En Lecture 177

Miesiąc temu z okazji premiery mojej książki spełniłem swoje wielkie marzenie – zagrałem jako winylowy didżej dla publiczności. Niektórzy z PT komcionautów zaszczycili mnie swoją obecnością, za co bardzo dziękuję.

Puszczałem głównie stare rzeczy, bo jestem starym człowiekiem, a poza tym chciałem nawiązać do pionierskich lat internetu. Średnią wieku na densflorze zresztą miałem raczej iksową niż milenialską.

Ubocznym skutkiem przygotowań było dorobienie się mikroobsesji na punkcie francuskiej piosenkarki Danièle Graule, występującej jako Dani. Zaczęło się od piosenki „La Machine” (1967), do której dorobiono proto-teledysk.

Na tle pozostałych „les ye-ye” (jak we Francji nazywano swojską odmianę rokendrola), Dani miała stosunkowo najbardziej drapieżny image. Wcielała się w „motocyklistkę”. Wiele jej piosenek nieźle znosi próbę czasu, „La Machine” można sobie wyobrazić w punkowym coverze.

Mam nadzieję, że moi PT komcionauci dzielą przynajmniej jedną z tych trzech moich pasji – paleoinformatyka, francuski pop, archeologia rokendrola. Wszystkie spotykają się w tym teledysku – Dani występuje na tle komputera, który wygląda mi na IBM System 360 (skopiowany w naszym obozie jako RIAD R1).

Podmiotka liryczna kupiła sobie maszynę, która wprawdzie niczego nie potrafi robić, ale gdy się do niej wrzuci 20 centymów, odpowiada „bardzo dziękuję”. Maszyna ma mrugające lampki i przyciski, które doprowadzają podmiotkę do szału, ale mimo to już nie umie się rozstać z tą maszyną. Przy odrobinie dobrej woli możemy to uznać za proroctwo smartfonów.

„Les ye ye” snobowali się na angloamerykańskość, miewali angielskie pseudonimy, nadużywali anglicyzmów, ale to było zjawisko francuskie jak żaba w berecie. Teksty pisali im francuscy poeci, były więc na wyższym poziomie literackim od ówczesnego anglojęzycznego rocka, z tym całym „gdy cię dotykam czuję się szczęśliwy w środku”.

Stety lub niestety, ci poeci wnosili do tego zjawiska cały bagaż swojego porypania. Wśród nich – król poezji i cesarz porypania, Serge Gainsbourg, któremu nie raz na blogasku składałem swe hołdy.

Dani nie była prominentną przedstawicielką „ye-ye”. Nie występuje w haśle w angielskiej wiki, autorzy skupili się na bardziej znanych wykonawczyniach.

Trochę lepiej jej szła kariera aktorki, ale tu też szczytowym osiągnięciem była drugoplanowa rola w „Nocy amerykańskiej” Truffaut (1973). Wtedy jeszcze mogło się wydawać, że jest na wznoszącej fali kariery.

W 1974 miała reprezentować Francję w konkursie Eurowizji. Niestety, Francja wycofała się z konkursu z powodu żałoby po śmierci prezydenta Pompidou. Konkurs wygrała wtedy piosenka o kobiecie wyznającej komuś miłość przez osobliwe porównanie siebie do Napoleona kapitulującego pod Waterloo (rze co?).

Śpiewające ją Szwedki z wyżyn swoich srebrzystych koturnów tak naprawdę ogłaszały porażkę rokendrola i ye-ye. Nastała era cekinów, głupkowatej wesołkowatości i rymu „fire/desire”.

Ambitne piosenki z poetyckimi tekstami wygnano z Eurowizji. W 1965 nagrodę mógła dostać „Poupée de cire, poupée de son” z tekstem Gainsbourga, a w 1963 Demarczyk mogła wygrać w Opolu. Po „Waterloo” to wszystko już zesłano na wyspę świętej Heleny.

W 1975 Gainsbourg napisał dla Dani piosenkę „Boomerang”. To szczytowe osiągnięcie „ye ye”.
Gainsbourg zrymował tytułowy bumerang m.in. z komiksowymi onomatopejami „boom” i „bang”, a także ze słowem „dingue” (szaleństwo, gorączka, maligna). To miłosny dialog ludzi, którzy za dużo przeżyli, zbyt często krzywdzili, zbyt często byli krzywdzeni, ale ich serca nadal biją.

Francuska telewizja była przerażona „Bumerangiem”. W czasach koturnów i cekinów po prostu nie ma miejsca na takie piosenki. Dani i Gainsbourg ostatecznie nigdy tego nie nagrali w duecie, powstały tylko demówki.

Ich kariery były już tymczasem na fali opadającej. Gainsbourg pogrążał się w ekscentryczności, a Dani walczyła problemami w życiu prywatnym. W 1976 nie proponowano jej już reprezentowania Francji w Eurowizji.

Jej kariera skończyła się, zanim się zaczęła. Z oczywistych powodów uwielbiam takie opowieści, stąd ta mikroobsesja – tak naprawdę raczej na punkcie „Bumerangu” niż „Maszyny”.

W 2001 piosenkę wreszcie poprawnie nagrano – i wykonano publicznie – z inicjatywy Etienne Daho, którym też się tu już kiedyś zachwycałem. Nie ma tego złego – w głosie pięćdziesięciosiedmioletniej Dani słychać te emocje, o których pisał Gainsbourg. Może ćwierć wieku wcześniej po prostu jeszcze nie była gotowa?

Zostawię państwa z tym arcydziełem.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

66 Comments

  1. Bardzo ładna piosenka i bardzo ładna pani w piosence.

    „Mam nadzieję, że moi PT komcionauci dzielą przynajmniej jedną z tych trzech moich pasji – paleoinformatyka, francuski pop, archeologia rokendrola”
    Mam 2 na 3 – zarówno paleoinformatyka, jak i francuskie piosenki (nie tylko pop)!

    „Dani występuje na tle komputera, który wygląda mi na IBM System 360”
    Raczej nie. Polecam stronkę http://www.starringthecomputer.com/computers.html – ma odnotowane paleokomputery w rozmaitych filmach, można szukać po komputerze i po filmie. Niestety z teledyskami bywa różnie. Ale po pierwsze, jest tam link różnych ujęć IBM-a 360 w filmach – i ni cholery nie wygląda podobnie. Bardziej jak coś z seri 7xx (ta taśmowa pamięć zewnętrzna). Po drugie, w teledysku na kadrze z 1:14 widać Białą Postać po lewej – to artystka, a obok niej po prawej jest nazwa komputera, acz nieco rozmazana.

  2. Archeologią rocka interesuję się tak średnio, paleoinformatyką jako-tako; ale przecież francuska muzyka pop cały czas produkuje arcydzieła! Ledwo dwa tygodnie temu wpadła mi w ucho taka seria SMS-ów (w zamyśle miała być seria karteczek zostawianych na lodówce Brandt, ale dziś wiadomo, w jakim medium odbywałaby się ta konwersacja). Nawet fizycznie piosenkarka jest trochę podobna do Dani:

    https://www.youtube.com/watch?v=_mdhpDc4zvM

  3. @wo

    ‚La Machine’ jak ‚La machine’, ale Bumerang genialny, nie mogę przestać słuchać. Dzięki za polecenie!

  4. Francuski rock był bohaterem filmu „Szukajcie gitary” (1964) https://www.google.com/url?sa=t&source=web&rct=j&url=https://m.imdb.com/title/tt0056927/releaseinfo&ved=2ahUKEwi4j8WoiuPlAhUPAGMBHQVtB64QFjAAegQIBhAC&usg=AOvVaw3Crnth65tTatUtpvAqxzUh
    Tzn. akcja była pretekstem do pokazania największych gwiazd francuskiego ówczesnego rocka.
    Niedawno film ten przypomniano w TV5. Jeden z zespołów wywarł na mnie takie wrażenie, że wrzuciłem na YT https://m.youtube.com/watch?v=zDuMw_Vg1iY
    Możecie się ze mną nie zgodzić, ale to było drętwe jak coś bardzo drętwego.
    BTW chcesz może jakiś francuski winyl z FNACu?

  5. @tp & kmitko
    Bardzo dziękuję! Ale 7xx już wtedy było starociem chyba?

    @wkochano
    Dzięki, niezłe!

    @wojtekrr
    Polecam się! (w ogóle Etienne Daho jest wspaniały i polecam całokształt)

  6. @janekr
    Dzięki, ale… w sensie że jesteś tam teraz? Winyle w transporcie zazwyczaj mają dużą dopłatę za opakowanie…

  7. No jestem, wracam w środę. Jeden winyl chyba mogę w garść, bo w walizce może się na drobne rozmienić?

  8. „Szukajcie gitary”, czyli „Cherchez l’idole” odpowiada za japońskie zjawisko idolek (aidoru), a więc i za książkę Gibsona „Idoru”; także wszystko wraca do cyberpunka i komputerów, ale to już w mojej książce.

  9. KO: „w głosie czterdziestosiedmioletniej Dani słychać te emocje, o których pisał Gainsbourg”
    Ależ 2001 minus 1944 nijak nie daje wyniku 47, jeno 57. Nie żebym takie rzeczy wiedział bez googlania, jednak mały licznik półatuomatyczny w głowie zauważył przy czytaniu, że gdyby owo 47 było poprawne, toby Dani miała przy „Maszynie” 13 lat – a na tyle w tubce nie wygląda. Tubka zresztą przypomniała mi dawną, przepadłą jak łzy na deszczu blogonotkę MRW pt. „Lubię krótkie”. Pewnie dlatego, że – no cóż – lubię krótkie.

    „paleoinformatyka, francuski pop, archeologia rokendrola”
    2 na 3!

    Trafna uwaga gospodarza, że z tego byłby niezły punkowy cover. Czy jak się tam cover nazywa po francusku, bo a nuż inaczej. Co nasuwa pytanie: A jak się miał punk we Francji? Czy w okolicach 1977 punkowe miazmaty przepłynęły Kanał i się jakkolwiek przyjęły?

  10. @WO
    „Ale 7xx już wtedy było starociem chyba?”
    Jasne, że był. Powyższe rozważania to tylko #rapiery plus podzielenie się stronką, która może być Ci użyteczna przy pisaniu o popkulturze w kategorii „uproszczenie riserczu” (w bardzo specyficznym przypadku, ale jednak).

    @MRW
    „także wszystko wraca do cyberpunka”
    „Także”, czy „tak że”? Jeden prosty trik: http://wittamina.pl/takze-czy-tak-ze/ Grammar nazi go nienawidzą!

  11. @mrw
    Wyguglałem Twój artykuł w Polityce na ten temat. Naprawdę występ Sylvie Vartan z tego filmu stał się tak pppularmy w JP?

  12. „La Machine” podoba mi się zdecydowanie bardziej niż „Boomerang” właśnie ze względu na niesamowity potencjał kowerowania. Nie tylko punkowego. Ten kawałek ma wykrok.

  13. @tyrystor
    „A jak się miał punk we Francji? Czy w okolicach 1977 punkowe miazmaty przepłynęły Kanał i się jakkolwiek przyjęły?”

    No jasne! Niejaki Plastic Bertrand miał nawet międzynarodowy hicior „Ca plane pour moi” – nie wklejam jutubki, bo to jedna z tych piosenek, który każdy zna. Trochę bardziej serio w punkowej estetyce śpiewał zespół Telephone: https://www.youtube.com/watch?v=PdjySppcEXo

    Bardzo szybko przeszli jednak do estetyki postpunk / coldwave / synthpop. I tu przede wszystkim znowu po raz kolejny wymienię swój przenajukochańszy duet Les Rita Mitsouko, który puszczałem owego wieczoru: https://www.youtube.com/watch?v=fGZRVGlGZ6A

  14. @tyrystor
    „Ależ 2001 minus 1944 nijak nie daje wyniku 47, jeno 57. ”

    Bardzo dziękuję, poprawiłem, faktycznie teraz to ma dużo więcej sensu. Ach, a więc nawet dla pięćdziesięciolatków jest jakaś nadzieja!

  15. @tyrystor
    „A jak się miał punk we Francji? Czy w okolicach 1977 punkowe miazmaty przepłynęły Kanał i się jakkolwiek przyjęły?”
    Proste, Berurier noir, Molodoi oraz Ludwig von 88. Tylko te zespoły dosyć mocno różnią się od anglosaskiego punka, są kabaretowe, zafascynowane innymi kulturami i bawią się formą. Generalnie brytolski punk z paroma wyjątkami jest mocno przereklamowany.

  16. @WO, Nankin
    Dzięki za tropy. Bertranda w ogóle nie znałem, Telephone znałem, jeno nie myśląc, że to punk – niektóre kawałki jednak tak, jak risercz wykazuje. A skoro Gospodarz wymienił w odpowiedzi Les Ritas Mitsouko, to może wspomnę, skąd znam ten duet, a zwłaszcza jego kawałek o małym pociągu, brzmiący jak song dla schizofrenicznych dzieci:
    https://ekskursje.pl/2015/04/en-lecture-169/

    @Nankin „Generalnie brytolski punk z paroma wyjątkami jest mocno przereklamowany.”
    Dlatego z punku najlepszy jest post-punk, tj. następstwa i skutki uboczne.

    „Tylko te zespoły dosyć mocno różnią się od anglosaskiego punka, są kabaretowe, zafascynowane innymi kulturami i bawią się formą”
    To może odległe skojarzenie, ale jako germaniście mię chyba wolno. Kiedy mowa o nieprzesadnie poważnym punku, myślę sobie zawsze: Die Ärzte.

    A jeśli o francuski punk i okolice chodzi, doznałem olśnienia: Metal Urbaine! Słyszałem przecież, tasiemcowo puszczając sobie sesje BBC Johna Peela z późnych sewentisów. Punk z automatem perksuyjnym, osobliwe doświadczenie.

  17. „Dlatego z punku najlepszy jest post-punk, tj. następstwa i skutki uboczne.”
    Jako fan rocka gotyckiego trudno mi zaprzeczyć. Chociaż amerykański punk ma swój urok i pewną lekkość vide Ramones czy bad religion.
    „To może odległe skojarzenie, ale jako germaniście mię chyba wolno. Kiedy mowa o nieprzesadnie poważnym punku, myślę sobie zawsze: Die Ärzte.” Nie wiem czy niepoważny to dobre określenie jeśli chodzi o podane przeze mnie zespoły. Jest dużo wygłupu, teatru itp. ale przesłanie jest często poważne jak np. rozliczenia z kolonializmem.
    W temacie anarchistów z poprzedniej notki
    berurier noir-makhnovtchina
    https://m.youtube.com/watch?v=MBB7rfv0OOo

  18. @Tyrystor
    „Dlatego z punku najlepszy jest post-punk, tj. następstwa i skutki uboczne.”

    Rozumiem, że dojrzały Clash zaliczamy już do „następstw?”

  19. @PAK „Rozumiem, że dojrzały Clash zaliczamy już do „następstw?”
    Naturalnie, praktycznie wszystko po debiucie. Ogólnie rzekłbym, że następstw było dużo więcej niż samego punku. To taki krótki korzonek o długaśnych odrostach. Kto miał trochę wyobraźni, to zacząwszy od punku, już rok później grał inaczej – przynajmniej w odniesieniu do UK takie mam wrażenie.

    @embercadero „Dwa słowa. Mano. Negra. Dziękuję.”
    Dwa słowa, ale dobre – podziękował za trop.

  20. @Tyrystor
    „Kto miał trochę wyobraźni, to zacząwszy od punku, już rok później grał inaczej – przynajmniej w odniesieniu do UK takie mam wrażenie.”

    No ba, Jankesi gotowi są w ogóle cały alternatywny/indie rock po 1980 wywodzić od punku. Zasłyszałem kiedyś opinię, że punk vs prog to najważniejszy flejm w historii rocka – Anglosasi mieli opowiedzieć się za punkiem, Polacy wraz z częścią Europy (zwłaszcza Wschodniej) za progiem. No i zostaliśmy jak Himilsbach z Trójką.

  21. Co się tyczy punka z Francji, w latach 80/90 oprócz wspomnianego już wyżej Berurier Noir, w moich kręgach znaliśmy i słuchaliśmy jeszcze Parabellum. Jakoś sporo później pojawiła się jeszcze Heyoka.

  22. @WO
    „Trochę lepiej jej szła kariera aktorki, ale tu też szczytowym osiągnięciem była drugoplanowa rola w „Nocy amerykańskiej” Truffaut (1973).”

    Fascynują mnie Twoje kryteria życiowej porażki – skalibrowane tak, aby właściwie każdy je spełniał. Gdyby artykuł o Twojej bohaterce ukazał się w Wysokich Obcasach, lead brzmiałby „Piosenki pisał dla nie Gainsbourg, grała u Truffaut. Była delikatną twarzą ostrej punkowej rewolty. Sukces, sława? – dawały jej wówczas poczucie wartości. Dziś szuka go w sobie.”

  23. @awal
    „skalibrowane tak, aby właściwie każdy je spełniał”

    No bo trochę z definicji dla mnie sukces to coś, co osiąga 1% populacji (wszystko jedno w czym – w finansach czy w kulturze). Drugi, trzeci decyl to już „not great, not terrible”.

  24. @WO

    W kulturze dołączanie do jakiegoś konwencjonalnego 1% definiowanego nagrodami i rankingami to jednak, powiedziałbym, jeden z kilku modeli sukcesu. Sam przyznajesz, że niektóre piosenki tej francuskiej artystki to perły, zaś o współczesnych im, sławniejszych i nagradzanych piosenkach Abby wyrażasz się jakby mniej entuzjastycznie. Moim zdaniem zaśpiewanie tych kawałków i zaistnienie w towarzystwie nazwisk Gainsbourg i Truffaut to sukces, za który niejeden i niejedna daliby się pokroić. Maksymalne wykorzystanie pewnego osobistego potencjału i pewnej stylistyki, bez etapu rozmieniania się na drobne (słabszych płyt, czysto komercyjnych filmów, itd.) – gdyby mi dawali, brałbym…

  25. Springsteen (skądinąd człowiek niespecjalnie skromny) w swojej autobiografii kilkakrotnie podkreśla, że po dwóch pierwszych płytach znany był wśród koneserów, po „Born To Run” wśród fanów rocka, ale prawdziwą megagwiazdą (taką na miarę Madonny czy Jacksona) był tylko przez chwilę, podczas promowania „Born in the USA”. Co czyniłoby go przegrywem z 30 milionami sprzedanych płyt…

  26. @awal
    „gdyby mi dawali, brałbym…”

    No wiesz, jajako były felietonista i koleś, który kiedyś miał audycję w radiu, to bym nawet wziął po prostu los obecnego felietonisty, który ma audycję w radiu.

    Niemniej jednak, gdyby nie ten comeback z Etiennem Daho, Dani byłaby tylko przypisem do historii francuskiej muzyki pop. Gainsbourg napisał dla niej piosenkę, której nie nagrano. Gdyby w 1999 układać listę 100 najważniejszych francuskich piosenkarek II połowy XX wieku, Dani by mogło na niej nie być wcale (a jeśli w ogóle, to gdzieś na końcu). Dopiero ten come back z Daho ją przesunął do, powiedzmy, top 50.

  27. „jajako były felietonista i koleś, który kiedyś miał audycję w radiu”
    Zaraz, ale przecież dopiero co w którejś Wyborczej / Dużym Formacie (nie pamiętam szczegółów) widziałem Twój felieton, a w każdym razie opinię, z „buźką” (tą rysunkową podobizną). Przypadek, jednorazowy strzał, czy w ogóle coś mylę?

    „Dopiero ten come back z Daho ją przesunął do, powiedzmy, top 50.”
    Twoja definicja porażki jest faktycznie sroga: jakiekolwiek miejsce w takim zestawieniu uważałbym za sukces. Czy rozważałeś ksywę Marvin?

  28. Po prostu mówię teraz o ocenianiu „sukcesu jak na zawodową aktorkę/piosenkarkę”. To jasne, że dla ogółu populacji całego świata, samo bycie zawodową aktorką/piosenkarką (a może i nawet polskim dziennikarzem?), to już jest sukces. Ale sukces zawsze jest relatywny, tzn. „jak na”.

  29. @WO

    Jak starałem się uchwycić w fejkowym leadzie z Wysokich Obcasów powyżej, komercyjny sukces wg dominującej percepcji prasy kobiecej (a ona się staje dominująca percepcja społeczną w ogóle) to coś, o co się wypada od niechcenia otrzeć – ot, za młodu byłam panną, madonną, legendą tych lat – jednak dłuższe nurzanie się w ostentacyjnych atrybutach sukcesu nie jest wskazane. Innymi słowy, wypada zarobić na skromny podparyski dom za 1.5 miliona euro do bezpretensjonalnej home story, ale wulgarnie okupować czołówki list przebojów – to dla nuworyszy…

    Oczywiście, ta percepcja się zmienia, kiedy akurat trzeba napisać leada do wywiadu z Madonną. Wtedy dowiadujemy się, że „Miała wiele wcieleń: prowokatorki, ikony, artystki totalnej. Dziś odkrywa przed nami inną, intymną twarz…” Czyli, że jednak i mega-sukces nie zmienia (oczywista bzdura, człowiek mega-sukcesu jest samozoptymalizowaną maszyną do jego odnoszenia).

  30. @awal
    „w fejkowym leadzie z Wysokich Obcasów powyżej, komercyjny sukces wg dominującej percepcji prasy kobiecej”

    Stary, ja wiem, jak się robi tą kiełbasę. Sam przecież pracuję w rzeźni. Gdyby to był mój obowiązek zawodowy, wyprodukuję ci stukonarową opowieść o sukcesie dowolnej osoby, choćby pana Ziutka spod gieesu. („FILOZOFOWIE GO NIENAWIDZĄ. ON ZNALAZŁ SPOSÓB NA SZCZĘŚLIWĄ, STOICKĄ EGZYSTENCJĘ!”).

    No ale to jest mój, excusez le mot, blogasek…

  31. Wracając do muzyki to Bartek Chaciński napisał świetny artykuł o francuskiej cza-czy.
    [https://polifonia.blog.polityka.pl/2019/07/02/lubie-swoja-cza-cze/]

  32. @Awal
    „komercyjny sukces wg dominującej percepcji prasy kobiecej (a ona się staje dominująca percepcja społeczną w ogóle) to coś, o co się wypada od niechcenia otrzeć – ot, za młodu byłam panną, madonną, legendą tych lat – jednak dłuższe nurzanie się w ostentacyjnych atrybutach sukcesu nie jest wskazane”

    A to nie jest po prostu sukces z perspektywy polskiej? Ja mam wrażenie, że ta optyka jest w nas wtłaczana jeszcze w szkole (nie wiem jak teraz, ale przynajmniej we mnie, jako dziecku wczesnych lat 80) – to całe „pieniądze wypada po prostu mieć”, pokazywanie tych wszystkich nieideowców którzy walczą o pieniądze, zamiast je mieć, albo z godnością biedować.

    A skoro już jesteśmy przy edukacji – jeśli można spytać @wo, francuskiego uczyłeś się w szkole, poza szkołą, jakoś później?

  33. @zefir
    „A skoro już jesteśmy przy edukacji – jeśli można spytać @wo, francuskiego uczyłeś się w szkole, poza szkołą, jakoś później?”

    Zaznaczam, że nigdy nie nauczyłem się PORZĄDNIE. W każdym razie, mialem francuski w liceum (na koszt państwa polskiego) oraz chadzałem do Instytutu Francuskiego czytać komiksy i zgrywać Les Rita Mitsouko z tamtejszych winyli na przyniesione kasety (na koszt państwa francuskiego). Jedno i drugie to oczywiście wygrana na loterii bocianiej, że warszawskie liceum i warszawskie instytucje. Plus to, że za sprawą inteligencko-akademickich konszachtów mojego otoczenia rodzinnego, trafiały mi w ręce różne Asterixy, które rozkminiałem ze słownikiem (kapitał kulturowy, też loteria bociania).

    Teoretycznie ktoś, kto nauczył się czytać komiksy… czytając komiksy mógłby o sobie powiedzieć, że „sam” się nauczył, ale widzę, jak dużo tutaj jednak zawdzięczałem uogólnionemu Społeczeństwu.

  34. @zefir

    To jest perspektywa miesięcznika kobiecego, który z natury rzeczy musi wypełniać łamy nie tylko aktualnymi gwiazdami pierwszej wielkości (takimi wg kryteriów WO), ale i nieco przejrzałymi. Aby bajkowa stylistyka pisma została zachowana (takie pisma opowiadają bajki ilustrowane fotoreportażami) trzeba z piosenkarki czy aktorki, która najlepsze lata ma za sobą, zrobić kogoś kto z wdziękiem przeszedł od wielkiego sukcesu (sugerowanego kilkoma rzuconymi nazwiskami) do wielkiej mądrości życiowej (takowej, iż „nie o sukces w życiu chodzi”).

    Przy czym tymczasem ta pedagogika „nie o sukces w życiu chodziwości” staje się również ogólną aurą światopoglądową, za pomocą której nowa asertywna kobieca perspektywa demaskulinizuje świat: unieważniając proste „męskie” kryteria sukcesu, zastępuje je „kobiecymi” – w istocie równie twardymi, choć bardziej skomplikowanymi w odczycie. Zamiast jakiegoś banalnego miejsca w rankingu milionerów, pojawia się kryterium: prowadź karierę tak, aby za 20 lat pasować do nostalgicznego home story w „Twoim Stylu”/ „Paris Match”. Milioner z rankingu to prostu finansowa obsługa/ życiowy etap w rozwoju osobistym tej pani z home story.

  35. @Instytut Francuski
    Ja wygrałem na loterii jeszcze lepiej. Dokładnie naprzeciwko mojego mieszkania, po drugiej stronie Marszałkowskiej, mieściło się Ośrodek Francuskiej Dokumentacji Technicznej.
    Biegałem tam czytać rozmaite pisma o tematyce Hi-Fi.

  36. Doprecyzowując: nie miałem do tego instytutu blisko. Jechałem, w zależności od korków/czasu oczekiwania od 30 min do godziny! Wtedy (subiektywnie) uważałem, że jestem biedny i mam daleko. To ta moja faza anarchiczna, gdy nie byłem świadom swoich przywilejów – trochę mi zajęło zrozumienie, że mój rówieśnik w Myciskach Niżnych ma do Instytutu Francuskiego jeszcze dalej.

    I to jest niestety ostateczny dowód na to, że moje życie to stagnacja. Wszystko się zmienia, ale mieszkanie w dobrej lokalizacji, żeby mieć kwadrans na Senatorską, jest jednako poza moim horyzontem.

  37. @wo
    Pytam też trochę dlatego, że nienauczenie się żadnego języka poza angielskim jest czymś czego nie mogę odżałować. Teraz słucham sobie tych kawałków które poleciłeś i innych rzeczy które wpadają przy okazji, a jednocześnie mam „jakżesz oni ładnie śpiewają, jak ten język ślicznie brzmi, czemu ja go nie rozumiem”.

    Z drugiej strony znam angielski bardzo dobrze (na tyle dobrze, że jestem już na etapie na którym często wiem lepiej niż moje otoczenie które też zna dobrze, poza tym że mam koszmarny akcent) i powinienem się cieszyć z tego – bo to wcale nadal nie aż takie oczywiste. No ale – wszystko zawsze jest relatywne jak napisałeś.

  38. @ francuskie komiksy i loteria bociania
    Miałem w dzieciństwie przyjaciela, nasi rodzice byli bardzo bliskimi przyjaciółmi (wciąż są), więc jak rodzina. Ojciec kumpla (zwany wujkiem, bo to czasy, kiedy bliscy niepowinowaci i tak byli ciociami lub wujkami) pochodził z ziemiańskiej rodziny. Mieszkali w stary domu na starym Żoliborzu, a w raz z nimi mama wujka, zwana babcią. W domu stał fortepian i było mnóstwo książek. Pokój babci to był jeden wielki antyk. Generalnie zubożona szlachto-inteligencja. Mieli rodzinę w Kanadzie i z tej Kanady oprócz ubrań itp. przysyłała rodzina komiksy. Komiksy były głównie po francusku i (nie wiedząc czemu) niemiecku. To były grube książki, bo raczej nie zeszyty. Co druga rozkładówka czarno-biała. No więc pomiędzy strzelaniem z łuku w ogrodzie, a dewastowaniem fortepianu, babcia brała nas i czytała nam komiksy. Obojętne jej było czy francuskie czy niemieckie. Znała oba języki, bo jako młoda panna miała guwernantkę i uczyła się języków, jak przystało na młodą damę.

  39. @Junoxe
    „pochodził z ziemiańskiej rodziny. Mieszkali w stary domu na starym Żoliborzu, a w raz z nimi mama wujka, zwana babcią. W domu stał fortepian i było mnóstwo książek. Pokój babci to był jeden wielki antyk. Generalnie zubożona szlachto-inteligencja”

    Uważaj, za takie kontakty można tu dostać bana albo i kto wie czy nie co gorszego?

  40. @ WO

    „zgrywać Les Rita Mitsouko z tamtejszych winyli na przyniesione kasety (na koszt państwa francuskiego)”

    Tak na legalu?:O

  41. @pak
    „Tak na legalu?:O”

    Oczywiście! To w ogóle było legalne do ok 1994 (w okresie transformacji działały legalne „kopiowalnie”, jedna w Alejach Jerozolimskich, jak się skupię to sobie przypomnę nazwę).

    A we Francji w jednostkach kultury (mediatekach) prawdopodobnie jest legalne do dziś.

  42. „jak się skupię to sobie przypomnę nazwę”

    Digital. Połowę liceum tam przesiedziałem, często dla samej przyjemności obcowania ze sprzętem hifi, zapewne średniej jakości, ale dla mnie wtedy całkowicie poza jakimkolwiek zasięgiem.

  43. Ale wcześniej był ten punkt na Słupeckiej. Schodkami na dół. Tyle, że tam nie było samoobsługi.

  44. @junoxe
    „Obojętne jej było czy francuskie czy niemieckie. Znała oba języki, bo jako młoda panna miała guwernantkę i uczyła się języków, jak przystało na młodą damę.”

    No właśnie „oba”, ale nie angielski. Tutaj mamy przesunięcie generacyjne. Dla boomersów (moich rodziców) niemiecki i francuski były standardem wymaganym od inteligenta, a angielski był językiem przebojów w radiu Luksemburg, a więc czymś fajniejszym, czymś czego się uczyli pokątnie (albo udawali że znają). Jajako Gen X mam już odwrotnie, angielski jest nudnym standardem, ale gdybym miał dostać od życia rok na podnoszenie jakichś kwalifikacji, prawdopodobnie bym go poświęcił na niemiecki i francuski (plus być może hiszpański/włoski jako drugi romański).

  45. @wo
    „Tutaj mamy przesunięcie generacyjne.”

    Generacyjne w Warszawie. Bo już w innych rejonach (opolskie czy Pomorze Zachodnie) to chyba (podkreślam chyba) nie standard. Pamiętam znajomych co głównie niemieckiego używali, a angielski był z ich punktu widzenia lekką fanaberią. Choć pewnie podkarpackie, gdzie rodzina w USA, to znowu angielski. Ale to już ssę z brudnego palucha.

  46. „Ale wcześniej był ten punkt na Słupeckiej. Schodkami na dół. Tyle, że tam nie było samoobsługi.”

    Takich bez samoobsługi to było w Warszawie mnóstwo. Piękno digitala to to że kupowałeś czas, dostawałeś na ten czas sprzęt i dostęp do biblioteki kilku tysięcy cd.
    Nieraz chodziłem słuchać i poznawać różne rzeczy znane mi tylko z nazwy albo i to nie, a nie od razu kopiować

  47. @wo & nauka języków

    Roger that. Dla moich starych czy teściów, boomersów, języki łatwo dostępne do nauki to były właśnie niemiecki i francuski. Angielski praktycznie nie funkcjonował, w sensie nie było gdzie się go uczyć. Kiedy ja byłem nastolatkiem było już dokładnie odwrotnie: angielskiego można się było uczyć w bardzo wielu miejscach, niemieckiego prawie nigdzie a francuskiego to już w ogóle tylko w instytucie (btw: moja żona też tam chodziła, pewnie się mijaliście). No i zostałem z samym angielskim, niby coś tam niemieckiego miałem w liceum ale niewiele mnie nauczyli. A przynajmniej w moim przypadku zdolność uczenia się języków drastycznie spada z wiekiem, pare lat temu próbowałem trochę liznąć hiszpańskiego i była to męka niesamowita

  48. @junoxe „Generacyjne w Warszawie. Bo już w innych rejonach (opolskie czy Pomorze Zachodnie) to chyba (podkreślam chyba) nie standard. Pamiętam znajomych co głównie niemieckiego używali, a angielski był z ich punktu widzenia lekką fanaberią.”

    Ich stimme zu. Byłem wręcz zadziwiony, spotkawszy na studiach sporo osób z roczników dziewięćdziesiątych (!) cechujących się słabym Englischem i dużo lepszym Deutschem – głównie ze Śląska bądź jakkolwiek inaczej spowinowaconych z Niemcami.

  49. @embercadero
    „A przynajmniej w moim przypadku zdolność uczenia się języków drastycznie spada z wiekiem, pare lat temu próbowałem trochę liznąć hiszpańskiego i była to męka niesamowita”

    To chyba ogólnie u każdego. Dla mnie już w liceum nauka języka to była męka. Mam poczucie, że miałem sporo szczęścia, że ten angielski tak dobrze opanowałem – bo mogło być gorzej.
    Z drugiej żałuje, że chociaż niemieckiego który też miałem w liceum, to zupełne zero. Wydaje mi się, że punktem przełomowym jest ten moment kiedy możesz już czytać cokolwiek w danym języku. Tyle, że teraz motywacja niższa, bo dostępność do dóbr kultury w wybranym języku dużo wyższa.

  50. @komorfil
    „Uważaj, za takie kontakty można tu dostać bana albo i kto wie czy nie co gorszego?”

    Wydobyłem to z czeluści spamołapu, żeby panu – i innym – zademonstrować istotę problemu. Z wszystkich możliwych skojarzeń do tematu „francuska popkultura i dygresje od niej” stać pana tylko akurat na to. Zapewne nie widzi pan różnicy w poziomie między tym komentarzem a innymi – no ale ja będę o ten poziom walczyć i nie pozwolę na zniżenie do poziomu szamba twitterowego.

  51. Pomijacie fanów SF w czasach RTL z satelity, którzy może nie umieli zamówić obiadu po niemiecku, ale wiedzieli jak jest „fazery na pełną moc”.

  52. Ach, te złote lata, gdy w osiedlowej kablówce wszystko było odkodowane – ale też wszystko w językach oryginalnych! „Avec trente-six quinze ULLA”…

  53. @angielski
    Mam wrażenie, że Wokulski uczył się angielskiego, gdyż była to aktualna moda w środowisku młodzieży klasy wyższej?

  54. @WO
    „Jedno i drugie to oczywiście wygrana na loterii bocianiej, że warszawskie liceum i warszawskie instytucje. ”
    1. Warzawskie LO- w sensie że dobre, z dobrym nauczycielem? Czy w XX w w szkołach średnich na prowincji nie było 2 języków obcych? (obstawiam że standardem był raczej rosyjski niż takie imperialistyczne języki )
    2. „warszawskie instytucje” jako możliwość przekrywania piracko utworów i czytania kontentu popkulturowego w obcym jerzyku – no to w takim stopniu dziś wygranym jest prawie każde dziecko (mające internet i jeśli ktoś mu pokaże jak z niego korzystać).

    @PAK
    Ustawa o prawach autoskich i prawach pokrewnych – połowa 90’s. Dlatego też np Pegazusy i persze pirackie żółte cartridge z mario i contra byłt legalne.

  55. @”Jajako Gen X mam już odwrotnie, angielski jest nudnym standardem”
    Już kończę, ale jeszcze jedna klapka mi sie otworzyła.
    Będąc moroles w wieku Gospodarza i warszawiakiem w mojej średniej był angielski, ale i rosyjski i oczywiście francuski – klasa humanistyczna (nie ja – tutaj biol-chem), gdzie na imprezach mówiło się co pisali w Parimaczku. Ale kiedy rozmawialiśmy o literaturze to ja Vonnegut, a oni Cortázar. Generalnie byłem już bardziej zbiasowany w kierunku kultury anglosaskiej, bo i przeboje. Angielski to się pojawił szerzej po 89′. Kiedy powszechnym było, że angielski wraz marketingiem niezbędnymi się stały do odniesienia Sukcesu. W podstawówce zaś oprócz rosyjskiego regularnym był niemiecki. Ale ja na peryferiach warszafki.

  56. @Mistrz_Analizy:

    Warszawskie (lub inne wielkomiejskie) tym się różni od nie-wielkomiejskiego, że po pierwsze zazwyczaj lepiej się zdaje matury (tym samym: łatwiej na studia!), jest lepiej wyposażone, a i większy odsetek absolwentów odnosi ten sławny SUKCES.

  57. ^
    Dyskusja tyczyła się konkretnie nauki języka obcego.

    Nie wiem jak to wyglądało w XX w. ale mimo wszytko sadze ze przeciętne (jedyne w okolicy) prowincjonalne > kiepskie wielkomiejskie, bo przy wielkomiejskim będzie jeszcze negatywna selekcja.

    Odnośnie nauki języka w szkole chyba największą Role odgrywają:
    A) nauczyciel
    B) motywacja / samozaparcie
    C) wielkość klasy/ grupy
    D) czy grupa jest na tym samym poziomie co Ty

    Z „warszawskościa” powyższe mają chyba mały związek (ew C może być związek negatywny).
    No nieważne.

  58. @ Kopiowalnie & prawo autorskie

    Dziękuję serdecznie za informacje! Na prawach dygresji podzielę się obserwacją, że przynajmniej jeszcze w drugiej połowie 90. w Polskim Radiu musiała chyba działać jakaś „szara strefa“. Napisałem kiedyś dłuższy esej o Tomaszu Beksińskim: on do końca życia puszczał całe płyty czasem bardzo efemerycznych artystów (typu jeden jedyny LP), albo podawał w audycjach informacje typu „tutaj miała być inna piosenka, ale przed przyjściem zmieniłem zdanie“. Jakoś nie wyobrażam sobie, że przekazywał odpowiednio wcześnie redakcji rozpiskę na dziesiątki tytułów, by je wszystkie zaklepała z tantiemami…

    @ Nauka języka

    Angielskiego teoretycznie zacząłem się uczyć dopiero w gimnazjum, w praktyce byłem już wtedy sporo osłuchany, głównie ze słownictwem i składnią (gry komputerowe, oryginalny Cartoon Network, który przez chwilę miałem), choć np. zdarzało mi się jeszcze mylić czas przeszły z teraźniejszym. Jako człowiek dorosły próbowałem poznać francuski z dwóch samouczków, na uniwerku mogłem podejść od razu do kursu B1, ale ostatecznie ze znajomością poległem (tzn. czasami podaję informację o francuskim na poziomie podstawowym, czasami pomijam zupełnie). Na takiej zasadzie, że organ nieużywany zanika. Mogę nie umieć wyliczyć wszystkich szesnastu czasów w angielskim, ale czytam i słucham w tym języku codziennie. Z kultury francuskiej interesowała mnie przede wszystkim literatura mainstreamowa, tutaj na oryginały byłem za chudy w uszach. Z czego wnioskuję, że żadna edukacja formalna nie zastąpi motywacji zewnętrznej oraz to, że poligloci mają albo bardzo specyficzne umysły, albo podział czasu.

  59. @języki
    Ja pochodzę z dość głębokiego interioru, dziś krańce mazowieckiego, kiedyś kraniec radomskiego. Miasteczko 5K mieszkańców. LO kończyłem w 1999, nie było w nim angielskiego. W żadnej szkole w mieście nie było, można się było uczyć prywatnie (jedna osoba uczyła), ewentualnie jeździć do Radomia (niewiele osób mogło sobie na to pozwolić). Pojawiały się możliwości nauki w Domu Kultury, ale bywały przerwy etc. etc.
    Skutek jest taki, że do dziś wszyscy mamy (moi rówieśnicy i starsi) jakieś tam problemy z angielskim, bo jak się uczyliśmy z gier czy płyt to zawsze pojawiało się coś, co źle usłyszeliśmy/źle zrozumieliśmy i ciężko wykorzenić.

Dodaj komentarz