Wywiad z MRW

Jak mogła zauważyć część PT Komcionautów, znany szczeciński prozaik i publicysta Michał Radomił Wiśniewski nagle zniknął z mediów społecznościowych. Trochę się martwiłem czy żyje (coraz więcej internetowych znajomych jest już po jakimś pierwszym zawale albo chemioterapii). Dobijałem się do niego na mesendżerze, początkowo bez powodzenia. W końcu się dobiłem i zgodził się na wywiad, z którego nie jestem zadowolony – bo jak widać, ja go ciągle chciałem pytać nie o to, o czym on chciał mówić. Ale jednak mimo wszystko samo „wylogowywanie się z social mediów” wydaje mi się tematem ważnym i aktualnym, więc without further ado, ladies and gentlepersons:

MUA: Zacząłbym od pytania skąd ta decyzja, przecież kiedyś byłeś power userem wielu mediów społecznościowych na raz? Co przeważyło szalę?

MRW: Zajmuję się kulturą internetu, więc nadal zaglądam do mediów społecznościowych, tylko postanowiłem zrezygnować z wchodzenia w interakcje. Można mnie nazwać power lurkerem. A było to tak, że jak zwykle co roku wyjechałem na dwa tygodnie, żeby sobie odpocząć od świata (mam o tym esej), czyli od wiadomości, dyskusji, udręki obcowania z tą całą bombą gigabitową. Zwykle czułem jakąś tęsknotę, ale tym razem było inaczej. Po powrocie do Polski zobaczyłem jakiś irytujący komentarz („nie mogę iść spać, ktoś nie ma racji w Internecie”) i stwierdziłem, że go po prostu zignoruję. I kolejny też. Mija właśnie trzeci miesiąc, w ogóle mi tego nie brakuje. To był tipping point, ale znużenie socjałami odczuwałem od dawna. Nie tylko dlatego, że hipoteza martwego internetu – pełnego botów i AI – wydaje się coraz prawdziwsza, ale z poczucia jakiejś syzyfowej pracy, kręcenia się w kółko tych samych dyskusji, odbijania tej samej piłeczki. Nieskończonego Usenetu, którego nie wspominam jako przyjemnego miejsca.
Druga rzecz to pieniądze. Skoro dziś każdy może mieć opinię i wyrażać ją za darmo w sieci, to te opinie są nic nie warte. Dlatego teraz wyrażam opinię wtedy, kiedy ktoś mi za to płaci. To wartościowa opinia!

No wiesz, pijak może oszukać terapeutę, a nie drugiego pijaka – tak łatwo mi nie uciekniesz od tego, że to przecież uzależnienie – czyli mówisz, że odstawiłeś metodą silnej woli, cold turkey, pewnego dnia powiedziałeś sobie że od dzisiaj ani kropli?

Oczywiście może być tak, że zwyczajnie nie mam skłonności do nałogów, najwyżej wpadam w jakieś krótkotrwałe obsesje. Mam wrażenie, że to nigdy nie był nałóg. Inaczej bym nie wytrzymał tych dwóch tygodni wakacji. Prędzej styl życia, więc po prostu go zmieniłem, gdy uznałem, że nie przynosi mi ani frajdy, ani większych korzyści; kogoś dziś jeszcze kręcą lajki? Że napiszesz coś w sieci i parę osób się z tym zgodzi, albo poda dalej? Kiedy już wiadomo, że ten mechanizm nie działa, że algorytmy promują Jezus Krewetkę albo innego „nie przywitasz się ze mną bo jestem ze wsi”. Niedawno Fejfer w artykule o Gonciarzu rzucił tekstem, że ofiary po ogłoszeniu się ofiarami mają zyski, w tym „ogromne zasoby trudnej do przecenienia waluty współczesności, czyli lajków i serduszek”. Przecież to jakiś absolutny absurd, jaka to niby jest waluta? Możesz kupić lajki, ale nie kupisz nic za lajki. Dostałem parę swego czasu i ile dziś są warte? Mniej niż jotpeg ze znudzoną małpą.

Przecież nikt nie mówi że to ma sens, w końcu ten ustrój nie nazywa się sensualizmem tylko kapitalizmem, ale serio chcesz mi powiedzieć, że w ogóle nie ma zjawiska uzależnienia od social mediów – albo że ty byłeś odporny, tak po prostu imprezowałeś z nami w tej samej knajpie, a nagle przestałeś przychodzić, bo ci już nie smakuje?

Tak jak wcześniej wyszedłem z Usenetu, kiedy przestałem się na nim dobrze bawić, tak jak przestałem blogować, po tym jak wypaliłem temat akcją „100 dni blogera” i mi się to znudziło. O czym dziś flejmowałeś na Blueskyu? Zajrzałem, o pobieraniu plików w Safari.
Nuda to chyba słowo klucz. Ludzie bawią się smartfonami, bo się nudzą; przecież fundamentem rynku konsoli przenośnych była obserwacja, że japońscy salarymani w pociągach z nudów bawili się kalkulatorami, z czego wyrósł Game&Watch, Gameboy i tak dalej, aż po nowego Switcha, na którym możesz sobie pykać nawet w „Cyberpunka 2077”.
Facebook to nie heroina. Odróżnijmy uzależnienia – te od substancji, które ryją banię i poniewierają efektem ostawienia od różnych zachowań kompulsywnych czy sposobów na doładowanie dopaminą. Może to jest klucz – Facebook czy X nie są w stanie dostarczać już dopaminy, bo przestały być przyjemnymi miejscami. To jak kibel w metrze, idziesz do niego, jak już nie masz wyjścia. Przy ciętych zasięgach nawet nie można powiedzieć, że jest się tam, żeby sprzedawać książki.

A bo to na Bluskaju to z Mruwnicą, rozmowy z Mruwnicą rzadko są ciekawe, ale na przykład jakiś świr na tiktoku przepowiedział że dzisiaj ma być koniec świata i to akurat jest zabawne, poszło z tego sporo fajnych memów

To nieprawda, rozmowy z Mruwnicą należą do najciekawszych rozmów, jakie odbyłem w życiu, więc wydaje mi się, że problem leży w medium. Zwróć uwagę, że z tej całej blogosfery, w której kiedyś tak intensywnie uczestniczyliśmy, ostały się nieliczne blogi, Twój, Fronensisa, kogoś jeszcze? Ta sieć się zupełnie rozpadła, nie udało jej się odtworzyć ani na Facebooku, ani na Twitterze, ani teraz na Bluesky’u, bo ludzie tam nie przychodzą już dyskutować, tylko się spierdzieć, czyli wyżalić. „Ojej, Safari po aktualizacji mi zapisało plik i nie wiem gdzie”, aż sprawdziłem, że u mnie normalnie zapisało w pobranych i przez chwilę się wahałem, czy o tym napisać, ale w tym momencie byliście już na etapie „po co komu nowy system” i „a kiedyś to było, panie, jak Jobs żył”. A śmieszne memy można oglądać bez wchodzenia w żadne social mediowe interakcje, chyba że jest się amerykańskim boomerem, który na widok Jezusa Krewetki albo Dzielnego Strażaka Patrioty wrzuca ciąg emoji z flagami Portoryka. Zaglądam czasem na Reddita, bo na przykład gram w „Death Stranding 2” i jestem ciekaw, jakie inni odkryli niespodzianki, ale z nikim nie dyskutuję, bo po co. Ostatnio najgorsze co widziałem to flejma Jacka Dehnela z Marcinem Matczakiem. Ten drugi wykazywał maksimum złej woli i Dehnel słusznie go spławił na drzewo, i co było dalej – Matczak te swoje bzdety powtórzył w felietonie w „Wyborczej”, bo go w ogóle przecież nie interesuje, żeby się czegoś o świecie dowiedzieć. On już wszystko wie od Jordana Petersona. Tak samo jak ten drugi ancymon, Tomasz Stawiszyński, który wszystko wie od Sama Harrisa. Raz mnie zaczął obserwować na Facebooku, bo szykował felieton o reakcjach lewicy na Luigiego Mangione. Nic nie znalazł, więc napisał ten tekst o oparciu o jakieś krawędziowe memy Stronnictwa Popularów. Tego co nas obu uważa za libków.

Martwi mnie, że nasza rozmowa poszła w stronę zrzędzenia starszych panów, że Internet to już nie to – a ja liczyłem na motywującą opowieść o kimś, kto się uwolnił z nałogu, z jakimiś tipami dla nas, nadal uzależnionych…

To chyba naturalna kolej rzeczy, że jak się spotyka dwóch byłych usenetowców, to każda rozmowa zamienia się w Usenet? Syn Marka Krukowskiego nazwał to grą w listy i dotknął czegoś bardzo ważnego; wszystkie media społecznościowe są grą, tak samo wciągają, mają te same mechanizmy – możesz przegrać flejma, ale nie jest to coś co ma jakiekolwiek realne konsekwencje, zupełnie jak w grze wideo. Pewnie nie gadałeś z ChatGPT i innymi AI, ale tam też to tak działa, wciągasz się i próbujesz przegadać maszynę, albo „wygrać” w taki sposób, żeby ją zmusić do napisania tego co chcesz, żeby napisała. Myślę, że to pierwszy krok dla każdego, kto czuje się uzależniony od flejmowania, lajków i powiadomień – uświadomienie sobie, w czym tak naprawdę uczestniczy. Można żyć złudzeniem – jak sekty z Twittera, albo Awal – że stukając te słowa bierze się udział w ratowaniu świata, ale tak naprawdę to tylko ratowanie księżniczki w Mario.
Świadomość jest kluczowa: opowiadam o tym, że mi się przestało to podobać, więc przestałem to robić. Żeby nie było jak w tym żarcie, kiedy stary daje synowi do spróbowania wódkę, ten się krzywi z obrzydzeniem. „No widzisz, a tatuś musi”. Ale nie lubię bardzo mówić o uzależnieniach, kiedy chodzi o różne cyfrowe kompulsje, bo to otwiera takie skojarzenia z Anonimowymi Alkoholikami, jakimś MONAREM; polubiłem za to bardzo pojęcie higieny cyfrowej, bo w ogóle wierzę w higienę, zwłaszcza BHP. Magdalena Bigaj popularyzująca tę ideę w ramach Instytutu Obywatelstwa Cyfrowego i działalności edukacyjnej zwraca uwagę, że cała dyskusja o cyfrowym dobrostanie kręci się dookoła dzieci i młodzieży, tymczasem są to rzeczy, których bardzo potrzebują dorośli.

Legendy ze zburzonego miasta

A znowuż Anna Brzezińska wróciła w powieści „Mgła” do świata fantasy w quasi-włoskim średniowieczu z cyklu opowiadań „Wody głębokie jak niebo”. Mam z takim rodzajem fantastyki pewien problem – jako mniej lub bardziej, ale jednak racjonalista chciałbym zakładać, że gdy inkwizycja pali na stosie czarownice, to jest to prześladowanie niewinnych kobiet w imię zabobonu. Kiedy autor sugeruje, że czarownice są naprawdę niebezpieczne, inkwizytor staje się postacią pozytywną.

W „Mgle” ten problem rozwiązano przy pomocy kunsztownej gry literackiej. Tę historię na zmianę opowiada nam dwóch narratorów, zasadniczo bezimiennych. Będę ich na użytek notki nazywać „synem młynarza” i „synem flaczarki”. „Syn młynarza” ma przydomek „Draco”, gdyż lubi opowiadać tym, co go częstują winem historię, którą ten drugi narrator pogardliwie podsumowuje jako „bajędę o smoku”.

Połowa książki to rzeczona bajęda. Druga połowa to opowieść, którą „syn flaczarki” snuje kilka(dziesiąt?) lat później, gdy sam jest żebrakiem. Czy możemy mu wierzyć? Przecież on sam wielokrotnie szydził z „syna młynarza”, że ten zmyślał byle co, żeby mu tylko polali wina. Gdy sam jest w tej sytuacji, to naturalne, że stosuje te same sztuczki.

Wyguglałem negatywną recenzję, której autor narzekał, że czytając „Mgłę” miał „wrażenie, że słucha blubrania jakiegoś pijaczka, który urżnął się totalnie i teraz zanudza towarzystwo słowotokiem”. Bardzo słusznie! Obie narracje są „blubraniem pijaczków”.

Rzeczywiście, nie jest to klasyczne fantasy, że Bohater Wyrusza na Quest. Przyjemność lektury polega na samodzielnej rozkminie: CO TAK NAPRAWDĘ ZASZŁO? Obaj narratorzy są, jako się rzekło, niewiarygodni – w dodatku obaj sobie przeczą w jednych detalach, ale są zaskakująco zgodni w innych.

To sytuacja, z którą często styka się historyk, a nawet autor popularnych książek o historii. Związane z Kopernikiem źródła często sobie przeczą, często też nie wiadomo na ile można wierzyć komuś, kto był politycznym przeciwnikiem astronoma. Takie rozkminy to podstawa przyjemności obcowania z Historią.

W książkach historycznych (non-fiction) spotykamy czasem lakoniczne zdania typu „w 1125 roku wojska cesarskie obróciły miasto w perzynę”. Takie zdanie ukrywa tysiące makabrycznych historii o mordzie, gwałcie, torturach, grabieży – zazwyczaj nieopowiedzianych.

Tutaj zagładę przetrwało kilka osób, a razem z nimi ocalały dwie opowieści. Z nimi z kolei ocalała legenda o smoku mieszkającym jakoby w alpejskich (?) szczytach górujących nad Citta di Sant’Angelo. „Mgła” pozwala nam się pobawić w historyka, setki lat później próbującego wysmażyć publikacyję o tej legendzie. Ile w tym prawdy?

Możliwa jest interpretacja całkowicie realistyczna. Żadnego smoka nigdy nie było, ani w ogóle żadnej magii. Po prostu obaj „blubrający pijaczkowie” pozmyślali pikantne szczegóły widząc znudzenie na twarzach sponsorów popijawy.

Historia często używana jest do opowiadania o współczesności. Nie jestem tu bez winy, napisałem od grzmota felietonów i blogonotek niby to o republice weimarskiej, a tak naprawdę o 3RP. W „Mgle” też dostrzeżemy Współczesność, bo przecież w Dzisiejszych Czasach nie sposób nie myśleć o Zagładzie, a temu często towarzyszy pytanie: jakie opowieści po nas zostaną, gdy nasze miasta zostaną „obrócone w perzynę”? Ale byłoby śmiesznie, gdyby przyszły historyk próbował sobie wyobrazić nasze czasy na podstawie cudem zachowanego archiwum tego blogaska (z komciami). Wtedy już by naprawdę bronili doktoraty z awalologii!

Historyk chrześcijański zinterpretowałby legendę o smoku jako metaforę Grzechu, za sprawą którego Citta di Sant’Angelo upadło, trawione przez Upadek Moralny. Historyk marksistowski zauważyłby wątek klasowy – miasto upadło, bo jego włodarzom nie udało się zbudować podstawowej spójności społecznej (więc kiedy pod mury podeszły wojska cesarskie okazało się, że nie wszyscy chcą walczyć za kasztelana). Smok wtedy jest metaforą Walki Klas.

Użyję więc historycznej fantasy do interpretacji Współczesności. Jeśli upadnie nasze Citta di Sant’Angelo, to z podobnych przyczyn. Nie udało nam się sprawić, żeby każdy „syn flaczarki” identyfikował się z naszym Miastem. Część jest gotowa otworzyć bramę wrogim wojskom po prostu z nienawiści do kasztelana. Racjonalne tłumaczenia, że na dalszą metę sami sobie tym wyrządzą krzywdę, mają ograniczoną skuteczność.

Czyja to wina? Jak to u Brzezińskiej, nie mamy wyraźnego podziału na „dobro” i „zło”. Obaj narratorzy to obiektywnie Źli Ludzie, w pełni zasługujący na wszelkie nieszczęścia jakich zaznali. Z ich opowieści wynika, że w Citta di Sant’Angelo istniały mechanizmy awansu klasowego, ale narratorzy porzucili je po prostu z powodu łączącej ich obu pogardy dla uczciwej pracy.

Z drugiej strony, z tych opowieści wynika też, że te mechanizmy za ich życia stopniowo się zamykały. Obaj opisują zachodzącą w mieście oligarchizację: biedni są coraz biedniejsi i liczniejsi, bogaci odwrotnie.

Częściowo wynikać to mogło z powodu obiektywnych procesów, które zachodziły także w naszym wszechświecie – a wtedy nikt ich nie rozumiał, bo nie istniała jeszcze ekonomia jako nauka. Ale częściowo, jak sugeruje zwłaszcza „syn flaczarki”, mogło po prostu chodzić o chciwość oligarchów, którzy również woleli raczej osłabić obronny potencjał miasta, niż zrezygnować z pomnażania majątku. Im też – jak wiemy z naszego świata – nie da się racjonalnie wytłumaczyć, że na dalszą metę sami sobie tym wyrządzą krzywdę. Za bardzo podobają im się „blubrający ketaminiści” i ich bajędy o schronach odpornych na smoka.

Ja więc – jak widać – odczytuję „Mgłę” marksistowsko i lewacko, jako opowieść o katastrofie klimatycznej, Peterze Thielu, golfistach i alt-right („syn flaczarki” jest średniowiecznym groypersem!). Smok jest dla mnie metaforą Kapitalizmu, pchającego naszą cywilizację ku samozagładzie.

Można go też odczytywać na inne sposoby (np. jako metaforę Grzechu), albo wprost. „Historię syna młynarza” możemy odczytać jako klasyczne fantasy o Smoku, Miłości, Zdradzie, Klątwie i Królewnie Na Wieży, a nawet o Psiogłowcach. Ale osobiście w Annie Brzezińskiej bardzo cenię właśnie to, że nie pisze takiej po prostu zwykłej, banalnej fantasy, której wystarczająco dużo już nastukano.

Albania i Aberbayijan

Trudno mówić o Ukrainie bez mówienia o USA. W chwili pisania tej blogonotki, pokojowe plany Trumpa nadal wydają się jednym wielkim idiotyzmem. Kazał swoim żołnierzom rozwijać przed zbrodniarzem czerwony dywan na Alasce – i póki co, nie osiągnął absolutnie nic.

Ja bardzo chciałbym, żeby to wszystko miało jakieś optymistyczne wyjaśnienie, z serii „liberałowie nie rozumieją genialnego planu Trumpa”, ale go nie widzę. Widzę na razie głupotę wynikającą z nieznajomości Rosji i Europy – oraz z tego, że powyrzucał profesjonalnych dyplomatów i zastąpił ich amatorami, którzy w starciu z Ławrowem oczywiście są bez szans (jedno i drugie to właściwie dwa oblicza tego samego problemu).

Oczywiście, sam będę miał dużo radości gdy nagle dojdzie do spotkania Putin – Zełeński i tam Putin przedstawi te mityczne „ustępstwa”, o których Trump i Vance ciągle mówią, ale nie wiadomo na czym miałyby polegać. A Ławrow zaprzecza jakoby w ogóle były jakiekolwiek. Dla mnie wygląda na to, że Putin (lub jego sobowtór) przybył do USA tylko żeby porobić głupie miny do fotoreporterów i ośmieszyć gospodarza. No ale jakby jakiś sympatyk Trumpa to czytał i zechciał przedstawić swoją optymistyczną wersję, proszę się nie krępować.

Ja się nie mogę oprzeć wrażeniu, że widzimy wstępną fazę demencji. Jak wiadomo, zaczyna się od drobnych zaników, po prostu seniorowi coraz częściej „ten wredny Niemiec chowa kluczyki”, ale przez jakiś czas jeszcze może jako-tako funkcjonować, nawet dalej chodzić do pracy. A nawet jechać do niej własnym samochodem, co czasem bywa przerażające.

Gdy Trump przypisywał sobie, że zaprowadził pokój między „Albanią i Aberbejdżanem” (sic), to już mniejsza, że przypisywał sobie coś, co miało miejsce jeszcze za Bidena. Tak naprawdę Armenię i Azerbejdżan pojednała Ukraina (bo Rosja się na tyle wypsztykała ze sprzętu i ludzi, że nie mogła już jątrzyć w Karabachu). Ale sama ta pomyłka jest dziwna i przypomina wstępną fazę demencji, gdy nasz drogi senior nagle bierze synową za bratową.

Nie piszę tego z satysfakcją, bo choć są różne nekrologi, na które czekam z utęsknieniem, nie ma wśród nich nekrologu Trumpa. Zastąpi go Vance, który wydaje mi się jeszcze gorszym człowiekiem, wprowadzonym do polityki przez otwartego faszystę Petera Thiela (jak już pisałem, nie upieram się przy słowie „faszyzm”, niech będzie „trzecia reakcja”, w każdym razie, esencją jest podobnie motywowana wrogość wobec demokracji).

Pewien kolega upierał się tu w komciach, że w midtermsach to już na pewno MAGA straci władzę. To jest notka, pod którą kolega może rozwinąć tę teorię. Przyda nam się odrobinka optymizmu. Dla mnie to brzmi jak te nadzieje, że niedoświadczony Hitler się skompromituje, więc będzie kanclerzem tylko na parę miesięcy, a przecież pełnię władzy i tak utrzyma Hindenburg (który też już w tych ostatnich miesiącach nie poznawał ludzi).

Przyszłość wygląda przerażająco i ja bardzo chciałbym nie mieć racji. Dawajta, przekonujta mnie, że za dwa tygodnie (jak zwykle) Trump wreszcie straci cierpliwość i wprowadzi jakieś realne sankcje wobec Rosji. Albo, dla odmiany, że z tego spotkania na Alasce coś w końcu wyjdzie i nagle, tadaaaa, dojdzie do kompromisu.

Ja na razie widzę w kryształowej kuli kolejny rok wojny, a w Ameryce faszyzm, który niestety będzie kopiować nasza prawica, bowiem od dawna Ameryki jest pawiem i papugą, co Alex Jones wymyśli, to pisior polubi.

Niestety, w tej notce jest więcej pytań niż odpowiedzi. Ale jak przedtem się postarałem i zrobiłem ładną mapkę, to i tak nikt nie docenił. No to teraz wy mi narysujcie swoje. Jak widzicie to wszystko za rok, dwa?

Rocznica Pokrowska

Linia frontu w 2022 i 2025
Z braku dobrych wiadomości, pocieszmy się taką: właśnie mija okrągła rocznica od kiedy pojawiły się pierwsze zapowiedzi, że Pokrowsk upadnie w ciągu najbliższych dni. Na blogasku pierwszy taki komć był 17 sierpnia 2024, ale oddawał on to, co różni analitycy analizowali już od tygodnia.

Gdy piszę te słowa, teraz też się wydaje że to już kwestia najbliższych dni. Ale samo to, że Pokrowsk wytrwał rok coś nam już mówi – to mianowicie, że upadek różnych „kluczowych hubów logistycznych” i „strategicznych fortec”, po których według analityków cały front miał się rozsypać, bo „dalej już tylko płaskie stepy”, przynosił dotąd w praktyce przesunięcie frontu o kilkanaście, maks kilkadziesiąt kilometrów, po czym to znów zastygało na rok czy dwa.

Ukradłem komuś mapę porównującą linię frontu z końca 2022 z linią ówczesną, czyli z 20 lipca 2025. Widać, że większość frontu jest nieruchoma, a te wielkie rosyjskie ofensywy, jak zdobycie Bachmutu albo szturm na Sumy (podkręcany przez media jako „gwałtowne przyśpieszenie”), przynosiły pipsztyczki z serii „wytęż wzrok i zauważ różnicę”.

Uzupełniłem tę mapę o podpisy tych „wielkich ofensyw”. Ewentualny upadek Pokrowska (gdy to piszę, wciąż nie nastąpił) wygładzi kawałek frontu, ale też nie spodziewam się zmiany widocznej gołym okiem. Oczywiście analitycy analizują, że Kramatorsk upadnie zaraz potem, no ale Rosjanie nadal mają kawał drogi. Przed zimą nie zdażą.

Skoro nie możemy liczyć na analityków, zanalizujmy się sami. Jak to się skończy? Notkę z takim pytaniem chcę napisać od pół roku, ale ciągle czekałem aż coś wyjdzie z tych planów Trumpa, że 24 godziny, albo jednak nie!, 14 dni, albo nie!, 50 dni, nie! 10 dni, nie! A może Alaska?

Oleję więc te bzdury i napiszę notkę przed spotkaniem, które rzekomo ma wszystko zmienić – bo zakładam, że nic nie zmieni. Oczekuję kolejnej porcji TACO. Oczywiście, za parę dni być może bardzo się wygłupię, no trudno.

Z jednej strony nie chcę, żeby Ukraina skapitulowała – bo to byłaby fatalna wiadomość dla Polski. Z drugiej mam swój jednostkowy interes w jak najszybszym zakończeniu wojny: tęsknię za Lwowem, tęsknię za Kijowem, chcę żeby przywrócono regularne połączenia lotnicze a ludzie nie musieli spać na stacjach metra.

Najważniejsze jednak, że nie mamy nic do gadania – to decyzja tylko i wyłącznie Ukraińców. Nam pozostanie ją uszanować, jaka by nie była.

Możliwe, że Trump coś z Putinem „podpiszą”, a Ukraina to odrzuci i będzie walczyć bez Ameryki. Trump już i tak de facto wstrzymał pomoc, dalsze dostawy z USA mają być finansowane przez Europę. Nie posunie się chyba do embarga? Choć oczywiście masowe groby w Europie Wschodniej są pełne tych co to myśleli, że jakiś polityk się do czegoś nie posunie…

Nadal wierzę w zwycięstwo Ukrainy i mam na to argument, który chciałbym przedyskutować. Lubię historię rapierów (ale z naciskiem na historię a nie przekrój poprzeczny muszkietu tylnojęzykowego!) no i naprawdę będę wdzięczny za kontrprzykłady do następującej tezy.

Mniej więcej od czasów Napoleona, inwazje albo się udają natychmiast, albo kończą się klęską agresora. Nigdy nie było tak, żeby najeźdźca po trzech latach impasu znajdował nowe siły by wreszcie zdobyć Verdun.

Można się tu pokłócić o definicję „agresora”, więc proponuję – roboczo – taką, że to ten, kto się spotyka z wrogością miejscowej ludności. W tym sensie więc Amerykanie i ich sojusznicy byli agresorami w Iraku i Afganistanie, nawet jeśli propagandowo przedstawiano ich jako wyzwalaczy.

Historia mówi, że agresor może przegrać nawet jeśli do końca kontroluje część terytorium. W obu światówkach Niemcy okupowali spore kawałki podbitych państw. Ukraina nie musi więc całkowicie wyprzeć Rosjan, żeby wygrać.

Agresorzy często szukali sposobu na pozorne wyjście z twarzą. Amerykanie formalnie nie przegrali wojny w Wietnamie, po prostu przekazali odpowiedzialność Wietnamowi Południowemu. Sowieci formalnie nie przegrali w Afganistanie, w traktacie „byli” gwarantem pokoju między Afganistanem a Pakistanem. Nie wiem kto z kim teraz zawrze podobny traktat, ale wydaje mi się to jednym z możliwych zakończeń.

Ciągle mam nadzieję na gospodarczy kolaps Rosji. Ukraina jest w stanie zniszczyć rosyjski przemysł petrochemiczny. Już zaczęli, wstrzymali prawdopodobnie pod wpływem matactw Trumpa, teraz wznowili – i jaram się każdą jarającą się rafinerią. Oby zniszczenia sięgnęły 100% potencjału, czym wtedy Putin załata dziurę w budzecie? Eksportem samochodów?

No ale cóż. The floor is open – chętnie poznam Wasze opinie, prognozy, sprostowania oraz oczywiście sarkastyczne „ha ha” jeśli „Ich Trumpuszka” coś jednak w tej Alasce załatwi.

Z Narodowego

Przyjaciel, z którym byłem na Iron Maiden na Narodowym zapytał mnie, czemu właściwie nie poszedłem na historyczny koncert z 1984. Wstydziłem się mu odpowiedzieć, więc teraz odpowiem całemu światu – no bo jakoś głupio mi było udzielać szczerej odpowiedzi wśród tysięcy fanów zespołu.

W 1984 byłem już po pierwszych koncertach Kultu. W związku z tym młodzieńczą fascynację metalem i hardrockiem uważałem za wstydliwe wspomnienie z podstawówki – niegodne dostojnego licealisty. Dla którego odtąd miały się liczyć tylko punk i new wave! A że w młodości byłem bardzo radykalny we wszystkim, oznaczało to potępienie fascynacji z zamierzchłej przeszłości zeszłego roku. Czułem się po prostu za dorosły na metal.

W jednym teraz przyznałbym sobie rację. Skojarzenie metalu z młodością nie jest takie głupie. Gdy spojrzeć na klasyczne zdjęcie zespołu TSA (wiecie o które mi chodzi), to przedstawia ono przede wszystkim Alegorię Młodości.

Przy całym chichraniu się z psychologii ewolucyjnej nie sposób nie zauważyć, że rytuał rockowego koncertu przypomina zwyczaje godowe ptaków błotnych. Muzycy demonstrują krzepę, kondycję i zręczność na sposoby nie znane jazzmanom, nie mówiąc już o pianistach chopinowskich.

Z perspektywy dziaderskiej to jeszcze fajniej się obserwuje, no bo ludzi w moim wieku coraz bardziej dołują te pogrzeby rówieśników, rozsypka rodziców, i pytanie „ile mi jeszcze zostało”. Niedawno już myślałem, że tak zdziadziałem, że będę musiał kupić rower elektryczny, ale na szczęście to był tylko rozciągnięty łańcuch.

Członkowie Iron Maiden są 10 lat starsi ode mnie, a dają radę. Biegają i skaczą po scenie jak młodzieniaszkowie. Ufff!

Próbując się gibać do ich piosenek odkryłem, że to trudniejsze niż w przypadku Boney M i to nie tylko z racji wieku, urzędu i woltażu. Utwory Iron Maiden miewają skomplikowany rytm, na przykład nagle z 4/4 potrafi się zrobić 3/4.

To pełni rolę narracyjną. W „The Number of the Beast” ta zmiana rytmu sprawia, że wydaje nam się, że wokaliście jakby brakło tchu, co ewokuje nastrój dusznego koszmaru.

Dopiero na tym koncercie zrozumiałem jakie to ważne, że kompozytorem wielu utworów, zwłaszcza tych wczesnych i nabliższych mojemu sercu, jest basista Steve Harris, a więc członek sekcji rytmicznej. Jeśli ktoś z PT Czytelników ma ulubiony fragment piosenki, to zapewne moment ZMIANY RYTMU.

Na Narodowym zagrali suitę „Phantom of the Opera” z pierwszej płyty, obfitującą w takie właśnie przeskoki. Z tego utworu znam dosłownie każdą nutkę, mogę go sobie „odtwarzać z pamięci” jak Jack Reacher, gibało mi się więc przepysznie w antycypacji kolejnej zmiany rytmu.

Znam je na pamięć między innymi dlatego, że w tym okresie mego życia gdy mnie nie było stać na kompakty, kupiłem sobie wczesnych Ironów na kasetach. No bo możemy przed znajomymi udawać nie wiadomo jak wyrafinowany gust, ale ostatecznym testem jest Muzyka do Samochodu.

W tamtych czasach na poprzedniku obecnego Narodowego można było kupić od ruskich kompakty z pełnymi dyskografiami „w nowom zwukowom formatje”. Tak nadrobiłem to co Iron Maiden nagrali po moim awansie na postpunkowca. Na dzisiejszym Narodowym znalazłem się więc jako człowiek znający głównie twórczość grupy sprzed ładnych paru dekad.

No cóż – syndrom Mamonia, najbardziej lubię te płyty, które znam na pamięć. ALE! O ile nadal uważam, że „Seventh Son of a Seventh Son” to nie jest moja „The szklanka of Earl Grey”, to pokochałem na Narodowym „Fear of the Dark”. Stadion chóralnie wtórował nie tylko partiom wokalnym. Swoją drogą uwielbiam ten rockowy paradoks, że nic tak nie sprzedaje biletów jak piosenki o tym, że ktoś się czuje samotnym odmieńcem (śpiewane chóralnie przez pięćdziesiąt tysięcy gardeł).

Trochę też wtórowałem kawałkom z młodości. Inna sprawa, że te 40 lat temu nie można ich było tak po prostu wyguglać, więc przez dekady tkwiłem w kilku mylnych błędach. Na przykład myślałem, że „hell and fire” są „bound to be relased”, a to jednak „spawned”. Wydawało mi się też, że Iron Maiden „can’t be bought/sold”, a to „fought/sought”. Na szczęście aż tak bardzo to nie wypaczyło treści.

Bruce Dickinson ma na tyle dobrą dykcję, że sporo można zrozumieć ze słuchu. To paradoksalnie zraziło mnie jako licealistę, bo te piosenki zaczęły mi się wydawać prymitywne literacko. Doszukiwałem się głębi w Joy Division, której tam też przecież nie było, ale Curtis to ukrywał mamrotaniem.

Teraz doceniam względną prostotę tekstów Iron Maiden. Kiedyś pełniły dla mnie rolę terapeutyczną. W kręgach gogicznych popularnym tematem konwersacji jest przediagnozowanie Dzisiejszej Młodzieży. Ja uważam że wprost przeciwnie, to my byliśmy niedodiagnozowani.

Za naszych czasów nikt nie miał ADHD ani autyzmu, niektóre bachory po prostu były bardziej nieznośne od innych. Stanów lękowo-depresyjnych nie mogliśmy leczyć pigułkami, ale trochę pomagały ponure piosenki. W największych hitach Iron Maiden bohaterowie często konfrontują się z Lękiem – bo to albo żołnierz w samobójczym szturmie, albo skazaniec czekający na egzekucję, albo marynarz na tonącym statku, albo ktoś kto spotkał we śnie Szatana (ale czy to na pewno tylko sen?).

Piosenka rozkręca emocje słuchacza na maksa, a potem je wycisza. Co przy sprzyjających wiatrach pozwala słuchaczowi wyciszyć także jakiś jego własny „Fear of the Dark”. Oczywiście nie powiem nikomu, że po co ci terapia, kup se dobre słuchawki, ale nam to niestety musiało wystarczyć.

Personifikacją takiej „metaloterapii” wydaje mi się Eddie, potwór-maskotka. Podczas koncertu grozi muzykom i publiczności, markuje ciosy – no ale przecież na grafikach widzimy go, jak walczy z Ruskimi, Niemcami a nawet z Margaret Thatcher, więc to swój gość. Interpretuję to jako przesłanie: nigdy do końca nie pozbędziesz się swoich fobii i schiz, ale możesz je zaakceptować jako część siebie.

Może dorabiam za dużo filozofii, ale wierzę we wzajemne inspiracje kultury wyższej i niższej. Chłopak z ludu coś zanuci, usłyszy to jakiś Puccin albo Chopini, wplotą te nuty do Arcydzieła, które w radiu usłyszy kolejny chłopak z ludu i wplecie w swoją solówkę.

Jak już parę razy pisałem sprawia to, że ja z kolei nie umiem się powstrzymać przed słuchaniem symfonii czy opery jako metalowej płyty. Przecież niejedna aria „Sacrileggio di Stracciatella” opowiada historię jak z piosenki Iron Maiden, a smyczki potrafią Pierdolnąć jak zdistorszynowany stratocaster.

Ubolewam nad tą swoją ułomnością, bo czuję, że gdybym lepiej się znał na muzyce klasycznej, lepiej potrafiłbym docenić spektakl Iron Maiden. Pewnie na to wszystko co robi zespół – i zmiany rytmu, rywalizację gitarzystów, symulowany brak tchu już dawno wymyślono jakieś określenia, zapewne włoskie?

Myślę zresztą, że ta filozofia naprawdę tam jest. Ironi od początku wyróżniali się nawiązywaniem do innych dziedzin kultury. Z takimi klasykami jak serial The Prisoner, Zabójstwo na Rue Morgue albo Upiór w Operze zetknąłem się po raz pierwszy za pośrednictwem ich piosenek. Przypuszczam więc, że od początku chcieli stworzyć Dzieło Totalne, muzyczno – literacko – graficzne, odwołujące się do całej Kultury Zachodu, ale nigdy tego nie riserczowałem.

Notka wyszła długa jak przekombinowana suita, może zrobię z tego projekt szantażo-żebrolajkowy: wpłacajcie bym się streszczał. W każdym razie, wszystkim Osobom Czytelniczym życzę by przytulili swojego Eddiego. Jest jaki jest, ale jest częścią Was. Badadum, badabum, jebudu, srru, hahaa!

Nowy King

Stephen King „Nie wymiękaj”

Wątek polecanek zakończę zniechęcanką. Nowy King rozczarował mnie. Mówiąc bezspojlerowo, ostatnia scena kojarzy się z najgorszą tandetą firmowaną z nazwiskiem Kinga na okładce, jakimś VHSem „Dzieci kukurydzy 6”.

Książka należy do cyklu o prywatnej detektywce Holly Gibney, zapoczątkowanej w 2014 całkiem fajnym „Panem Mercedesem”. King wielokrotnie deklarował że chce wypróbować sił w nowym dla siebie gatunku. Te książki są więc teoretycznie kryminałami, w takim sensie że jest morderca i detektyw. Niestety, zjawiska paranormalne występują w każdej, choć przynajmniej na początku King starał się trzymać realistycznej głównej fabuły.

Paranormalny kryminał nie ma sensu, bo istotą powieści sensacyjnej jest saspens. W klasycznym „whodunnicie” krąży wokół pytania „kto zabił?”, w nowoczesnych thrillerach raczej „czy złapią zbrodniarza zanim ten zrealizuje Superzbrodnię”.

Jakiś saspens musi być, tak jak w operze musi być aria. A więc musi być też detektyw o ograniczonych możliwościach („bo ci na górze nic nie rozumieją”, etc). Kiedy wprowadzamy zjawiska paranormalne, saspens się rozsypuje, no bo dowolna postać może nagle zacząć lewitować albo teletapetetować. To czemu zbrodniarza nie złapią przy pomocy wahadełka?

W „Nie wymiękaj” zbrodniarzy mamy zasadniczo dwóch, choć zależy jak liczyć, bo to tak straszliwi psychole, że skromne rozdwojonko to i tak drobiażdżek na tle całej karty chorobowej. Za sprawą przekombinowanego zbiegu okoliczności, obaj w finale chcą zabić z grubsza te same ofiary.

To kolejny zabijacz suspensu. Detektyw na tropie mordercy – OK. Ale na tropie DWÓCH NA RAZ, bo psychopatyczni mordercy występują tak często, że muszą pobrać numerek i ustawić się w kolejce? Jak mam się przejąć czymś tak idiotycznym?

Kiedyś w Kingu fajne były obyczajowe portrety prowincjonalnej Ameryki. Sam nie wiem na ile to ja się zmieniłem, a na ile Kingowi to coraz gorzej wychodzi. Tutaj te portrety wydają mi się toporne jak w propagandowym slopie MAGA.

Ach jak im wszystkim fajnie, gdy polewają hotdogi syropem klonowym, słuchając klasyki bluesa z lokalnej rozgłośni NFSW. Byłby to raj, gdyby nie to straszydło w kanalizacji.

W czasach Trumpa nie musimy udawać transatlantyckiej przyjaźni, więc powiedzmy szczerze – ich żarcie jest gówniane, sprowadzone do najprostszych smaków: słodkie / słone / tłuste. Gdyby mi ktoś zafundował wyprawę na steka moich marzeń, pojechałbym na Żurawią a nie do Teksasu.

Jeden z pobocznych ale ważnych wątków polega na tym, że dawna mistrzyni r’n’b postanawia wznowić karierę koncertem w małym miasteczku (przypadkiem tym samym w którym grasują nasi psychole). Pewna postać drugoplanowa zostaje zaproszona na scenę i okazuje się tak utalentowana, że po jednodniowym przeszkoleniu śpiewa i tańczy z zespołem.

HELOU! Jeżeli wydarzają się takie cudowne zbiegi okoliczności, to jak mam się przejąć pościgiem za mordercami? Równie dobrze mogą ich zabić spadające z nieba odważniki z napisem „16 ton”.

Niedawno pisałem, że każdy pisarz po odniesieniu Sukcesu zaczyna pisać książki o idyllicznym miasteczku (w którym zbudował willę swoich marzeń). Zmodyfikowałbym to teraz tak, że każdy zaczyna prędzej czy później opisywać swoją terapię uzależnieniową. To jest KOLEJNA powieść Kinga, w której część fabuły dzieje się podczas zebrań AA, mamy obowiązkowe cytowanie Wielkiej Księgi i Modlitwy Anonimowych.

Co za sztampa! Znowu bohater jest „niećpającym alkoholikiem” albo „niepijącym narkomanem”? Ile można? Czemu nie choć raz dla odmiany niegamblujący hazardzista albo seksoholik na odwyku? Opowieści o uzależnieniach są podobne, znasz jedną, znasz wszystkie, zwłaszcza jak czytałeś non-fiction.

Jedyną zaletą jest „dobre bo słuszne”. Ach, ileż tu potępienia dla skrajnej prawicy! No ale to jak w tym starym dowcipie, „ty mnie Styka nie maluj woke, ty mnie maluj dobrze”. WOLAŁBYM intrygujące śledztwo, niebanalnych bohaterów, zaskakujące zwroty akcji oraz BRAK gadających lalek, zabójczych klaunów, telekinezy, telepatii i innych teledefekacji. Jeśli King się nie może od nich uwolnić, niech pisze horrory („mam na imię Stephen, udało mi się napisać sto stron bez elementów nadprzyrodzonych – „tak trzymaj, Stephen”).

Dobremu kryminałowi wybaczę odrobinkę niesłuszności ideowej. Dobremu horrorowi zresztą też, ale King wyprodukował chimerę, która ani nie straszy duchami, ani nie intryguje śledztwem. Posuwamy się od jednego nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności do drugiego, aż do idiotycznej ostatniej strony, która sugeruje że Mistrz planuje sequel pod roboczym tytułem „Zabójczy cieć”. To żaden spojler, trzeba dobrnąć do tej sceny żeby zrozumieć ten smutny dowcip. Ale nie polecam.

Nowy Pulp (ale stary jest NP 207)

Nowa płyta „Pulp” jest zaskakująco dobra, szczególnie otwierający ją singiel „Spike Island”. To autotematyczny monolog byłej gwiazdy rocka, której nie udało się nawet wygasnąć – bo Wszechświat na wszystkie upadki reagował tylko wzruszeniem ramion. Tytuł zaś, jak czytam w interwebsach, nawiązuje do historycznego koncertu Stone Roses z 1990, który przyczynił się do zdefiniowania estetyki brit popu.

No ale tak jak Jarvis nawet nagrywając nową płytę, myśli o swojej młodości sprzed 35 lat – tak z kolei ja jej słuchając myślę o najlepszej płycie „Pulp” sprzed 30 lat, czyli o „Different Class”. Zatem notka będzie jednak głównie o niej.

Słuchałem jej w całości, bo w tym okresie życiowym moim głównym nośnikiem były kasety – nieprzyjazne dla słuchaczy chcących sobie ułożyć własną kolejność. A były nim dlatego, że aż do 1999 roku nie było mnie stać na odtwarzacz płyt kompaktowych. Na nowe winyle oczywiście tym bardziej nie.

I tu mam pytanie do zaglądającej tu czasem Młodzieży. Czy to się jakkolwiek przekłada na sytuację współczesnego człowieka?

Współczesnym odpowiednikiem byłby… nie wiem co, głośniczek BT? Soundbar? Alexa? Czy dla Młodego Człowieka (co z mojej perspektywy oznacza także trzydziestoletniego bobaska) istnieje problem: „chciałbym słuchać muzyki lepiej niż obecnie, ale mnie nie stać na dzyndzlotron”? I czym on jest?

Za naszych czasów potrzeba słuchania muzyki była finansową studnię bez dna. Jak już ktoś miał dobrą wieżę, to marzył o nowych głośnikach. Jak ktoś miał nowe głośniki, marzył o nowym wzmacniaczu. To wszystko kosztowało majątek, bo epoka wszechobecnego „made in China” dopiero miała nadejść.

Niby więc już miałem dobrą pracę, zarabiałem więcej od średniej, ale ta ówczesna średnia to było jakieś 200 dolarów miesięcznie. Nie myślałem, że dożyję Polski, w której dojdzie kolejne zero!

Co za tym idzie, nie umiałem się wczuć w brytyjskie problemy klasowe. Najgorsza praca w Albionie była przecież wtedy lepiej płatna od relatywnie niezłej pracy w Polsce. Przyjeżdżałem do Londynu robić wywiady z gwiazdami, ale zazdrościłem zarobków kelnerowi, ba – niewidocznemu Polakowi w kuchni na zmywaku. Gdy piosenka „Common People” była nowością, wszyscy ci „common people” byli bogatsi ode mnie.

Wpisywało mi się to szerzej w esetykę britpopu. Pod podchwyconym przez neoliberalne New Labour hasłem „cool Britania”, przedstawiał on UK jako kraj, w którym wszystkim jest fajnie, bo lepiej być biedakiem z komedii romantycznej Richarda Curtisa niż bogaczem z komedii sensacyjnej Olafa Lubaszenki. Squat w Camden Town wydawał się fajniejszy od pałacu w Pułtusku. Była to oczywiście jedna wielka ściema i zapowiedź nadchodzącej katastrofy. Tak dziś odbieram teksty z „Different Class”.

W „Common People”, jak już pisałem, jest fragment „dance, drink and screw, because there’s nothing else to do”. Brzmiało to jakoś tak uwodzicielsko atrakcyjnie dla przynudziastego nerda, zwłaszcza uprawiającego 30 lat temu „kulturę zapierdolu” (która wtedy oczywiście nie miała jeszcze nazwy, nie wiedzieliśmy że mówimy prozą).

Inne teksty z tej płyty, jak „Sorted for E’s and Wizz”, „Live Bed Show” czy „Underwear” traktowały o hedonizmie lat 90. Cocker opisywał go z charakterystycznym brytyjskim ironicznym dystansem. Przyciągnęło to panikę moralną ówczesnych tabloidów, oskarżających Pulp o propagowanie narkotyków. Gdy tego słucham dziś widzę, że to oskarżenie było bezpodstawne – ale mam alibi, że nie ja jeden widziałem w tym pewien urok.

Płyta „Different Class” ma świetną kompozycję. Opowiada pewną ciągłą historię od „Mis-Shapes” (pełniącego rolę uwertury), do „Bar Italia”, nietypowo kameralnego, ale jednak wspaniałego grande finale.

Teraz do tego utworu sięgam najchętniej. Jak poucza internet, tytuł nawiązuje do całodobowej kawiarni w Soho, w której klubowicze kończyli noc, mijając ludzi idących rano do pracy. Bohaterowie piosenki nie mogą jeszcze wrócić do domu, bo ciągle ich trzyma jakieś świństwo. Planują więc przebicie się do tytułowego baru.

„Jeżeli możesz wstać, wezmę cię za rękę – wyjdźmy zanim uznają nas za zmarłych… gdyby zburzyli to miejsce, wyglądałoby nadal lepiej niż ty”. Nie jest to chyba głęboka relacja, bo pożegnanie jest typowo clubbingowe: „Jeżeli wyjdziemy z tego żywi, do zobaczenia za tydzień w tym samym miejscu o tej samej porze”.

Znałem ludzi, którzy naprawdę tak funkcjonowali – nie w Londynie, w Warszawie. Dziś albo nie żyją, albo są „niepijącymi alkoholikami”. Naszym „Barem Italia” był „Lemon” na Sienkiewicza. Czy nadal jest? Nie wiem, jako nauczyciel to ja już w ogóle palulu najpóźniej o jedenastej.

Transformację ustrojową wspominam jako coś w rodzaju wojny w Wietnamie, udało mi się wyjść z Da Nang z wszystkimi kończynami. Oczywiście mam PTSD jak wszyscy, ale jednak aż nie takie jak sierżant X czy porucznik Y. No i tak teraz postrzegam „Different Class”: jako muzyczną opowieść nie tyle o konflikcie klasowym („a case of haves against haven’ts”, jak w piosence „I Spy”), co o klasowym AWANSIE.

To opowieść o bohaterze, który nie pasował do swojego rodzinnego Sheffield („Mis-Shapes”), więc włożył gigantyczny wysiłek w przekształcenie się w przedstawiciela londyńskiej klasy średniej. Po drodze spotykał różnych ludzi, bohaterów różnych piosenek (w tym wywodzących się z klasy wyższej, jak bohaterka „Common People”). I czasem dobrze się przy tym bawił, ale w ostatniej piosence jest już po prostu śmiertelnie zmęczony.

Jak mawia pewien mój przyjaciel, „jak my wszyscy, jak my wszyscy…”

Nowy Chmielarz

Wyszedł nowy Chmielarz, a co więcej: nowy Mortka! To musi być upierdliwe dla pisarza, który nastukał tych książek od grzmota, eksperymentował z różnymi formami, wymyślał inne cykle z innymi bohaterami, a i tak na każdym spotkaniu go pytają, kiedy nowy Mortka.

Entuzjastyczną recenzję z wczesnych książek o Mortce pisałem… sam już nie wiem kiedy. Chmielarzowi udało się stworzyć bohatera pasującego do oczekiwań czytelników, ale z drugiej na tyle oryginalnego, że jednak brzmi świeżo.

Kiedyś porównywałem Mortkę do Borewicza. Gliniarza nieortodoksyjnego, działającego na granicy prawa, nierzadko chamowatego, którego niby nie mamy powodu lubić – no ale dobrze pomyśleć, że na straży naszego bezpieczeństwa czuwa ktoś, kto w razie czego da Złym Ludziom w mordę, zamiast powoływać się na fascykuł ustępu.

To już nieaktualne. Borewicz tak jak Kojak czy Columbo, był zawsze tą samą postacią, a Mortka się przez te kilkanaście lat rozwinął. Czy raczej zwinął. No, w każdym razie zmienił. Zbliża się do pięćdziesiątki, już wie że niczego nie osiągnie (za późno!), że zniszczył życie osobiste dla kariery, a karierę przez Bycie Sobą, jest wypalonym sfrustrowanym przegrywem – kocham go teraz jeszcze bardziej.

Na wszystkich teraz patrzę okiem belfra (gdy trzymasz IPET, wszystko wygląda jak WOPFU), podejrzewam więc Mortkę o niezdiagnozowane spektrum autyzmu. Jest niezdolny do small talku, do drobnych codziennych uprzejmości, do wszelakiego „a co słychać u żony”. Nie umie budować i podtrzymywać przyjaźni. Co pomyśli to palnie, co palnie to pożałuje. W branży, w której tak dużo zależy od przełożonych i kolegów, taka postawa to zawodowe samobójstwo. Mortka już to rozumie, no ale po cholerę mu teraz ta wiedza.

Blogobywalców zainteresują wątki Wykluczenia Komunikacyjnego i Klasowego. Rzecz dzieje się w Kopalnicy, fikcyjnym wyludniającym się miasteczku w Karkonoszach. Jak wszędzie tam u nich, okoliczne lasy kryją poniemieckie sekrety – jakieś ruiny, sztolnie, obwałowania, służące cholera wie do czego cholera wie komu cholera wie kiedy. No i jak to w Sudetach, mają swoją wersję legendy o Trumnie Klappera oraz całkiem realnych przemytników.

Co z kolei typowe dla gatunku literackiego, dość wcześnie w jednej z poniemieckich ruin napotykamy Trupa. Zmasakrowano go tak jakby ktoś w tych pięknych okolicznościach przyrody uprawiał satanistyczny mord rytualny.

W aferę wmieszane są dwie dziewczyny z klasy ludowej, trzydziestoletnia Bianka i osiemnastoletnia Zuza. Bianka wie jak spieprzyła swoje życie i bezsilnie patrzy, jak Zuza powtarza te same błędy.

Chmielarz nie uprawia okraskingu, nie przedstawia Kopalnicy jako pułapki bez wyjścia. Bianka i Zuza znają ludzi, którzy znaleźli pracę w Jeleniej Górze czy nawet w samym Wrocławiu, dorobili się w Reichu albo nieźle ustawili się na miejscu.

Pokazuje jednak, że do tego potrzebny jest łut szczęścia. Nie można sobie pozwolić na żaden błąd, żaden przypał, na pseudo-bunt w stylu „mój ziomo wypalił Amsterdam”, bo co dla warszawskiego licealisty w najgorszym wypadku oznacza zmianę szkoły, tutaj oznacza game over.

Mortka „poniósł porażkę” w takim sensie, że nikt w policji go nie chce, ale nie mogą go wywalić. Więc pensja regularnie wpływa na konto, ale nawet nie wie czy jest „na służbie”. Bianka i Zuza by zrobiły Dalece Niejedno dla faceta, który by im załatwił taką „porażkę życiową”!

No i one tak właśnie robią różne rzeczy dla różnych facetów, przy czym Bianka z doświadczenia już wie to, czego Zuza się tylko domyśla. Wie, że pewnego faceta należy omijać szerokim łukiem – ale awaria samochodu zmusza ją do szukania szybkiego zarobku.

Saspens polega więc nie na „czy złapią zbrodniarza”, tylko „czy Zuza i Bianka się z tego wyplączą”. Szybko zaczynamy im kibicować. Oczywiście, jako Wujek Dobra Rada miałbym dla nich mnóstwo propozycji – Bianka na przykład ma doświadczenie w opiece nad starszą osobą, w Warszawie mogłaby żądać wynagrodzenia w krugerrandach, a Zuza tak naprawdę musi się skupić na zdaniu matury, no ale Chmielarz świetnie pokazuje klątwę klasy ludowej.

Obie bohaterki ciągle mają jakiś pożar do gaszenia „na wczoraj”. Bianka bez samochodu nie zdziała nic, więc musi go naprawić. A Zuza, no cóż, jak pisał Poeta, „dance, drink and screw because there’s nothing else to do”. Na pierwszy rzut oka to brzmi atrakcyjnie, zwłaszcza dla takiego nerda jak ja, który w wieku Zuzy czytał durne książki o kosmosie, no ale Chmielarz potrafi pokazać że jednak nie ma czego zazdrościć (hm).

Jak by to ujęła Maria Janion, wszystkie polskie powieści są powieściami o uzależnieniach. Ta też. Gdzieś w tle mamy przesłanie, że w miejscowości typu Kopalnica gigantycznym życiowym osiągnięciem jest już samo tylko uniknięcie zapicia/zaćpania na śmierć.

No ale… czy to na pewno kwestia klasowego wykluczenia? Choćby nowy Varga z poprzedniej notki jest o warszawskich Ludziach Sukcesu, również usilnie pracujących nad zaćpaniem/zachlaniem na śmierć. Jako Dziadek Wojtek co to już niejedno widział mam wrażenie, że Szatańska Potęga Uzależnienia polega na tym, że wszystko jest pretekstem. Sukces trzeba oblać, porażkę trzeba zalać, a brak jednych i drugich, czyli Nuda, to dopiero najlepszy powód do picia/ćpania.

Czy rzeczywiście uzależnienia mają profil klasowy, poza trywialnym podziałem na używki droższe i tańsze? Nie wiem, pytam. Czytuję o tym raczej fiction niż non fiction. Czy awans klasowy ratuje przed zapiciem? To skąd literacki motyw uzależnienia jako ceny awansu?

Na koniec wyżalę się nad swoim tradycyjnym zarzutem do prawie wszystkich polskich kryminałów. Awaria samochodu Bianki jest istotna dla fabuły, opisywana jest na ładnych kilku stronach, wliczając rozmowę z mechanikiem, ale NIE DOWIADUJEMY SIĘ CO SIĘ ZEPSUŁO! Ba, nawet nie wiemy co to za samochód, poza tym że „stary golf”.

Dlaczego akurat golf? Mam wrażenie, że typowym autem Polski Wykluczonej jest szary opel. Po prostu ceterując parobasa, lepszą funkcjonalność zaoferuje stara astra.

Inny bohater książki jeździ „volvo z górnej półki”. No i co on robi widząc że droga będzie szła pod górę? „Redukuje bieg”. Volvo „z górnej półki”, ale z manualem i silniczkiem tak słabiutkim, że wymaga redukowania w Sudetach, nie w Alpach? Helou?

GDYBYM JA PISAŁ POWIEŚĆ, to może niekoniecznie bym informował o tych detalach, ale miałbym je w głowie. Rocznik, silnik, wyposażenie. Przecież to ważne w kryminale – np. od tego, czy ktoś ma w bagażniku matę, którą można wyjąć i umyć szlauchem, zależą możliwości pozbycia się zwłok! Inaczej też wygląda sprawa krwi na tapicerce skórzanej, inaczej na welurowej!

Czym jeździ Mortka, tego już w ogóle (chyba?) się nie dowiadujemy. A przecież wybór samochodu tak dużo mówi o człowieku! A przynajmniej ja mam tak, że od dziecka maszynki interesowały mnie bardziej od ludzików. Pewnie dlatego nigdy nie napiszę dobrej powieści. Ktoś coś tu pisał o niezdiagnozowanym spektrum…?

Nowy Varga

Okładka powieści Krzysztofa Vargi "Śmiejący się pies"

Nową powieść Krzyśka Vargi przeczytałem z zaciekawieniem, ale tym razem szczególnie mnie intryguje jak to odczytują ludzie młodsi, dla których to jest dostojny pan Krzysztof. Krzysiek produkuje jeden Portret Warszawiaka Czasu Transformacji za drugim, w tej książce też mam uczucie że maluczko, a jakaś postać będąca moją parodią gdzieś się pojawi jako cameo, no ALE… co to wszystko obchodzi ludzi spoza naszego bąbelka?

„Śmiejący się pies” to powieść wesoła jak „ekshumacja w listopadzie”, cytując narratoro-bohatera, który jak zwykle mocno przypomina Vargę. Bohater rzucił alkohol, ale wpadł w lekomanię. Zażywa gigantyczne ilości relanium i tym podobnych, uważa to wszystko za największe możliwe dobrodziejstwo cywilizacji, więc częstuje tabletkami swojego psa Ziutka – do którego snuje swoją (o)powieść.

Monologuje głównie na temat przyjaciela Tomasza. Był on kiedyś Człowiekiem Sukcesu, który ziścił klasośredniowe marzenie o założeniu rodziny i zapewnieniu jej dostatniego życia.

Po pięćdziesiątce Tomasz stracił jednak serce dla rodziny, a głowę dla znacznie młodszej od siebie kochanki i z ogromnego mieszkania przeniósł się do klitki. Chciał tu wszystko zacząć od nowa, ale kochanka rychło wróciła do swojego rówieśnika, z którym tak naprawdę nigdy nie zerwała.

Tomasz został sam. To znaczy, w towarzystwie swoich ostatnich dwóch przyjaciół: alkoholu oraz bohatero-narratora – który bez powodzenia próbuje nawrócić Tomasza na relanium. Większość fabuły to kronika miłosno-alkoholowego upadku opowiedziana psu Ziutkowi – acz w odróżnieniu od „Masakry”, jest tu pewien Zaskakujący Zwrot Akcji w finale.

Znam trochę ludzi takich jak Tomasz, którzy po pięćdziesiątce zburzyli wszystko co zbudowali. Zbudowali sobie na przykład piękny dom, pełen książek i płyt, z plazmą i kastomowym systemem hifi, po czym wszystko zostało z byłą żoną i z dziećmi, które nie chcą znać takiego tatusia, więc wylądowali z flaszką i pierdzidełkiem blututowym.

Pytanie „o czym oni myśleli” rzeczywiście wydaje mi się ciekawe literacko. Czy ktoś na serio może się spodziewać szczęśliwego związku przy różnicy wieku rzędu 30 lat? Rozumiem zaślepienie pożądaniem, ale przecież przez te kilka sekund po orgazmie mężczyzna jest w stanie myśleć w miarę trzeźwo?

Ale jak odbiera taki wątek młoda osoba czytelnicza? Na ile pamiętam siebie sprzed lat, przede wszystkim bym wściekle zazdrościł Tomaszowi bogactwa zarobionego, a narratorowi odziedziczonego. W związku z tym zamiast empatyzować z bohaterami, żałowałbym że jeszcze za mało cierpią.

Przy okazji „Masakry” Vargi pisałem, że jego proza to lament stachanowców kapitalizmu, fistowanych przez niewidzialną rękę rynku bez lubrykanta. Z tą książką jest podobnie.

Weszliśmy w kapitalizm niewiele o nim wiedząc. Z natury rzeczy nikt w naszym pokoleniu nie mógł mieć tatusia w korpo czy mamusi w NGO’sie, więc nasi rodzice nie mogli nam niczego doradzić. Oni mieli jakieś swoje wydeptane ścieżki w PRL, wiedzę o załatwianiu spraw w ustroju, który przestał istnieć. Nawet jeśli zajmowali się „prywatną inicjatywą”, ich doświadczenia były teraz bezużyteczne. Świat akademicki, edukacja i służba zdrowia też wyglądały inaczej, nie mówiąc o polityce.

Musieliśmy sami sobie wymyślać, kim właściwie w tym nowym ustroju chcemy być. Te pomyły były naiwne, bazujące na amerykańskich serialach. Jak w piosence Talking Heads: „A beautiful house, a beautiful wife, a large automobile”. Część z nas odkrywała, że tak naprawdę to nigdy nie było dla nich. Tak interpretuję wątek Tomasza (oraz paru prawdziwych historii moich rówieśników).

Często towarzyszyło temu przeświadczenie – zapewne również inspirowane popkulturą czasów Reagana – że jednostka nie ma żadnych praw w starciu z korporacją. Stąd na przykład przekonanie, które Varga wyraził w książce non-fiction, że Sapkowski nie ma szans w starciu z CD Projekt.

To świadczy o niezrozumieniu reguł gry, w którą graliśmy. I to było udziałem większości z nas, nieliczni się decydowali na otwarty konflikt z korpo (o czym mógłbym dużo i malowniczo). To zaczęli dopiero słynni „roszczeniowi milenialsi”.

To się przekładało na nasz dobrostan: wielu z nas miało poczucie „tkwienia w pułapce”, która tak naprawdę była głównie w naszej wyobraźni (oczywiście, manipulowanej przez System). To jest moje wyjaśnienie Zaskakującego Zwrotu Akcji.

No ale ja to czytam, bo dla mnie #toonas – o moich kolegach z pracy (jak Varga) czy też z Żoliborza w PRL (też jak Varga). Ale jak to czyta młody człowiek z innej miejscowości? Co was to wszystko wewogle? Miasta, które czytają Vargę, niech się wpisują…

Esprit de Mons

Jak mawiał Lenin, są miesiące bez jednej blogonotki i są tygodnie codziennego szitpostingu. Więc bez zbędnych, zapraszam obecnych tu wielbicieli podkastów do podkastu Instytutu Narutowicza z gościnnym udziałem moim oraz Krzysztofa Iszkowskiego.

Instytut założyli pisowcy jako Instytut Dmowskiego. Za chwilę minister Braun przemianuje go na Instytut Eligiusza Niewiadomskiego. Jesteśmy w tym maleńkim okienku, w którym w Instytucie możliwe są rozmowy dwóch osób różniących się zdaniem – potem jeśli będą robić podkasty, to takie na zasadzie „rozmowy Ziemkiewicza z Lisickim”.

Co do mnie, to oczywiście nie przełamałem swojej niechęci do podkastów, ale jak wiecie – nie jestem w takiej pozycji zawodowej, żeby móc przesadnie grymasić. Zapraszają, to idę (oczywiście nie dotyczy to Tamtej Strony).

Na własnej skórze jednak wyraźnie odczułem, za co tych podkastów nie lubię. Czynność opisywana internetowym żartem „checks notes” jest w nich niemożliwa, każdy rozmówca jest skazany na to, co zapamiętał. A memoria, jak wiadomo, fragilizuje.

Ta notka to takie postscriptum, albo raczej esprit d’escalier. Jak już wróciłem z nagrania, sprawdziłen parę rzeczy, do których w rozmowie nawiązuję na zasadzie „no było takie coś, nie pamiętam szczegółów”.

Jedna to drobiazg: relacje, w których Karol Marks był opisywany jako czarujący rozmówca. Jak wynika z rozmowy, Iszkowski celowo wypełnił swoją książkę małostkową złośliwością, bo Marks też był taki małostkowy i złośliwy, co (rzekomo) odnotowują wszyscy, którzy się z nim zetknęli.

W rozmowie argumentowałem, że to nieprawda. To kołowe dowodzenie: Iszkowski złośliwie skupił się na relacjach, które to potwierdzają, pomijając inne.

Ta relacja, o której konkretnie myślałem, to nie była ta od „anonimowego szpiega” (o której wspomniał Iszkowski, upierając się jakby to była jakaś jedna jedyna). Nie mogłem sobie przypomnieć nazwiska autora, teraz sprawdziłem że to niejaki Henry Hyndman, który jeśli w ogóle czymkolwiek się zapisał w historii, to właśnie swoją relacją z Marksem (i o Marksie).

Co moim zdaniem jednak świadczy o tym, że podejście Iszkowskiego (inspirowane Kołakowskim) jest błędne. Jeśli Marks rzeczywiście niczego wartościowego nie stworzył, to dlaczego Iszkowski nie napisał o Hyndmanie właśnie? Jak się skupiamy na wadach i porażkach Marksa, gubimy z oczu jego osiągnięcia. W blogonotce porównywałem to do pisania o muzyku rockowym z pominięciem jego płyt, za to z mnóstwem ciekawostek typu „ćpał, chlał, i się nie mył”.

Ważniejszy jest dla mnie drugi detal, o którym zapomniałem. Że teraz ja sobie pozwolę na małostkowość: Krzysztof Iszkowski dużo zawdzięcza belgijskiemu prawu pracy (o tym jest w jego oficjalnym CV!). Tego prawa pracy nie przyniósł mu Pan Bóg ani Święty Milton, tylko belgijscy socjaliści wywalczyli je na barykadach.

No i oczywiście jak to w podkaście – pamiętałem że była taka masakra, i że ma jakieś francuskie określenie, no ale nie mogłem sobie przypomnieć przy mikrofonie. No to jako musztarda po obiedzie: „fusillade de Mons”, „strzelanina w Mons”, rok 1893. Według tante Wiki, od 13 do 20 ofiar śmiertelnych i cholera wie ile rannych, bo to nie są czasy w których zaraz po masakrze przyjeżdżało pogotowie.

Nigdy nie wolno nam zapominać, że te wszystkie uprzyjemniające nam życie drobiazgi, jak płatny urlop, powszechne prawo wyborcze czy ośmiogodzinny dzień pracy, przodkowie wywalczyli ginąc na barykadach i szafotach. I to nie jest metafora, tylko po prostu w obronie dywidend Reakcja się nie cofnie przed niczym.

I teraz „skup się, do metalu”. Ówczesna Belgijska Partia Pracy, matka obecnej belgijskiej socjaldemokracji, została założona przez ludzi tak głęboko czujących się uczniami Marksa, że na zjazd założycielski symbolicznie wybrali brukselską kawiarnię, w której Marks napisał „Manifest Komunistyczny”.

W przypadku niemal każdej zachodniej partii socjaldemokratycznej (asekuracyjne „niemal” dodałem dlatego, że nie jestem pewien czy czytałem o nich wszystkich; na pewno o wielu) można poprowadzić prostą genealogię. Że oto założyciele, Jean Ouvrier i Hans Arbeiter, przeczytali „Kapitał” i powiedzieli „załóżmy partię pracy”. Albo poszli na odczyt kogoś, kto przyjechał z Niemiec zainspirowany Marksem (jak założyciel szwedzkiej socjaldemokracji August Palm).

Jak ktoś ma łoś-łoś fiksum dyrdum meszugene kopf a la Kołakowski i Marks mu się kojarzy wyłącznie z komunizmem, to oczywiście może napisać taką książkę, ale po co. Książek „Komunizm był be” napisano już od grzmota, czy ma sens powiększanie tego stosu?

Znacznie ciekawszy wydaje mi się temat kontynuacji myśli Marksa na Zachodzie. Jak od pięknego literacko, ale momentami niesłychanie naiwnego „Manifestu komunistycznego” przeszła w powagę „Kapitału”, a potem przez barykady takie jak ta w Mons i ruch oporu przeciw Hitlerowi, przeszła w końcu do Unii Europejskiej. Najbardziej udanej próby stworzenia raju na Ziemi w historii ludzkości (zwłaszcza gdy przyjmujemy punkt widzenia przeciętnego człowieka, a nie księżniczki czy faraona).

No ale takiej książki na polskim rynku nie ma wcale (nie przegapiłbym!), a nie wiem czy wyszła gdziekolwiek. Ech.

PS. Jeśli ktoś w komciach mi chce nawrzucać na zasadzie „nie nadajesz się do podkastów!”, to proszę bez krępacji. Właściwie z góry się zgadzam. Na usprawiedliwienie mam, jak już pisałem, ogólną pozycję niepozwalającą na grymaszenie + świadomość że to krótkie okienko między Dmowskim a Niewiadomskim, za chwilę się zamknie.