Za miskę ryżu

W ostatnim „Piąteczku” przypominałem słowa Morawieckiego o „misce ryżu”, nagrane w niesławnej restauracji „Sowa i przyjaciele”. Przyszły premier w rozmowie ze swoimi kolegami-banksterami przedstawił swój światopogląd.

Przypomnijmy kontekst. Jest rok 2013, Platforma nie ma z kim przegrać. Przedstawiciele ówczesnych elit, którzy są także przedstawicielami obecnych elit, rozmawiają przy ośmiorniczkach o polityce.

W rozmowie poza Morawieckim uczestniczą prezes PKO Zbigniew Jagiełło, prezes PGE Krzysztof Kilian i jego zastępczyni Bogusława Matuszewska. Wszyscy zawdzięczają swoje stanowiska Tuskowi.

Mówiąc o kapitałowej słabości Polski, Morawiecki tak wyjaśnia jej źródła: „I tak jeździsz po tym świecie, tak się zastanawiasz, wiesz, gdzie jest ta różnica, poza tym, że oczywiście trzysta lat temu daliśmy dupy i zamiast mieć porządnie Oświecenie (…) to się bawiliśmy w jakieś tam liberum veto, demokracje szlacheckie i tak dalej”.

To teza ciekawa o tyle, że Oświecenie miało dwa sprzeczne nurty. Republikańsko-demokratyczny i absolutystyczny, idealizujący dyktaturę oświeconego króla-filozofa.

Zwolennicy obu tych nurtów spierali się, używając Polski jako przykładu. Wolter, jako admirator Fryderyka II i Katarzyny Wielkiej, potępiał polski republikanizm – Rousseau go bronił.

Dla Morawieckiego „porządne Oświecenie”, jak wynika z kontekstu, to oświecony absolutyzm. Monarchia pruska albo carat, a nie jakieś tam „demokracje szlacheckie”.

Dla każdego co innego jest „porządne”. Jako polska lewica, czuję się spadkobiercą tradycji Kilińskiego, Kołłątaja, Kościuszki, Lelewela itd. A więc tych, którzy przyczyny upadku RON widzieli raczej w niedostatku, niż w nadmiarze demokracji. No ale to jest kwestia arbitralnych wyborów.

Ważniejsze jest to, co mówił o „misce ryżu”. Zaczął od zachodnich polityków, którzy „w takim świecie, jak dzisiaj, gdzie przez pięćdziesiąt lat ludziom się wydawało, że zawsze będzie lepiej, emerytury będą dość wysokie, żyć będziemy coraz dłużej, służba zdrowia będzie za darmo ku*** i edukacja za darmo, oni tą krzywą, która wiesz tak szła co do oczekiwań, oni muszą ją odkręcić, nie. I takie rzeczy się dzieją. (…) To co robi Merkelowa… Ona działa na najważniejszych rzeczach społeczeństwa czyli oczekiwaniach. Management of expectations. Jak ludzie ci zapier*** za miskę ryżu, jak było w czasach po drugiej wojnie światowej i w trakcie, to wtedy gospodarka cała się odbudowała”.

To obiektywnie nieprawda. W USA, RFN, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech, Beneluksie czy krajach nordyckich, gospodarka po 1945 rozkwitała przy ogromnych projektach socjalnych. Morawiecki po prostu nie zna historii.

Dalej perorował o potrzebie „obniżania oczekiwań” w Polsce, mówiąc przy tym, że najlepszym sposobem jest „wojna”. Niższe oczekiwania ma mieć oczywiście plebs taki, jak ja czy Ty, drogi czytelniku – bo przecież nie elity.

Żaden z uczestniczących w tej rozmowie banksterów, zawdzięczających kosmiczne zarobki koneksjom z Tuskiem i Kaczyńskim, nie powiedział przecież: „musimy SOBIE obniżyć oczekiwania, chodźmy na miskę smażonego ryżu do Chińczyka za rogiem”.

W pandemii Morawiecki znalazł swoją „wojnę”. Po wyborach zacznie nam „obniżać oczekiwania”.

Do wyborów będą szli pod mętnymi obietnicami „żeby płace w Polsce były takie jak w Europie Zachodniej”. Na to jest tylko jeden sposób: umacnianie pozycji negocjacyjnej pracowników, tak jak to zrobiono w Europie Zachodniej.

Można wyróżnić trzy modele. Typowy dla krajów anglosaskich „union shop” to układ, w którym związek zawodowy (po uzyskaniu akceptacji załogi w referendum) przejmuje wyłącznie uprawnienia do negocjowania w jej imieniu.

Prowadzi to do sytuacji szokujących dla Polaka, w których np. na jakichś targach wystawca dowiaduje się, że nie może sam okablować swojej ekspozycji, bo monopol ma lokalny związek. Kończy się to nadużyciami, które znamy choćby z filmu „Irlandczyk”.

Jest też model gandawski, typowy dla Beneluksu i krajów nordyckich, w którym związki są quasi-upaństwowione. Wypłacają zasiłki, pełnią rolę inspekcji pracy itd.

Ten model zakłada brak pluralizmu. Wszyscy należą do tej samej centrali, która w krajach nordyckich nazywa się po prostu „Organizacją Krajową” („LO”).

Polacy pluralizm mają we krwi, więc raczej nie zaakceptują modelu, w którym nie ma pluralizmu na szczeblu zakładowym („union shop”). A już na pewno takiego, w którym nie ma go wcale (Gandawa).

Od lat rekomenduję model Mitbestimmung/Autogestion, wprowadzony m.in. w RFN. W tym modelu pracownicy współzarządzają zakładem pracy, a podstawowym zadaniem związków jest rywalizowanie w wyborach reprezentacji załogi.

Jeśli ktoś zna inny model, niech wpisze. Wiem jedno: nigdzie to się nie udało w taki sposób, w jaki nam to obiecuje Duda, że wielkie inwestycje pozwolą firmom więcej zarabiać, więc one tak same z siebie będą więcej płacić pracownikom.

Czytelniku, zadaj sobie pytanie: czy gdyby twój pracodawca nagle zarobił dodatkowe miliony, dałby ci z tego powodu podwyżkę? Będzie ci płacić ile masz w umowie. Nadwyżka pójdzie na dywidendę, premię dla zarządu, ew. inwestycje.

Na Zachodzie też nie było tak, że firmy zaczęły więcej zarabiać i więcej płacić. Ustawodawcy wprowadzili opisane powyżej rozwiązania, wzmacniając pozycję negocjacyjną pracowników. Bez tych ustaw bogaci by się bogacili, a biedni by biednieli, jak dzieje się tam, gdzie je rozmontowano w myśl neoliberalnej utopii.

Poparłbym każdy rząd, który propracownicze ustawy wprowadziłby w Polsce. Na razie Morawiecki pod pretekstem pandemii dąży do obniżenia negocjacyjnej pozycji pracowników.

Efekt będzie więc taki, że nawet gdyby ktoś zarobił na tych inwestycjach – to będzie to brat ministra, albo jego żona, albo instruktor narciarski. Nie ja i nie ty.

Morawiecki nie chce zbudować drugiego RFN. Chce zbudować drugie Prusy Hohenzollernów, czyli jego ideał „porządnego Oświecenia”.

Tarcza antypracownicza

Z wszystkich kłamstw reżimu żadne nie wkurza mnie tak jak zapewnienia, że tarcze antykryzysowe mają poparcie związków zawodowych. Którego konkretnie?

Na pewno nie jest to NSZZ „Solidarność”. Wielu ludzi milcząco zakłada, że skoro Duda głosuje na Dudę, to oznacza jakieś hurtowe poparcie związku dla Morawieckiego.

Nic mi o tym nie wiadomo. A jako dziennikarz lubię takie tezy rozstrzygać riserczem antyziemkiewiczowskim, czyli sprawdzeniem dokumentów źródłowych.

Na obrazku mamy fragment opinii NSZZ „S” o projekcie tzw. „tarczy 4”. Nie jestem pewien, czy jest czytelny po przeskalowaniu – oryginał jest na stronie Sejmu jako PDF. Tak jak to zrobiłem w ostatnim „Piąteczku”, przytoczę fragmenty.

Zaczyna się od „Prezydium Komisji Krajowej NSZZ wyraża stanowczy protest…” i potem leci tak: „Propozycja ta jest całkowicie nie do zaakceptowania”, „Niedopuszczalne jest, aby…”, „Szczególnie rażący jest fakt…”, „Prezydium domaga się uchylenia…”. Podpisano: Piotr Duda – przewodniczący, Ewa Zydorek – sekretarz.

W przypadku „tarczy 3” było blisko demonstracji antyrządowej, ale wtedy PiS się wycofał z najbardziej szokujących zapisów. Co do „tarczy 4”, na razie się nie wycofuje.

Może się wycofa? Oby. Ale nawet gdyby tak było, to uporczywe umieszczanie wrzutek odbierających kolejne prawa pracownicze wydaje się rozpoznawaniem bojem. Jakby Morawiecki liczył na to, że „może nie zauważą i tym razem się uda”.

W swoim lewackim serduszku interpretuję to tak, ze dla rządu Morawieckiego pandemia jest tym, czym dla rządu Tuska był kryzys finansowy z 2007. Okazją do przeforsowania rozwiązań, za sprawą których bogaci staną się bogatsi, a cała reszta zbiednieje.

Wygląda na to, że PiS już się wycofał z deklaracji sprzed 5 lat, że „wystarczy nie kraść, a na wszystko wystarczy”. Teraz już ciagle słyszymy, że na takie czy siakie rozwiązania socjalne brakuje pieniędzy – a z projektu „Tarczy 4” wreszcie się dowiedzieliśmy, kto za to wszystko zapłaci. Otóż będą to pracownicy sfery budżetowej.

Dwa miliardy rocznie dla TVPiS oczywiście się znajdą. Pieniądze na dworki Glapińskiego też. Pieniądze na kupienie przyłbic z kolosalną marżą od żony instruktora narciarskiego pana ministra, która sama je kupiła od handlarza oscypków, podobnie jak pieniądze na przepłacone respiratory od kolegi pana ministra, itd.

No na coś w końcu jednak musiało zabraknąć. Traf chciał, że zabraknie na pensje dla około miliona pracowników budżetówki. To oni mają ponosić wyrzeczenia, bo przecież nie bracia Sz. i zaprzyjaźnieni z nimi biznesmeni.

I nie róbcie sobie złudzeń, że „tarcze” przynoszą rozwiązania tymczasowe. Wyrzeczenia, które nam zafundował Tusk 12 lat temu, też w większości zostały na stałe.

Na pytanie „co ja bym zrobił na miejscu rządu”, odpowiem po pierwsze odsyłając do kontrpropozycji przedstawionych przez różne związki zawodowe (nie tylko „Solidarność”). Po drugie, w skrócie: stawiałbym na większą podmiotowość pracowników.

Część może chcieć gwarancji stabilności w zamian za mniejsze wypłaty. Część wolałaby stracić pracę, zgarnąć odprawę i poszukać szczęścia gdzie indziej.

Obecne „tarcze” nie dają ani jednego, ani drugiego. A już cięcia w budżetówce uważam za skandaliczny absurd.

Przecież pandemia przyniosła urzędom więcej spraw do załatwienia, służbie zdrowia więcej pacjentów, edukacji więcej problemów itd. Ostatnie czego teraz potrzebujemy, to wkurzeni i zdemotywowani urzędnicy, nauczyciele, pielęgniarze itd.

Oszczędności w sferze budżetowej trzeba szukać gdzie indziej. Np. w tych dwóch miliardach rocznie, które podarował TVPiS swym hojnym długopisem nasz kochany pan narciarz, w zamian za chwilową iluzję „siły, sprawczości i machtu”.

Starcza na telewizję? To powinno wystarczyć też na podwyżki dla budżetówki.

Nie wykluczam, że gdyby samodzielnie rządziła Platforma, forsowałaby jeszcze bardziej antypracownicze ustawy. Duch prof. prof. Rzońcy i Balcerowicza wiecznie żywy.

Nie ma jednak nawet cienia takiej możliwości. Jedyny w miarę realistyczny scenariusz na odsunięcie od władzy PiS to szeroka koalicja Antypisu: PO-Lewica-PSL.

Jak pokazała niedawna „poprawka antyprezesowska”, Razem jest w stanie narzucać rozwiązania programowe Lewicy. Duchy profesorów Rz. i B. siedziałyby więc w krypcie, gdzie ich miejsce.

Oby przed wyborami dotarło to do zmuszanych do wyrzeczeń pracowników wszelkich branż.

Czy Miedzymorze ma sens?

A ja znów na temat „Hearts of Iron 4”. Jeszcze na stare lata zostanę letsplejerem!

W czasach młodości nie miałem problemu z graniem w roli Hitlera czy Stalina. Tysiąc książek o Gułagu i Holokauście później już nie umiem.

Zapewne mało kto zasiada do tej gry z moją motywacją: zminimalizować ludobójstwo. Prawdziwym graczom, jak Roosevelt czy Churchill, to też przecież zwisało.

O ile gramy z opcją „historyczne fokusy”, to kluczem do minimalizacji jest Polska. Zastąpienie Hitlera i Stalina ekwiwalentami typu Hugenberg czy Trocki przecież nic nie zmieni (change my mind).

Dlatego obsesyjnie gram Polską. Ale co Polska może?

Nim przejdę do odpowiedzi, zaznaczam: opisuję wersje od 1.8 do 1.9.2, z wszystkimi DLC (zaczynałem bez MTG i LR). Wszystkie porady, jakie mi się udało wyguglać, dotyczą niestety wersji sprzed lat.

A więc, opcja zerowa: Rzeczpospolita Pokojowa. Niemcy żądają Gdańska (w tej grze to de facto Pomorze). Oddajemy, granica się cofa do tej sprzed 1466.

Zaraz potem Stalin żąda Wilna i Lwowa. Oddajemy? Zostaje kikut, otoczony przez totalitaryzmy. Nie ma sensu z tym grać.

Walczymy? Nie do wygrania. A w dodatku zachodni alianci, już zmasakrowani przez Hitlera (który ruszył na nich wcześniej), wypowiadają wojnę także Stalinowi.

Scenariusz „oba totalitaryzmy kontra alianci” to dopiero koszmar. Państwa Osi do 1941 zajmują cały basen Morza Śródziemnego, a Stalin podbija Indie. Wyobrażacie sobie te rzezie? I flagę ze swastyką nad Jerozolimą?

Z „HOI4” wynika, że nasi przodkowie, kosztem straszliwych cierpień wojny i okupacji, uratowali zachodnich aliantów przez strasznym losem. I dostali Jałtę w nagrodę.

Co więcej, gdy Polska np. grozi Niemcom wojną w 1938, zachodni alianci jej nie lubią za podnoszenie napięcia. I do końca tego nie wybaczają, nawet w 1945 będziemy u nich -80 do za podnoszenie napięcia (a przecież je podnosiłem, żeby im uratować biodra!).

Kolejna opcja: Poland stronk. Najwcześniej jak się da (wiosna 1938) najeżdżam Litwę. Na Kowno!

To daje (w tej grze) możliwość odtworzenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów eventem. To z kolei daje tzw. core’y na granice z 1772, więc z rozpędu najeżdżam też Łotwę.

Jako dziennikarz sanacyjnej prasy uzasadniałbym to tym, że to Litwa nie chciała podpisać traktatu pokojowego z Polską. Nie chcieliście pokoju, no to macie defiladę ułanów w Kownie.

Najechania na Łotwę nie umiałbym uzasadnić. Po prostu starałbym się przemilczeć w nadziei, że ludzie może nie zauważą, przecież te kraje i tak się wszystkim zajączkują.

Gra daje margines, pozwalający najechać jeszcze kogoś. Gdy Węgrzy odrzucają traktat z Trianon (jesień 1938), najeżdżam na nich.

O ile wierzyć HOI4, Węgrzy wtedy blefowali. Wypowiadali wojnę Europie (tak bym to uzasadniał jako sanacyjny dziennikarz) mając jeszcze słabszą armię niż Polska. Walcuję ich w tydzień.

Na razie mam wrażenie, że cokolwiek zrobimy do jesieni 1939, Polska i tak nie ma szans na starcie z Niemcami. Monachium nas załatwiło na perłowo.

W wersji 1.8 Czechosłowacja czasem stawiała opór, o ile Polska równocześnie groziła Niemcom wojną – teraz już działania Polski nie mają znaczenia. Nie można nawet odmówić przyjęcia Zaolzia!

Gdańsk trzeba oddać, ale o ile zajęliśmy Litwę i Łotwę, mamy nawet lepszy dostęp do morza (Kłajpeda jest polska!). Ale co dalej?
Stalin tak czy siak uderzy w 1940. Albo wiosną od razu na Polskę, albo latem, po uprzednim „pokojowym” zajęciu Karelii i Besarabii. W tym drugim scenariuszu polskie granice są jeszcze trudniejsze do obrony.

We wszystkich grach jak dotąd lata 1938-1940 poświęcałem na budowę linii Maginockiego na Wschodzie. Polska po odpaleniu stosownych fokusów może ją budować dość szybko, acz pozostaje pytanie, czy nie lepiej jednak wtedy budować fabryk.

Nie wiem, ale kiedy wiosną 1940 ruszają na nas bolszewickie hordy, naprawdę utrzymanie frontu jest na styk. Bez tych bunkrów by chyba runął, a tak, Sowieci tracą miliony w pierwszych miesiącach, a Polska jakieś parę tysięcy.

Ale co potem? Czasem udaje mi się ruszyć do kontrataku, ale on też mi zawsze grzęznął ok. 1943 (choć raz nawet zająłem Leningrad!). Armia Czerwona w 1944 jest już nie do pokonania, a już na pewno nie przez osamotnioną Polskę.

A może nie musi być samotna? Kolejne wersje dały możliwość stworzenia sojuszu „Międzymorze”. Jak dotąd udało mi się do niego wciągnać kraje od Finlandii po Jugosławię, Bułgarię i Grecję (raz też mi weszła Turcja, ale to wymagało wojny polsko-rumuńskiej).

Polityka w świecie HOI4 jest zawężona do 4 ideologii: faszyzm, komunizm, demokracja i „niezaangażowanie” (non-aligned). Do tej kategorii wpadają autorytaryzmy w stylu sanacji, ale także Finlandia (co wydaje mi się niesprawiedliwe: przecież gdyby była dyktaturą, to socjalista Atos Wirtanen, pierwowzór Włóczykija z „Muminków”, nie mógłby być posłem!).

Mechanika HOI4 utrudnia, a czasem sztucznie uniemożliwia, tworzenie sojuszy między krajami o różnej ideologii. Czechosłowacja jest demokratyczna, więc sojusz czesko-polski jest tu blokowany z automatu.

Kraje „non aligned” przypominają Syldawię z Tintina. W odróżnieniu od totalitarnej Bordurii, Syldawia wydaje się sympatyczna, ale to jednak też dyktatura. Dlatego może upaść od utraty jednego artefaktu, tytułowego „berła króla Otokara”.

Historycznie podobnie wygladały te operetkowe bałkańskie monarchie, budujące swój tytuł do władzy na wydumanej ciągłości z Średniowieczem. Skończyły najpierw pod butem Hitlera, potem Stalina.

Podobnie kończy Międzymorze. Cokolwiek zrobimy, Rumunia i tak w 1940 zdradzi ten sojusz i dołączy do Osi (ma taki fokus). A potem razem z Osią najedzie na Jugosławię, Bułgarię i ew. Grecję.

Te wezwą inne kraje sojuszu na pomoc. Ja muszę odmówić, bo mam niemożliwą do obrony grancę z państwami Osi. Z tego samego powodu Estonia, Finlandia i Rumunia odmawiają w 1940 przyłączenia się do Polski w wojnie z ZSRR.

Jugosławia, Bułgaria i Grecja zgadzają się jednak w 1940 wypowiedzieć wojnę ZSRR, dwa pierwsze państwa nawet przysyłają do Polski kilka dywizji. Ponieważ jesteśmy razem w stanie wojny, mogę wysłać SWOJE dywizje na pomoc krajom bałkańskim – w ten sposób polscy żołnierze walczą z niemieckimi, bez formalnej wojny polsko-niemieckiej.

Najpierw wydawało mi się to bez sensu, ale w Barbarossie hiszpańscy żołnierze walczyli z radzieckimi, bez formalnej wojny Hiszpanii z ZSRR. Polskie dywizje górskie w Grecji mogą wydłużyć tę wojnę o dobre parę miesięcy – tym bardziej, że równocześnie na pomoc Grekom ruszają Anglicy.

Niestety, im lepiej bałkańskim Syldawiom idzie w 1940, tym straszniejsze są warunki porażki. W ostatniej grze Bałkany podzieliły między siebie Włochy i faszystowska Wielka Rumunia (paradoksalnie, gdy im idzie gorzej, zostają czasem kikuty w rodzaju Chorwacji, przez co Międzymorze nadal jest między morzami).

To w tym scenariuszu, gdy Wielka Rumunia miała lądową granicę z Turcją, Turcja zgodziła się wejść do Międzymorza. Ale ogólnie to nie był dobry scenariusz dla kogokolwiek.

Najgorsze, że Finlandia wychodzi z tego w stanie wojny z Niemcami. Która w latach 1940-1944 oznacza tylko zatapianie na Bałtyku statków z fińską flagą, ale Niemcy im w 1945 w końcu robią desant.

O ile dotąd nie byli w stanie wojny z ZSRR, to zaraz będą. Ogólnie po 1941 wchodzą w tę wojnę jak tylko mają jakąkolwiek lądową granicę, choćby w Kłajpedzie. Nie jest to dobry scenariusz dla kogoś, kto chciał minimalizować ludobójstwo.

Nie wiem, co robić z Międzymorzem. Może jak wyślę do Grecji więcej dywizji, to ją uratuję?

Może powiniem profilaktycznie powywalać kraje bałkańskie? Ale jak bym to uzasadnił jako sanacyjny dziennikarz? „Po bliższym zbadaniu okazało się, że jednak nie lubimy Greków”?

Albo w ogóle nie robić tego cholernego Międzymorza, tylko polegać na serii odrębnych sojuszy i gwarancji? Ten sojusz daje w sumie niewiele – najbardziej zależy mi na dostępie do lotniska w Tampere, z którego moje bombowce morskie PZL Foka pod eskortą ciężkich myśliwców PZL Wilk anihilują radziecką flotę na Bałtyku do 1942.

Tylko jeden sposób, by się przekonać: znów zagrać. Będę tradycyjnie wdzięczny PT komcionautom za ich doświadczenia lub namiary na porady w sieci.

Tylko sami wiecie, jak to jest z grami Paradoksu. Porady ważne dla 1.9.1 mogą się zrobić nieważne w 1.9.2.

Drodzy pisowcy (2020)…

Dawno się na blogu nie zwracałem do pisowców, bo teraz to nie ma sensu. Oni lubią przychodzić na opozycyjne blogi czy fora, gdy mają uczucie wygranej – ale nie potrafią bronić swojej sprawy, gdy ta przegrywa.

Tak samo było za poprzedniego PiS. Próbowali mi tu robić wjazdy w 2006, odpuścili sobie po upadku Żelaznego Kanclerza.
Teraz też u nich, z tego co widzę, panika i zamieszanie. Ale ponieważ tak mnie jakoś poniosło, że zwrociłem się do nich w swoim ostatnim „piąteczku”, zrobię to znów na blogu.

Otoż, Pisowcy drodzy i szanowni. Wasi wybrańcy mają was za kretynów. Nie nas – was.

Was – bo oczekują, że będziecie wierzyć w ich wersję wydarzeń. Na przykład panu ministrowi, gdy ten mówi, że gdyby nie nowe przypadki wzrostu zachorowań, to mielibyśmy spadek zachorowań. Teza w zasadzie prawdziwa, a przecież wielce durnowata (dla kogoś kumatego).

Do idiotów kierowane są też tłumaczenia w sprawie biznesów rodziny Sz. Fakty, ustalone już przez funkcjonariuszy obecnego reżimu są takie, że w NCBiR dochodziło do nieprawidłowości, które skutkowały m.in. dokonanymi w 2016 aresztowaniami.

Marcin Sz. brat pana ministra i Anna Sz., żona pana minsistra, pobierali wielomilionowe granty od NCBiR. W komisji przyznającej te granty zasiadał pan Marek Orłowski, kolega brata pana ministra.

Kontrolerzy obecnej władzy napisali: „Eksperci Pan Marcin Szumowski i Pan Marek Orłowski oceniali sobie wnioski nawzajem” (…) „Z przedstawionej korespondencji jednoznacznie wynika, że łączące [ich] stosunki osobiste były tego rodzaju, że mogły budzić wątpliwość co do ich bezstronnośc”. Zdaniem kontrolerów był to „najbardziej skrajny przykład braku unikania konfliktu interesów”.

Brat pana ministra odpowiada tymczasem, że nigdy nie był „jednocześnie oceniającym i ocenianym”. OK, niech będzie, że nie był. Ale kto nie jest idiotą, ten zauważy, że nie tego dotyczy zarzut!

Kto nie jest idiotą, ten nie da się też nabrać na tłumaczenia braci Sz., ilekroć są przyłapywani na dealu z jakąś szemraną postacią. „To nas oszukano, to my jesteśmy poszkodowani”.

Droga familio Sz.: skoro macie takiego pecha do współpracowików, to może nie powinniście wchodzić do biznesu, a zwłaszcza do polityki? A moze w ogóle nie powinniście – bo nikt nie powinien! – łączyć biznesu z polityką?

Idiota też tylko przyjmie za dobrą monetę tłumaczenia panów Sz., że kupili te lewe maseczki od swego instruktora narciarskiego, bo „był 16 marca, początek pandemii, wszyscy się prześcigali w zakupach”. Początek pandemii był dużo wcześniej.

Se można sprawdzić tajmlajna w wikipedii. WHO pierwsze ostrzeżenia formułowało zaraz po nowym roku. Do końca stycznia pierwsze zachorowania były już w Rosji, w USA, w Szwecji, we Francji. Zaczęto zamykać pierwsze granice.

Krótko mówiąc, już w styczniu było wiadomo, że będzie źle i że trzeba zacząć kupować sprzęt ochronny. Co robił w styczniu pan minister? Zjeżdżał na nartach z panem prezydentem i swoim instruktorem (choć kłamał, że nie miał z nim kontaktu od lat).

Tylko kretyn nie zada w tej sytuacji pytania: czemuż ach czemuż pan minister nie mógł zrezygnować z tych nart i zabrać się za zakupy już w styczniu. Albo chociaż lutym…

A skoro mowa o nartach: tylko idiota zaakceptuje oficjalną wersję tego, co się dzieje obecnie z panem prezydentem. W marcu z wielką pompą podpisał ustawę o przekazaniu 2 mld rocznie na propagandę (tak wiem, oficjalna wersja, że nie na propagandę, tylko na ośrodki regionalne – głupek w nią uwierzy, bo głupek nie umie sam sprawdzić proporcji wydatków), pod warunkiem usunięcia prezesa Kurskiego.

Pochlebcy i włazipupcy zapiewali wtedy, jak to pan prezydent odniósł wielki sukces, pokazał siłę, sprawczość i „macht”. A teraz prezes Kurski wraca, podobno na prośbę pana prezydenta, który przez te dwa miesiące machtania i sprawczania stracił 20 punktów procentowych.

No przecież tylko idiota nie widzi, że to kompromitacja pana prezydenta. Potwierdził tym wszystkie stereotypy o swoim nieudacznictwie, wyrażane dowcipem o depilacji (który jest tak niesmaczny i wulgarny, że zabraniam przytaczania go w komentarzach!).

A sytuacja w Polskim Radiu? Wyborco PiS, oni po tobie oczekują, że uwierzysz w taką wersję, że piosenka Kazika według regulaminu w ogóle nie powinna być notowana na liście, a poza tym powinna być na czwartym miejscu, a pan dyrektor wprawdzie wysłał SMS w sprawie piosenki. Ale innej.

Oni wiedzą, że nikt inteligentny w to nie uwierzy. No ale nie kierują tej ściemy do nas…

W poszukiwaniu źródeł


Czeka nas rok mikroturystyki. No trudno, pogodzę się, uprawiałem mikroturystykę, zanim się pojawiło takie określenie.

W czasach studenckich uwielbiałem wędrówki rowerem po Warszawie i okolicach. Proponuję mieszkańcom stolycy Wyprawę Na Poszukiwanie Źródeł Potoku Służewieckiego.

Gdzie on ma źródła, można oczywiście se sprawdzić w wikipedii. A jednak skoro podróżnicy mogą się kłócić o źródła Amazonki, my możemy podważyć oficjalne ustalenia w kwestii Potoku Służewieckiego.

Decyzję oddajmy ostatecznej instancji: dziecku, w towarzystwie którego zrobimy tę wyprawę. Jakieś z nami przecież będzie, albo realne, albo tzw. wewnętrzne.

Wyprawa zajmie parę godzin rowerzyście i dobry dzień piechurowi. Prawdziwy hardkorowiec może na Beara Gryllsa maszerować dnem (nigdzie nie będzie powyżej kolan). Obejrzy w ten sposób kilka mostów od spodu, acz w niektórych miejscach zatrzymają go kraty.

Kilkaset lat temu Potok Służewiecki wypływał ze szczęśliwickich mokradeł i meandrował przez kilkanaście kilometrów, by wpaść do rzeki Jeziorki. W tym miejscu Jan III Sobieski walnął sobie letnią rezydencję, tu więc zaczynamy wyprawę.

Samo ujście jest na terenie zespołu parkowo-pałacowego, wstęp biletowany. Ogólnie polecam (honorują Kartę Dużej Rodziny!), ale jak już tu wleziemy, to pół dnia mamy z głowy.

Rozważmy rozwiązanie alternatywne: popatrzymy na ujście z przeciwnego brzegu Jeziora Wilanowskiego. Mamy tu trochę dziki, ale darmowy i legalny parking.

Dzikość wynika z tego, że to tak naprawdę zaniedbana droga do dawnego parku Morysin, który Stanisław Kostka Potocki urządził dla swego ukochanego wnuka Maurycego (Morysia). Park zniszczono podczas wojny, a za komuny nigdy nie było środków na odbudowę.

Gdy tu byłem po raz pierwszy, były to po prostu niezabezpieczone ruiny. Park nie będzie nigdy odbudowany, jest obecnie rezerwatem przyrody. Jak ktoś nigdy nie był, gorąco polecam. I kolejne pół dnia z głowy.

Udajemy się na ulicę S.K. Potockiego i stajemy na moście nad potokiem. Zawsze mnie intrygowało, ile Warszawa ma mostów – łatwo policzyć te wiślane, ale co z tymi nad różnymi Wilanówkami i Jeziorkami? Tracę rachubę nad samym Potokiem Służewieckim…

Z mostu idziemy w miarę wzdłuż Potoku, do przejścia dla pieszych przez Wiertniczą. Tu przechodzimy romantycznym mostem z kłódkami zakochanych i wędrujemy ulicą Wilanowską.

Biegnie prosto jak przy linijcie, bo to dawny tor kolei grójecko-wilanowskiej. Na Potockiego minęliśmy jej wilanowski dworzec, czynny do 1971.

Z lewej mamy Lemingrad, z prawej Zatokę Czerwonych Świń (czyli osiedle, na którym na początku III RP uwłaszczali się prominenci). W zależności od orientacji politycznej, złorzeczymy przechodniom po jednej lub drugiej stronie ulicy.

Przekraczamy Aleję Rzeczypospolitej (ulicę, której jeszcze 10 lat temu w ogóle nie było). Potok odbija tutaj w krzaczory.

Wytrawny eksplorator zauważy wał ziemny, którym odcięto dzikie połączenie Arbuzowej z Wilanowską. Odwiecznym problemem tej części stolycy jest brak dobrego połączenia Ursynowa z Wilanowem, pozwalającego ominąć permanentny korek w Dolinie Służewieckiej – kierowcy rozjeżdżają więc dzikie drogi.

Zawsze mnie śmieszyło pytanie „po co SUV w mieście”. W mieście takim jak Warszawa choćby żeby pojechać kultowym, nieistniejącym już „skrótem za stajnią” (pozdro dla kumatych!).

Mijamy znak drogowy A-27, który w dzieciństwie był moim ulubionym. Przedstawia samochód robiący „aaaa, chlups”. Nie wiem, czy taki znak stoi jeszcze gdzieś w Warszawie.

Arbuzowa kiedyś służyła dojazdowi do działek rekreacyjnych po drugiej stonie potoku. Po tych czasach zostały bieda-mosty, prowadzące do nich.

Mijamy posąg Katarzyny Aleksandryjskiej, świętej, która mnie ostatnio prześladuje. Jej kult był popularny w kręgach akademickim w późnym średniowieczu, a ja ostatnio dużo czytam o tej epoce.

Ten posąg jest współczesny, ufundowała go pobliska parafia w 2012. Podczas naszej wyprawy spotkamy jednak dużo przydrożnych krzyży i kapliczek, bo drogi biegły wzdłuż potoku na długo przed tym, niż dotarła tu Warszawa.

Potok nagle skręca w prawo i odtąd wędrujemy nieutwardzoną drogą, szumnie zwaną „ulicą Przy Grobli”. Z prawej mamy apartamentowcowisko, z lewej potok, a za nim dzikie chaszcze. Możemy tu strzelić selfika wyglądającego, jakbyśmy wyjechali daleko poza miasto.

Docieramy do styku Wilanowskiej z Doliną Służewiecką. Podziwiamy koszmar współczesnej architektury z wyjątkowo paskudną kolumnadą (wtf?).

Przechodzimy na światłach na drugą stronę Doliny. Każdy Warszawiak i znaczna część Polaków stała tu kiedyś w korku – wędrujemy wzdłuż międzynarodowej drogi E30, Cork-Omsk. W te wakacje być może będzie to dla nas jedyna namiastka wędrowania dalekimi szlakami.

Teraz zobaczymy Dolinę Służewiecką inną niż zwykle. W czasach mojej młodości było tu trochę straszniasto – Warszawa późnego PRL była miastem pustym i groźnym, wygwizdowy towarzyszące lecorbusierowskim koszmarkom, cieszyły się ponurą sławą „strefy wpierdolu”.

Zapuszczałem się tu rowerem i pamiętam przede wszystkim pustkę. Teraz zwykle są tu tłumy spacerowiczów, rolkarzy, rowerzystów itd., niestety została architektura podporządkowana samochodom.

Na wizualizacjach „Warszawy przyszłości” z tamtej epoki w ogóle nie ma pieszych. Przez Dolinę Służewiecką i Rzymowskiego, ulice wybudowane w latach 70. jako nowoczesne przelotówki, trudno więc do dzisiaj przejść czy przejechać rowerem.

Zwracamy uwagę na posąg Jana Nepomucena, ufundowany w 1864 na pamiątkę wsparcia Powstania Styczniowego przez mieszkańców wsi Służew (w Polsce, a już zwłaszcza w Warszawie, te krzyże i kapliczki często są pamiątką naszej strasznej historii).

Most, którym Puławska biegnie nad Potokiem, za komuny był miejscem paskudnym i cuchnącym. Teraz przejedziemy/przejdziemy pod nim eleganckim szlakiem jak na Zachodzie.

Jesteśmy nad stawem Służewiec. Ani Google Maps, ani Apple Maps jeszcze o nim nie wiedzą – pokazują błędnie zygzakowaty przebieg potoku. Moje miasto zmienia się za szybko dla tych korporacji, co zresztą napawa mnie dumą.

Jeśli ktoś szedł pieszo i zaliczał wszystkie punkty wycieczki, może już zakończyć wyprawę na dziś. Jesteśmy przy pętli tramwajowej, dookoła są restauracje i hotele, a także Orlen, McDonald’s i Żabka, więc znajdziemy przynajmniej hotdoga i kawę.

Kto ma kalosze, ten prawdopodobnie da radę przejść wzdłuż Potoku pod ulicą Rzymowskiego. Reszcie z nas pozostają dość odległe i niezbyt przyjazne przejścia przez drogowy precel na skrzyżowaniu.

Przebijamy się do ulicy Modzelewskiego. Ta ulica sama w sobie jest fenomenem, proponuję kiedyś przespacerować przez całą jej długość! Nas interesuje jej południowy kikut, biegnący najbliżej Potoku.

Po charakterystycznym zapachu czujemy, że się zbliżamy do stajni. Jesteśmy obok Wyścigów. Poza samym torem mieści się tu klub sportowy, a także warsztaty samochodowe i Różne Dziwne Budy.

Czas się tu zatrzymał. Przed pandemią wstęp był w miarę swobodny i można było podziwiać sztuczny staw (piękne miejsce!). Ostatnio gdy sprawdzałem, było jednak „zamknięte do odwołania z powodu pandemii”.

Tak czy siak czeka nas wędrówka wokół muru Wyścigów, bo nie ma drogi wzdłuż potoku (chyba że da się w kaloszach). No i mamy teraz dwie opcje do wyboru, obie są pretekstem do wspaniałego spaceru.

Oficjalna geografia kieruje nas w stronę lotniska. Potok płynie przez tereny centrum logistycznego Poczty Polskiej i dziewiętnastowiecznej rezydencji hrabiego Skarbka, postaci skądinąd fascynującej, mistrz Rosiński poświęcił jej komiks.

Kiedyś była to idylliczna podwarszawska posiadłość. Lotnisko sprawiło, że nikt tu by i tak nie chciał mieszkać, wszystko jest więc zamkniętą na łańcuch ruiną.

Nie namawiam do łamania prawa, ale entuzjastom urbexu zwracam uwagę: to chyba najbardziej tajemniczy park w Warszawie. Zabytkowy, zapuszczony i niedostępny!

Na ulicy Łączyny podziwiamy kolejną niesamowitą kapliczkę i poruszamy się równolegle do niedostępnego na legalu Potoku ulicą Wyczółki. Kto idzie korytem Potoku w kaloszach, niech weźmie pod rozwagę, że za chwilę będzie szedł wzdłuż ogrodzenia aresztu na Kłobuckiej. Mam nadzieję, że nie pilnują go snajperzy?

Na Kłobuckiej droga się urywa. Przed nami linia kolejowa i trasa szybkiego ruchu. W kaloszach błyskawicznie przejdziemy na drugą stronę mostu, ale rowerzyście pozostaje cofnięcie się do ulicy Poleczki i przejechanie wiaduktem na ekspresówką.

Kiedyś wszystko tu było dzikie i zapuszczone, teraz wzdłuż płotu lotniska biegnie elegancka ścieżka rowerowa. Dojeżdżamy nią do miejsca, którym Potok wypływa z rury tak szerokiej, że w kaloszach spokojnie można by iść dalej – ale drogę zagradza krata ze świeżą kłódką.

Rury biegną aż do ogrodów działkowych po drugiej stronie lotniska. Sto lat temu Potok wypływał z dzisiejszych Szczęśliwic, ale jeśli źródło zdefiniujemy jako miejsce, w którym ciek wodny wypływa na powierzchnię – to przy nim stoimy.

Odcinek od stawu Wyścigi był dość krótki. Proponuję więc rewolucję geograficzną: uznajmy go za nędzny boczny dopływ, nazwijmy go Kanałem Lotniskowym (bo taką dziś pełni rolę), a za główny nurt Potoku uznajmy ciek, który geografia nazywa dziś Kanałem Grabowskim.

Przepływa pod ulicą Poleczki, do której się cofamy. Całkiem niedawno krajobraz tutaj był po prostu dziki i rolniczy, od kiedy jednak Poleczki przebito do lotniska, wyrosły tu biura, centra logistyczne i hotele.

Nie ma łatwego dostępu do brzegu kanału/potoku. Posuwamy się ulicami Poloneza albo Hołubcową. Obie krajobrazowo są dość niesamowite, bo dzicz łączy się tu z nowymi inwestycjami.

Z tej czy tamtej strony docieramy w końcu do Jeziora Grabowskiego. Tutaj nic się nie zmieniło – dalej jest dziko. Bez trudu zrobimy tu sobie selfika w szuwarach, którym oszukamy znajomych, że pojechaliśmy na Mazury.

Kanał Grabowski odbija prostą krechą na wschód, w stronę Puławskiej. Za chwilę znów zniknie za ogrodzeniem luksusowego apartamentowcowiska.

Nim do niej dotrze, zatrzymajmy się przy ulicy Tanecznej. Tędy biegła pierwotna szosa puławska – obecna ulica idzie po nasypie dawnej linii kolejowej.

Przy szosie puławskiej jacyś Piotr i Katarzyna Łagowscy (nic o nich nie wiem) ufundowali w 1883 krzyż przydrożny, o czym możemy przeczytać na postumencie.

Jesteśmy blisko źródeł Kanału Grabowskiego, który tu wypływa rurą z nasypu Puławskiej. Na starych mapach widać, że nim go wpuszczono w rurę, meandrował sobie po Kabatach.

Zasilają go rowy melioracyjne sięgające drugiej strony obwodnicy, ale pomijam je przy tej wyprawie, bo woda w nich jest okresowo. W Kanale Grabowskim była nawet u szczytu tegorocznej suszy.

To koniec ekspedycji. Tuż obok mamy przystanek 239, który zabierze nas do metra. Rzut beretem na Puławskiej mamy hotel Platinum Residence plus kilka knajp.

Jeśli wakacje w 2020 mają polegać na mikroturystyce, proponuję zacząć od gruntownego zwiedzenia własnego miasta. Nie wiem jak gdzie indziej, ale w Warszawie naprawdę są jeziora, góry, lasy, a nawet bagno (rezerwat Zakole Wawerskie). Nie trzeba nigdzie jechać!

Now Playing (179)

Do dobrych wiadomości podchodzę z dużą ostrożnością, ale wygląda na to, że wróciłem z „Piąteczkiem” na dobre. Tzn. na tyle, na ile w Dzisiejszych Czasach da się coś planować – horyzont miesięczny to już dalekie science-fiction.

W ostatnim spróbowałem znów wystąpić w roli didżeja-amatora. Nie mogę wprawdzie załączyć muzyki w samym podkaście, ale poleciłem pewną piosenkę – w załączniku powyżej.

W latach dwudziestych napisał ją Irving Berlin dla musicalu „Betsy”. Moje ulubione wykonanie to wykonanie Franka Sinatry w wersji unieśmiertelnionej edycją na płytach z serii V-Disc.

Te płyty to coś, co bym kolekcjonował, gdybym był ekscentrycznym milionerem. Nie jestem, więc mam tylko dwie pirackie składanki-reedycje, kupione w Neapolu od ulicznego sprzedawcy (zatytułowane „Gli anni d’oro della musica Americana”).

Wuj Sam wydawał te płyty w latach 1942-1949 dla podniesienia morale żołnierzy. Podniesienie morale to coś, czego dzisiaj wszyscy potrzebujemy, rekomenduję więc PT blogobywalcom miły wieczór na przeglądanie zasobów V-Disków na jutubie.

Ponieważ ogólna idea była taka, że to pospolite ruszenie ludzi dobrej woli, kwestia praw autorskich pozostawała nieuregulowana. Warunek od początku jednak był taki, że po wojnie płyty zostaną zniszczone, wraz z matrycami do ich tłoczenia.

Kiedy w 1949 rozesłano rozkaz niszczenia płyt, ludzie wykonywali go ze zrozumiałą powściągliwością – mimo że za niewykonanie groziły surowe kary. Krąży legenda o facecie w Los Angeles, który za nielegalne posiadanie V-Disków poszedł do więzienia (jestem sceptyczny co do jej prawdziwości, bo nigdzie nie znalazłem jego nazwiska).

Rozkaz to rozkaz, większość więc jednak zniszczono. Ocalały te, które były w 1949 na terenie Włoch – po prostu pewnego dnia nagle zniknęły („nie mam pojęcia co się stało, panie sierżancie, jeszcze wczoraj tu były!”). Na ich podstawie robiono potem pirackie reedycje takie jak te w mojej kolekcji.

Ocalały też te, które przez ambasadę albo YMCA trafiły do Polski. I udało się je ukryć przed nadgorliwymi zetempowcami w okresie jazzu katakumbowego.

Jakim paradoksem są płyty, które komuniści chcieli niszczyć w imię komunizmu, a kapitaliści w imię kapitalizmu! Choćby z tego powodu warto się nimi zainteresować.

Zawartość była zróżnicowana jak ówczesny szołbiznes. Komicy nagrywali skecze, muzycy piosenki. Często artyści dodawali parę słów od siebie, z osobistym pozdrowieniem dla żołnierzy na froncie – kapitan Glen Miller zawsze przy tym przedstawiał się ze swoim stopniem.

„V” w nazwie projektu oznaczało „victory”, ale facet, który to wymyślił, nazywał się Vincent i lubił się przechwalać, że to od jego nazwiska. Jest jeszcze trzecie znaczenie: była to pierwsza masowa edycja płyt winylowych.

Szelak, z którego tłoczono przedwojenne płyty, to surowiec pochodzenia naturalnego, produkowany wyłącznie w azjatyckich koloniach imperium brytyjskiego. Wojna zmusiła wszystkich do szukania Ersatzu – poli(chlorek winylu) okazał się znakomitym zamiennikiem.

Używano go w niszowych zastosowaniach już przed 1941, ale dopiero wojna sprawiła, że prawie każdy Amerykanin miał jakąś styczność z V-Diskami i mógł się upewnić, że grają nie gorzej od płyt szelakowych. To nadal były płyty odtwarzane na 78 rpm, ale dzięki nim zaraz po wojnie przemysł zrobił następny logiczny krok, w postaci mikrorowka i longplaya.

Dla mnie osobiście najciekawsze są V-diski z ówczesnym jazzem. Już przyznawałem się na tym blogu do fascynacji Sinatrą i tak ogólnie Tamtą Ameryką.

Zastanawiamy się dziś, jaki będzie świat po pandemii. Ludzie zadawali sobie też to pytanie podczas drugiej wojny światowej i po stronie alianckiej zwykle brzmiała: bardziej sprawiedliwy, równościowy, nie bazujący na wyzysku.

Akowskie marzenia o Polsce ludowej przekreślili komuniści, którzy ukradli rządowi londyńskiemu to hasło. Na Zachodzie częściowo jednak udało się je zrealizować – to stąd te słynne 95% podatki.

W roku 1960 bogacze wywierali presję, żeby od nich już odejść. Taka była pierwotna idea stojąca za filmem sensacyjnym „Ocean’s 11”.

Współczesny remake z Clooneyem i Pittem pomija pierwotne, polityczne przesłanie filmu z Sinatrą, Martinem i Sammy Davisem. Że powiązani z mafią bogacze znów ukradli Amerykę fajnym facetom takim, jak Danny Ocean. Ale skoro dali radę Hitlerowi, to dadzą i skorumpowanym miliarderom.

Jak pokazała historia – nie dali. Może nam się uda? Zbierając siły do szturmu, słuchajmy V-Disków.

W służbie Radziwiłła

Czytelnicy niniejszego bloga z zaciekawieniem powinni też przeczytać książkę Grzegorza Rzeczkowskiego „Katastrofa posmoleńska. Kto rozbił Polskę”. Mówię to z taką pewnością, z jaką automat Netflixa rekomenduje „Ozark” fanom „Breaking Bad”.

Główną tezę Rzeczkowskiego podsumuję następująco: od pierwszych minut po katastrofie Rosja rozpoczęła z Polską wojnę psychologiczną, polegającą na celowym podrzucaniu takich plotek dla destabilizacji. Rosjanie wiedzieli, że jest w Polsce spora grupa, która uwierzy w dowolną bzdurę, która stawiałaby w złym świetle Kaczyńskiego – i porównywalnie duża, która uwierzy w każdą bzdurę o Tusku.

Te obozy nazywane są skrótowo „moherami” i „lemingami”. Niektórzy protestują przeciwko takim skrótom, bo nikt się nie czuje stuprocentowym lemingiem ani stuprocentowym moherem, ale ponieważ – jak wiecie – lubię czytać książki historyczne, przyzwyczaiłem się do tego, że w wielu epokach i w wielu krajach występują takie obozy.

W polskiej historii mieliśmy na przykład białych i czerwonych w powstaniu styczniowym albo Grzymalitów i Nałęczów w okresie międzydynastycznym. I też pewnie nikt wtedy nie czuł się „stuprocentowym Grzymalitą”, nawet imć Domarata, od herbu którego pochodziło to określenie.

Rosjanie, jak wiadomo, nie popierają w krajach demokratycznych ani lewicy, ani prawicy, ani moherów, ani lemingów, ani republikanów, ani demokratów. Po prostu podrzucają jednym i drugim fałszywki, mające destabilizować demokrację.

W Polsce najwdzięczniejszymi odbiorcami ich fałszywek była szurnięta prawica. Wielu lemingów wprawdzie uwierzyło w plotki z serii „istnieje tajne nagranie ostatniej rozmowy obu braci”, ale najbardziej stuknięte teorie krążyły wtedy jednak na prawicy, aż do ostatecznego wcielenia smoleńskiej psychozy w postaci „hipotezy dwóch Fymów”.

Dziś jest trochę inaczej, bo dziś już mamy także fenomen prorosyjskiej szurniętej quasi-lewicy („dźwigów”, nacboli i kult Leppera). Dziesięć lat temu monopol na prorosyjskość miała jednak prawica, a zwłaszcza środowiska narodowe i postgrunwaldowskie, które Rzeczkowski tu malowniczo opisuje.

Reżim komunistyczny zawsze pielęgnował pogrobowców przedwojennej endecji. Ci nawet będąc na emigracji się do niego przymilali, jak choćby Jędrzej i Maciej Giertychowie, dziadek i ojciec Romana.

Do 1989 działali jako stowarzyszenie Grunwald, po upadku komunizmu krążyli po marginesie polskiej prawicy. Do Smoleńska nienawidzili i opluwali także Lecha Kaczyńskiego, ale po zamachu nagle mu zaczęli budować ołtarzyki.

Czy są rosyjskimi agentami? Większość pewnie nie.

Używając terminologii guru tego środowiska, Józefa Kosseckiego, wyznawcy pseudonaukowej „socjocybernetyki”, mamy tu klasyczny przypadek manipulowania egzodynamikami przez endostatyków. Socjocybernetyka polegała po prostu na nadawaniu pretensjonalnych nazw zjawiskom, które znamy z życia potocznego: że cyniczny stary dziadyga potrafi manipulować naiwnymi, młodymi ludźmi.

Najsłynniejszym literackim przykładem w Polsce jest przysięga, którą zdrajca Radziwiłł wyłudza od zapalczywego Kmicica. W terminologii socjocybernetycznej, Radziwiłł jest typowym endostatykiem, a przemiana Kmicia w Babinicza (i z powrotem) to przemiana egzodynamika w egzostatyka (którym od początku jest np. Wołodyjowski).

Śmieję się z socjocybernetyki, ale dostarcza fajnych metafor do opisu kaczystowskiego reżimu. Na przykład: dlaczego Kaczyński po trupach dąży do wyborów w czasie pandemii? Bo się przeistoczył ze zręcznego endostatyka w endodynamika, który umie już tylko ciągnać swoje środowisko do samozagłady.

Socjocybernetyka wyjaśnia też, dlaczego w reżimie jest tak wielu chłopaczków, którzy wyglądają jak dzieci wciśnięte na siłę w garnitur – tych wszystkich „misiów”.

Pierwszy i oryginalny miś zresztą poszedł do kicia i jak wyszedł, wygląda już jak dorosły facet. Za kratkami przeszedł przemianę z dynamika w statyka i uświadomił sobie, że służył Radziwiłłowi.

Wielu z tych harcerzyków weszło w to, bo uwierzyli, że muszą ratować Ojczyznę przed wrogimi siłami masońsko-lewacko-brukselskimi. Początkowo łączyli przyjemne z pożytecznym, bo za ten swój „patriotyzm” dostali grubą kapustę i możliwość nadużywania władzy. A potem ciężko im się z tego było wyplątać

„Ojczyzna ojczyzną ojczyznę ojczyźnie, reklama i patos, patriotyzm i biznes”, proroczo śpiewał 40 lat temu zespół, nomen omen, Trzeci Oddech Kaczuchy. Ale reżimowe harcerzyki to już temat na następną ksiażkę dla Rzeczkowskiego.

Incel moralnego niepokoju


Ostatni film, jaki zdążyłem zobaczyć w kinie, to „Hejter”. Kto nie zdążył, temu polecam seans w trybie vod, acz zaznaczam, że to nie jest dobra propozycja dla kogoś, kto już ma nerwy zszargane całokszałtem.

Duet Pacewicz-Komasa świetnie opanował filmowe rzemiosło i z premedytacją gra emocjami widza. Typowy thriller zazwyczaj podkręca te emocje, żeby w finale dać rozładowujące domknięcie”.

„Hejter” zostawia widza z tym podkręceniem. W obecnych warunkach niektórym to może zaszkodzić, stąd ostrzeżenie.
Od lat żyjemy z uczuciem, że „to wszystko w końcu p..nie”. Ten film jest właśnie o tym uczuciu.

Mam fanowską hipotezę, że „Hejter” i „Boże ciało” dzieją się w tym samym universum. Wzorem Marvela i DC, Pacewicz i Komasa stworzyli swoje Shared Universe.

W „Bożym ciele” wszystko oglądaliśmy z perspektywy małomiasteczkowej klasy ludowej. Wielkomiejska klasa średnia pojawiała się tylko w dialogach.

Tu jest odwrotnie. Wszystko się dzieje w Warszawie, pokazanej jako Babilon tuż przed zasłużonym upadkiem, ale w dialogach pojawiają się nawiązania do małej miejscowości, z której pochodzi główny bohater. Może to ta sama co w „Bożym ciele”? I w takim razie: zło Tomasza Giemzy (rewelacyjny Maciej Musiałowski, co to niejedną statuetkę zgarnie za tę kreację) ma coś wspólnego ze złem, z którym w Bożym Ciele egzorcyzmuje „ksiądz” Daniel (Bartosz Bielenia, też świetny)?

„Hejter” unika prostej odpowiedzi. Odpowiada mi to światooglądowo. Osobiście uważam, że pytanie „skąd zło” nie ma sensu.

Zło po prostu jest. Nie jest „skądś” ani „po coś”, jest jak te wszystkie bozony i kwarki, tak po prostu.

Tomasz Giemza jest złym człowiekiem, o czym wiemy od pierwszej sceny. Najwyraźniej w ogóle nie rozumie „dobra” i „zła”, gdy więc spotyka go kara, to nie rozumie, za co – wydaje mu się, że robił to samo co wszyscy, ale świat go niesprawiedliwie potraktował, bo innym to uchodzi na sucho.

Nieustannie myśli o zemście. Ofiarami ma być warszawska wyższa klasa średnia, pokazana tu trafnie i złośliwie. Gdy widzimy małżeństwo Krasuckich (Jacek Koman i Danuta Stenka), nasuwa się powiedzonko Aleksego U., „pracowałem z nimi”.

Krasuccy mają cechę, którą ostatnio krytykowałem u pewnego kandydata prezydenckiego. Są niebywale wręcz wyczuleni na cierpienie nieheteronormatywnych uchodźców na archipelagu Bongo Bongo, ale arogancko niewrażliwi na ludzi obok siebie, choćby zdehumanizowaną Ukrainkę, która sprząta ich brudy.

Gdy ten film kpi z „wrażliwości społecznej” polskich elit, jest bliższy komedii obyczajowej, niż thrillerowi. Dałoby się wręcz zrobić sitkomowego spinoffa o Krasuckich.

Ich przyjacielem jest kandydat na prezydenta Warszawy (Maciej Stuhr), który również zręcznie parodiuje maniery prawdziwych polityków z obozu liberalnego. Nazwałbym jego postać Trzaskobiedrownią.

Trzaskobiedrownia jest sympatyczny. Zapewne sam bym na niego zagłosował – jest na pewno mniejszym złem od upiornego kontrkandydata (Piotr Cyrwus).

Skąd więc wrażenie, że film jego też potępia? Otóż „Hejter” przypomniał mi kino moralnego niepokoju, choćby dlatego, że był w nim film o podobnym do Tomasza Giemzy manipulatorze: „Wodzirej” Feliksa Falka.

Kino moralnego niepokoju miało pewną postać stereotypową (tzw. stock character): konformisty, który sam nie robi niczego złego, ale funkcjonuje w złym układzie. Często grał go Zapasiewicz, jako Dynamicznego Docenta.

Zastanawiam się, czy kultowa scena w Psach („czasy się zmieniają, pan zawsze jest w komisjach”) nie była żartem metanarracyjnym. Adresatem tych słów przecież jest podobna postać, znów grana przez Zapasiewicza. „Czasy się zmieniają, moralny niepokój wiecznie żywy?”.

O ile elity w „Hejterze” są jak ze starych filmów Falka i Zanussiego, klasa ludowa jest pokazana na wskroś współcześnie, choć też karykaturalnie. Mam wrażenie, że twórcy wzięli wzorce z forów inceli.

System wartości Tomasza Giemzy jest systemem wartości incela. Nie wierzy w miłość, wierzy tylko w zmuszanie kobiet do ulegości podstępem lub przemocą. Zemsta, którą planuje, też przypomina incelskie masakry.

„Hejter” łączy więc tradycję ze współczesnością. Miał pecha do premiery, bo jak nie zamach na Adamowicza, to pandemia. Rzućcie grosz twórcom, zapracowali sobie.

Jak działają wirusy

Wszyscy są dzisiaj wirologami. Jak wszyscy to wszyscy, babcia też.

Ośmieliłem się napisać notkę, bo zauważyłem, że całkiem wielu ludzi nie wie, co to w ogóle jest wirus i jak działa. Wydaje mi się, że tyle akurat wiem – tak jak, powiedzmy, wiem w ogólnym zarysie jak działa reaktor atomowy czy silnik odrzutowy.

Gdybym został przy nauce, specjalizowałbym się w chemii makromolekularnej, bo wtedy modnym nowym buzzwordem była nanotechnologia. Biologia molekularna to szczególny przypadek nanotechnologii, dlatego do tego przedmiotu się nawet jakoś tam przykładałem na studiach. Absolutnie nie czuję się jednak specjalistą, apeluję o poprawianie moich błędów w komentarzach.

Czym jest wirus i jak działa? W odróżnieniu od bakterii i grzybów, nie jest żywym organizmem. To dosłownie tylko kilka molekuł – informacja genetyczna owinięta białkiem.

Jest tak malutki, że nie widać go pod zwykłym mikroskopem – skurczybyk jest MNIEJSZY OD DŁUGOŚCI FALI ŚWIETLNEJ. Dlatego zwykłe siatki czy maseczki go nie zatrzymują na 100%.

Wirus „ożywa” dopiero gdy wniknie do cudzego organizmu. Jego białkowa osłonka pełni wtedy rolę aparatu enzymatycznego, który umie się przykleić do błony komórkowej i powiedzieć „stuk stuk, komórko, przychodzę z nowymi poleceniami”.

Komórka go wpuszcza, bierze te instrukcje i zaczyna produkować kopie wirusa. Czyli kopię tych instrukcji, owiniętych w aparat mowiący „stuk stuk, komorko…” – a potem te kopie wysyłamy w świat, np. kichając.

Wynika z tego kilka ważnych rzeczy. Dopóki wirus jest na twoich palcach czy nawet na twarzy, nic ci nie może zrobić.

On sobie cały czas powtarza „stuk stuk, komorko” – ale mówi to do martwego naskórka. Obok niego leżą inne syfy, które nam się przykleiły do skóry.

Skóra stopniowo to wszystko zalepia ochronną wydzieliną, zwaną sebum. A potem to zmywamy mydłem – albo czekamy aż się samo złuszczy.

Dopiero kiedy wirusa wciągniemy do płuc (razem z cudzym kichnięciem), albo wejdzie w kontakt z naszymi błonami śluzowymi czy otwartą raną, mówi to swoje „stuk stuk” do komórek, które go faktycznie są gotowe wpuścić. I zaczyna się nieszczęście.

Na czym w praktyce polega mówienie „stuk stuk”? W koronawirusie robią jego charakterystyczne kolce – to wystające kawałki białka.

Podstawą działania prawie wszystkich białek są mostki wodorowe. Jak pamiętacie z chemii, wodór jest jednowartościowy. Wychodzi z niego tylko jedna jedyna kreseczka.

To jak on może stworzyć z kimś mostek? Skąd bierze drugą kreseczkę?

Jak w dowcipie o żabie szerokoustej, co to się przecież k… nie rozdwoi. Wodór swoje jedno wiązanie rozdziela tak, że w tę mańkę jest na przykład 90%-wartościowy, a w tamtą 10%-wartościowy.

To wiązanie „10%” jest słabiutkie – łatwo je zawiązać, ale jeszcze łatwiej zerwać, jest więc odwracalne. Do tego jest kierunkowe. Wodór nie może go zrobić w dowolną stronę, kierunek wyznacza to jego silniejsze, 90-procentowe.

Te słabe i kierunkowe wiązania działają jak zaczepy klocków lego. Te wystające białka nie mogą się przyczepić do byle czego, przyczepiają się do konkretnych białek w komórce, zwanych receptorowymi.

Metafora klocków lego jest o tyle trafna, że (prawie) wszystkie białka są zbudowane z 20 aminokwasów. Z tych klocków przyroda zbudowała ciebie, mnie, strzykwę, antylopę, sekwoję i koronawirusa.

Białka zwane enzymami to takie malutkie lego-maszynki, które mają lego-zawiasiki, lego-drzwiczki i lego-wypustki. Odwracalnie przyczepiają się i odczepiają, póki my żyjemy, a po śmierci będziemy cięci na kawałki przez lego-maszynki robaczków konsumujących nasze prochy.

Różne substancje chemiczne potrafią te wiązania wodorowe rozwalać. To te, które nam sprawiają ból, gdy się dostaną do otwartej rany albo błony śluzowej. A więc: spirytus, aceton, chlor, soda, mydło, proszek do prania, woda kolońska.

Wirus z zepsutą otoczką białkową przestaje działać. Jego „stuk stuk, komórko” zmienia się w „ssususufurko”.

Receptory nie przyjmują wirusa. Zostaje jak Himilsbach z fagocytem. Opuszcza nasz organizm nieaktywny, zazwyczaj w postaci smarków.

Białkową maszynerię psuje także temperatura, i to niespecjalnie wysoka. Czasem wystarczy 50-60 stopni.

Naczynia, które wyjęliśmy ze zmywarki, albo ubranie, które wyjęliśmy z pralki, na pewno go nie mają koronawirusa. Nadal mogą mieć bakterie (zwłaszcza gronkowca czy paciorkowca), ale trzymajmy się wirusów.

Ludzie czasem pytają, czy płyn dezynfekujący musi mieć konkretne proporcje. Nie musi, byle alkoholu było w nim tyle, żeby się nie dało pić.

W praktyce: powyżej 60% (tak tak, wiem wiem, w młodości nie takie rzeczy, ale trzymajmy się praw fizyki obowiązujących poza akademikami). Zamiast etanolu może być np. izopropanol, czyli „płyn do mycia płyt i ekranów”.

Jak pokonać wirusa, który już wlazł do organizmu? Najprostsze wydawałoby się lekarstwo, które blokuje wszystkie receptory komórkowe.

Epidemia powstrzymana, pędzimy po Nobla! Ale już jako duchy, bo przy okazji zabiliśmy cały organizm.

Niestety, większość naszych komórek ciągle musi kogoś wpuszczać. „Stuk stuk, hormon z nowymi wytycznymi”.

Nasz organizm ma cudowną, wspaniałą maszynerię układu odpornościowego, która potrafi identyfikować i niszczyć intruzów. W idealnym scenariuszu wyprodukuje nam odpowiednie przeciwciała i nabędziemy odporność po zwalczeniu choroby (pozbyciu się komórek, które nieroztropnie wpuściły wirusa).

Niestety, wirusy dzielą się na DNA i RNA. Różnica jest trochę jak między płytą winylową a taśmą magnetofonową.

Zapis w DNA jest (względnie) trwały, dlatego wirusy DNA (np. wirus ospy) da się łatwo opisać organizmowi raz na zawsze. Czyli: nabyć trwałą odporność, choćby poprzez szczepienie.

Zapis w RNA jest (względnie) nietrwały. Wirusy RNA błyskawicznie mutują, dlatego np. szczepionka na grypę działa tylko na „grypę danego sezonu”.

Czy podobnie będzie z koronawirusem, tego – zdaje się – jeszcze nie wiadomo. Jest pewne ryzyko, że okaże się jednym z tych wirusów, na które z jakiegoś powodu nie da się zrobić szczepionki. Na razie za wcześnie, by powiedzieć: są szczepionki na niektóre wirusy RNA, nie ma szczepionek na niektóre DNA.

Ludowa medycyna oferuje różne pomysły na „wzmocnienie układu odpornościowego”. Nie działają – i to bardzo dobrze.

Układ odpornościowy działa jak w tym ponurym dowcipie. „Zdrowie wymaga zabicia miliona nieuczciwych komórek!” „A jak się tyle nie znajdzie?” „Nie szkodzi, dobierze się z uczciwych”.

Twój układ odpornościowy cały czas chce zabijać. Przy odrobinie pecha może zacząć zabijać ciebie w ramach jednej z chorób biorących się z autoagresji immunologicznej.

Dlatego wiele leków działa poprzez obniżanie tej aktywności. Ludzie, którzy je biorą, są teraz w śmiertelnym zagrożeniu.

Jeśli Twój dziadek ogólnie czuje się dobrze, ale „bierze coś na reumatyzm” – zapewne mówimy teraz o nim. ODIZOLUJ SIĘ OD NIEGO I ZABROŃ MU WYCHODZENIA Z DOMU.

Zakładając, że ktoś ma sprawny układ odpornościowy, przejdzie to tak. Wirus wejdzie do jego tkanki płucnej i jakaś jej część zajmie się produkcją wirusa.

Część ludzi może tego w ogóle nie zauważyć, bo zdrowy człowiek nie wykorzystuje swoich płuc przez cały czas na 100%. Mamy rezerwy (ich miernikiem jest to, ile schodów możemy pokonać bez zadyszki; fachowo lekarz może nam zmierzyć procedurą spiroergometrii).

Układ odpornościowy zauważy, że w płucach dzieje się coś dziwnego i rozpocznie czystkę. Taka czystka czasami jest nieodczuwalna, ale czasem objawia się gorączką i stanem zapalnym.

Obawiam się, że większość z nas prędzej czy później tego wirusa złapie. Wszystkim serdecznie życzę, żeby było to już po wynalezieniu skutecznych leków, a nasze układy odpornościowe reagowały dokładnie tak jak powinny, ani za mocno, ani za słabo.

I raz jeszcze uprzedzam, że nie jestem lekarzem ani biologiem. Jeśli ktoś widzi powyżej merytoryczne błędy, zapraszam do komentarzy. Zdrowia życzę!

Ocalić Polskę

Młodzieżówka Partii Razem ma dziś prowadzić transmisję z walki z faszyzmem w „Hearts of Iron 4”. Gram w to od kiedy zaczęła się izolacja, czyli jestem nowicjuszem – będę wdzięczny za komentarze z protipami.

Gram jako Polska, bo nie umiem się wczuć w inne państwa. Od totalitaryzmów mnie odrzuca, ale od kolonializmu też (co skreśla Anglię/Francję/USA).

Autorytarna sanacyjna Polska też mi nie odpowiada, ale – po pierwsze – gracz może przywrócić demokrację (i to oczywiście robię). A po drugie, my country right or wrong.

Gry Paradoxu są świetnym narzędziem testowania alternatywnych historii, typu „a gdyby z Hitlerem na Stalina”. Zrobiłem kilka alternatywych ścieżek, które tutaj pojawiały się w notkach i komciach (zwłaszcza gdy komciał niejaki Zamorano).

Najpierw próbowałem po prostu oddać Gdańsk. Gram na razie na najłatwiejszym poziomie, bez ironmana i wydaje mi się po prostu nie do obrony. Jak się komuś udało go utrzymać, bardzo proszę o komentarz.

Gdy oddam Gdańsk, Polska traci dostęp do morza. Jest otoczona z wszystkich stron przez wrogów, w razie wojny ustaje import, a wraz z nim przemysł.

Niemcy od razu przerzucają siły na zachodni front, Fall Rot ma miejsce pół roku wcześniej. Nie ma nawet Dunkierki, bo Anglicy nie zdążyli wysłać korpusu ekspedycyjnego.

Tymczasem Rosjanie występują z żądaniem przekazania Wilna i Lwowa. Jeśli oddam – zostaję jako kurduplaste państewko, które naprawdę nie ma już innego wyjścia, niż los marionetki Hitlera lub Stalina.

Jeśli nie oddam, Ruscy mnie rozwalcowują. Anglicy wprawdzie wypowiadają im wojnę, ale to kadzidło dla umarłego. W 1940 wchodzimy w ponurą alternatywną historię z samotnym Churchillem patrzącym, jak resztę Europy zgodnie dzielą między siebie Hitler i Stalin.

Wypracowałem inny scenariusz, ze skrinem jak powyżej. Na początku gry (1936) zaczynam budowę linii Maginockiego na granicy z ZSRR i od razu szykuję się do wojny z Litwą i Łotwą.

Litwy mi nawet nie jest szkoda. Historycznie to oni przecież nie chcieli pokoju z Polską (w 1938 podpisali traktat pod wpływem polskiego ultimatum).

Nie chcieliście podpisać traktatu pokojowego, no to podpiszecie tratat o kapitulacji. Wasz wybór.
Łotwy mi trochę szkoda, ale w 1936 ona już ma reżim faszystowski (gorszy od sanacyjnego). De facto wyzwalam jej obywateli.

Na Estonię brakuje mi punktów. Gry Paradoxu sprowadzają złożone pojęcia historyczne do prostych liczbowych parametrów.

W HOI4 to jest „world tension” wyrażany w procentach, od zera w styczniu 1936 do 100% w 1941. Dopóki „world tension” jest za nisko, praktycznie nie da się wypowiedzieć wojny.

Różne kraje mają „narodowe fokusy”, pozwalające te parametry modyfikować. Polska ma fokus „REWANŻYZM”, obniżający ten próg do 10%, które świat osiąga razem z wybuchem wojny chińsko-japońskiej (historycznie: luty 1937).

Alianci z kolei dopiero po przekroczeniu 30% mogą ogłaszać gwarancje. Dlatego mogę zwalcować Litwę i Łotwę, ale wtedy przekraczam próg i Anglia ogłasza gwarancje dla Estonii.

W tym scenariuszu nie ogłoszą ich dla mnie, bo to teraz ja jestem tym niedobrym krajem, który wygenerował większość „world tension”. Trudno. Jak wiemy historycznie, i tak można się nimi było podetrzeć.

Fuck you very much, niewdzięcznicy. Poradzę sobie bez was.

Historycznie to wydaje mi się rozsądne. Jak mówił wieszcz, do 1939 Hitler wciąż powtarzał, że nie chce wojny wcale.

Anschluss Austrii przecież był pokojowy, Austriacy chcieli się zjednoczyć już w 1918. To alianci im tego zabronili (poza tym nie uważali siebie w większości za Austriaków, tylko za „Niemców alpejskich”).

Zajęcie Kowna odblokowuje mi decyzję „ODTWORZYĆ RZECZPOSPOLITĄ OBOJGA NARODÓW”. Robię to w 1937, przez co zmienia mi się flaga, a przy okazji dostaję casus belli przeciw Rzeszy i ZSRR o odtworzenie granic z 1772.

I teraz są dwa scenariusze. W jednym szykuję się do wojny z Niemcami, żeby być do niej gotowym („mieć claima”) w sierpniu 1938.

Wtedy inaczej przebiega kryzys sudecki. Niemcy w Monachium są bardziej ugodowi, mając na granicy moją armię.

Dalsze wydarzenia są już losowe. Czasem wybucha wojna niemiecko-francusko-czechosłowacka (i ja wtedy mogę dołączyć ze swoim claimem).

Czasem Hitler rezygnuje, przez co spada mu stabilizacja (kolejny liczbowy parametr). Koło listopada 1938 ma wtedy miejsce zamach stanu, który kończy się albo zastąpieniem Hitlera Himmlerem, albo wojną domową.

Hitler mi już nie grozi. Ufff. Ale oczywiście w 1939 odzywa się Stalin. Teraz już nawet bez żądań terytorialnych, po prostu mnie walcuje.

Alianci nie przychodzą mi na pomoc, mają inne zmartwienia, a poza tym to ja jestem tym niedobrym. I w grudniu 1940 mamy granicę radziecko-niemiecką z Zbąszynie (z Niemcami demokratyczymi lub nie, ale dla mnie to żadna różnica).

Jak ocalić Polskę? Skrin pochodzi z gry, w której to mi się wreszcie udało.

Nie wiem jaki wpływ miało na to to, że w tej ścieżce trochę lepiej poszło republikańskiej Hiszpanii, na co z kolei jakiś wpływ mogło mieć to, że od razu wysłałem tam wojskowego attache. Obie strony zyskują na tym punkty doświadczenia i mogą lepiej projektować swoje jednostki.

Tym razem nie broniłem Czechosłowacji ani Francji. Trudno. Uważacie mnie za podżegacza? To radźcie sobie beze mnie.

Oddałem Gdańsk i pojechałem do Rygi, patrząc jak Paryż upada. Całe wojsko miałem na granicy z ZSRR.

Stalin w listopadzie 1939 jak zwykle wystosował ultimatum, ale od Rumunii po Estonię miałem już fortyfikacje poziomu 3, w kluczowych miejscach nawet 4, razem z rezerwowymi fortyfikacjami do zrobienia „fallback line” opartej o Kowno, Wilno, Lwów i rzeki. Nie zaatakował.

Tymczasem republikańska Hiszpania dotrwała do 1939 w na tyle dobrej formie, że Franco zerwał z neutralnością, przystąpił do państw Osi i dopiero wtedy ich zwalcował. Ubocznym skutkiem jednak było to, że w Hiszpanii doszło do otwartych walk między Niemcami i ZSRR, które od grudnia 1939 znalazły się w stanie wojny.

Początkowo była to „dziwna wojna”, bo ciągle rozdzielałem ich ja, teraz pośpiesznie fortyfikujący zachodnią granicę. Kolejna linia Maginockiego wyrosła między Poznaniem a Katowicami, a potem od Tatr po Zaleszczyki.

We wrześniu 1940 Rumunia (zgodnie z historią) dołączyła do Osi. Natychmiast zaatakowali ją Rosjanie, ale ponieważ nie mieli iwentu „WIELKA WOJNA OJCZYŹNIANA”, ofensywa ugrzęzła w ruskim bardaku (jak historycznie atak na Finlandię).

Do 1945 to jest kluczowy front w Europie. ZSRR walczy tam z ekspedycyjnymi korpusami niemieckimi i włoskimi. Raz jedni, raz drudzy kontrolują Kiszyniów.

Aliantom poszło dużo gorzej niż historycznie. Dołączając do Osi, Franco udostępnił swoje włości dla Afrika Korps, więc swastyki powiewają od Aleppo po Casablankę.

Alianci stracili Suez, więc łączność z koloniami mają dzięki uprzejmości mojej i Stalina. Daję im prawo przemarszu, ale zachowuję ścisłą neutralność, otoczony przez wrogów.

Stalin nie odwołał swojego claima przeciwko mnie, ale gdy ja usuwałem dywizje z jego granicy, on usuwał swoje, więc wschodnie forty są praktycznie nieobsadzone. Ja z kolei grożę Hitlerowi swoim claimem.

Tymczasem w 1941 przywróciłem demokrację. Znów zmieniła mi się flaga, jestem teraz Federacją Polsko-Litewską, z prezydentem Witosem, który ciągle obiecuje, że utrzyma Polskę z dala od wojny. Utrzymuje, więc mam wysoką stabilność.

Mam już szwadrony myśliwców PZL Kania, eksperymentuję z napędem odrzutowym, mam dwie armie pancerne, właśnie upgraduję dywizje zmotoryzowane do zmechanizowanych. Przemysł już ma takie nadwyżki, że bawię się w szalone kaprysy Hitlera, tworząc czołgi superciężkie i działa szturmowe.

Niemcy muszą od 1940 trzymać kilkadziesiąt dywizji na granicy z Polską. Nie mam siły, żeby ich zaatakować – i vice versa.

Tymczasem alianci bezskutecznie próbują otworzyć drugi front, a to we Francji, a to w Hiszpanii. Co parę miesięcy wysyłają mi zaproszenie do sojuszu, ale nie ma głupich. Neutralność zachowują też kraje nordyckie oraz Estonia – kraj, na który wszystkim chętnym zabrakło punktów.

A jak wasze rozgrywki? Czy komuś udało się stworzyć Międzymorze?