parę tygodni, a znakomita większość Francji przeszła pod okupację włoską, co miało taki dalekosiężny skutek, że większość kolonii np. w Afryce pozostała przy Wolnej Francji.

Dopiero w styczniu 1940 udało mi się proklamować sojusz Międzymorza, złożony z Bohemii, Rumunii, Bułgarii, Jugosławii i Finlandii (plus później Estonia z eventu). Grecja tym razem nie chciała.

W ten sposób zyskałem możliwość zaatakowania Węgrów z terytorium Słowacji, ochoczo najechali ich też wszyscy sąsiedzi. Tym razem nie tworzyłem marionetkowego państwa, utrzymałem bezpośrednią okupację.

To już była ostatnia chwila na zwalcowanie Węgrów, bo w międzyczasie już przerzucałem wojska na wschodnią granicę. Od wiosny 1938 jak wściekły budowałem linię Maginockiego na granicy z ZSRR, w chwili radzieckiego ataku miałem już na całej długości fortyfikacje lvl 4-5.

W poprzednich grach Stalin się na to wściekle rzucał na „uraa”, tracąc miliony w pierwszych miesiącach. W tej grze te bunkry prawie nie wzięłu udziału w walce, Stalin bowiem w czerwcu 1940 zaatakował Finlandię, która w tej grze stała się „Winkelrydem narodów”.

Jej cierpienie odwróciło los historii. W poprzednich grach Międzymorze rozsypywało mi się przez zdradę Rumunii, która (zgodnie z historią) przechodziła do Osi. A ta zdrada była możliwa dlatego, że na początku wojny polsko-radzieckiej odmawiali dołączenia, tłumacząc się (podobnie jak Estonia i Finlandia) niebezpieczną granicą z ZSRR.

Tym razem Stalin skoncentrował tyle wojska w Finlandii, że Rumuni sami dołączyli i zajęli Odessę, po czym zatrzymali się na linii Bohu. Wtedy ja też zrobiłem ofensywę, niezbyt udaną, bo nadal nie miałem żadnych wojsk motorowych, ale podszedłem pod Leningrad i front wschodni praktycznie zastygł na lata w dziwnym kształcie.

Częściowo nadal opierał się o linię Maginockiego (pierwotną granicę), ale zająłem m.in. Mińsk i Żytomierz, pośpiesznie budując kolejną linię bunkrów. Zdążyłem tylko Lvl 1, gdy Stalin ruszył z wściekłym kontrnatarciem na całej długości.

Tu i tam się wbił na jedną-dwie prowincje, ale ogólnie utrzymałem zdobycze. Niestety, nie byłem w stanie pomóc Finlandii, która w maju 1941 skapitulowała.

Nie udało mi się więc całkiem zapobiec ludobójstwo. W moim świecie Hitler mógł wysłać Annę Frank do Terezina. Strach pomyśleć, co Stalin robił w okupowanej Finlandii. Pocieszam się, że skoro większość Francji kontrolowali Włosi, Holocaust przynajmniej tam się nie wydarzył. No ale co najważniejsze: obroniłem polskich obywateli.

Pozbawione rumuńskiej ropy, węgierskiego aluminium i większości dróg morskich państwa Osi powoli realizowały historyczne cele. Włosi wypowiedzieli wojnę Grecji, podbili ją po zaciekłych walkach (nie mieli drogi lądowej!). Dopiero w marcu 1943 Niemcy wypowiedzieli wojnę Jugosławii.

Musiałem wtedy zrobić straszną rzecz – wyrzuciłem Jugosławię z Międzymorza. Wiedziałem z poprzednich gier, że jeśli tego nie zrobię, wciągną inne kraje sojuszu do wojny z Osią, prowokując wojnę typu „każdy z każdym”.

Historycznie prawie w ogóle tego nie było, choć np. Finlandia przez chwilę była w stanie wojny równocześnie z ZSRR i Niemcami. W HOI4 niesłychanie łatwo taką wojnę wywołać, trzeba się wręcz nagimnastykować, by jej uniknąć.

Wyrzucona z Międzymorza Jugosławia natychmiast dołączyła do aliantów. Ponieważ nadal była w stanie wojny z ZSRR, formalnie wypowiedzieli wojnę także Stalinowi.

Wojny światowe toczyły się jakby równolegle: alianci vs Oś i Japonia (w HOI4 to odrębne, acz zblokowane sojusze), plus „dziwna wojna” z ZSRR, oraz Międzymorze vs ZSRR. Mimo wspólnego wroga, alianci nadal mnie nienawidzili (-100 w dyplomacji) za wywołanie napięcia w latach 1938-1940.

Tymczasem Japonia powoli wygrywała wojnę na wschodzie. Zajęli Indie (!), zajęli Nową Zelandię (!!), w końcu nawet Australię (!!!).

Gdy Niemcy i Włosi wykańczali Jugosławię, alianci w zrobili desant w zachodniej Francji. Tymczasem Stalin ruszył do drugiego natarcia na całej długości frontu i wykrwawił się tak bardzo, że powstałą wielka luka w rejonie Velkiye Luki (uwielbiam ten frontowy suchar).

Zrobiłem tam kocioł, z którego częściowo się wyrwali, ale z ogromnymi stratami, które im chyba odebrały na dobre inicjatywę strategiczną.
W maju 1943 przeprowadziłem operację „Katarzyna Jagiellonka”, czyli desant na Finlandię. Być może mogłem to zrobić wcześniej, ale – mehemm – nie umiałem. Stalin zaczął pośpiesznie przerzucać wojsko do Helsinek, więc udało mi się zająć Leningrad w czerwcu. Moje bombowce morskie dobiły radziecką marynarkę.

Tymczasem AI moich sojuszników z jakiegoś powodu uznało Finlandię za główny front, zaroiło się tam od wojsk bułgarskich i rumuńskich, co paradoksalnie miało ten zły skutek, że zrobiły się problemy z zaopatrzeniem i wielką atrycją. W efekcie front się tam ustabilizował.

Jak zająłem Smoleńsk, bałem się radzieckiego kontrnatarcia i jeszcze tam walnąłem zestaw bunkrów, tym razem już zbędnych. Stalin stracił inicjatywę strategiczną, co zauważyłem trochę za późno, ale jednak wysłałem zagon pancerny prosto do Moskwy. W listopadzie 1943 dywizja pancerna „Stefan Batory” osiągnęła jej przedpola.

Front wyglądał dziwnie, bo w jednym miejscu (na Polesiu) nadal opierał się o przedwojenną granicę, a na północy miał długą kichę. Stalin zaczął przerzucać do Moskwy dywizje z południa, więc ruszyłem do ofensywy na froncie rumuńskim i zimą 1943/1944 zacząłem zajmować Krym.

Bałem się zimowego kontrnatarcia, ale Stalin był zbyt wykrwawiony, a moje dywizje z większości już zaprawione. W styczniu 1944 zająłem Moskwę, stolica się przeniosła do Stalingradu. Wiosną ruszyłem do niejakiej odwrotności operacji Bagration: zagony pancerne z północnej kichy ruszyły na południe, zamykając w kotle większość radzieckich dywizji na Polesiu.

W lipcu zająłem też Stalingrad, stolica przeniosła się do Władywostoku. Na wielu odcinkach już nie było frontu, moje dywizje po prostu jechały przed siebie.

Skrin przedstawia sytuację z sierpnia 1944, tuż przed kapitulacją ZSRR. Widać też alianckie przyczółki we Francji i Beneluksie.
Czteroletnia wojna kosztowała Rosjan prawie 10 mln żołnierzy (ale z tego większość to jeńcy, których zwolniono). Polska straciła pół miliona, Rumunia 300 tysięcy, całe Międzymorze 1,26 mln.

W traktacie pokojowym zażądałem hojnie pojmowanych granic przedrozbiorowych, w rekompensacie cierpień Finów i Rumunów tym pierwszym dałem Murmańsk, tym drugim Odessę. Rosję zaś zmarionetkowałem – władzę objął niejaki Andrei Romanow.

Ideologicznie to chyba nacbolszewizm, bo gdy Rosja zaczęła odtwarzać swoją armię, utrzymała historyczne nazwy jednostek. Mamy więc np. dywizję „Proletarskaya” pod carską flagą.

Przegrupowałem się, skróciłem służbę wojskową i w październiku 1944 uderzyłem na Niemców. Wojska pancerno-motorowe skupiłem na odcinku pomorskim, na reszcie frontu dałem piechotę, żeby go trzymała. W tym celu walnąłem linię bunkrów level 1, znów na prawie całej długości.

Gdańsk odzyskałem w ciągu tygodnia, potem w kotle zniszczyłem dywizje broniące Prus Wschodnich. Szybko zająłem Gdańsk, a moje zagony jadące wzdłuż wybrzeża zmusiły admirała Doenitza do wyjścia w ostatni rejs.

Odbyła się epicka bitwa morska. Ja miałem 10 niszczycieli i 6 łodzi podwodnych (w tym historyczne), plus 300 bombowców morskich. Niemcy – kilka ciężkich okrętów, ale wszystkie już mocno poturbowane.

Wyobrażacie sobie moje wzruszenie, gdy samolot PZL-60 „Lew Morski” dobił torpedą płonący pancernik „Schleswig Holstein”? W tej samej bitwie na dno poszły też „Graf Spee”, „Blucher” i „Scheer”, a po mojej stronie ORP „Żbik” i 8 samolotów. W moim świecie Lejtes zrobi z tego pierwszy polski film panoramiczny.

Niestety, kapitulacja Niemiec niewiele zmieniła. Włosi nadal kontrolowali większość Francji, prawie całe swoje terytorium oraz kawał Bałkanów. Co gorsza, do Osi dołączyła Hiszpania, a że przedtem (w ostatnich miesiącach wojny z ZSRR) do Międzymorza dołączyła Portugalia, została zwalcowana.

Obecnie tracę już trochę serce do tej gry. Jest marzec 1945. Pokonaliśmy (my i alianci) Włochy, ale front hiszpański się ustabilizował.
Odwojowanie Azji i Pacyfiku to będzie zadanie na lata. Bardzo nie chcę tego robić, ale może będę musiał zrzucić na Japonię atomówkę?

Najgorsze, że z tego co wiem o japońskich zbrodniach wojennych – to nie wiem, czy wyszedł mi świat, w którym per saldo byłoby znacząco mniej ludobójstwa…

Now Playing (180)

Jestem ciekaw jak to wygląda u tych PT komcionautów, którzy są w moim wieku, albo nawet starsi – u mnie jest tak, że po pięćdziesiątce zaczynam doceniać różne rzeczy, w które wierzylem albo które lubiłem jako nastolatek (a potem jako dwudziestolatek naiwnie myślałem, że z nich „wyrosłem”).

Ostatnio mam fazę na słuchanie Pink Floyd, i to tych płyt, które ćwierć wieku temu wydawały mi się produktem przerośniętego ego Rogera Watersa: „The Wall” i „The Final Cut”. Zaskoczył mnie samego zwłaszcza powrót do tej drugiej płyty.

Jako nastolatek bardzo młody, taki bardziej podstawówkowy nawet niż licealny, uważałem rock operę za Szczytową Formę Popkultury. „The Wall” zaś za uważałem szczytowe osiągnięcie tejże. Już wtedy byłem dość stanowczy w ocenach!

Potem przeszedłem ewolucję dość typową dla Generacji X. Pochłonęły mnie pospunk i nowa fala, zacząłem uważać, że mniej znaczy więcej i cenić sobie formułę „trzy akordy, darcie mordy”.

Dalej miałem sporo szacunku dla wcześniejszych nagrań Pink Floyd, ale tych dwóch płyt już nie byłem w stanie słuchać dla przyjemności. Częściowo dlatego, że wysłuchałem ich już tyle razy, że znałem każdy dźwięk na pamięć.

W jakichś chwilach przykrych a nudnych, np. na szkolnym apelu, zabijałem czas „odtwarzając” płytę w wyoraźni, z pamięci. Poza „The Wall” potrafiłem tak z „Back in Black” AC/DC i oczywiście pierwszym Iron Maiden. Byłem dziwnym dzieckiem, ohne Zweifel.

Im lepiej rozumiałem teksty, tym bardziej się robiłem sceptyczny. Szczególnie mnie zniesmaczył film Alana Parkera, jakoś inaczej sobie to wszystko wyobrażałem (do dziś uważam, że najlepsze są fragmenty animowane!).

Miałem nawet konkretne zarzuty, że np. narracja w „Hey You” przeskakuje między pierwszą, drugą a trzecią osobą tak niekonsekwentnie, że w końcu robi się nam z tego klasyczny błąd typu „who was phone”.

Spierając się z nastoletnim sobą jako pięćdziesięciolatek odparowałbym to tak, że to naturalne w operze. Jeśli chodzi o literacką spójność libretta, „The Wall” i tak wypada lepiej od niejednej „Zachlastanej fifulki”.

Ze wstydem muszę wam wyznać, że mój szkolny angielski z podstawówki czynił mnie zaś zupełnie bezradnym przy interpretacji „Final Cut”. Śmiejcie się, śmiejcie, ale skąd ja wtedy miałem wiedzieć, że „Union Jack” to nie jest ksywka jakiegoś faceta? Byłem dzieckiem za Żelazną Kurtyną, helou. Nie było takich słówek w podręczniku Leona Leszka Szkutnika.

Gdy teraz słucham „The Final Cut” widzę, jak bardzo tej płyty nie zrozumiałem te 37 lat temu. A słuchałem jej od dnia oficjalnej premiery, gdyż wtedy takie Wydarzenia w Trójce świętowano z wyprzedzeniem – od tygodnia leciał promujący singiel, „When The Tigers Broke Free”, płytę zaś wyemitowano w całości (początkowo razem z tymi dwiema piosenkami, „Get..”/„Fletcher…”, które potem wycinano w związku z występowaniem w nich Breżniewa w roli negatywnej), żebyśmy mogli ją sobie nagrać.

Nie zrozumiałem jej w sposób najbardziej niebezpieczny. Rozumiałem pojedyncze zdania, ale nie związki frazeologiczne. Na przykład: co oznacza w rokendrolu metafora „across the tracks”, zrozumiałem kilkanaście lat temu, jak zacząłem podróżować po Ameryce i fizycznie przekraczać takie granice.

Co za tym idzie, dwuwiersz „You can relax on both sides of the tracks” z fundamentalnego manifestu tej płyty, „The Gunner’s Dream”, nic dla mnie nie znaczył. Myślałem, ze to jakiś idiom oznaczający relaks pełniejszy, bo dubeltowy (śmiejcie się, śmiejcie).

W dyskusji pojawiło się tu niedawno pytanie, jak ludzie wychowani na Pink Floyd mogli wyrosnąć na prawicowców. Mogę to chyba wyjaśnić.
Otóż jeśli słuchasz tej płyty znając tylko szkolny angielski, może ci się wydawać, że opłakiwany na niej „postwar dream” to marzenie o INDYWIDUALNYM SUKCESIE. Ot, Eric Fletcher Waters zginął pod Anzio fantazjując o tym, że jak wróci z frontu, to się dorobi fajnego domu. Ale nie dane mu było, kurtyna.

Nic dziwnego, że w takiej interpretacji niespecjalnie to wszystko zachwyca!

Wtedy polityczne przesłanie tej płyty wydawało mi się sprowadzać do „Wojna Jest Straszna”. Teraz wiem, że to epitafium dla powojennego programu socjaldemokratycznych reform, niszczonych wtedy przez Thatcher.

Szukacie programu dla lewicy? Posłuchajcie manifestu z „The Gunner’s Dream”. Nic się nie zmieniło: chodzi o świat równego dostępu do usług publicznych, powszechnego bezpieczeństwa, bez rasizmu, bez wyzysku, bez cenzury.

Za taki świat zginął Eric Fletcher Waters.

Przed ciszą

Ostatni dzień przed ciszą to czas manifestów. U mnie bez zaskoczeń: w pierwszej turze na Biedronia, w drugiej przeciw Dudzie.

Żeby notka nie była tak nudna, odniosę się do kwestii „niezrozumiałych wyroków nadzwyczajnej kasty”, bo ten temat wrócił w ostatnich dniach kampanii. To swoją drogą zabawne, rządzą od 5 lat, przejęli prokuraturę, trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy itd., ale nadal wymiarem sprawiedliwości rządzą jacyś Oni.

To szkodliwe, bo swoją propagandą utrudniają ludziom rozumienie, jak działa prawo. A w efekcie zabijają umiejętność dochodzenia swoich praw np. w miejscu pracy.

Cierpliwie zaczynając od podstaw: nie ma nic nierozumiałego w przegranej Dudy w sporze z Trzaskowskim o znaczenie słowa „dzisiaj”. Wiele pojęć ma dwa znaczenia (albo i więcej): ścisłe i potoczne.

W potocznym ujęciu „dzisiaj” może oznaczać „w tej dekadzie” albo nawet „w tym stuleciu”. Tak jest na przykład w piosence „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma” – przecież nie chodzi o to, że zniknęli o północy!

Proszę przeczytać jakieś przemówienie Dudy czy Kaczyńskiego i interpretować każde słowo „dzisiaj” tak, jakby oznaczało „w ciągu bieżącego dnia kalendarzowego”. Wyjdą absurdy.

Podobnie przegrać powinien Samuel Pereira z Borysem Budką w sporze o użycie słowa „recydywista”. Budka powie w sądzie, że chodziło mu o znaczenie potoczne i nie wiem jak w tej sytuacji miałby przegrać, chyba tylko przez przegapienie terminu.

Nie wiem, dlaczego PiS pakuje się w te procesy. Zgaduję, że w tym środowisku samo wyrażanie na głos wątpliwości robi z człowieka zdrajcę.

To było widać po pisowskich komentarzach w notkach politycznych – Tusk to zdrajca, bo nie sprowadził wraka, nie załatwił reparacji od Niemców i „oddał śledztwo”. Gdyby na Nowogrodzkiej ktoś powiedział, że sinus nie może mieć wartości większej od 1, Suski pewnie by się zerwał i zadeklarował, że on dla Prezesa znajdzie takiego sinusa, ze będzie miał choćby i sto!

Uważam, że każdy (nie tylko dziennikarz) powinien znać różnicę między zniewagą a zniesławienie. A więc: zniewaga jest wtedy, gdy ktoś obraża naszą godność „słowem powszechnie uważanym za obelżywe”, wulgarnym gestem, albo jakąś nieprzyjemną uwagą dotyczącą spraw osobistych. Często z tego paragrafu swoich hejterów ściga Pawłowicz, wygrywa i ma rację.

Nikogo nie wolno nazwać, powiedzmy, „brzydkim babsztylem” i dodać do tego wulgarną uwagę o zgubnych skutkach braku seksu. Czasem oskarżony broni się per „przecież tylko powiedziałem prawdę!”.

Sądu to nie obchodzi. „Truth defense” nie działa w przypadku zniewagi. Zniewaga to bardziej kwestia formy niż treści.

Do pewnych form ekspresji ustawodawca po prostu chce nas zniechęcić i w ogólności się z nim zgadzam. Większość sędziów też, dlatego nie ma się co powoływać w sądzie na „wolność słowa!”.

Istnieją specjalne zaostrzenia gdy ktoś znieważa funkcjonariusza publicznego albo głowę państwa. Moim zdaniem są niepotrzebne, powinny wystarczyć przepisy ogólne. Orzecznictwo idzie w podobnym kierunku, więc tu akurat powołanie się na „wolność słowa” może być skuteczne. Wszyscy chcemy czasem móc powiedzieć, że mamy durnia za prezydenta. Nie w tej kadencji to w innej.

Ze zniesławieniem jest w pewnym sensie odwrotnie. To kwestia treści, a nie formy: to przypisanie komuś takich właściwości, które godzą w dobre imię albo zaufanie.

Przy zniesławieniu może zachodzić „truth defense”, ale ciężar dowodu spoczywa na oskarżonym. Musi uzasadnić swoje zarzuty, inaczej sąd uzna je za zwykłe pomówienie.

I słusznie, bo nie chcielibyśmy żyć w kraju, w którym każdy nas może oskarżać o co chce bez dowodów. To niby oczywiste, ale wielu ludzi ujmowało się za Janem Śpiewakiem, skazanym za pomówienie Bogumiły Górnikowskiej o „przejęcie kamienicy metodą na 118-letniego kuratora”.

Wygrałby ten proces, gdyby potrafił udowodnić, że mec. Górnikowska działała w złej wierze, że celowo zastosowała jakąś „metodę” celem „przejęcia kamienicy”. Zamiast tego mówił nie na temat: że reprywatyzacja to skandal, itd.

No pewnie że skandal. Ale czy mamy jakieś dowody obciążające mec. Górnikowską? Śpiewak ich nie przedstawił.

Kibicowałem mu kiedyś, tak jak wszystkim walczącym z reprywatyzacją. Na długo przed Śpiewakiem było ich wielu, dlatego nazywanie go (jak robił to Rafał Woś) „sygnalistą” to nonsens. Sygnalista to ktoś, kto ujawnia tajemnice, a nie ktoś, kto z artykułów prasowych robi infografikę.

Przede wszystkim jednak kibicuję ogólnej zasadzie, że jak się nie ma kwitów, to się nie oskarża. A jak się zagalopowało, to trzeba zwyczajnie przeprosić. Często to najprostszy sposób na uniknięcie kary („prawnicy go nienawidzą! on zna sekret…”).

Osobną kwestią jest mowa nienawiści. To zniewagi i zniesławienia odwołujące się do pewnego katalogu cech zastrzeżonych – o czym miałem notkę, więc teraz tylko do niej odeślę.

Zniewagę i zniesławienie ściga się z prywatnego oskarżenia. Czasem gdy ktoś wygrywa taki proces, pojawiają się oburzone głosy typu „a co gdy Iksiński wygadywał takie rzeczy o Igrekowskim”.

O ile Igrekowski nie wniósł prywatnego oskarżenia, nic się nie mogło stać. I dobrze! Nie chcielibyśmy żyć w świecie, w którym prokuratura ściga z urzędu każde „ty ch…!”.

Powyższe dotyczy kodeksu karnego. Osobną kwestią jest naruszenie dóbr osobistych, którego można dochodzić w trybie cywilnym. Zniewagi i zniesławienia zazwyczaj stanowią takie naruszenie (nie umiem sobie wyobrazić innej sytuacji, ale może ktoś pomoże).

Po co ten dualizm? Czy nie wystarczyłby jeden tryb, cywilny albo karny?

Uważam, że jest potrzebny. Procesy cywilne z natury są drogie. Eliminując art. 212 i 216, zamknęlibyśmy drogę obrony dobrego imienia osobom niezamożnym. Gdybym więc sam pisał prawo, poddałbym je różnym modyfikacjom, ale co do zasady zostawił.

Z kolei tryb cywilny jest niezbędny, bo prawo karne powinno przynajmniej próbować być maksymalnie precyzyjne, żebyśmy wiedzieli, co nam wolno. Tymczasem „dobro osobiste” to pojęcie szerokie. W kodeksie cywilnym nie jest ściśle zdefiniowane – ustawodawca spróbował wyliczyć w art. 23 te przykłady, które mu przyszły do głowy, ale dodał magiczne słowo „w szczególności”.

To znaczy, że ta lista nie jest kompletna. I nie powinna być, bo nowe „dobra osobiste” pojawiają się razem z postępem technologii i obyczajów.

Nie jestem prawnikiem, więc powyższe nie może nikomu zastąpić fachowej porady prawnej. Zapraszam też do fachowego prostowania w komciach moich ew. błędów. Tylko bez zniewag!

Kościół, lewica, monolog

Niniejsza notka jest luźno inspirowana artykułem mego redakcyjnego Grzegorza Wysockiego o dialogu. Nie nazwałbym jej polemiką, to raczej czysto osobista opowieść o tym, dlaczego uważam siebie raczej za człowieka monologu.

Zauważmy na początek, że dialogu w Polsce oczekuje się wyłącznie od lewicy. Gdy w tytule występują słowa „dialog” i „lewica”, możemy być pewni, że tekst będzie połajanką pod adresem lewicy, że ma być otwarta na dialog z prawicą i/lub kościołem, a nie analogicznym apelem do stron przeciwnych.

Będą tam te same argumenty co zwykle. Że takie mamy społeczeństwo, a więc lepiej go nie prowokować. I że najlepiej lewica zrobiłaby przepraszając za swoje istnienie i dołączając do kościoła falenickiego.

Jeśli o mnie chodzi, to nie jestem politykiem, nie chcę wygrywać wyborów. Chcę po prostu opisywać rzeczywistość tak jak ją postrzegam – niby drobiazg, a jednak od 30 lat ciągle jakiś wujo mnie poucza, że nie powinienem.

W młodości próbowałem dialogu. 1/10, nie polecam.

Byłem „otwarty”, właśnie tak jak Wysocki to postulował. Nie odrzucałem zaproszeń, łaziłem do prawicowych publicystów i na eventy typu „spotkania Życińskiego z dziennikarzami”.

Z osobistego doświadczenia mówię dziś, że to nie miało sensu. Nie twierdzę, że to uniwersalna prawidłowość dla wszystkich państw i wszystkich epok. Ale tu i teraz dialog lewicy z Kościołem i prawicą to w najlepszym wypadku strata czasu.

Oddzielam Kościół od prawicy, bo widzę tu dwa różne mechanizmy. Zacznę od polskiego Kościoła, który z jakiegoś powodu posługuje się językiem wykluczającym dialog.

Ten język charakteryzuje nadużywanie metafor mętnych jako ta zabłąkana owieczka, co do kwasu wpadła, oraz narracja typu „non sequitur”. Zwykle ciężko w ich wypowiedziach odgadnąć, z jakich przesłanek wyciągają jakie wnioski, albo nawet jaka właściwie jest ich zasadnicza teza.

Prywatnie staram się wypowiadać tak, żeby wiadomo było, co dokładnie twierdzę i czym to uzasadniam. Tischner, Życiński, Wojtyła pisali tak, jakby specjalnie chcieli to ukryć (wymieniam autorów, do których robiłem podejścia).

W efekcie nie można wejść w dialog: „hola hola, tu pan ma błędne wynikanie”. Zostaje nam monolog kaznodziei, który możemy w całości pokornie zaakceptować. Albo odrzucić.

Czytałem księży z innych krajów, więc wiem, że to lokalny fenomen. Nie wiem, z czego się bierze: z odrzucenia tomizmu?, z antyoświeceniowości?, z przekonania, że filozofia analityczna to dzieło Szatana?

Nadużywanie metafor prowadzi ich często na manowce takie, jak uwaga Pieronka z 2001 o polewaniu kwasem Jarugi-Nowackiej. Kościół był u szczytu potęgi, a więc i napawania się bezkarnoą arogancją, ale NAWET WTEDY wzbudziło to protesty.

Obrońcy księdza oczywiście mówili, że to była tylko metafora. Jakby to było jakiekolwiek usprawiedliwienie!

Z okazji śmierci Pieronka w 2018 posypały się hagiograficzne próby usprawiedliwiania tej haniebnej wypowiedzi. Postanowiłem wtedy zerwać relacje z jej obrońcami, czyli w praktyce: z wszystkimi znanymi mi księżmi i publicystami katolickimi, No cóż, cytując Hana Solo: rozmowa i tak się nie kleiła.

Z polską prawicą jest inaczej. Owszem, potrafi się czasem klarownie wypowiadać, ale uległa samozatruciu propagandą.

Tak długo opowiadali mit o tym, jak to lewica jest wspierana przez Sorosa oraz Układ, że w to uwierzyli. Typowy polski prawicowy publicysta może zarabiać 50 tysięcy miesięcznie, za swoje zasługi dla reżimowej propagandy dostać synekurę dla żony, a I TAK będzie wierzyć, że jest wyklęty, zaszczuty, prześladowany i niepokorny.

Co za tym idzie, ich oferty dialogu nie będą szczere. Oni się wiecznie czują jak partyzanci na terenie wroga: chcą nas infiltrować, a nie wchodzić z nami w dialog.

Był taki moment, kiedy Warzecha, Ziemkiewicz i Terlikowski zdawali się mieszkać w TOK FM. Ale I TAK każdy by wtedy powiedział, że „Salon ich skazał na zamilczenie na śmierć”.

Mam znajomych dziennikarzy – ludzi dialogu. Czasem ogłaszają sukces: udało im się „nakłonić X-a do wywiadu” (gdzie X to jakiś śmiertelny wróg lewicy, Michnika, Układu, Sorosa itd.). I ten wywiad się niestety ukazuje.

Ich nie trzeba „nakłaniać”. Sami się wpychają, chętnie skorzystają z okazji do wykorzystania zasobów wroga do propagowania swojego ideolo. Ale czy któryś z tych wywiadów uznalibyście za dobry przykład dialogu?

Dialog lewicy z Kościołem i z prawicą jest tak asymetryczny, że zamienia go w monolog. Przyczyny są różne, ale niezależne od lewicy: nie namówimy ludzi Kościoła do wypowiadania się klarowniej, ani nie wyleczymy prawicy z jej samozatrucia.

Osobiście więc wolę robić coś ciekawszego. Np. patrzeć, jak schnie farba.

Ideologia rachunku różniczkowego


W roku 1632 kościół katolicki potępił ideologię rachunku różniczkowego. Mówiąc ściślej, dokonała tego Rada Rewizorów zakonu jezuitów, którzy mieli jednak wtedy takie wpływy, że stanowisko jezuitów było de facto stanowiskiem Watykanu.

Skutki odczuwano w następnych stuleciach. Do połowy XVII wieku Italia była w czołówce postępu matematyki i fizyki (Leonardo, Gallileo, Toricelli!). Potem pałeczkę przejmują kraje protestanckie i Francja (która za sprawą przywilejów gallikańskich mogła lekce sobie ważyć jezuickie prikazy).

To dlatego facet, który przyszedł na świat jako Giuseppe Luigi Lagrangia przeszedł do historii jako Joseph Louis Lagrange. U siebie w kraju miałby problemy z robieniem tego, co chciał robić: operować na wielkościach infinitezymalnych, czyli „prawie zerowych”.

Matematycy w XVII wieku nauczyli się na nich działać i odkryli, że „prawie zero” podzielone przez „prawie zero” może mieć jakąś konkretną wartość. Ba, zaczęli też robić takie tricki, jak sumowanie nieskończenie wielkiej porcji wartości „prawie zerowych” i wychodziło im coś skończonego!

Kościołowi się to nie podobało, bo jak zaczniemy badać nieskończoności większe i mniejsze, pod znakiem zapytania stają także pojęcia teologiczne. Bóg jest nieskończenie dobry – o jaką tu nieskończoność chodzi? Większą, mniejszą? Skończenie nieskończoną?

Jezuici orzekli, że zadawanie takich pytań jest sprzeczne z doktryną chrześcijańską a także naukami Arystotelesa. Uznali to za niebezpieczną nową ideologię, którą należy wyrugować z życia publicznego i akademickiego. I udało im się to zrobić tam, gdzie sięgała ówczesna władza Watykanu.

Nie używali oczywiście słowa „ideologia”, pojawiło się dopiero w XIX wieku. To moja modyfikacja, celowy anachronizm by podkreślić podobieństwo do argumentów używanych przez ich dzisiejszych następców w walce z „ideologią LGBT”.

Jeśli za Kopalińskim ideologię zdefinujemy jako „całokształt idei i poglądów na świat”, to oczywiście katolicy nie są ludźmi, tylko ideologią. Ich przynajmniej naprawdę łączy wspólny „całokształt idei”.

Czasem kościół mówi też o „ideologii gender”. Nie jest jasne, czy to jest to samo. Sądząc po retorycznym pytaniu z zadanego obrazka, tak zdaje się uważać Patryk Jaki.

Czym się zajmują „katedry gender”? Badaniem różnicy między płcią określoną biologicznie a płcią określoną kulturowo.

Wiadomo, że pewne cechy są determinowane przez ciało. Ale co z taką cechą, jak zdolności matematyczno-informatyczne?

Wielu ludzi dziś odpowie odruchowo, że kobiety gorzej sobie radzą z komputerami, że to nie dla nich i że to biologia. „Płeć mózgu”. Kobiety są stąd, mężczyźni stamtąd.

I można to świetnie teoretycznie uzasadnić, że no cóż, psychologia ewolucyjna, pitekantropy na sawannie programowały w COBOL-u i tak dalej, ale pół wieku temu ludzie byli równie głęboko przekonani, że jest odwrotnie. Około 1970 roku to była silnie sfeminizowana branża.

Angielskie słowo „computer” pierwotnie oznaczało rachmistrza: osobę wykonującą obliczenia. To zazwyczaj były kobiety (rachmistrzynie). Redaktor magazynu ilustrowanego, który by w roku 1940 zamówił w agencji zdjęcie do tematu „computers”, dostałby fotkę pomieszczenia pełnego kobiet.

Co się stało? Zmieniła się biologia? Tak szybko? Ewolucja nie działa w skali 50 lat, raczej w skali 50.000 lat.

A może jednak zmieniła się kulturowa percepcja płci? Może warto by to zbadać?

Jeśli zadasz sobie to pytanie, będziesz jak ktoś, pytający w 1632 roku, czy nieskończoności mogą być większe i mniejsze. Kościołowi się to nie spodoba.

Na szczęście dziś Kościół ma mniejsze możliwości zakazywania uczelniom prowadzenia niektórych badań. Stąd te katedry, o które pyta Patryk Jaki. Studiują kwestie takie jak powyższa – badają płeć określoną kulturowo, społecznie, politycznie itd.

Katedry gender zajmują się „ideologią” w takim samym sensie, w jakim katedry rachunku różniczkowego zajmują się „ideologią rachunku różniczkowego”. Zajmują się stawianiem zakazanych pytań – tylko że z jednymi pytaniami (tymi zakazanym w 1632) Kościół się już pogodził. A z tymi drugimi nie.

Dlaczego ich tak uwiera to pytanie o płeć kulturową, można się domyślić. Tak jak można zrozumieć powody, dla których tak ich niepokoił rachunek infinitezymaliów 400 lat temu.

W XXV stuleciu Kościół zapewne pogodzi się już z genderem. I znajdzie sobie kolejnego wroga.

Ta ideologia po prostu jakoś tak ma.

Za miskę ryżu

W ostatnim „Piąteczku” przypominałem słowa Morawieckiego o „misce ryżu”, nagrane w niesławnej restauracji „Sowa i przyjaciele”. Przyszły premier w rozmowie ze swoimi kolegami-banksterami przedstawił swój światopogląd.

Przypomnijmy kontekst. Jest rok 2013, Platforma nie ma z kim przegrać. Przedstawiciele ówczesnych elit, którzy są także przedstawicielami obecnych elit, rozmawiają przy ośmiorniczkach o polityce.

W rozmowie poza Morawieckim uczestniczą prezes PKO Zbigniew Jagiełło, prezes PGE Krzysztof Kilian i jego zastępczyni Bogusława Matuszewska. Wszyscy zawdzięczają swoje stanowiska Tuskowi.

Mówiąc o kapitałowej słabości Polski, Morawiecki tak wyjaśnia jej źródła: „I tak jeździsz po tym świecie, tak się zastanawiasz, wiesz, gdzie jest ta różnica, poza tym, że oczywiście trzysta lat temu daliśmy dupy i zamiast mieć porządnie Oświecenie (…) to się bawiliśmy w jakieś tam liberum veto, demokracje szlacheckie i tak dalej”.

To teza ciekawa o tyle, że Oświecenie miało dwa sprzeczne nurty. Republikańsko-demokratyczny i absolutystyczny, idealizujący dyktaturę oświeconego króla-filozofa.

Zwolennicy obu tych nurtów spierali się, używając Polski jako przykładu. Wolter, jako admirator Fryderyka II i Katarzyny Wielkiej, potępiał polski republikanizm – Rousseau go bronił.

Dla Morawieckiego „porządne Oświecenie”, jak wynika z kontekstu, to oświecony absolutyzm. Monarchia pruska albo carat, a nie jakieś tam „demokracje szlacheckie”.

Dla każdego co innego jest „porządne”. Jako polska lewica, czuję się spadkobiercą tradycji Kilińskiego, Kołłątaja, Kościuszki, Lelewela itd. A więc tych, którzy przyczyny upadku RON widzieli raczej w niedostatku, niż w nadmiarze demokracji. No ale to jest kwestia arbitralnych wyborów.

Ważniejsze jest to, co mówił o „misce ryżu”. Zaczął od zachodnich polityków, którzy „w takim świecie, jak dzisiaj, gdzie przez pięćdziesiąt lat ludziom się wydawało, że zawsze będzie lepiej, emerytury będą dość wysokie, żyć będziemy coraz dłużej, służba zdrowia będzie za darmo ku*** i edukacja za darmo, oni tą krzywą, która wiesz tak szła co do oczekiwań, oni muszą ją odkręcić, nie. I takie rzeczy się dzieją. (…) To co robi Merkelowa… Ona działa na najważniejszych rzeczach społeczeństwa czyli oczekiwaniach. Management of expectations. Jak ludzie ci zapier*** za miskę ryżu, jak było w czasach po drugiej wojnie światowej i w trakcie, to wtedy gospodarka cała się odbudowała”.

To obiektywnie nieprawda. W USA, RFN, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech, Beneluksie czy krajach nordyckich, gospodarka po 1945 rozkwitała przy ogromnych projektach socjalnych. Morawiecki po prostu nie zna historii.

Dalej perorował o potrzebie „obniżania oczekiwań” w Polsce, mówiąc przy tym, że najlepszym sposobem jest „wojna”. Niższe oczekiwania ma mieć oczywiście plebs taki, jak ja czy Ty, drogi czytelniku – bo przecież nie elity.

Żaden z uczestniczących w tej rozmowie banksterów, zawdzięczających kosmiczne zarobki koneksjom z Tuskiem i Kaczyńskim, nie powiedział przecież: „musimy SOBIE obniżyć oczekiwania, chodźmy na miskę smażonego ryżu do Chińczyka za rogiem”.

W pandemii Morawiecki znalazł swoją „wojnę”. Po wyborach zacznie nam „obniżać oczekiwania”.

Do wyborów będą szli pod mętnymi obietnicami „żeby płace w Polsce były takie jak w Europie Zachodniej”. Na to jest tylko jeden sposób: umacnianie pozycji negocjacyjnej pracowników, tak jak to zrobiono w Europie Zachodniej.

Można wyróżnić trzy modele. Typowy dla krajów anglosaskich „union shop” to układ, w którym związek zawodowy (po uzyskaniu akceptacji załogi w referendum) przejmuje wyłącznie uprawnienia do negocjowania w jej imieniu.

Prowadzi to do sytuacji szokujących dla Polaka, w których np. na jakichś targach wystawca dowiaduje się, że nie może sam okablować swojej ekspozycji, bo monopol ma lokalny związek. Kończy się to nadużyciami, które znamy choćby z filmu „Irlandczyk”.

Jest też model gandawski, typowy dla Beneluksu i krajów nordyckich, w którym związki są quasi-upaństwowione. Wypłacają zasiłki, pełnią rolę inspekcji pracy itd.

Ten model zakłada brak pluralizmu. Wszyscy należą do tej samej centrali, która w krajach nordyckich nazywa się po prostu „Organizacją Krajową” („LO”).

Polacy pluralizm mają we krwi, więc raczej nie zaakceptują modelu, w którym nie ma pluralizmu na szczeblu zakładowym („union shop”). A już na pewno takiego, w którym nie ma go wcale (Gandawa).

Od lat rekomenduję model Mitbestimmung/Autogestion, wprowadzony m.in. w RFN. W tym modelu pracownicy współzarządzają zakładem pracy, a podstawowym zadaniem związków jest rywalizowanie w wyborach reprezentacji załogi.

Jeśli ktoś zna inny model, niech wpisze. Wiem jedno: nigdzie to się nie udało w taki sposób, w jaki nam to obiecuje Duda, że wielkie inwestycje pozwolą firmom więcej zarabiać, więc one tak same z siebie będą więcej płacić pracownikom.

Czytelniku, zadaj sobie pytanie: czy gdyby twój pracodawca nagle zarobił dodatkowe miliony, dałby ci z tego powodu podwyżkę? Będzie ci płacić ile masz w umowie. Nadwyżka pójdzie na dywidendę, premię dla zarządu, ew. inwestycje.

Na Zachodzie też nie było tak, że firmy zaczęły więcej zarabiać i więcej płacić. Ustawodawcy wprowadzili opisane powyżej rozwiązania, wzmacniając pozycję negocjacyjną pracowników. Bez tych ustaw bogaci by się bogacili, a biedni by biednieli, jak dzieje się tam, gdzie je rozmontowano w myśl neoliberalnej utopii.

Poparłbym każdy rząd, który propracownicze ustawy wprowadziłby w Polsce. Na razie Morawiecki pod pretekstem pandemii dąży do obniżenia negocjacyjnej pozycji pracowników.

Efekt będzie więc taki, że nawet gdyby ktoś zarobił na tych inwestycjach – to będzie to brat ministra, albo jego żona, albo instruktor narciarski. Nie ja i nie ty.

Morawiecki nie chce zbudować drugiego RFN. Chce zbudować drugie Prusy Hohenzollernów, czyli jego ideał „porządnego Oświecenia”.