Droga lewicowa młodzieży…

Podobno młodzież po raz pierwszy w historii badań deklaruje przewagę postaw lewicowych. Skoro tak, a na dodatek wielu ludzi deklarowało, że mój blog był ich pierwszym zetknięciem z lewicowymi ideami, zaryzykuję Specjalną Notkę Dziadka Wojtka Dla Lewicującej Młodzieży.

Co to znaczy „lewica”? Dlaczego postawy polityczne opisujemy przy pomocy spektrum lewo-prawo, a nie np. ciepło-zimno?

Popularne jest bałamutne niby-wyjaśnienie, że „przypadkowo tak usiedli posłowie podczas rewolucji francuskiej”. Znajdziemy je niestety także w tzw. poważnych mediach.

Tak się składa, że akurat podczas rewolucji francuskiej posłowie lewicy siedzieli na górze, a posłowie prawicy na dole. A po drugie, prawie 200 lat wcześniej osią lewica-prawica posługiwał się Szekspir.

Skrin pochodzi z pierwszego wydania (tzw. First Folio) „Koriolana”. Senator Meneniusz zwraca się tutaj do dwóch trybunów ludowych, Sycyniusza i Juniusza z pytaniem „czy wiecie, co na mieście mówią o was prawicowcy tacy jak ja”.

W polskich przekładach zwykle robiono z tego coś w stylu „patrycjusze tacy jak ja” (Paszkowski: „w naszych wyższego rzędu towarzystwach”). W oryginale jednak jak wół stoi „us at the right hand file”.

Metafora lewicy i prawicy tak naprawdę odwołuje się do obowiązującej już w starożytności etykiety rozdzielania miejsc przy stole. Najbardziej zaszczytne miejsce jest przy prawicy gospodarza, dlatego Chrystus „siedzi u prawicy ojca” („sedet ad dexteram Patris”).

W dawnych parlamentach stanowych po prawej stronie króla siedzieli reprezentanci szekspirowskich „wyższego rzędu towarzystw”, a po lewej – stanu trzeciego. Już w czasach Szekspira ten model się rozsypywał, coraz popularniejsza w Europie robiła się wywrotowa idea, że wszyscy powinni mieć równe prawa polityczne.

Czterysta lat po Szekspirze niby je mamy, ale przecież jednak nie. Nadal „them at the right hand file”, mają więcej praw niż my, hałastra z niszowego blogaska.

Każdy ustrój ma jakieś oficjalne usprawiedliwienie tego stanu rzeczy. W feudalizmie to było „Deus vult” – gdyby Bóg tego nie chciał, stworzyłby świat inaczej. W kapitalizmie to mit merytokracji – gdybyś wstawał wcześniej i nie jadł tostów z awokado, byłbyś bogaty jak Kulczyk.

Prawicowość polega na akceptacji tych usprawiedliwień i wynikającej z nich hierarchii (czyli na sympatyzowaniu z „them at the right hand file”). Lewicowość na kontestacji i ogólnym chichraniu z tych „qui sedent ad dexteram”.

Czasem na organizowaniu przeciwko nim buntów. Sycyniusz i Juniusz zorganizowali pierwszy w Rzymie strajk generalny, „secessio plebis” (bohaterowie „Koriolana” to w większości postaci historyczne).

Jego skutkiem było powołanie urzędu trybuna ludowego, antyczny odpowiednik socjaldemokratycznego kompromisu. Senat reprezentujący patrycjuszy pogodził się z tym, że jego władzę równoważyć będą reprezentanci plebsu.

Dzięki temu republika rzymska przetrwała setki lat. Jego upadek przyniósł też upadek republikanizmu – cesarze przejęli uprawnienia trybunów ludowych.

To typowy scenariusz upadku republiki – dyktator ogłasza siebie obrońcą ludu przed „elitami”. Tylko że lud nie może go już wybrać ani odwołać.

Lud nie jest jednorodny – w starożytnym Rzymie też nie był. Poza plebsem był w nim proletariat (to nie to samo!), wyzwoleńcy, wolni nie-obywatele (peregrini) i kobiety, też o zróżnicowanym statusie. Do tego, rzecz jasna, niewolnicy.

„Bycie na lewicy” zawsze mogło mieć różny charakter. Możemy się więc kłócić (i niestety często to robimy!) czy ważniejsi są dla nas uchodźcy czy związkowcy. A gdyby mała trans panda walczyła z bezrobotną foczką?

Prywatnie uważam, że wszyscy siedzący po gorszej stronie stołu są dla nas równie istotni. Młodzież ma na to nowomodne słówko „intersekcjonalność”, ja wolę staroświeckie „solidarność” (ale rozumiem, że może się dziś źle kojarzyć).

Jeśli więc tak ogólnie czujesz się lewicą, droga młoda osobo to znaczy, że dołączasz do antycznej tradycji troszczenia się o tych, którym przypadła gorsza rola w społeczeństwie. Lubię francuskie określenie – o „defaworyzowanych”.

Czy bardziej ci chodzi o defaworyzowanych ze względu na majątek, religię, gender, kolor skóry czy orientację seksualną – to w tej chwili drugorzędne. Witamy w klubie („chez le Club des Jacobins” – [LAUGHS IN FRENCH])!

Korowanie peryferiów

Jestem teraz freelancerem, więc będę na blogasku anonsować niektóre swoje publikacje. Na początek – agorowy magazyn „Książki”, do którego na razie nadal zamierzam pisać.

Książka Branko Milanovica „Capitalism, Alone: The Future of the System That Rules the World” powinna zainteresować PT komcionautów, zwłaszcza uczestniczących w rozmowie na temat rdzenia i peryferiów.

Książka, jak sama nazwa wskazuje, jest o kapitalizmie i jego globalnym triumfie. Milanovic nie wierzy w całkowitą zmianę ustroju w dającej się przewidzieć przyszlości, ale zakłada możliwość przesunięć pomiędzy wariantami.

To niekoniecznie dobra wiadomość, bo niektóre warianty są paskudne, jak autorytarny kapitalizm rosyjsko-chiński (przez Milanovica nazywany „politycznym”). Rozważa też warianty sympatyczniejsze, jak nasz ukochany model nordycki, a także „kapitalizm egalitarny” (czyli to, o czym marzyła część amerykańskich Ojców Założycieli – republika yeomanów, agrarno-smolbiznesowa). Niejako na marginesie omawia on różne teorie, zwracając uwagę, że wszystkie mają feler: są bezradne poznawczo wobec wielu punktów zwrotnych w historii kapitalizmu.

Marksizm świetnie wyjaśnia, dlaczego wybuchnęła pierwsza wojna światowa, ale nie bardzo sobie radzi z transformacją po 1989. Model liberalny odwrotnie – świetnie opisuje rok 1989, ale według niego, pierwsza wojna światowa po prostu nie powinna była się wydarzyć.

Uczestniczące w niej państwa od 45 lat rozwijały globalną gospodarkę, jednostronnie znosząc kontrole celne i paszportowe (bez żadnego Schengen). Z liberalnego punktu widzenia (a la „Lexus i drzewo oliwne”), globalizacja oznacza pokój. Skoro Niemcy w 1914 mogli legalnie wjechać do Francji jako turyści czy inwestorzy, po co by mieli wkraczyć jako wrogowie?

Kolejną szkołą omawianą przez Milanovica jest strukturalizm, zwany też teorią zależności. Zainteresowałem się nią za sprawą przypadku, jeden z twórców też się nazywa Paul Baran.

Jej podstawą jest hipoteza Prebischa–Singera, zgodnie z którą wymiana gospodarcza centrum i peryferii na dalszą metę jest szkodliwa dla peryferii, bo pogarszają się „terms of trade”: relacja cen surowców eksportowanych przez peryferie i dóbr przetworzonych eksportowanych przez centrum.

To jest sprzeczne z hipotezą Ricardo, zwaną przez ekonomistów neoklasycznych „prawem przewagi komparatywnej” (czaicie: oni mają „prawa”, a inni „hipotezy”). Zgodnie z nią wymiana gospodarcza na dalszą metę jest korzystna dla obu stron, bo „terms of trade” dążą do optymalnego ekwilibrium.

Hipoteza Prebischa–Singera doskonale opisuje upadek gospodarczy Polski jagiellońskiej. Początkowo eksport zboża do industrializującej się Europy przynosił polskiej szlachcie fortunę.

Zachowały się malownicze opisy tego, co polscy szlachcice robili z kasą, którą dostali w Gdańsku (wrzucałem kiedyś na fejsa). Szaleli jak Nowi Ruscy w Monte Carlo.

Z czasem to się opłacało coraz mniej, aż się obudziliśmy z problemem folwarku i zacofania. II Rzplita sobie z tym nie poradziła.
Za książką „The Great Convergence” Richarda Baldwina, Milanovic wymienia 6 krajów, którym się udała redukcja dystansu do centrum w ciągu ostatnich 30 lat. To Chiny, Korea Południowa, Indie, Indonezja, Tajlandia i Polska.

Zgadzam się. Co czuł w latach 80. Polak wyjeżdżający na Zachód, tego się nie da opisać młodzieży. To było jak w „Powrocie z gwiazd”, inna cywilizacja.

Dlaczego to się udało, to temat na inną dyskusję. Baldwin w skrocie wyjaśnia to tak, że globalizacja działa dziś inaczej, „CD Projekt” nie potrzebuje zachodniego dystrybutora, może narzucać własne marże.

Ciekawsze jest dla mnie pytanie: skąd to centrum w ogóle się wzięło. Przeczytałem o tym Naprawdę Trochę Książek i nadal nie mam wrażenia, że ktoś to wreszcie Wyjaśnił.

Modnym wyjaśnieniem ostatnio jest „czarna śmierć”, ale przyszła za późno, a w dodatku NAJPIERW trzepnęła Bizanzjum i świat islamu. Jakoś im kurna nie pomogła.

Jeśli spojrzymy na Europę z X wieku (taką z „Crusader Kings”), widzimy co najmniej trzech głównych graczy: islam, Bizancjum i Zachód (jednoczony wtedy przez Ludolfingów, którzy dzięki manewrom matrymonialno-dyplomatycznym potrafili sięgać swoimi mackami daleko poza HRE).

Gdybyśmy obserwowali to jako multiplejera powiedziałbym, że Zachód przegrywa na punkty. Bizancjum i islam przeżywają swoje renesansy, kontrolują kluczowe szlaki handlowe.

Tam już mają wyższe uczelnie. Europa swoje zacznie zakładać w przyszłym stuleciu, siłami kadr kształconych w Lewancie.

Językiem nauki jest greka, której zachodni barbarzyńcy już wtedy nie znają. Kto chce dogłębnie studiować matematykę, medycynę czy fizykę, musi się też uczyć arabskiego i perskiego, inaczej jest skazany na łacińskie bryki.

To wszystko się nagle kończy. Rolnictwo na zachodzie dostaje technologicznego kopa. Portugalczycy odkrywają lądy nie znane dotąd nikomu. Krucjaty pozwalają zdobyć szlaki handlowe. Gdy już ruszy Renesans na Zachodzie, będzie pozamiatane.

Co się stało? Christopher Brooke sarka, że nie da się tak złożonych zjawisk wyjaśnić jedną przyczyną, ale jednak to robi. Wskazuje na względny egalitaryzm Zachodu.

W starożytnym Rzymie między właścicielem ziemi a uprawiającymi ją niewolnikami była przepaść. Zarządca też był niewolnikiem. Nie mieli okazji do pogawędek o innowacjach.

Na Zachodzie te różnice się zacierają, pojawiają się wspomniani „yeomeni” (oraz inne gbury i kmioty). Pojawia się także rzecz niespotykana w innych kulturach: kapłani pracujący fizycznie! (np. cystersi).

W efekcie na Zachodzie na decyzje administracyjno-gospodarcze mieli wpływ ludzie z praktyką w handlu, rolnictwie czy rzemiośle. To pasuje do polskiej historii: tacy ludzie byli w otoczeniu pierwszych Jagiellonów (Kallimach, Dantyszek, Długosz), a w czasach upadku rządzą kolesie typu „mąż z zawodu jest magnatem”.

Branko Milanovic zdaje się udzielać podobnej odpowiedzi, wskazując na republiki kupieckie na Zachodzie – zjawisko nie mające odpowiednika na wschodzie. Orientalni kupcy potrafili być bogatsi od Marco Polo, ale w odrożnieniu od niego nie mieli praw politycznych.

Jedno wiadomo na pewno: do centrum może dołączyć ktoś, kogo w nim nie było 500 lat temu (Finlandia). Albo wypaść ktoś, kto był (Portugalia).

Jak dołączyć do centrum? Różne teorie ekonomiczne dostarczają sprzecznych odpowiedzi. Dla każdej mamy przykłady sukcesów i porażek, tak naprawdę nikdo nic nevi.

Nic dziwnego, skoro historycy do dziś nie wyjaśnili, skąd to centrum się wzięło. Na początku X wieku nie postawiłbym złamanego grosza na wygraną Zachodu w „Crusader Kings”, 300 lat później krzyżowcy pustoszą Bizancjum. Normalnie jakby Zachód wpisał jakiegoś cheata…

Jordan Peterson przerywa milczenie


W zeszłym roku pisałem o ciężkich prszejściach mentora alt-right, Jordana Petersona. Zafascynowało mnie, że ten jutubowy wykładowca „12 sposobów na życie” sam sobie swoje życie koncertowo rozpieprzył.

Ostatnio Peterson postanowił o tym bliżej opowiedzieć (a raczej postanowiła to jego córka Mikhaila) dziennikarce „Sunday Times”. Wywiad ukazał się pod nagłówkiem „Jordan Peterson o swojej depresji, uzależnieniu i piekle rosyjskiego odwyku”, co rozsierdziło prawicę.

Wyznawcy Petersona oczekiwali subtelnego, pełnego współczucia i podziwu tekstu pod tytułem, powiedzmy, „Wybitny myśliciel opowiada o serii całkowicie od niego niezależnych nieszczęśliwych wydarzeń”. Mikhaila najwyraźniej też.

Brak czołobitności uznała za manipulację. Opublikowała pełny zapis na stronie swojego ojca, dzięki czemu mogę tę notkę zilustrować skrinem kluczowego fragmentu.

Że benzodiazepiny uzależniają, wiadomo od dobrych kilkudziesięciu lat. Peterson powinien był o tym wiedzieć jako psycholog kliniczny.

Osoby uzależnione często opisują swoje życie w taki sam sposób: że spadła na nie seria niefortunnych zdarzeń, w wyniku której wylądowali pod mostem czy na dworcu. Postronny obserwator nie może się czasem powstrzymać przed uwagą typu „a czego na litość boską oczekiwałeś po heroinie?”, na co usłyszy taką samą odpowiedź, jak od Petersona: miałem wtedy ważniejsze zmartwienia, „my life was a whirlwind”.

Peterson oczywiście ubiera to w ładniejsze słowa od pana Zdzisia, który pije alpagę pod sklepem. Wiadomo, bogacz cierpi na depresję i migrenę, a pan Zdzisio to nierób, którego łeb napierdala.

Poetycko o uzależnieniu to samo co Peterson napisał Gil Scott-Heron w tym pięknym monologu heroinisty: „you keep saying: kick it, quit it, kick it, quit it / God, but did you ever try / to turn your sick soul inside out”. Wychodzenie z uzależnienia to droga przez piekło, Peterson nie był pierwszym, który przez nią przeszedł.

Akatyzja (czyli odczuwanie przymusu ciągłego poruszania się dla ucieczki przed nieustającym bólem) to częsty element „syndromu odstawienia”. W serialu „The Wire” akatyzję odgrywa Andre Royo jako Bubbles.

Widząc czarnego ćpuna prawicowiec nie okaże współczucia i nie będzie używać wyszukanych słów typu „akatyzja”. Te są zarezerwowane dla bogatych, białych narkomanów z górnej półki, takich jak Jordan Peterson.

Jajako lewak w narkomanie widzę chorego, a nie przestępcę. Ofiarę, a nie sprawcę. Kogoś, komu trzeba pomóc, a nie kogoś, kogo trzeba ukarać za niemoralne prowadzenie się.

Konserwatysta narkomana najchętniej by wsadził za kratki. A jeśli nawet zaakceptuje konieczność leczenia, to najchętniej takiego, żeby wstrętny ćpun przy tym cierpiał, jak w kontrowersyjnych terapiach typu Synanon, gdzie narkoman ma po prostu odstawić i już.

Jak pisałem w poprzedniej notce o Petersonie, to się sprowadza do fundamentalnej różnicy między lewicą a prawicą, czyli do „hipotezy sprawiedliwego świata”. Prawica w nią wierzy, lewica ją odrzuca.

Ja uważam, że świat jest urządzony niesprawiedliwie (większość przywilejów jest niezasłużona, większość cierpień niezawiniona, większość hierarchii ściemniona itd.). Konserwatysta uważa, że każdy ma to, na co zasłużył.

Biednemu powie więc – po prostu przestań być biedny. Weź pracę, zmień kredyt. Nie żryj tyle tostów z avocado.

Gejowi powie – nie bądź gejem (albo chociaż się z tym nie obnoś). Uchodźcy – nie uchodź. Narkomanowi – odstaw.

No chyba że to on zostanie narkomanem albo uchodźcą. Wtedy okazuje się, że to wszystko nie jego wina, po prostu dopadły go niezależne od niego okoliczności.

Pieniądze i przywileje pozwoliły Petersonowi przejść przez to piekło mimo wszystko w łagodniejszy sposób od narkomana w więziennym ośrodku. Albo pacjenta na Sobieskiego.

Co za tym idzie, guru prawicy wciąż jest w fazie wyparcia. Z jego słów wynika, że nie uważa swojej historii za typową historię uzależnionego.

Z racji swego wieku widziałem już wielu ludzi, którzy zniszczyli sobie życie uzależnieniem od takiej czy innej substancji, w tym: benzodiazepin. Ich historie były podobne, włącznie z akatyzją, depresją, bezsennością i „nic nie pamiętam z tych dwóch miesięcy”.

Oni jednak, w odróżnieniu od Petersona, nie głosili ideologii zakładającej, że każdy odpowiada za swoje decyzje. Dlatego żałuję go ociupinkę mniej.

Cieszę się, że już mu lepiej i że może wrócić do normalnego funkcjonowania. Ale czy wyciągnął z tego wnioski? Wywiad na to nie wskazuje…

Pożegnanie z mediami

Z okazji drugiego wydania mojej książki o Lemie (dodruków hardcovera już nie będzie, więc kto chce mieć twardą okładkę, musię się pośpieszyć – drugie wydanie to paperback), na stronie Czarnego pojawił się mój uaktualniony biogram. Zwracam uwagę na zdanie „W latach 1997-2021 dziennikarz Gazety Wyborczej”.

Zastanawiałem się wielokrotnie, jak będzie wyglądała pożegnalna blogonotka. W życiu bym nie pomyślał, że będzie się zaczynać od „z okazji drugiego wydania mojej książki”!

Formalnie jeszcze tu pracuję, bo haerowe młyny mielą w swoim tempie. Zaczynam właśnie urlop, z którego już nie wrócę. Stosowne papiery są już w dziale Zasobów Ludzkich, a co podpisane, tego nie da się odpodpisać.

Na moją decyzję jakiś wpływ oczywiście miała tamta nieudana próba zwolnienia mnie, ale to był tylko katalizator. Ten, jak wiadomo, przyśpiesza reakcję chemiczną, ale nie może wywołać takiej, która nie zaszłaby i bez niego (jako chemiczny Pimko będę teraz nadużywać takich metafor).

Życie korpoludka ma wiele zalet, ale też tę zasadniczą wadę, że prawie nic od ciebie nie zależy. Decyzje kierownictwa zapadają zazwyczaj bez konsultacji z podwładnymi – są po prostu Obwieszczane, a ty masz się dostosować, albo odejść.

Tak przynajmniej jest w Agorze, jedynym korpo, jakie znam – ale z pogaduszek z braćmi i siostrami w niedoli czelendżowania kejpiajów wnoszę, że to w Polsce typowa sytuacja. Co za tym idzie, decyzja o odejściu dla typowego korpoludka jest pierwszą samodzielną decyzją od lat.

Jako związkowiec wiele razy widziałem radość i ulgę na twarzach podejmujących ją ludzi. Teraz rozumiem, co wtedy czuli.

Związek będzie w tym roku obchodził dziesięciolecie. Przez większość tego czasu byłem przewodniczącym – to za długo. Władze czasem trzeba zmieniać.

O tych latach mógłbym zanucić piosenkę Sinatry: „I could write a book”. Pewnie napiszę podsumowującą blogonotkę, na razie mam pilniejsze sprawy.

Co do mojego obecnego felietonu w „Dużym Formacie”: stan na dziś jest taki, że ja go dalej chcę pisać, a redakcja dalej go chce publikować. Wszystko się może jednak zmienić choćby jutro, do czego podchodzę wyluzowany jak Marek Aureliusz na ketaminie.

Przez ostatnie 5 lat tyle razy już mi coś kasowano, że straciłem rachubę. Najdalej za trzecim razem człowiek się przyzwyczaja (zwłaszcza jeśli jest w takiej sytuacji, jak ja: że i tak się permanentnie nie wyrabia z robotą).

To nie jest zwykła zmiana pracy – nie odchodzę do innej redakcji. Zmieniam branżę.

Przez ostatnie 10 lat byłem etatowym dziennikarzem, angażującym się w różne projekty edukacyjne. Teraz będę etatowym nauczycielem, okazjonalnie pisującym do mediów.

Inspiracją był dla mnie Jerzy Sosnowski, wyrzucony z „Trójki” za działalność związkową. Wygrał w sądzie – związkowiec nie może przegrać takiego procesu, chyba że przegapi termin – ale nie wrócił na antenę. Został nauczycielem.

Zazdrościłem mu, że też bym tak chciał, ale przecież nie mogę, bo za długa przerwa, bo to, bo tamto. A potem się okazało (przepraszam, pojadę coachingowym banałem), że te ograniczenia były tylko w mojej głowie.

Stosowne uprawnienia mam od 30 lat. Gdy zacząłem sobie układać pierwsze konspekty lekcji odkryłem z ulgą, że nie wszystko zapomniałem. Jeden z nich przerobiłem zresztą na artykuł.

Przyszłość mediów w Polsce widzę źle. Pisowskie będą rozkwitać, wspomagane publicznymi pieniędzmi. No ale do nich nie pójdę za żadną kasę.

Gdybym miał pomysł, jak uratować media niezależne – może i bym został i ratował. Nie mam. Mogę tylko zaapelować, żebyście byli dla nich wyrozumiali.

Pracują w nich ludzie coraz bardziej przepracowani, mający coraz więcej obowiązków za coraz mniejsze pieniądze. Wpadki, afery, nieprzemyślane decyzje są oczywistą konsekwencją – i będzie ich tylko coraz więcej.

Wybaczajcie. Prenumerujcie, wpłacajcie, wspierajcie. Nie chcecie świata, w którym wszystko rozdzielą między siebie Sakiewicze i Karnowscy – na wasz koszt w dodatku.

Swojego niszowego blogaska oczywiście zamierzam dalej prowadzić. Nie wykluczam powrotu do podkastu, teraz już nie widzę żadnych przeszkód dla crowdfundingu – w ogóle możliwości będę miał teraz raczej więcej niż mniej.

Na razie nie mam jednak konkretnych planów. Trafiłem w sam środek covidowego zamieszania w edukacji. Nie wiem, jak będzie wyglądał mój plan lekcji za miesiąc. A teraz do tego wszystko muszę dostosowywać…

Now Playing (183)

W ramach dygresji od dygresji w komentarzach pojawił się niedawno temat pesymizmu ejtisowej popkultury. Mój konik!

Piosenki, które pamiętamy ze szkolnych dyskotek, często miały zaskakująco ponure teksty. Dlatego gdy dziś widzę w portalach nagłówki typu „Billie Eilish przełamuje tabu”, tylko się uśmiecham pod miejscem na wąsy.

Lubię ją, ale przecież nie dlatego, że przełamuje tabu, tylko dlatego, że mi przypomina te dawne ejtisowe czy nawet sewentisowe piosenki o tym, że ktoś ma doła (którego ewentualnie przełamie w tańcu, co mu pozwoli utrzymać się przy życiu, ah ah ah ah, utrzymać się przy życiu-u-u).

Moje najulubieńsze były, rzecz jasna, piosenki o końcu świata. Byłem wtedy po prostu Przekonany, że czeka mnie globalna wojna termojądrowa i bardzo mnie interesowało wszystko na temat Bomby (jestem z pokolenia „Głowy Kasandry”!).

Jednym z najwspanialszych przykładów tej tematyki była piosenka „Enola Gay” wczesnego OMD. Wesoła, skoczna, taneczna – nawet jak się znało angielski, można było nie zrozumieć, że to o tym.

Ja wiedziałem to za sprawą wzmiankowanej obsesji – albo z takiej propagandowej broszurki „Alarm w NORAD” (ktoś z Was to czytał?), albo z leksykonu „1000 słów o broni atomowej”. To w ogóle była świetna seria, te „1000 słów”, niedawno sobie odświeżałem tom o broni chemicznej – niesamowity jest ten suchy, beznamiętny język, jakim wojskowi autorzy opisują różne makabryczne kwestie.

Niedawno minęła 40 rocznica premiery piosenki „Enola Gay” (feeling old yet?). Z tej okazji panowie Humphreys i McCluskey zrobili wspaniały prezent dziadersom takim jak ja: maksisinglowy remiks, którego wtedy zabrakło!

Przez te 40 lat oczywiście różni ludzie na różne sposoby modyfikowali ten utwór. Do licha, wersję „OMD vs Sash!” sam kiedyś puszczałem na jakiejś imprezie.

Nie były to więc klasyczne, ejtisowe remiksy typu „extended”, tylko przeróbki – na house, na techniawę, na eurodance. Ejtisowy remiks zazwyczaj nie był przeróbką, tylko po prostu wydłużoną wersją podstawową, ze szczególnym wyeksponowaniem sekcji rytmicznej, żebyśmy przez parę taktów mogli się zachwycać samym basem albo samą perkusją.

Rocznicowa epka jest więc jakby oryginalnym falsyfikatem – to taki remiks piosenki z 1980, jakby go zrobiono w 1980. Chociaż zrobiono go w ZOZO.

Na winylu „limited edition” mamy tylko te dwa falsyfikaty: „extended mix” i „slow mix”, którego można słuchać jak kołysanki. W wersji „digital download” mamy dwa remiksy uwspółcześnione: Theo Kottisa i Hot Chip. Też bardzo fajne!

Cóż, wspaniałe rzeczy na te wszystkie imprezy, które się nie odbędą. For all cancelled parties…

Ludowa Historia Polski

Dyskusja na temat „Ludowej Historii Polski” już tu pojawiała się w komentarzach, poświęcę więc tej książce notkę – niezależnie od dzisiejszego felietonu.

Nie czuję się kompetentny do recenzowania książek historycznych, brak mi elementarnego przygotowywania metodologicznego. Jeden z rozdziałow „LHP” poświęcony jest zresztą metahistorii (historii historii), skądinąd też jest bardzo ciekawy, ale po jego przeczytaniu czuję, że wiem o tym tyle, ile mi Leszczyński przystępnie przybliżył, więc nie mnie go Recenzować.

W sensie Otwierania Oczu na różne zagadnienia, o których niekoniecznie wiedzieliśmy, a nawet jak wiedzieliśmy, to inaczej nam je naświetlali Jasienica z Daviesem, to jednak pozycja znakomita. Stawiałbym ją gdzieś obok Snydera i Wolffa (który wreszcie wyszedł po polsku).

Jako amator muszę jednak pociągnąć deklarację niekompetencji i ograniczenia poznawczego. Jak chyba wielu w peerelowskiej inteligencji, wyrastałem w cieniu Jasienicy.

Dorośli wręczyli mi jego książki (mam je do dziś, podniszczone, miejscami nawet czymś zalane – no cóż, czytały to dzieci) z taką znaczącą miną i komentarzem w rodzaju „to jest Prawdziwa Historia, w odróżnieniu od tego, czego uczą was w szkole”.

Jestem ciekaw, czy ktoś z PT Komcionautów, wśród których nie brak przecież osób po studiach humanistycznych, dzieli ze mną wspomnienie z czytania Jasienicy jako „prawdziwej Historii”, przez wielkie pH? To wytwarza odruchy, z których trudno się wyzwolić, bo potem gdy czytasz powiedzmy Brzezińską, podświadomie jednak ją ciągle porównujesz (PRZEPRASZAM, TO NIE JEST OCENA, PRZECIWNIE – TO DEKLARACJA POZNAWCZYCH OGRANICZEŃ).

Współczesny czytelnik, oceniający z kolei Jasienicę z perspektywy powiedzmy Snydera, zarzuci mu co najmniej polonocentryzm. A jednak nawet Jasienica wyrobił we mnie odruchowe sprzeciwianie się rzutowaniu dzisiejszej definicji „Polaka” na czasy Piastów i Jagiellonów.

Jasienica opisuje pyszną anegdotę z okresu przepychanek o zachowanie niezależności Mazowsza (nawiasem mówiąc, marzy mi się książka: „Od księżniczki Anny po reprywatyzację, 700 lat tradycji warszawskich przekrętów nieruchomościowych”): otóż polscy rycerze zastali zamknięte bramy Warszawy.

Z murów poleciały pod ich adresem obelgi, w których Warszawiacy bardzo dosadnie wyrażali się na temat Polski i Polaków. Obelgi były, ma się rozumieć, po polsku, dlatego z dołu odkrzyknięto ponoć: „A WY TO NIBY KIM JESTEŚCIE?”.

Kiedy w Polsce wyszła „Ludowa historia USA” Zinna, wyrażałem publicznie powątpiewanie w napisanie podobnej książki o Polsce. O ile zdefiniowanie „północnego Amerykanina” jest dość proste, definicja „Polaka” się przez te tysiąc parędziesiąt lat się zmieniała, podobnie jak granice Polski.

Lądujemy więc z pytaniami typu: czy w takiej książce powinniśmy opisać powstanie tkaczy śląskich, chasydów, Kozaków, Olędrów, miejskie tumulta i chłopskie bunty, wymierzane przeciwko Niemcom, Węgrom, ale także Polakom. Czy Róża Luksemburg ma swoje miejsce w historii polskiego ludu?

Leszczyński to przecina niczym węzeł gordyjski, „Polaka” definiując jako „osobę w danej epoce powszechnie uważaną za Polaka”, a lud jako „dolne 90%”. W rozdziale o metodologii zaznacza, że nie pretenduje do ostatecznego wyczerpania tematu, ktoś niezadowolony może sobie napisać inną książkę.

Zauważmy, że do takiej definicji „ludu” nie pasują milionerzy z „Samoobrony”, z Lepperem na czele, ale zaliczają się nauczyciele i większość dziennikarzy, literatów, naukowców oraz medyków.

Awal pisał niedawno o braciach Ziemkiewicz, że kariera się udała Pawłowi, a nie udała Rafałowi. Rafał jednak trafił do górnego 1%, Paweł nie.

Książka Leszczyńskiego nie powinna się więc podobać wosistom-okraskistom, dla których już nie tylko Lepper, ale nawet Trump jest przedstawicielem ludu. Ja lubię sprowadzać te pojęcia do prostego kryterium „dostępu do dóbr materialnych”.

Wprawdzie mamy tu różnicę między kwantylami dochodowymi i majątkowymi, a przy opisywaniu PRL dochodzą nam dojścia i koneksje, ale to nieistotne przy takiej skali historycznej. Na dalszą metę to się konwerguje: kto ma mały majątek, ale duże dochody lub dobre dojścia, ten za parędziesiat lat będzie miał duży majątek.

A czymże jest te kilkadziesiąt lat przy skali historii Polski?

Gibelin w poszukiwaniu gwelfów

Eksperyment z bezpiecznymi strefami przyniósł mieszane rezultaty, ale domknę tę trylogię finalnym odcinkiem. Bezpiecznie pogadajmy o Przyszłości.

Dużo mi dał do myślenia esej Krasteva, do którego linka wrzucił jakiś czas temu Awal. Krastev odpowiadał tam na pytanie, które przez pewien czas w każdej lodówce stawiała Anne Applebaum: co poróżniło ją z dawnymi przyjaciółmi, którzy świętowali wraz z nią i jej małżonkiem milenialnego Sylwestra w rezydencji Chobielin.

Wtedy byli zgraną prawicową paczką, teraz są w przeciwległych obozach politycznych. Czy znajomi Radka Sikorskiego od początku byli ukrytymi wrogami demokracji („closeted authoritarians”), czy też się zmienili przez te lata?

Dla mnie to arcboleśnie arcyproste. Polska prawica ma zamordyzm w swoim DNA. Co do tego zawsze rację miał Adam Michnik.

Jedyną zagadką dla mnie było to, czemu Anne Applebaum to odkrycie zajęło aż tyle czasu. I to mi właśnie wyjaśnił tekst Krasteva.
Streszczając: Applebaum i Sikorski należą do pokoleniowej formacji, dla której upadek muru berlińskiego był zakończeniem moralitetu. Happy endem historii.

Dla tej formacji mur berliński upada codziennie. Dzielą świat na „złych”, którzy go postawili i „dobrych”, którzy go obalili – i dziwują się, że ci „dobrzy” nie byliby się dziś w stanie bawić w Chobielinie, jak drzewiej.

Jestem młodszy od Applebaum i Sikorskiego o te krytyczne parę lat. Zimna Wojna, która ich ukształtowała – nie była dla mnie moją wojną.

W latach 80. priorytetem było dla mnie skończyć studia i wyjechać, nie angażując się w wojnę solidaruchów z komuchami. Rok 1989 był dla mnie owszem, przyjemnym zaskoczeniem, ale nie widziałem w nim „końca historii” ani nawet „triumfu naszych na mundialu”.

Widziałem w nim przełom, który unieważnił zimnowojenne podziały – tak jak w XVI wieku reformacja i kontrreformacja unieważniły średniowieczną wojnę gibelinów i gwelfów. Ciągnęła się przez stulecia, a potem nagle pstryk i nie ma.

To mnie uodporniło na niektóre zaskoczenia III RP. Polska prawica i kościół mnie nie rozczarowały, bo od początku nie spodziewałem się po nich niczego dobrego. Nie miałem więc zaskoczeń z serii „jak on mógł, to przecież uczeń Tischnera” ani „co się z nim stało, to przecież krakowski konserwatysta ze znanej krakowskiej rodziny”.

Nowe podziały widziałem gdzie indziej. Z przerażeniem obserwowałem w latach 90. podbój świata przez „konsensus waszyngtoński”. Spodziewałem się niepowstrzymanego pochodu globalizacji, totalnego zglajchszaltowania wszystkich państw według wytycznych Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Nie ja jeden tak sobie wyobrażałem przyszłość – to mam na swoje usprawiedliwienie. Jednak w ostatnich latach Brexit, wojna na Ukrainie i kadencja Trumpa przekreśliły moje wyobrażenia przyszłości.

Że cyberkorpy zacznią blokować konta politykom i dziennikarzom, o tym ostrzegałem w książce z 2013. Ale nigdy nie myślałem, że zrobią to prezydentowi USA – wyobrażałem sobie, że prezydenci zawsze już będą „ich”, a Big Tech będzie żyć w symbiozie ze skrajną prawicą (jak u szczytu gamergate).

Wyobrażałem sobie, że Rosja, Chiny i kraje arabskie w miarę globalizacji będą się upodabniać do euroatlantyckiego modelu kapitalizmu. Myślałem, że wybór Obamy oznacza koniec rasizmu w USA – jedno i drugie było szalenie naiwne.

Czy przegapiłem moment, w którym tym razem MOJA wojna gibelinów i gwelfów uległy unieważnieniu? Boję się, że tak jak Applebaum według Krasteva codziennie patrzy na upadek muru berlińskiego, tak ja wciąż kibicuję antyglobalistom w Seattle w 1999. I to mi nie pozwala zrozumieć wyzwań roku 2021.

Chciałbym więc ogłosić safe space dla wizji przyszłości i interpretacji tereaźniejszosci. Nie będę dyskryminować ejdżystowsko, ale najbardziej jestem ciekaw opinii czytelników młodszych ode mnie.

Czy w konflikcie „prawica kontra cyberkorpy” powinniśmy komuś kibicować, czy raczej zajadać popcorn? Potęga Chin powinna nas cieszyć jako przełamanie hegemonii, czy przerażać, bo to jednak dyktatura? Putin i Łukaszenka „już przegrali”, jak to w kółko piszą nasi publicyści, czy przeciwnie, wyjdą z tego wszystkiego wzmocnieni?

Będę otwarty na wizje nieortodoksyjne, także nie-lewicowe i umiarkowanie spiskowe. Do pewnych granic, do pewnych rozsądnych granic.

Sam czuję się zbyt zdezorientowany, żeby coś o tym wszystkim mniemać. Albo i nie mniemać.

Upadek Trumpa

Zachęcony dobrym przebiegiem eksperymentu z „bezpieczną przestrzenią” do rozmowy o szczepionkach, spróbuję zrobić to samo z Trumpem. Przypominam: będę pilnować ogólnej kultury rozmowy, ale poza tym wszystkie pytania na ten temat dozwolone.

Przeczuwam, że jakaś część polskiej prawicy takiej rozmowy potrzebuje. Chcąc nie chcąc wylądowaliście w jednym obozie z ludźmi takimi, jak Adam Johnson – facet, który pozował do zdjęć ze skradzioną mównicą Nancy Pelosi.

Wtedy był taki wesolutki! W Pinellas County Sheriff’s Office (źródło zdjęcia) już jakby mniej. To poniekąd zrozumiałe, niezrozumiał jest tylko – O CZYM ON MYŚLAŁ?

Adam Johnson, podobnie jak Richard Barnett (ten co się fotografował z nogami na biurku Pelosi), Derrick Evans (świeżowybrany deputowany stanowy, który atak tramsmitował na żywo), Larry Brock (ten od trytytek do wiązania zakładników) czy oczywiście Jake Angeli (szaman), nie ukrywał twarzy podczas ataku. Szczerzył się do kamer!

Teraz ci panowie będą mieli wiele okazji do pozowania fotografom policyjnym. Nie wnikając w ich motywacje, jedno jest pewne – zademonstrowali upośledzenie poznawcze.

Pomijając kwestie lewicy i prawicy, wszyscy w życiu musimy przecież rozumować na zasadzie „decyzja A wywoła skutek B”. Jedno jest bezsporne: ci panowie podjęli błędne decyzje, które przyniosą im niepożądane skutki.

Nie chcesz mieć kogoś takiego za współpracownika, bo skutki jego nieogaru będą uderzać w ciebie. Tymczasem PiS swoją politykę zagraniczną od lat buduje na sojuszu z ludźmi takimi jak Adam Johnson.

Z nimi nic się nie da zbudować. Bo nawet jak zaczniesz, oni to spieprzą. JAKAŚ część prawicy musi widzieć ten problem, stwórzmy tu dla niej bezpieczną przestrzeń, żeby mogli to przepracować.

Zacznę od swoich, socjalistycznych odpowiedzi na dręczące ich pytania:

CZY WYBORY SFAŁSZOWANO?

Nieprawidłowości towarzyszą amerykańskiej demokracji od przeszło dwóch stuleci. Amerykanie mają nawet specjalne słowa na opisanie różnych sposobów fałszowania (na blogu miałem notkę o „gerrymanderingu”, w książce pisałem o innych słowach).

W tych wyborach nie było tego szczególnie dużo. Prawnicy Trumpa mieli okazję je prezentować w sądzie i w parlamencie Michigan – „star witness” Melissa Carone, pracująca w firmie Dominion jako sprzątaczka ośmieszyła ich bełkotliwym i wulgarnym wystąpieniem, będzie odpowiadać karnie za obsceniczne zachowanie. Nie po raz pierwszy, bo już wtedy była na zwolnieniu warunkowym po wcześniejszej kolizji z prawem (dlaczego Giuliani nie umiał znaleźć poważnego świadka?).

Prawnicy Trumpa twierdzili, że kluczowe dowody zachowują na koniec, na mityczny moment „wypuszczenia krakena”. Polska prawica to łyknęła, zapewne dlatego właśnie prezydent Duda zwlekał z gratulacjami. Czekał na krakena. Może nadal czeka?

W to, że „dowody zachowuje się na koniec”, może uwierzyć ktoś, kto prawo zna z seriali. Tak robią scenarzyści, bo chcą mieć mocny koniec.

Gdy wnosisz pozew, w którym domagasz się tak radykalnego zabezpieczenia swoich roszczeń, jak unieważnienie wyborów (albo, w bardziej przyziemnych sprawach, natychmiastowego wycofania przez pozwanego ze sprzedaży butów marki „abibas”), dowody musisz przedstawić natychmiast. Jeśli tego nie będzie w tym pierwszym piśmie, sąd to oddali bez rozpatrywania.

Prawnicy Trumpa chętnie opowiadali o tych dowodach na konferencjach prasowych, ale w pozwach pisali wręcz (cytat verbatim): „Petitioners do not allege, and there is no evidence of, any fraud in connection with the challenged ballot”.

Co innego piszesz, gdy za kłamstwo grozi ci utrata uprawnień – a co innego, gdy chcesz zrobić wodę z mózgu Adamowi Johnsonowi czy Andrzejowi Dudzie. Dlaczego ją chcieli robić, to jest osobne pytanie, niestety za naciąganie naiwnego klienta na kontynuowanie przegranej sprawy nie grozi utrata uprawnień.

SKASOWALI TRUMPOWI KONTO, CZY TO NIE STRASZNE?

No jasne, że straszne. Straszyłem tym w książce, która wyszła trochę ponad siedem lat temu („Internet: Czas się bać”).

Wtedy mi mówiono, że nie ma takiego zagrożenia, bo przecież wolny rynek. Wtedy właśnie zwłaszcza prawica była zachwycona, że dziennikarze są już niepotrzebni, bo politycy przemawiają bezpośrednio do wyborców bezpośrednio przez Twittera czy Facebooka. A w ogóle Amazon pozwala każdemu stać się wydawcą, a Youtube gwiazdą telewizyjną, yadda yadda yadda.

Wiedziałem, że to się tak skończy. Kto chce zobaczyć historię ok. 10 lat moich ostrzeżeń, może sobie kliknąć w kategorię „PCP/IP” na blogu.

Z ostrzegania przeszedłem teraz do zrzędzenia „a nie mówiłem?” (o ileż to przyjemniejsze!). A co mam do zaproponowania?

Znów, to samo co 10 lat temu. Traktowania internetu jak „public utility” – wzięcie cyberkorpów za mordę i wymuszenia na nich regulacji przez społeczeństwo.

Tak to widzę jako socjalista. Może ktoś ma jakieś inne, wolnorynkowe propozycje? Niech je przedstawi. Obiecuję, że nie wytnę (ale nie obiecuję, że powstrzymam złośliwy rechot).

DLACZEGO MEDIA MILCZAŁY GDY ANARCHIŚCI PODPALALI SKLEPY?

Ogólnie nie lubię przemocy i grabieży. Media jednak nie mogą działać bez priorytetyzowania tematów.

„Kradzież mównicy z Kapitolu” jest ważniejsza od „kradzieży telewizora ze sklepu na przedmieściach Los Angeles” z kilku powodów. Po pierwsze: bo ostatni raz Kapitol był splądrowany w 1814, a co rzadkie, to medialne.

Po drugie: bo budynki rządowe są ważniejsze („wybicie w parlamencie” jest bardziej medialne niż „wybicie szyby w sklepie osiedlowym”). Po trzecie: bo wybór prezydenta USA jest ważniejszy nawet od mundialu czy ślubu Ślotały.

Te medialne priorytety mi też się nie podobają, bo tak z nich zawsze jakoś wychodzi, że najważniejsze są wiadomości o białych mężczyznach z klasy średniej. Gdy w Paryżu zginie w zamachu 10 osób, to ważniejsze, niż gdy zginie 1000 osób w Kairze. Nie podoba mi się to właśnie jako lewakowi.

Gdy mam zajęcia ze studentami dziennikarstwa, w takich chwilach kończę wywód słowami „Ja teraz państwu powiedziałem, JAK JEST. Jak POWINNO BYĆ, to inny temat, na inne zajęcia”.

Mi też się marzy gazeta typu „Obiektywne Wiadomości Z Całego Świata”, w której każdy trup i każdy zamach liczy się tak samo. Byłaby jednak strasznie droga w producji (musiałaby utrzymywać biura korespondentów w co większych krajach!), a czytałoby ją może kilka tysięcy ekscentryków.

W tym ja, ale czy na pewno wy też, drodzy pisowcy?

A BIDEN LEPSZY?

Ja tam byłem za Warren i Sandersem. Biden/Harris to dla mnie mniejsze zło.

Prezydent, który uczciwie płaci podatki oraz NIE chwali się, jak to łapie obce kobiety za krocze, już dla mnie jest lepszy od takiego, który nie płaci i łapie. Wolę więc Bidena.

Cieciówka z komarami

Ludzie, którzy pokłócą się w Internecie z kimś o lewicowych poglądach, mają ostatnio tendencję do powoływania się na „esej o zamku wampirów”. To ostatni argument, odpalany przez kogoś, komu skończyły się wszystkie inne.

Wąpię, czy ci ludzie faktycznie ten esej przeczytali. Zapraszam.

Przede wszystkim w połowie dotyczy spraw interesujących tylko Anglików. Zaczyna się od rozwlekłego opisu kłótni Jeremy Paxmana z Russelem Brandem.

O obu tych panach mam ogólną wiedzę (że istnieją, mostly), ale kariery żadnego nie śledzę na bieżąco. Fisher tymczasem konflikt między nimi opisuje tak, jak Pudelek opisuje relacje Ślotały z Wieniawą – z góry zakładając, że czytelnik wie kim są ci ludzie i że oglądał talk show, w którym się pokłócili.

Wspomina tam jeszcze o innych Anglikach sławnych, ale tylko w Anglii. Oraz o różnych znanych angielskich instytucjach. To jest tekst pisany przez Brytyjczyka dla Brytyjczyków o czysto brytyjskich sprawach, tam nie ma nic o nas.

Skąd tytułowa metafora? Dlaczego akurat „zamek wampirów”, a nie „willa zombiaków”, „pałac jaszczurów”, „lądownik ufoków” czy „loch kościotrupów”?

Zaraz do tego wrócę, zacznę od tego, że jest tam druga metafora, zazwyczaj pomijana przez rzekomych czytelników tego eseju. Otóż „zamek wampirów” do funkcjonowania potrzebuje „neo-anarchistów”. Są dla tego zamku tym, czym gluony dla kwarków, to oni przenoszą jego oddziaływanie.

Fisher definiuje ich jako młodych ludzi, którzy identyfikują się jako anarchiści, ale nie podejmują realnych działań w ruchu związkowym czy squatterskim, ograniczając się do Twittera. Z racji młodego wieku nie znają historycznych osiągnięć Partii Pracy, oceniają ją więc po jej smutnej teraźniejszości.

Kolejną definiującą cechą „neo-anarchistów” według Fishera jest to, że oglądają w BBC program „The Question Time” i „jęczą na Twitterze” na jego temat. Ciotka Beeb w kilku miejscach tego eseju wyskakuje jak Piłat w credo, Fisher musiał mieć jakiś uraz na jej punkcie.

Ilu tak zdefiniowanych „neo-anarchistów” jest w Polsce? Trzymając się tego eseju ściśle, nie ma ich wcale, bo jeśli ktoś tak bardzo interesuje się kulturą brytyjską, że regularnie ogląda BBC, to raczej zna historyczne osiągnięcia Labour Party.

No i ilu mamy ludzi, którzy z jednej strony deklarują się jako anarchiści na Twitterze, a z drugiej nie mają nic wspólnego z jakimkolwiek działającym w realu kolektywem? W Polsce populacja spełniająca już nawet nie wszystkie, tylko większość kryteriów definicji Fishera liczy zero.

Jeśli zaś tę definicję zaczniemy przekładać na polskie realia, i zastąpimy BBC przez TVN, Paxona przez Wojewódzkiego (może jednak lepiej nie?), wyjdzie coś jeszcze głupszego. Młodzież, która ogląda „Szkło kontaktowe” i nie docenia historycznych reform przeprowadzonych przez Partię Razem 70 lat temu?

Nie dosyć, że to nie ma sensu, to jeszcze ten zabieg odsłania nam, że główny zarzut Fishera wobec „neo-anarchistów” sprowadza się do tego, że nie rozumieją, jak naszemu pokoleniu było ciężko w Yorkshire. Nikt wtedy nie jęczał na Twitterze!

Skoro więc w Polsce nie ma „neoanarchistów” w rozumieniu Fishera, to NAWET GDYBY u nas pojawił się jego „zamek wampirów”, nie mógłby działać. Istniałby jak hadron bez gluonów, bezobjawowo.

Zajrzyjmy już do jądra tego zamku. Kogo Fisher w nim umieścił?

Otóż w zamku mieszkają osoby o „ogromnej władzy i majątku”, które chronią swoje przywileje poprzez wzbudzanie w otoczeniu poczucia winy. Robią to właśnie za pośrednictwem owych „neoanarchistów”.

Powyższy akapit to twarde jądro eseju Fishera. Tyle zostanie po odfiltrowaniu metafor, którymi sypał, jakby był polskim księdzem w ateńskim tramwaju.

Spory na polskiej lewicy toczą się między doktorantami, stypendystami i nauczycielami. Czasem włączy się też jakiś autor niszowych książek o Okularnikach Z Bardzo Grubymi Szkłami, ale osoby o „immense wealth and power” w nich po prostu nie uczestniczą.

Na polskiej lewicy nie ma kogoś takiego, jak J.K. Rowling, Matka Wszystkich TERF-ów. Nie jest to nawet Tokarczuk, bo Nobel nie daje „immense wealth and power” – na Teslę wystarczy, ale na Gulfstreama już nie. W porównaniu do Kulczyków czy Solorza z Noblem nadal jesteś sankiulotą.

Na brytyjskiej lewicy rzeczywiście od dawna są ludzie z klasy wyższej. To sięga XIX wieku, brytyjska klasa robotnicza sporo zawdzięcza różnym lordom, a nawet markizom.

Nie wchodźmy w to teraz, zainteresowani znajdą sobie stosowny program na BBC (do jęczenia na Twitterze). Grunt, że na polskiej lewicy ich nie ma.

Ludzie z władzą i bogactwem dążą do towarzystwa innych ludzi z władzą i bogactwem. Poniekąd temu je zawdzięczają – po prostu bywają tam, gdzie można zapoznać kogoś, kto załatwi kontrakt na dostawę respiratorów.

Nie spotkamy więc ich w Polsce na seminarium o znaczeniu fallusa w „Ecrits” Lacana, obradach partii Razem czy też na premierze książki „Okularnicy O Bardzo Grubych Szkłach”. Światy polskiej lewicy i polskiej klasy wyższej doskonale się rozmijają.

Nawet jeśli na chwilę, for argument’s sake, zapomnimy o zasadzie „kurica nie ptica, SLD nie lewica” to i tak złota dekada baronów SLD zgasła jak cygaro Ireneusza Sekuły. Niedobitki dawnych „grup trzymających władzę” dołączyły do oligarchii PO-PiSowskiej.

Te nasze kłótnie są takie gorzkie właśnie dlatego, że czujemy się bezsilni. Nie możemy pokonać neoliberałów ani konserwatystów, patriarchatu ani korporacji, przekroczyć progu ani założyć własnych mediów. Możemy tylko się nawzajem banować, calloutować i hejtować.

Rozumiem tę pokusę, że lepiej powiedzieć „ratujcie mnie, kiedy goni mnie zamek wampirów” niż „ratunku, Dehnel wyśmiał moje komcio, umieram od tego, padłem ofiarą linczu i heytu, NIE ZABIJAJCIE NAS”.

Ale u nas nie ma zamku. Jest najwyżej cieciówka. I nie ma w niej wampirów, tylko plaga komarów.

Nie porównujmy się do Wielkiej Brytanii. Tam w takich kłotniach PRZYNAJMNIEJ chodzi o prawdziwe pieniądze i przywileje. U nas tylko o odreagowanie uczucia bezradności. Skądinąd przecież zrozumiałego.

Narodowy Entuzjazm

Wieslawiec Deluxe

Chciałbym polecić PT blogobywalcom artykuł, który pod koniec roku ukazał się w dodatku do „Gazety Wyborczej” „Słówka. Magazyn o języku”. Łatwo było przegapić, a w dodatku gdy tekst się zaczyna od „…mówi półżartem Maciej Mianowski z firmy Lee Hecht Harrison Polska”, można oczekiwać kołczingowych banałów i przerwać lekturę.

W tym wypadku to byłaby duża strata, bowiem obserwacje p. Mianowskiego są całkiem trafne. Przypadną do gustu mym braciom i siostrom, złączonym w niedoli czelendżowania kejpiajów.

Nawet jednak ci szczęśliwcy, ktorzy nie pracują w żadnym korpo, nie są nigdzie „zasobami ludzkimi”, tylko ludźmi z wolnego wybiegu, powinni to przeczytać. Tekst wyjaśnia dlaczego przemówienia premiera Morawieckiego tak często brzmią, jakby były awangardową poezją „pisaną w Excelu”.

Podstawą korporacyjnej nowomowy – twierdzi Mianowski – jest „zasada przymusowego entuzjazmu”. Im mniej podstaw do tego entuzjazmu, tym bardziej tryska nim korpomenedżment.

Morawiecki, korpobankster z krwi i kości, mówi do nas korpospikiem przemieszanym ze sloganami narodowo – katolicko – konserwatywnymi. Dzięki modułowej budowie, korpomowa świetnie nadaje się do mieszania z czymkolwiek

Można sobie wyobrazić jego mieszankę ze sloganami lewicowo-liberalno-postępowymi. Funpaż „Wiesławiec Deluxe” regularnie miesza tę nowomowę z czymś nieprzystającym dla efektu komicznego (przykład w załączeniu).

Te moduły korpomenadżer czerpie z różnych źródeł. Motywujące zebranie z korpomenadżerami wyższej rangi (np. zagranicznymi właścicielami). Kazania kołcza Grzesiaka, którego ma zawsze w słuchawkach, gdy kręci na stacjonarnym rowerku. Złote myśli z podręcznika „Jak być człowiekiem sukcesu”.

Kiedy korpomenadżer przemawia, te beztreściowe frazesy o sukcesach i wyzwaniach nasuwają mu się same. Może tak przemawiać godzinami, mniej lub bardziej losowo je tasując. Odbiorca, zwłaszcza nieprzywykły do mowy pozbawionej treści, może te tasowanki odbierać jako poetycki eksperyment.

Komizm a la Wiesławiec Deluxe tworzy się samoczynnie, kiedy nie ma powodów do radości – ale przymus entuzjazmu pozostaje. Korporacja zaczyna wtedy do swoich zasobów ludzkich wysyłać, cytując Mianowskiego, „komunikaty potworki – mnogość wykwintnych słów i kolorowych slajdów, które sprowadzają się do: zwalniamy 300 osób, idziemy do przodu, jest świetnie”.

Premier Morawiecki nigdy nie miał dla nas, obywateli, dobrych wiadomości. Jego poprzedniczka owszem, trochę ich jednak miała – doceniam dobroczynną rolę, jaką dla wielu polskich rodzin odegrały programy takie jak 500+.

Prezes Wszystkich Prezesów zastąpił prowincjonalną ciocę Becię banksterem bywałym na salonach finansjery, bo chciał wykonać zwrot w stronę technokratyzmu. Bez tego nie da się zbudować drugiego Budapesztu.

Morawiecki od początku nie miał żadnych dobrych wiadomości dla zwykłego obywatela. Budował więc entuzjazm z obietnic przypominających gierkowskie – że oto miliony samochodów elektrycznych pofruną z lotniska im. Solidarności Baranów, a szczecińskie stępki postukane młotkiem pływać będą przekopem przez mierzeję.

W korpomowie nie ma takiego słowa jak „porażka”, dlatego z każdego szczytu Unii Europejskiej Morawiecki wracał z wielkim sukcesem. Przegrana 27:1 to też sukces (moralny).

Pandemia z bareizmu przeniosła nas do danse macabre. Od początku premier ogłasza sukcesy. Ileż to razy ogłosił nam, że wirus jest w odwrocie, że nie należy się go bać!

Fotografował się na tle samolotu sprowadzającego lewe maseczki. Z pompą ogłaszał otwarcie Narodowego Szpitala na Stadionie Narodowym. Narodowy Program Narodowego Szczepienia już jest sukcesem, choć na razie wygląda to na kolejny Narodowy Bajzel. Jak wszystko, czego ten rząd się tknie.

Ubocznym skutkiem każdej nowomowy jest zakaz negatywnego przekazu. Wypowiedzenie zdania typu „nie damy rady”, „za krótki termin”, „nierealny kosztorys” staje się myślozbrodnią.

Jak mówi stare korporacyjne przysłowie – kto sieje asapy, ten zbiera fakapy. Korporacja owładnięta przez nowomowę staje się jak państwo autorytarne, porównane przez Lema przeszło 60 lat temu do maszyny parowej bez zaworu bezpieczeństwa.

Taka maszyna pracuje od eksplozji do eksplozji. Korporacji coraz więcej wysiłku zajmuje gaszenie pożarów, które sama zaprószyła – co oglądamy teraz na przykładzie „Cyberpunka”.

Tak działa państwo polskie. Całe szczęście, że to nie Morawiecki z Sasinem odpowiadają za produkcję ani zakup szczepionek – więc przynajmniej to, co Niemcy wyprodukowali, a Unia dla nas kupiła, dolatuje do Polski. Niestety, dalej już wszystko zależy od nich.

Prywatnie jestem więc pełen czarnych myśli, jeśli chodzi o to, co nas czeka w tym roku. Na szczęście to mój blog, więc tutaj nikt mnie nie może zmusić do entuzjazmu…