Wół stąpa ciężko, toczy się kareta

W przeddzień beatyfikacji sprzątałem stare papierzyska i wydarzył się mały cud papieski – znalazłem ślady po riserczu, który robiłem do felietonu z cyklu „Muzeum Narodowe Kultury Masowej” o wystawie fotograficznej aktu kobiecego „Venus”, którą w atmosferze peerelowskiego skandalu od 1970 roku organizowało Krakowskie Towarzystwo Fotograficzne.
Odnaleziony wycinek odnosił się do edycji „Venus 72”, z której pochodzi dzieło Bernharda Goschina wykorzystane na okładce płyty Grechuty „Droga za widnokres” z tego samego roku. Stąd jutubka dla mentalnego cofnięcia nas w tamte czasy.
Gdy pisałem felieton przeszło dekadę temu, nic mi jeszcze nie mówiło nazwisko „Wanda Półtawska”. Dzięki tekstom Aleksandry Klich już wiem, że to osoba w dużym stopniu odpowiedzialna za ukształtowanie poglądów Karola Wojtyły na etykę seksualną.
W polemicznym tekście wydrukowanym w „Polityce” z 3 czerwca 1972 dr Półtawską przedstawiono jako „psychiatrę z Krakowa”. Jako taka skarciła dziennikarzy za to, że dyskusję o krakowskiej wystawie prowadzili żartobliwie.
To typowe, że dorośli nie wiedząc dokładnie, co mają powiedzieć, obracają wszystko w żart – wykpiwają przedmiot, a wielka dziedzina przeżyć, jaką jest życie seksualne, często jest przedmiotem kiepskich dowcipów (…)
Narasta w Polsce liczba świeżych zakażeń chorobami wenerycznymi wśród młodych, za liczbami tymi kryje się dramat, szerzą się przestępstwa seksualne, gromady chłopaków małoletnich gwałcą dziewczęta, rozwodzą się małżeństwa, rośnie liczba sierot społecznych – a dyskusja podjęta przez grono dorosłych i odpowiedzialnych ludzi przepływa ponad problemem (…)
Cóż się dzieje na wystawie Venus? Anonimowe akty kobiece, nieosobowe – i tu właśnie tkwi zło tej wystawy i w ogóle tego typu wystaw. Ona pomniejsza ludzkie możliwości – odbiera nagości jej osobowe znaczenie (…)
I chociaż sam akt nie jest pornografią, a ciało kobiety jest piękne, to nagość ciała jest faktem szczególnym i pokazywanie nagiej kobiety wszystkim, kto tylko ma 6 złotych – jest autentyczną krzywdą, wyrządzoną tym, którzy na nią patrzą i chyba także – tej sfotografowanej kobiecie, choć ona sama się na to zgodziła.
Ostatecznie myślę, że taka wystawa nie może przynieść tego skutku, o który by mogło chodzić, tzn. nie uczy podziwu ani dla wspaniałych możliwości kontaktów międzyludzkich: miłości, ani nie pogłębia zrozumienia istoty płciowości człowieka, natomiast staje się łatwą okazją do nadużyć, tak łatwą, iż w ostatecznym rozrachunku trzeba ją uznać a społecznie szkodliwą – bo nie ma nadziei, żeby przyczyniła się ona do prawidłowej formacji ludzkiej postawy wobec seksualizmu: płciowość człowieka jest darem trudnym i trzeba się uczyć nim posługiwać z całym szacunkiem przynależnym człowiekowi, z całą odpowiedzialnością”.
Ostatnie dwa akapity przepisałem w całości (choć to tak rozwlekłe, że się prosi o skroty). Pobrzmiewają w nich echa znajome dla każdego, kto czytał „Miłość i odpowiedzialność” Wojtyły. Dzięki mojej znakomitej koleżance Oli Klich wiemy dziś, jak duży wpływ dr Półtawska miała na powstanie tej książki.
Czytelnikom proponuję raz jeszcze spojrzeć na akt Goschina, nagrodzony wtedy na „szkodliwej społecznie” wystawie. Ten niemiecki pornograficzny demoralizator publikuje zresztą swoje obleśne zdjęcia w internecie – są tam rzeczywiście niezłe balety: odważne sceny miłosne, Azjatki, Murzynki, gołe lale.
Skojarzenia dużo mówią o kojarzącym. Dr Połtawskiej wystawa takich zdjęć kojarzyła się z „gromadami małoletnich gwałcicieli” i chorobami wenerycznymi. A mi z kolei polski kult JP2 kojarzy się teraz z tą płytą Grechuty, a zwłaszcza fragmentem tytułowej, też świetnej piosenki:
Wół stąpa ciężko, toczy się kareta.
Patrzeć, a droga w gęsty las się toczy.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz