Dyplomatyka i sądy

Nie wiem, czy moje piąteczki jeszcze mają jakichś słuchaczy (miasta, które…). Rozwinę na blogu myśl, którą w podkaście zasygnalizowałem skrótowo: że w nowożytnej Europie prawo „od zawsze” było i jest tworem obcej cywilizacji.

Uderzyła mnie ostatnio pewna myśl, do przedyskutowania której zapraszam w komentarzach mole książkowe takie jak ja (bez wikierudytów, proszę). Otóż Europa odkryła prawo niejako dwukrotnie.

Istotą tego wynalazku jest pogodzenie się z tym, że wyrok może nam się nie podobać, ale go honorujemy. To kolosalna różnica w odniesieniu choćby do antycznej Grecji, w której proces (opisany np. w „Obronie Sokratesa”) sprowadzał się do odpowiedzi na pytanie „lubimy tego kolesia czy nie” (a nie „czy jest winny” albo „co zaszło w rzeczywistości”).

Rzymskie prawo w teorii było ślepe na „sympatyczność”. Oczywiście, w praktyce to działało różnie. Mary Beard w swoich książkach zwraca uwagę, że rzymskie prawo znamy głównie z opisów jego porażek.
Niedoskonałe prawo i tak jest lepsze od jego braku. Wynalazek prawa miał spory udział w tym, że Rzymianom udało się zbudować tak wielkie i trwałe imperium.

W grach strategicznych (które też lubię) zazwyczaj oddawane jest to jakimś parametrem, określanym jako „technologia administracyjna”. Bez wynalezienia prawa po prostu nie możemy efektywnie zarządzać dużym imperium – nawet jeśli je zbudujemy orężem czy monetą, zapadnie się pod ciężarem korupcji.

Wszyscy w Europie jesteśmy dziś kulturowymi spadkobiercami barbarzyńców, którzy zbudowali swoje państwa na ruinach Rzymu. Barbarzyńcy zastąpili rzymskie prawo swoim „prawem zwyczajowym”.

Próby imitowania cesarstwa (podejmowane na zachodzie przez Karolingów i Ludolfingów, a na wschodzie przez Bułgarów i Serbów), zazwyczaj się nie udawały. Barbarzyński władca chętnie przyjmował tytuł „cezara”, ale nie zamierzał się kierować rzymskim prawem, którego często po prostu nie znał.

Popkulturowy portret średniowiecznego imperium bez prawa pokazuje nam „Gra o tron”. Widzimy tam kilka makabrycznych „procesów”, przypominających średniowieczne „sądy boże”.

W efekcie baron czy książę, który nie uznał werdyktu zapadającego w takim „procesie” – czy można go winić? – po prostu się buntował. Spór sprowadzał się do tego, ilu rycerzy poprze jego, a ilu władzę centralną. Tak się nie udawało zbudować trwałego imperium.

To się zmienia między XIII a XV wiekiem, między soborami laterańskimi i wormackim Reichstagiem. Cesarstwo i papiestwo zreformowały wtedy zasady działania, tworząc instytucje, które przetrwały stulecia.

Co się stało? Otóż w XII wieku Europa po raz drugi odkryła rzymskie prawo.

We wczesnym średniowieczu Bizancjum próbowało odwojować Półwysep Apeniński, tworząc Egzarchat Rawenny. Nim upadł, zdążył wytworzyć szczególną grupę – rzec można, nadzwyczajną kastę – Włochów obeznanych w rzymskim prawie.

W XI wieku zaczęli wykładać kodeks Justyniana w Bolonii, tworząc podwaliny jednego z najstarszych uniwersytetów w Europie. Absolwenci bolońskiej uczelni zostawali potem papieżami i doradcami cesarzy, przyczyniając się do wspomnianych wyżej reform.

Kodeks spisali po łacinie Bizantyjczycy, którzy kulturowo byli Grekami. A więc już dla nich łacina była obcym, martwym językiem – opatrywali więc ten kodes „glos(s)ami”, czyli po prostu przekładem „z prawniczego na ludzki”.

Pierwsi wykładowcy prawa byli Włochami, dla których obcymi językami była łacina i greka. Oni więc z kolei opatrywali prawo glosami w językach współczesnych. W nowożytnej Europie prawo zawsze jest więc czymś, o czym się mówi w językach obcych (a nawet martwych).

„Kiedy glosa wymaga glosy, sens prawa jest lekceważony i gubi się w labiryntach podwójnych znaczeń”. Ta skarga Azona Bolońskiego ma ponad 800 lat (heh, przy okazji: angielska wiki podaje jego datę śmierci na 1230, a polska na 1220…).

Brzmi do dziś aktualnie, podobnie jak inna skarga sprzed stuleci: że prawo sprzyja klasom uprzywilejowanym. W XIII wieku w Pistoi partia ludowa określała swoich przeciwników jako partię „rycerzów i sędziów”.

Od setek lat jednak wybór jest ciągle prosty. Albo to, albo barbarzyństwo.

Jako przedmurze zachodniego chrześcijaństwa, Polska stała się też wschodnim krańcem zasięgu uznawania rzymskiego prawa. Ten wynalazek przyszedł do nas jakieś dwa stulecia później i na nas się zatrzymał: nigdy nie przyjął się na terenie Rusi Moskiewskiej (i jej następców).

Ekscytujemy się bitwą pod Grunwaldem i robimy co roku jej huczną rekonstrukcję, a nie rekonstruujemy działań dużo ważniejszych. Polskich jurystów skutecznie przedstawiających polską argumentację przed sądami cesarskimi i papieskimi.

Gdyby nie oni, papież ekskomunikowałby Jagiełłę i ogłosił antypolską krucjatę. Na Wawelu zasiadłby jakiś prokrzyżacki kandydat, a resztki Litwy zajęłaby Muskowia. Granice z 1795 pojawiłyby się kilkaset lat wcześniej.

Niektórym podoba się dyplomacja w stylu „Kozacy zaporoscy piszą list do sułtana” – ale pamiętajmy, jak Kozacy skończyli. Kto tak działa w Europie, tego w końcu zwalcują sąsiedzi.

Od XV wieku obowiązuje prosta zasada: Polska jest niepodległa tylko wtedy, gdy ma dyplomatów i jurystów, którzy potrafią jej stanowisko skutecznie przedstawić na europejskim forum – po łacinie, po francusku, po angielsku. To ważniejsze od huzarów, ułanów i czterech pancernych.

Mieli ich Jagiellonowie, miała ich RON (do czasu), miała ich II Rzeczpospolita. PiS ich nie ma. Obecną władzę stać tylko na dyplomację w stylu „europosłowie zaporoscy odpowiadają Komisji Europejskiej”.

Kempa, Szydło, Jaki po prostu nic więcej nie potrafią – i z tym się zgodzą także ich zwolennicy, tylko że będą bagatelizować znaczenie tego problemu. Bo przecież „nie będziemy rozmawiać o polskich sprawach w obcych językach” (tym bardziej że ich nie znacie…), itd.

Rzeki w naszym regionie mają przebieg południkowy, co w naturalny sposób czyni je granicą cywilizacji zachodu. Od setek lat nasza historia biegnie w cieniu właściwie tylko jednego pytania: czy ta granica ma biec wzdłuż Dniepru, Bugu, Zbrucza czy Łaby.

Jak o tym kozacy siczowi bardzo boleśnie się przekonali, w tym rejonie Europy można być tylko albo częścią Turcji, albo częścią Rosji, albo częścią Zachodu. Głos na Dudę w nadchodzących wyborach będzie głosem za przesunięciem granicy cywilizacji Zachodu na Odrę.

Żegnaj, BoJacku!


Skończył się „BoJack”, jeden z najważniejszych seriali dekady. Podsumuję bez spojlerów.

Dla wykluczonych netfliksowo: akcja dzieje się w świecie, w którym wśród ludzi żyją antropomorficzne zwierzęta. Poza tym bardzo przypomina nasz – jest złośliwą (auto)parodią kapitalizmu i popkultury.

BoJack Horseman jest aktorem, którego szczyt kariery przypadał na lata 1987-1994, gdy był gwiazdą rodzinnego sitcomu „Horsin’ Around” na antenie ABC. Grał tam sympatycznego konia, który przygarnął trzy ludzkie sierotki.

Dwadzieścia lat później głównym problemem BoJacka jest (albo: wydaje mu się, że jest) życie w cieniu swojego dawnego sukcesu. Ludzie go rozpoznają na ulicy, wołając „hej, koleś, czy nie jesteś tym koniem z <>?”>.

Frustrację topi w alkoholu i narkotykach. To chyba nie spojler: tak naprawdę to właśnie jest jego głównym problemem, a reszta to wyparcie.

Zasadniczo akcja dzieje się w drugiej połowie lat nastych, mamy jednak częste flashbacki. Autoironiczna narracja sygnalizuje to na przykład tak, że ktoś jedzie samochodem, a z radia leci piosenka z tekstem „Właśnie są lata osiemdziesiąte”, albo ktoś wchodzi do windy i mówię „opowiem wam teraz seksistowski dowcip, bo są lata dziewięćdziesiąte i jeszcze można”.

Te flashbacki polecam wszystkim, którzy obawiają się, że polityczna poprawność zagraża wolności słowa, albo że ruch #metoo sprawia, że strach rzucić seksistowskim dowcipem. Pewnie nie mam takich komcionautów, ale lurkerzy się znajdą.

Mieliśmy niedawno kilka afer. Serwis Viva opublikował seksistowskie rzygi, „Dzień dobry TVN” pojechało rasistowskimi i homofobicznymi żarcikami (tym razem Chajzer był niewinny, co mnie trochę nawet zaskoczyło). Studenci na Uniwersytecie Śląskim zmusili do rezygnacji wykładowczynię, której zarzucali seksizm i homofobię.

Jak wiecie, jestem kompulsywnym heheszkantem. W sprawie wolności słowa jestem radykalnym liberałem – jak Karol Marks.

Dlaczego więc uważam, że takie żarciki są nieakceptowalne? Bo wolność słowa oznacza brak państwowej cenzury – ale szanujące się gazety, telewizje, uczelnie, blogi (itd.) powinny sobie stawiać wyższe standardy.

Nigdy nie było mitycznej złotej epoki nieograniczonej wolności słowa, kiedy wolno było żartować z wszystkiego, a na uczelni głosić dowolne tezy. Nie tylko w Polsce, także na Zachodzie.

„BoJack” pokazuje ewolucję amerykańskiej kultury serialowej, w której do połowy lat 90. panowała ścisła cenzura obyczajowa. Formalnie jej tak nie nazywano, również mówiono o przestrzeganiu standardów, tylko odwrotnych.

Jednym z seriali przełamujących granice wolności słowa było „Z Archiwum X”, które fantastyczną fabułę łączyło z realistycznymi portretami obyczajowymi. Nie byłoby dzisiejszego uniwersum „Breaking Bad”, gdyby nie tamten serial.

Showrunnerzy toczyli legendarne wręcz spory z cenzurą Foxa. Sparodiowali to w odpryskowym serialu „Millennium”, w którym pojawia się szalony cenzor telewizyjny, cenzurujący serial dziwnie przypominający „XF”; cenzor ów w pewnej scenie krzyczy do telefonu „nie obchodzi mnie, że kosmici nie mają genitaliów! jeśli mają krocza, to nie wolno ich tam kopać!”.

Do lat 80. w amerykańskiej popkulturze homoseksualizm był tabu. Steven z „Dynastii” był jednym z pierwszych wyłomów, ale z dzisiejszej perspektywy, ten wątek graniczył z homofobią – jego orientacja pokazana był jak choroba; nieszczęście, którym ukarano Blake’a za jego grzechy.

„BoJack” gorzko pokazuje tamte czasy – gdy wyszło na jaw, że showrunner „Horsin’ Around” jest homoseksualistą, kierownictwo ABC odebrało mu jego własny serial (co zniszczyło życie jemu i BoJackowi). Otóż tak to właśnie wyglądało jeszcze 25 lat temu.

Seriale bez tabu obyczajowego to fenomen drugiej połowy lat 90. Zaczęły je produkować stacje kablowe (jak HBO), mogące ominąć koncesyjną cenzurę.

Jeśli spojrzymy na progresję dekad w popkulturze, np. od drugiej wojny światowej do dzisiaj, zobaczymy systematyczne POSZERZANIE wolności słowa.

To samo z uniwersytetami. Powieści akademickie Lodge’a, Bradbury’ego czy Amisa przypominają nam nie tak dawne czasy, w których na zachodnich uczelniach można było mieć kłopoty za otwarte głoszenie ateizmu.

Gdyby zrobić podsumowanie literatury campusowej „od McCarthy po Eugenidesa”, wyjdzie nam kronika poszerzania wolności. To, co obserwujemy (np. studenckie inicjatywy „bezpiecznej przestrzeni” czy deplatformowania), to właśnie jej przejaw.

Studenci płacą za uczelnię. Albo bezpośrednio, albo pośrednio (bo dofinans idzie za nimi). Płacą – a więc wymagają. Tak wygląda wolność w praktyce.

Jeśli spojrzeć na to w historycznym ujęciu, wnioski są jednoznaczne. Żyjemy w czasach rekordowej wolności słowa.

„BoJack” to świetny przykład. W tym serialu nie ma żadnych tabu. Szokująco szczerze pokazuje kwestie takie, jak (w losowej kolejności) depresja, uzależnienia, kapitalizm, nieheteronormatywność, rasizm.

Skoro jednak dziś wolno WSZYSTKO, to oczekiwałbym po heheszkantach, że się wykażą czymś ponad „patrzcie! gruby Murzyn! hahahaha!”. Wolność zobowiązuje.

Po setkach lat na uczelniach nareszcie wolno otwarcie być ateistą. Kilkadziesiąt lat temu dopuszczono na nie kobiety (na Harvardzie ten proces dokonał się dopiero w 1999!). To, że dziś nie wolno już obrażać kobiet za sam fakt bycia kobietą (albo ateistów za sam ateizm), to kolejny krok w stronę wolności.

Jako zwolennik wolności słowa jestem za tym, żeby rasiści, seksiści, homofobi itd. mogli sobie to uprawiać na jakichś swoich niszowych forach. Proszę bardzo.

Tam, gdzie mam na to jakiś wpływ, zamierzam ich jednak kosić równo z trawą. Ot, choćby w komciach na SWOIM blogasku…

Żegnajcie, Anglicy!

Po brexitowym referendum odświeżyłem sobie „Mechaniczną Pomarańczę” Kubricka. Teraz trochę nie mam zdrowia, ale tak sobie mniej więcej wyobrażam postbrexitową Wielką Brytanię – a raczej to, co z niej zostanie po niewykluczonej secesji Szkocji i Irlandii Północnej.

Film jest, jak wiadomo, tak przerażający, że sam Kubrick wycofał go z dystrybucji. Jednocześnie wywarł potężny wpływ na popkulturę – ruch punkowy i nowofalowy na różne sposoby odwoływał się do niego.

Heaven 17, weterani synthpopu, zaczerpnęli swoją nazwę z listy przebojów, którą widzimy w sklepie muzycznym (razem z inspirowanymi rosyjskim grupami „Johnny Zhivago” i „Goggly Gogol”). Makabryczny soundtrack Wendy Carlos przyczynił się do popularyzacji syntezatorów (wcześniej wykorzystywanych raczej w widowiskach science-fiction).

Film jest okrutną parodią brytyjskiej lewicy i prawicy. Główny bohater Alex mieszka na osiedlu komunalnym, ucieleśniającym modernistyczne ideały „miasta bez ulic”. Jego adres to „Municipal Flat Block 18A, Linear North”.

To nawiązanie do powojennej labourzystowskiej utopii „nowych miast”, budowanych po drugiej wojnie światowej dookoła zniszczonych bombardowaniami metropolii. Lewicujący urbaniści marzyli o uwolnieniu ludzi od zepsucia i niezdrowego życia w wielkich miastach.

Jednym z tych miast było Basildon pod Londynem, miejsce narodzin Depeche Mode i Yazoo. Życie w nich było nieznośnie nudne, o czym opowiada wczesna piosenka depeszów „Something To Do”.

Pół biedy, kiedy ta nuda inspirowała młodych ludzi do zakładania zespołów. Częściej jednak pchała do przestępczości, jak w „Mechanicznej pomarańczy”.

Lewicę, która niby chce dogodzić prostemu człowiekowi, ale tak naprawdę ma go gdzieś, symbolizuje w tym filmie kilka postaci – przede wszystkim Pisarz, który pada ofiarą Alexa.
Ale równie bezwzględnie prostym człowiekiem gardzi prawica, jak minister, którego ofiarą pada Alex.

W brytyjskiej polityce do dzisiaj dominują absolwenci elitarnych szkół, którzy z klasą średnią czy ludową nie mają żadnych relacji towarzyskich czy rodzinnych. Ludzi takich jak my znają tylko jako podwładnych albo usługodawców.

To dotyczy także herosów lewicy, takich jak Clement Attlee, którego rząd dał klasie robotniczej być może największe zdobycze, jakie kiedykolwiek ta dostała w historii UK od kogokolwiek. Ale trudno się oprzeć wrażeniu, że dbał o ludzi pracy tak jak ogrodnik dba o kwiatki.

Oczywiście, prawicy to też dotyczy. W serialu „Peaky Blinders” widzimy na przykład inne niż zwykle oblicze Churchilla.

Popkultura pokazuje go zazwyczaj z sympatią – jako równego gościa, którego jedyną wadą był alkoholizm. Ale z zimną krwią podejmował on decyzje, o których wiedział, że zabiją wielu ludzi – czasem dla błahej korzyści politycznej. Śmierć „proli” zdawała się nie mieć dla niego moralnego znaczenia, przycinał ich jak ogrodnik kwiatki.

Attlee niestety robił to samo. Jego decyzje dotyczące kolonii miały skutki mierzone w megatrupsach.

Brytyjska polityka jest skażona utylitaryzmem. „Może i ludzie od tego zginą, ale posuniemy jakąś sprawę naprzód”. Ja wolę kontynentalne podejście z konsekwentnym „pulling the lever is murder”.

Jak wiadomo, Wielka Brytania nie ma spisanej konstytucji, a więc nie bardzo można się odwołać do jakiegoś nadrzędnego dokumentu, gdy demokratyczne władze chcą zrobić coś zbrodniczego (powiedzmy, jakąś małą masakrę w Derry). Dopóki byli w Unii, taką możliwość stwarzały unijne traktaty o prawach człowieka, ale czarno to widzę poza Unią.

No cóż, nie ma tego złego… Teraz łatwiej będzie wymuszać unijne prawa człowieka w ramach samej unii. Gdy zabraknie brytyjskich komisarzy i europosłow, uda się przeforsować ostrzejsze regulacje działalności korporacji technologicznych (i nie tylko).

Dla nas to powinien być sygnał do mobilizacji, by zatrzymać tych, którzy nas prowadzą w stronę Polexitu/Wypierpolu. A prowadzą nas tam wszyscy ci, którzy kwestionują zasadę nadrzędności prawa unijnego nad krajowym.

Jestem zwolennikiem tej zasady niezależnie od tego, kto rządzi – Platforma czy PiS. Gdyby kiedyś rząd premiera Zandberga wszedł w kolizję z TSUE, też będę za respektowaniem wyroku TSUE (nawet jeśli mi się nie będzie podobał).

Żegnajcie, Anglicy. Będziemy się czasem odwiedzać, ale pójdziemy swoimi drogami. Ja wam waszej nie zazdroszczę.

The pan is a lajdak

MRW pytał u siebie na fejsie, co to znaczy „czuć się Słowianinem”. Chciał zapewne zakpić z części fandomu „Wiedźmina”, ale pytanie jest ciekawe.

Różnice między Chorwatem a Rosjaninem są ogromne, ale z drugiej strony, równie duże są różnice między Szwedem a Norwegiem. A przecież nie mamy problemu z wyobrażeniem sobie stereotypowego Nordyka, uogólnionego Larsa Jensena.

Oni oczywiście też sobie potrafią wyobrazić „stereotypowego Słowianina”. W nordyckich thrillerach często pojawia się gangster z Europy Wschodniej, Ivan Kovalsky z Banja Luki. Kim on jest?

W średniowieczu Słowianie mieli kilka państw i nawet ze dwa cesarstwa, ale większość z nich nie przetrwała Renesansu. Zostały rozbite lub zasymilowane przez Turków, Niemców, Madziarów albo dwa narody słowiańskie, które z Renesansu wyszły jako regionalne mocarstwa: Polskę i Rosję.

„Słowiańskość” często jest związana ze „środkowoeuropejskością”, czyli pochodzeniem z małego kraju, przytłoczonego przez silniejszych sąsiadów. Jest wspólnym doświadczeniem także dla nie-słowian, np. Litwinów czy Albańczyków.

Tego w „Wiedźminie” sporo. Już w pierwszych opowiadaniach dowiadujemy się, że Geralta wszędzie zdradza jego „rivijski akcent”. Wobec konfliktu między Nilfgaardem a królestwami północy błąka się trochę jak Szwejk – nie jest neutralny, ale to nie jest jego wojna.

Dla Rosjanina słowiańskość, przeciwnie – oznacza mocarstwowość i wieczne zdumienie, że inni Słowianie nie chcą się dołączyć i podporządkować. Polak z kolei definiuje swoją tożsamość jako słowiańskość antyrosyjską.

Do dziś główne obozy polskiej polityki oskarżają się nawzajem o prorosyjskość. Nikt otwarcie nie prezentuje się jako odpowiednik niemieckich „Russlandversteher” (ja też nie!).

Na pozaparlamentarnej lewicy błąkają się prorosyjskie „dźwigi” i „czołgi”, ale w Razem chyba ich nie ma. Na skrajnej prawicy mamy tylko osamotnionego Korwina.

Z polskiej antyrosyjskości kpił już Dostojewski. Poświęcił jej spore pasaże „Gracza” i „Braci Karamazow”.

W „Braciach” występują Polacy jako niesympatyczne postacie drugoplanowe. Udają, że nie znają rosyjskiego i „celowo przekręcają słowa rosyjskie z polska”, jak w fragmencie na skrinie.

Za słabo znam rosyjski, żeby docenić tę grę słów. W tym fragmencie widzimy jednak np. polskie słowo „mówi” zapisane cyrylicą, którego raczej tu nie powinno być. Bohaterowie stanowczo nadużywają też formuł „pan” i „pani”.

W polskim przekładzie Aleksander Wat pominął błędy językowe, ograniczył się do nadmiaru „panowania”. Zabawnie to rozwiązała Constance Garnett w angielskim przekładzie: przełożyła to co rosyjskie, zostawiając to co polskie, co prowadzi ją do zdań takich, jak „The pan is a lajdak!”.

Dymitr Karamazow podchodzi do tych Polaków z szeroką, słowiańską duszą. Wznosi z nimi toast „Za Polskę, panowie, hura!”. Ale gdy krzyknął „Teraz za Rosję, panowie, bratajmy się!”, polscy panowie „nie dotknęli nawet szklanek”.

„Jak to, panowie? — zawołał Mitia – To wy tak?…”. A oni na to wznieśli toast „Za Rosję w granicach sprzed tysiąc siedemset siedemdziesiątego drugiego roku!”.

Scena z powieści z 1880, a przecież mogłaby się wydarzyć dzisiaj (np. u Ziemowita Szczerka). Dodajmy, że w finale, gdy już Polacy (proszę wybaczyć spojler) zeznają w procesie Dymitra jako świadkowie, to nagle się okazuje, że mówią po rosyjsku perfekt, jak to już podejrzewał narrator.

Pierwszą część „Gracza” z kolei można streścić jako „Rusek, Anglik i Francuz wchodzą do kasyna i spotykają tam Niemców i Polaków”. Dostojewski, jak wiadomo, tworzył w pośpiechu, więc pojechał po bandzie ze stereotypami.

Polacy w „Graczu” przedstawieni są jako niehonorowi hipokryci. „Każdy Polak w podróży jest hrabią”, twierdzi narrator. W „Braciach…” Polacy też udawali, że są dużo ważniejszymi panami, niż byli w rzeczywistości.

Na maskaradę Polaków dają się niestety nabrać Francuzi, przedstawieni w „Graczu” z otwartą wrogością. Narrator narzeka więc, że Rosjaninowi podróżującemu po Europie ciężko się przyznać do swojej tożsamości, bo napotka na niechęć Europejczyków, którzy okazują Polakom współczucie w związku z ich (rzekomym) zniewoleniem.

Aleksy, narrator „Gracza”, jest człowiekiem zaburzonym psychicznie, co pisarz nam wyraźnie sygnalizuje. Dał mu jednak swoje własne zaburzenia, więc tak do końca nie wiemy, na ile ksenofobiczne poglądy Aleksego są własnymi poglądami Dostojewskiego.

Aleksy definiuje swoją rosyjską słowiańskość jako odrzucenie zachodnioeuropejskich cnót. Wymienia je: „cierpliwość, rozum, uczciwość, charakter, siła woli, wyrachowanie”. Gardzi tym wszystkim i z dumą woła, że woli po rosyjsku grać w ruletkę o wszystko.

Gdyby się w tej scenie pojawił Dymitr Karamazow (what is this, a crossover episode?), pewnie by się z tym zgodził. W hollywoodzkiej adaptacji grał go przecież Yul Brynner.

U Dostojewskiego wygląda to więc tak. Rosjanie są Słowianami najdoskonalszymi. Odrzucają zachodnioeuropejski system wartości, kierują się w życiu swoim szerokim sercem, a nie zimnym rozumem.

Dzięki temu cieszą się prawdziwą wolnością, bo tą można osiągnąć tylko żyjąc w zniewoleniu, jako poddany sprawiedliwego władcy absolutnego. Uwierzcie mi na słowo (albo zmiażdżcie mnie cytatami z Bachtina czy Przybylskiego), ale Dostojewski naprawdę za idealny ustrój uważał kleronacjonalistyczny zamordyzm.

Za sprawą młodzieńczej fascynacji jego książkami, postrzegam Rosjan przez jego pryzmat. Może to błąd, ale jak inaczej zrozumieć kogoś, komu duma z zajęcia Krymu rekompensuje biedotę materialną?

I od lat zastanawiam się, czy nie jestemy Polakami z karykatur Dostojewskiego. Nie pasujemy do Europy Zachodniej, ale wołamy „państwo prawa” i „państwo dobrobytu” (a to przecież kopie niemieckiego „Rechtsstaat” i angielskiego „welfare state”).

Udajemy, że nie znamy rosyjskiego. Z Rosjanami najchętniej mówimy po angielsku, Polacy u Dostojewskiego używali w tym celu francuskiego i niemieckiego. Ale po wypierpolu może się okazać, że mówimy perfekt, jak panowie z „Braci Karamazow”…

To temat wykraczający poza tę notkę, i tak już zbyt długą. W każdym razie, słowiańskość definiowałbym jako skłonność do stawiania serca nad rozumem – na manierę republikańską (PL) lub absolutystyczną (RU).

W tym sensie znów zaryzykowałbym tezę, że Geralt i Jaskier mają w sobie coś z Polaków. Z Rosjanami się dogadają, ale nie za wszystko z nimi wypiją (całkiem jak mistrz Sapkowski).

I tylko Yennefer pozostaje Zagadką…

Let’s make it official

Nie lubię i nie umiem się autopromować, więc będę zwięzły. „Piąteczek” w pewnym sensie wrócił, ale autoironiczne „2.0” w nazwie sygnalizuje radykalną zmianę formuły.

Nie można mnie już słuchać na antenie – też ubolewam, ale tak krawiec kraje. Nie jest to już także formuła „rozmowa z zaproszonym gościem”, na razie to jest moja swobodna paplanina.

Zaleta nowej formuły jest z kolei taka, że robię Naprawdę Co Chcę. Jeśli kiedyś z jakiegoś powodu zechcę zrobić oldskulową godzinną rozmowę z gościem – to zrobię.

Uboczny skutek jest jednak taki, że – o ile mi wiadomo – nie można już teraz mnie słuchać na jakiejś darmowej, ogólnodostępnej platformie. Odpowiada mi to, ogólnie podoba mi się formuła „płatnego dostępu do treści premium”.

Że pracuję w korporacji, która taką akurat formułę rozwija, to żadna moja zasługa. Nie mam przecież wpływu na świetlane decyzje korpomenedżmentu. Z tymi akurat jednak rzeczywiście jest mi po drodze.

Ceterując parobasa, gdybym miał do wyboru sprzedać 10.000 egzemplarzy książki albo wystąpić w niekodowanej telewizji dla milionowej publiczności, zawsze będę wolał te 10.000 egzemplarzy. Po prostu wolę grono kameralne, ale płacące za treść.

Nie wiem, skąd mi się to bierze. Może po prostu stąd, że sam dużo płacę za dostęp do różnych treści (wliczając w to płyty, bilety i netfliksy), a więc instynktownie czuję, że z płacącymi za podcast coś mnie łączy.

Jeszcze nie wiem, jaką wypracuję formułę łączności ze słuchaczami. Na razie proponuję wpisywać ewentualne uwagi i sugestie w komciach na blogu – myślę też o jakiejś formie fejsbukowej.

W każdym razie, o ile bloga robię za friko (a nawet dopłacam do tego interesu), to słuchacz podkastu jest dla mnie płacącym klientem. Ergo, inaczej zareaguję na uwagi typu „zmień to” albo „zainteresuj się tamtym”.

I skoro już mowa o płatnych treściach – w dzisiejszej „Świątecznej” znów jest mój artykuł. Podobnie jak tydzień temu. Oraz dwa tygodnie temu.

Let’s make it official, jak podobno mówi młodzież na trzeciej randce. Za tydzień chyba też będzie. Wygląda na to, że znów jestem stałym felietonistą.

Nie przyzwyczajam się do tego jakoś bardzo, bo od 2017 zdążyłem już chyba trzykrotnie przelecieć fazy cyklu „felietonista / były felietonista”. Korpomenedżment dmie kędy chce, niezbadane są wyroki jego.

Póki co, raduję się po prostu, że znowu mogę się spotykać ze swoimi nielicznymi, ale płacącymi odbiorcami. Oby wreszcie komuś wypalił jakiś podtrzymywalny biznesowo model jakościowych mediów komercyjnych!

Nolensując wolensa

Miałem dużo miłych reakcji (powiedziałbym: zaskakująco dużo, zaskakująco miłych) na mój tekst o pokoleniach. Trochę krytyki budził tytuł, w którym swoje pokolenie przedstawiam jako pierwsze, które zostawi świat w gorszym stanie, niż je zastało.

Tytuł nie mój (faktycznie trochę clickbaitowy), ale podobna teza pada w tekście. Rzeczywiście uważam, że dorobek netto generacji X, czyli roczników 1965-1980, jest wręcz ujemny.

Stosunkowo najmniej szkody wyrządzili ci spośród nas, którzy gdzieś tam w kąciku pilnują własnego nosa. Ale ci, którzy zostali liderami w polityce, biznesie czy mediach? O rety. Lepiej by było, gdyby ich nie było.

Za wyjątek uważam polski przemysł gier wideo, który moi rówieśnicy stworzyli niemalże od zera.
Niemalże – bo jednak korzystali z tego, że poprzednie pokolenia zainwestowały w nauczanie informatyki (ekipa Gierka uwierzyła, że to „klucz do dobrobytu”), ułatwiały import komputerów, a nawet wybudowały szkołę na Grzybowskiej, na której korytarzach ten przemysł się narodził. Jeśli nie mówimy dziś o węgierskim przemyśle gier wideo to także dlatego, że nie było węgierskiego Kwaśniewskiego.

Cenię też dorobek kulturalny mojego pokolenia. Wymienię tylko Tokarczuk, bo niewymienieni czują się pokrzywdzeni (a tak mogę powiedzieć, że to miejsce parkingowe zarezerwowane dla laureatów Nobla). Ale to miecz obosieczny, bo Zenek Martyniuk i Patryk Krzemieniecki to też moje pokolenie.
Łatwiej podawać przykłady pozytywne niż negatywne, więc zacznę tak. Gdy patrzę na fajne nowe projekty medialne, to albo je rozkręcają milenialsi („Pismo”, „Dwutygodnik”), albo boomerzy otoczeni milenialsami („OKO”).

Gdy coś rozkręcają moi rówieśnicy, wychodzą im serwisy o niebiańskim smaku parówek na Orlenie i majtkach Dody Elektrody („ZDJĘCIA!”), ewentualnie o tym, jak fajną żonę ma pan minister, skądinąd też fajny. Jakbyśmy potrzebowali boomersów, żeby nas zmuszali do przestrzegania standardów, bo sami z siebie nie czujemy takiej potrzeby.

Moje pokolenie w tej chwili nominalnie nami rządzi. Wywodzą się z niego pan premier i pan prezydent. Skądinąd oczywiście marionetki boomersa Kaczyńskiego.

Może dlatego właśnie opozycja miota się jak bezgłowy kurczak? Nie ma swojego boomerskiego masterminda – władcy marionetek?

Nie chcę się źle wypowiadać o opozycji w trakcie kampanii wyborczej, ale na scenie politycznej po prostu nie widzę polityków ze swojego pokolenia, o których bym myślał per „fajna babka, fajny facet, chciałbym bliżej poznać, z przyjemnością zagłosuję”. Tak mam tylko z milenialsami z Razem (a kiedyś z boomersami typu Borowski).

Moje pokolenie działalność zaczynało razem z ruchem Wolność i Pokój. Pewien mój kolega niedawno nostalgicznie wrzucał zdjęcia z demonstracji przeciwko budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu.

No właśnie. My zaczęliśmy od szkodnictwa, a potem było z nami tylko coraz gorzej.

Per saldo lepiej byłoby, gdyby ruch Wolność i Pokój nie zaistniał. Elektrownia w Żarnowcu dostarczałaby prąd od 30 lat. Pułkownik Konstanty Miodowicz nie wpłynąłby na wybory prezydenckie z 2005 (przy pomocy paskudnej intrygi udało mu się wtedy utrącić kandydaturę Cimoszewicza, co miało wspomóc Tuska, ale oddało władzę Kaczyńskiemu; cierpimy do dzisiaj).

Liberałowie lubią straszyć liderami, którzy się „zniechęcą i wyjadą”. Otóż z mojego pokolenia nie przychodzi mi do głowy nikt (poza wspomnianym wyjątkiem rozrywkowo-technologicznym), za kim bym w takiej sytuacji tęsknił.

Niektórych liderów bym nawet z radością odwiózł na lotnisko. O ile obiecają, że nie wrócą.

Jeśli macie kontrprzykłady, spełniające następujące warunki: (1) generacja X, (2) lider(ka) biznesu lub polityki, (3) spoza kultury/gier/IT, (4) dali społeczeństwu więcej niż wzięli; to wpisujcie. Naprawdę chętnie poznam.

Wydaje mi się, że wiele systemowych porażek III RP da się sprowadzić do następującego schematu. Poprzednie pokolenia przykroiły definiujące nasz ustrój konstytucje, statuty i ustawy pod własną miarę.

Nie przewidzieli w nich zabezpieczeń przed nadejściem nas. Z naszym cynizmem, chciwością i kazuistyką.

Stworzyli konstytucję, która jest być może odporna na Hitlera, ale jest bezbronna wobec trzeciorzędnego krętacza w todze, który tu nie odbierze poleconego, tam załatwi zgubienie dowodów, a wyroku po prostu nie wydrukuje i co mu pan zrobisz?

Jedyną nadzieję widzę w milenialsach. Chcą czy nie chcą, muszą sprzątnąć ten bajzel. Nie mają wyboru.

Nie oni pierwsi (jeśli to jakaś pociecha).

Now Playing (178)

W swojej winylowej szajbie jestem raczej kolekcjonerem niż audiofilem. Najchętniej kupuję takie płyty, o jakich marzyłbym w latach 80., ale nie było mnie na nie wtedy stać. Dlatego kupuję nieproporcjonalnie dużo maksisingli z tego okresu.

Dla przeciętnego mieszkańca PRL były niewyobrażalnie drogie. Panuje mit, że kultura była wtedy tania – to nieprawda.

Kupiłem sobie na przykład niedawno debiutancką płytę Trojanowskiej z 1981. To było tuż przed inflacją, więc na okładce wydrukowano cenę detaliczną: 200 zł.

Przeciętne zarobki były wtedy zbliżone do nominalnych dzisiejszych. W Warszawie zarabiało się tak gdzieś po 3, 4 czy 5 tysięcy – jak dzisiaj. No ale dzisiaj kiedy nowy winyl kosztuje stówę, to ludzie kręcą nosem, że zdzierstwo.

Z zachodnimi płytami było, oczywiście, jeszcze gorzej. O ile pamiętam, typowa bazarowa cena typowego longplaja to było jakieś 600-800. Peweksowa to 8-10 dolarów.

Maksisingli praktycznie nie było w Polsce w obiegu. Nie mieli ich handlarze z Wolumenu ani prywatne małe sklepiki płytowo-kasetowe (trochę ich w Warszawie było za komuny, m.in. na Słupeckiej i na Rynku Nowego Miasta).

Stykałem się z nimi podczas nielicznych wyjazdów na Zachód, podczas których zazwyczaj udawało mi się wychachmęcić jakieś parę franków czy dojczmarek – za co kupowałem głównie płyty. No ale oczywiście kupowałem te, które mi się wydawały Szczególnie Ważne, a więc prawie nigdy nie były to single.

Zrobiłem jeden wyjątek: „Love Will Tear Us Apart”. Po prostu chciałem mieć wszystko Joy Division. I miałem, nie było tego przecież dużo.

Maksisingiel kosztował jednak prawie tyle samo co zwykły album. Rozsądek podpowiadał, żeby jednak dołożyć te dwa dolce i kupić czterdzieści pięć minut muzyki, a nie kilkanaście.

Teraz używkę w dobrym stanie da się spokojnie kupić za trzy dychy. Za tyle sobie impulsowo kupiłem maksisingla Sade „Hang On To Your Love”.

W klasycznej romantycznej komedii o zombie (zom-rom-com) „Shaun Of The Dead” bohaterowie rzucają w zombiaki winylami, przy okazji zastanawiając się, którymi można rzucić, a które są zbyt cenne. „Blue Monday?” „Oszalałeś, pierwsze tłoczenie”. „Soundtrack z Batmana?” „RZUCAJ!”.

W ich rękach pojawia się też „Diamond Life” Sade. „To płyta Lizzie…” „Przecież cię rzuciła!” WIUUUUUU…

To podsumowuje stereotypowy odbiór Sade w latach 80. Mężczyźnie nie wypadało się przyznać, że tego słucha (ale mógł się usprawiedliwić, że to płyta jego dziewczyny).

Że ten zespół w ogóle miał maksisingle, to było dla mnie zaskoczeniem. Puściłem sobie właściwie z ciekawości. A potem nie dość, że dokupiłem jeszcze ze dwa single, to jeszcze bindżowo w samochodzie słucham „Diamond Life”. To jednak świetna muza!

W latach 90. muzyka pop była pełna imitacji Sade. Zaliczyłbym tutaj cały ten polski badziew z serii De Mono / Varius Manx / Piaseczny, którego do dzisiaj nie trawię. Komuś, kto nie pamięta ejtisów trudno więc sobie wyobrazić to, że ta muzyka kiedyś była szokująco nowatorska.

Sade (to nie tylko imię wokalistki, ale także nazwa zespołu) grali muzykę w zasadzie przypominającą amerykański soul/rnb/smooth jazz, ale jednak o rockowym rodowodzie. Perkusista nie synkopuje, basista nie wygłupia się z solówkami, saksofonista też nie udaje Coltrane’a.

Ani to rock, ani to jazz. Wytwórniom nie pasowali do szufladek, więc ileś tam odrzuciło dema późniejszych superhitów, typu „Smooth Operator”.

Gdy już zyskali popularność w Wielkiej Brytanii, pozostawała jeszcze kwestia wejścia na rynek amerykański. Podbili go właśnie „Hang On To Your Love”, który – dzięki maksisinglowi – dotarł na piąte miejsce przebojów tanecznych.

Ścieżka A to wersja opisana na okładce jako „US Remix” i ma 5:13. Jest dość podobna do albumowej, która ma 5:55. Większość z nas zna głównie wersję radiową, która z kolei miała 3:58 (i jest podstawą do teledysku).

Polecam cały album. Jak mi wpadł w ucho, kompulsywnie guglałem ciekawostki na temat tego zespołu, wtedy przecież wiedzieliśmy tyle, co nam w trójce powiedzą.

Myślałem, że „Sally” jest o jakiejś kobiecie, a to po prostu o Armii Zbawienia! No i nie wiedziałem, że członkowie zespołu jeszcze w 1984 żyli w biedzie, więc „When Am I Going To Make A Living” jest autobiograficzne (myślałem, nie wiem czemu, że Sade Adu urodziła się w jakiejś bogatej rodzinie).

Krótko mówiąc, polecam Sade. Choćby jako arsenał na wypadek nadchodzącej apokalipsy.

Unio, do boju!

Pozwoliłem sobie zapolemizować na łamach „Gazety Świątecznej” z optymistycznymi tezami prof. Michała Kosińskiego, przedstawionymi tydzień wcześniej w wywiadzie dla Anity Karwowskiej i Waldemara Pasia. Który to Waldemar Paś, mówiąc bardzo nawiasem, 14 lat temu namówił mnie do założenia bloga (gdy wspominam tę rozmowę, pamiętam nasze ówczesne biurka – obaj siedzieliśmy piętro niżej, bo „Gazeta Wyborcza” była wtedy tak wielką instytucją, że zajmowała dwie kondygnacje).

Jako mistrz autopromocji zaznaczę od razu, że dla PT blogobywalców w tym tekście prawdopodobnie nie będzie niczego nowego (może poza anegdotą o kardynale Richelieu, pionierze medialnym). No ale skoro cyberoptymiści powtarzają w kółko te same argumenty, my jako cyberpesymiści nolensując wolensa musimy powtarzać te same polemiki.

Profesor Kosiński miał ostatnio tournee w polskich mediach, w których prezentował klasyczny cyberoptymizm w wersji, którą – jak naiwnie myślałem – pogrzebaliśmy razem z superkretyńską książką „The New Digital Age” Cohena i Schmidta z 2014. Klasyczna obietnica cyberoptymizmu mówiła, że korporacje takie jak Google czy Facebook gromadząc i dostarczając wielkie ilości informacji wyrządzą dla ludzkości tyle dobrego, że nie należy ich działalnośco ograniczać regulacjami.

Wydawało (mi) się, że po Snowdenie i Cambridge Analytica do wszystkich już dotarło, że tak nie jest. I że bilans z działalności kartelu GAFA jest dla nas generalnie ujemny. Te firmy od dawna robią więcej złego niż dobrego.

Okazuje się, że cyberoptymizm przeszedł tylko drobny rebranding, wszystko tłumacząc (jak robi to prof. Kosiński) prostym hasełkiem „dwa kroki do przodu, jeden w tył”. Tylko gdzie są właściwie te „kroki do przodu”, pray tell?

Gdy tutaj dociskać prof. Kosińskiego, odfruwa w science-fiction typu „sztuczna inteligencja wyleczy raka”. Nie, nie wyleczy, choćby dlatego, że rak to nie jest jedna choroba.

Ale nawet gdyby, to takimi badaniami powinny się zajmować państwowe jednostki, finansowane z podatków pobranych od cyberkorpów. A nie cyberkorpy w wolnych chwilach od kradzieży naszych danych i udoskonalaniem technik animowania kotków.

Kartel GAFA należy uregulować i rozbić. Nie dajmy sobie wmówić, że sprawa jest skomplikowana i zniuansowana: jest bardzo prosta.

Cyberkorpom przede wszystkim należy zabronić tworzenia karteli wertykalnych – tak w 2004 Komisja Europejska zabroniła Microsoftowi łączenia przeglądarki i odtwarzacza z systemem operacynym. Kiedyś to Microsoft wydawał się potęgą nie do ruszenia – Waszyngton leżał przed nim plackiem, ale Bruksela go pokonała. Da radę Bezosom i Zuckerbergom, jeśli tylko zechce działać.

Wzorem tamtego rozwiązania, Amazon musi dostać propozycję nie do odrzucenia. Może być albo globalnym sklepem „z wszystkim”, albo platformą streamingową, albo serwisem hostingowym. Ale nie może łączyć Amazon Prime, Amazon Web Services i Amazon Store jako jeden.

Tak samo Alphabet/Google musiałby wybrać – wyszukiwarka, Android czy Youtube? A Facebook rozstać się z Whatsappem i Instagramem.

Facebookowo dodatkowo dupnijmy interoperatywność. W praktyce ona już i tak jest, tylko że jednostronna. Część z Was, drodzy komcionauci, loguje się przecież na tym blogu swoim kontem fejsowym – powinna być też symetryczna możliwość logowania się na fejsie kontem wordpressowym (czyli ogólnego logowania się jakimś EuroID na wszystkich komercyjnych serwisach działających w EU).

Oczywiście, Unia Europejska nie może niczego nakazać amerykańskim firmom. Ale może im zabronić zarabiania pieniędzy na europejskim rynku. No już widzę jak Cook, Zuckerberg, Bezos czy Brin strzelają focha i nas opuszczają. Papatki, nie będę tęsknić.
Na Microsoft ten straszak podziałał. Podziała i na Google’a.

Nie zapominajcie, że niczego tym firmom nie zawdzięczamy, więc niczego nie jesteśmy im winni. To nie one stworzyły internet. To nie one wynalazły wyszukiwanie ani serwisy społecznościowe.

One to tylko zmonopolizowały, hamując dalszy rozwój. Należy je rozbić w interesie – cytując senator Elizabeth Warren – „the next kid who comes along”.

To jest takie proste. To bym zrobił jako unijny komisarz. I chciałbym głosować na polityków, które taką agendę forsowaliby na unijnym forum (wolę nie wiedzieć, jakie zdanie ma Biedroń).

Drodzy pisowcy…

Dawno się do was nie zwracałem (ale bywalcy bloga wiedzą, że ten nagłówek się tu czasem pojawia). Dla początkujących przypomnienie, że to nie jest Twitter, to jest mój blog, komentarze podlegają ostrej moderacji. Debiutantom rekomenduję przyjrzenie się poprzednim komentarzom i próbę dostosowania do ogólnego poziomu.

Piszę do was, drodzy pisowcy, zdruzgotany ostatnimi porażkami prezydenta Dudy i polskiej dyplomacji. Marka „Polska” to nasze wspólne dobro, więc przykro nam, gdy Wasi politycy ją niszczą.

Depesza Reutersa „Poland’s President Says He Won’t Attend Holocaust Event in Israel” brzmi fatalnie. W takiej mniej więcej wersji to pokazują zachodnie media.

Zgadzam się, że prezydent Duda nie miał innego wyjścia. Ale to właśnie źle, że dał się zapędzić do sytuacji bez wyjścia.

Gdzie on w ogóle był, kiedy problem narastał? Jeździł na nartach? Łapał hostię? Tweetował z Ruchadłem Leśnym?

Rosjanie – z tym się też chyba zgodzicie – to dobrzy gracze. Nie „dobrzy” w sensie „stojący po stronie dobra”, tylko w sensie „dobrzy w te klocki”.

Zręcznie udało im się wygenerować przekaz o „antysemickiej Polsce”. Choć to Rosjanie na nas napadli do spółki z Hitlerem, wytworzyli narrację, w której wszystko jest na opak. To jest katastrofa.

Gdzie były te wszystkie fundacje od dbania o polskie dobre imię? Czy one w ogóle potrafią cokolwiek, poza wydaniem setek milionów na jacht, który nie pływa? Gdzie Mabena? Gdzie Czaputowicz?

Jak może wiecie, pasjonuje mnie USA i amerykańska popkultura, w tym: westerny. Zastanówmy się wspólnie nad pewnym paradoksem: Amerykę zbudowano na ludobójstwie.

Biali osadnicy najpierw ukradli ziemię jej rdzennym mieszkańcom, a potem ich zamknęli w rezerwatach, skazując na powolne wymieranie z biedy i chorób. Dlaczego nikt im tego nie wypomina, poza niszowymi lewakami, którzy i tak uwielbiają westerny z Johnem Wayne?

No bo przyjrzyjmy się, jak to John Wayne rozegrał. Od lat 50. był współscenarzystą, współproducentem i współreżyserem filmów, w których występował, więc można zakładać, że wyraża w nich swój światopogląd.

Te filmy często bazowały na prawdziwych wydarzeniach i często pokazywano w nich krzywdę rdzennych Amerykanów. Ale odpowiadał za nią jakiś bohater negatywny: niekompetentny agent ds Indian, niedoświadczony dowódca kawalerii, skorumpowany gubernator, nieuczciwy biznesmen itd.

Wayne grał bohatera pozytywnego, który jest wolny od rasizmu i pełen szacunku dla rdzennych mieszkańców. Z wodzem Apaczów wypalił niejedną fajkę, z wodzem Siuksów polował na bizony, a wódz Komanczów go kiedyś ciężko ranił, ale walka była honorowa, więc połączyło ich „krwawe braterstwo”, więź silniejsza od przyjaźni (streszczam tutaj autentyczne wątki z kilku westernów).

Oczywiście, mówi płynnie w ich językach. I mówi im w nich (a także po angielsku), że co się stało, to się nie odstanie, ale powinni korzystać z wielkich możliwości, jakie im daje Ameryka: studiować w college’u, zakładać biznesy.

Gdyby John Wayne był Polakiem, zarzucalibyście mu zdradę narodową. Tylko dlatego, że ośmiela się wspominać o ciemnych sprawach z historii Ameryki – tak jak pisarze i filmowcy, których wyklinacie za wspominanie o ciemnych sprawach z historii Polski. Ale przecież mówią też o jasnych!

Gdyby minister Gliński miał minimum kompetencji, potrafiłby wykorzystać prozę Tokarczuk jako punkt odbicia do rozsławiania Polski na świecie. Te książki wcale nie są antypolskie – nie bardziej niż westerny Johna Wayne’a są antyamerykańskie.

A że są popularne, to jakaś kontr-impreza – bez Putina, ale za to z polskimi artystami i intelektualistami o światowej sławie, mogłaby przyciągnąć uwagę. To by na pewno wyglądało lepiej, gdyby Duda ogłosił, że nie pojechał do Jerozolimy, bo wolał rocznicę obchodzić w towarzystwie Tokarczuk.

To było do zrobienia, tylko wymagałoby kompetentnego ministra kultury i kompetentnego ministra spraw zagranicznych. Gdy PiS przechwycił 5 lat temu kulturę i dyplomację, powyrzucał wszystkich starych fachowców.

Efektem był paraliż. Przez pierwsze dwa-trzy lata można było to uważać za okres przejściowy, ale kiedy on się skończy? W 2030?

A może jednak trzeba znaleźć kogoś, kto umie wykorzystać międzynarodową sławę polskich pisarzy. I kogoś, kto umie grać w dyplomatyczne gry. I prezydenta, który ma inne talenty poza jazdą na nartach?

No wiem, nie powiecie tego na głos. Ale wierzę, że część z was zaczyna mieć takie wątpliwości…

Śmiszek 2020

Pod poprzednią notką już się pojawił offtopic o kandydaturze Biedronia, zrobię więc dedykowaną notkę, żeby ten temat się ograniczał do jednego miejsca. I więcej do niego nie wracajmy, proszę. To temat tak przykry, że podsumowałbym go najchętniej słowami wybitnego biznesmena i filantropa Zbigniewa Stonogi: szkoda, nie warto.

Zaczęło się od niesmacznego przecieko-falstartu w wydaniu Krzysztofa Śmiszka, który – jak go usprawiedlwiała rzeczniczka Lewicy – po prostu ma „krotochwilny styl”. A potem było coraz gorzej.

Odwołuję swoje nadzieję sprzed miesiąca, że lewica może zawalczyć o podium. Gdyby zadziałać PRZED Hołownią, może i by się udało, ale teraz to on przechwyci większość rozczarowanych duopolem PO-PiS.

Biedroń cofa lewicę do roku 2015. Do jednoprocentowego wyniku, do gry w tej samej lidze, co PSL, Braun, Korwin i Tanajno.

Może się znowu mylę, może to będzie sukces. Cóż, obiecuję, że będę wtedy co miesiąc zamieszczać notkę pochwalną na cześć prezydenta Biedronia.

Tak bym się ucieszył z przegranej pozostałych kandydatów, że nawet mnie ta myśl nie przeraża. Tylko że dobrze wiemy, i ja, i wy, że to się nie wydarzy.

Kiedyś zatkałem nos i zagłosowałem na Komorowskiego, to i pewnie do Biedronia się jakoś przymuszę. Tylko że przez piękną krótką chwilę miałem nadzieję już tak nie głosować.

W moich oczach Biedroń skompromitował się bezsensownym kłamstwem, że po wyborach zrzecze się mandatu (jak się okazało – zrobiłby to na rzecz prof. Moniki Płatek, którą w europarlamencie widziałbym chętniej od niego).

Po co mu to było? Nie rozumiem tego. Ale nie szanuję ludzi, którzy składają takie deklaracje, a potem nie dotrzymują słowa i nie widzą potrzeby, żeby się z tego jakoś wytłumaczyć.

Mówicie, że wielu polityków tak robi? Zgoda – skądinąd rzeczywiście gardzę wieloma politykami, szanuję bardzo nielicznych, a już osobliwą komorę w swoim hejterskim serduszku mam do ludzich chorągiewek, które to robią ponadprzeciętnie często.

Co bym zrobił na jego miejscu? No cóż, nieprzypadkowo nie jestem. A gdybym był, to bym nie składał takiej deklaracji. A gdybym złożył, to bym dotrzymał, bo po prostu nie umiem inaczej.

Czasem tak mam, że się w coś dam wrobić, że nie umiem komuś odmówić, i wtedy piszę tekst na temat, który mnie tak naprawdę nie obchodzi, albo biorę w czymś udział za haniebną stawkę (przeklęty brak asertywności!). Ile wtedy zrzędzę, narzekam i przeklinam, o tym dużo i barwnie mogą opowiedzieć moi współpracownicy – ale jednak dostarczam.

Pewnie dlatego nigdy nie będę człowiekiem sukcesu, jak Śmiszek z Biedroniem. Nie będę wrzucać radosnych fotek na instagrama z hasztagami #mega, #sukces, #mamyto. Raczej będę narzekać na fejsie (#nano #porażka #niemamytego).

Gdybym był kimś ważnym, jakimś liderem opinii albo wpływowym publicystą, powstrzymywałbym się przed krytyką Biedronia. W kontekście przyszłych wyborów zależy mi przecież na tym, żeby kandydat lewicy dostał 5% (o 8% nie śmiem nawet marzyć).

Na szczęście nie jestem nikim ważnym, więc mogę sobie pozwolić na szczerość. Sprawy, które popieram, przeważnie przegrywają – dla Biedronia to nawet lepiej, że nie okazuję mu entuzjazmu.

Rozumiem natomiast tych, którzy już w pierwszej turze zagłosują od razu na Hołownię. W tych wyborach chodzi przede wszystkim o obalenie kaczyzmu – niektórzy w tej sytuacji nie mają głowy do planktonu z końca tabeli.

Na mojego czuja, Hołownia ma większą szansę od Kidawy na pokonanie Dudy w drugiej turze. Ergo, ma pewien sens postulat taktycznego głosowania na niego już w pierwszej.

Hołownia to zwierzę medialne. Zna media od podszewki: pracował w gazecie (stąd się znamy), pracował w radiu (stąd właściwie też), pracował w telewizji (co zabawne, stąd też).

Kiedyś siedziałem z nim przy sąsiednim biurku, potem parę razy przyjmowałem zaproszenia do jego programów. Tak, za friko. Cóż: pisałem już o braku asertywności, nie umiem odmówić, jak ktoś sympatycznie prosi (a Hołownia to umie, oj umie).

Wiem więc, że on w mediach ma wielu przyjaciół – i praktycznie nie ma wrogów. Ja siebie też nie uważam za jego wroga, po prostu za kogoś o innym światopoglądzie.

Media będzie miał generalnie za sobą. Kampanii wprawdzie nie wygrywa się w mediach, ale Hołownia świetnie sobie radzi także w Internecie i na wystąpieniach publicznych. Nie wiem, czy Kidawa na jakimkolwiek polu ma nad nim przewagę.

Jeśli Hołownia pokona Dudę, to też mu napiszę notkę pochwalną. Trzymajcie mnie za słowo, dostarczę. Tak bardzo przydałaby się wreszcie jakaś dobra wiadomość w sferze publicznej…