Samowolka służb


Notkę oznaczyłem jako „pop”, bo jest o komiksie – choć to komiks polityczny. No ale tak jest na moim blogu od zarania: jak o polityce, to popkulturowo. Jak o popkulturze, to politycznie.

Komiks przedstawia historię francuskiej V Republiki, trwającej od 4 października 1958 do dzisiaj. Wyszedł na jej 60. rocznicę.

Komiksy historyczne znamy i u nas. Jeszcze za rządów Platformy kasiora płynęła strumieniami na programy wychowywania młodzieży na mięso armatnie, a cóż temu lepiej służy od komiksowych opowieści o naszej strasznej historii.

Polskie komiksy historyczne zazwyczaj przedstawiały wydarzenia z punktu widzenia „wszechwiedzącego narratora”, co we mnie zostawiało poczucie niedosytu. Jestem wrednym sceptycznym czytelnikiem, który lubi pytać: skąd ta wiedza? To fakt, opinia, czy hipoteza?

W komiksie „L’Histoire de la Ve Republique” scenarzysta, dziennikarz Thomas Legrand umieścił samego siebie w roli narratora. Rysownik Francois Warzala sporządził dla jego alter ego sympatyczną karykaturę.

Jak to w komiksie, chwilami prowadzi to do żarcików. Legrand w latach 60. zaczepia na przykład Mitterranda w latach 60. i mówi mu, że przybywa z komiksu z 2018.

„Komiks? Takie coś jak Tintin? Wy się w to jeszcze bawicie w 2018?” – pyta zdziwiony Mitterrand, wieczny sztywniak. Na sfotografowanym fragmencie Legrand zaś legitymuje się ochroniarzom premiera w drodze na „umówiony wywiad”.

Dialog ochroniarzy: „Czy ja śnię, czy ten facet miał legitymację prasową z 2018?” „Jasne, i zaparkował swój latający spodek za rogiem. Przestań pić na służbie, Rene!”.

Bez takich żarcików komiks byłby ciężko przegadany. Wiele plansz to blachy tekstu typu „prezydent wygłasza przemówienie” albo „autor konstytucji wyjaśnia swoje intencje”.

Spojrzenie na 60 lat historii Francji daje pewien dystans do patrzenia na współczesność. Także w Polsce. Dlatego Zalecam.

Media ekscytują się „żółtymi kamizelkami”, ale prawda jest taka, że demokracja francuska zawsze była w głębokim kryzysie. Witajcie w kraju sera, wina i zamieszek.

Wyjątkowo nieudana IV Republika (1945-1958) była jednym wielkim kryzysem. Kraj zbawienie zobaczył w mężu stanu, któremu dał uprawnienia de facto dyktatorskie.

Nie wszystkim się to podobało. 28 maja 1958 ok. 200 tysięcy obrońców demokracji (z byłym premierem Daladierem i przyszłym prezydentem Mitterandem) demonstrowało w Paryżu pod hasłem „precz z faszyzmem de Gaulle’a!”.

Historia nie przyznała im racji? Niekoniecznie. Gaullizm opierał się na dziwnej organizacji SAC (dosł. „Służba Akcji Obywatelskiej”), która początkowo miała być czymś w rodzaju pospolitego ruszenia apolitycznych patriotów, potem jednak zdegenerowała się w paramafijną bojówkę, uwikłaną w morderstwa, porwania i pobicia.

Policją rządzili fachowcy z czasów rządu Vichy, stosujący sprawdzone nazistowskie metody, czego przejawem były liczne ofiary śmiertelne paryskich demonstracji z 17 października 1961 i 8 lutego 1962. Liczba ofiar tej pierwszej jest do dziś nieznana (od kilkudziesięciu do kilkuset), w tej drugiej wszyscy byli biali, więc jest znana (9).

Lata 70. to z kolei szczytowa faza samowoli służb specjalnych. W redakcji pisma „Canard Enchaine” wieczorem 3 grudnia 1973 pewien rysownik zainteresował się dziwnymi „fachowcami”.

Powiedzieli mu, że są hydraulikami. Rysownik nie uwierzył, bo Paryżanin nie uwierzy w hydraulika pracującego po godzinach.

Szybko okazało się, że to agenci tajnej policji DST, zakładający podsłuch w redakcji. Połamano tutaj mnóstwo ustaw, w tym konstytucję, ale minister spraw wewnętrznych zakazał swoim podwładnym składania zeznań.

Sędzia Alain Bernard mimo to kontynuował śledztwo, bo „hydraulicy” zostawili dość śladów materialnych. Został więc oddelegowany na Korsykę, a jego następca (sędzia Pinsseau) zamknął sprawę 29 grudnia 1976.

Dla nas wejście do Unii było wejściem do elitarnego klubu praw człowieka. Często zapominamy, że tym samym Unia jest dla Francuzów, Szwedów, Niemców, Brytyjczyków i Włochów (wybrałem te kraje, o których wiem na pewno, że tam też były podobne afery typu „samowolka służb, po której za kratki poszedł tylko dziennikarz, który to opisał”).

Zależy im na unijnym systemie wymuszania praworządności, bo oni też chcą być chronieni przed własnymi politykami. Nie trzeba im tłumaczyć, czym grozi sytuacja, w której minister może oddelegować niepokornego sędziego na Korsykę.

I nie ma argumentować, że „u nich też tak było”. Właśnie po to założyli Unię, żeby już tak nie było.

Cenzura politycznej poprawności

Jak wiecie, cenię sobie wolność słowa i humor nawet jadący po bandzie. Ideałem była dla mnie zawsze Francja, w której mogą się ukazywać pisma takie jak „Charlie Hebdo” czy „Le Canard Enchaine”.

Z niepokojem więc wypatruję lewicowej cenzury, która podobno szaleje w USA. Nie chciałbym wylądować po złej stronie!

Przeczytałem z uwagą edytorial Breta Stephensa w „New York Timesie”, który tym właśnie straszy. Ale nie przekonał mnie.

Zaczyna swój tekst od opisu awantury na Twitterze, w których go #prześladujo. Cóż, być na Twitterze i narzekać na chamskie przepychanki, to jak pójść na imprezę swingersów i nie chcieć się rozebrać.

Potem przechodzi do niby-konkretów. Pisze, że „dwie trzecie Amerykanów odczuwa presję, by w pewien sposób się wypowiadać na temat rasy i religii” i że „opinie uważane za rozsądne kilka lat temu wygłasza się już szeptem”.

Na tyle znam Amerykę, że wiem, że jak przerażające opinie na ten temat uważano tam za „rozsądne”. Prezydent Wilson, który ma plac w bliskiej memu sercu części Warszawy, ubolewał nad tym, że jego ojczyzna psuje swoją pulę genetyczną przyjmując imigrantów „najpodlejszego sortu”.

Ludzie o prawicowych poglądach pokiwają teraz głową – no jasne, to prawda, niepotrzebnie wpuszczają tych wszystkich uchodźców. Zrobią ten sam błąd, co Typowy Seba w UK, który popiera prawicę, bo ta jest przeciwko imigrantom.

Bo Wilson w następnym zdaniu wyjaśniał, o jakich ludzi mu chodzi. „Z południa Włoch (…) z Węgier i z Polski, ludzi, którym brak umiejętności, energii i inteligencji”. I w jego czasach mogło to się wydawać uzasadnione: imigranci z naszego regionu zakładali organizacje przestępcze i robili zamachy terrorystyczne, tkwili w swoich gettach, nie integrując się ze społeczeństwem, wyznawali jakieś fanatyczne religie, jak judaizm czy katolicyzm.

Panowało wtedy przekonanie, że Słowianie i Żydzi są genetycznie głupsi (i były na to nawet „naukowe dowody”). Rasizm był wtedy poglądem uważanym za rozsądny.

Ameryka samym swoim rozkwitem udowodniła fałszywość tych poglądów. W drugim pokoleniu ci „genetycznie upośledzeni” zakładali firmy takie jak Sikorsky czy Metro-Goldwyn-Mayer.

I potem punkt widzenia się odwracał. Pojawiło się stereotypowe przekonanie o żydowskim sprycie czy też dziedzicznej predyspozycji Azjatów do matematyki (a ich uważano za jeszcze gorszy sort – do 1945 po prostu ich nie wpuszczano, w trosce o pulę genetyczną).

Jeśli dziś takie przesądy się zwalcza, to dobrze. Dostatecznie wielu ludzi już cierpiało za ich sprawą (wśród ofiar byli Polacy).

Dalej Stephens pisze, że „wykładowcy boją się studentów” a „wydawcy rezygnują z książek wobec najdrobniejszego zagrożenia kontrowersją w mediach społecznościowych”. Obszernie też opisuje, jak Nike i Adidas rezygnowały z kampanii reklamowych w reakcji na nieprzychylne reakcje w targecie.

Zacznę od końca. Nike i Adidas chcą sprzedawać buty Afroamerykanom, a więc chcą, żeby ci pozytywnie przyjmowali kampanie reklamowe. Co w tym w ogóle dziwnego (albo nowego)?

To, że „wykładowcy się boją studentów” wydaje mi się naturalne, zwłaszcza w Ameryce, gdzie student praktycznie zawsze jest płacącym klientem. Ja też się „boję studentów” w takim sensie, że staram się pamiętać, kto tu komu płaci.

Jeśli studenci sobie nie życzą homofobii czy rasizmu, uczelnia powinna ustąpić. To nie cenzura tylko klasyczne „klient nasz pan”.

Przykład o „wydawcach rezygnujących z książek” ze zrozumiałych powodów mnie zaniepokoił, ale Stephens linkuje tam skandal związany z tym, że autorka Natasha Tynes jechała metrem i Afroamerykanka zepsuła jej nastrój, jedząc kanapkę (!).

Pisarka w ramach zemsty zrobiła zdjęcie kanapkożerczyni. A że ta miała służbowe ubranie, to jeszcze otagowała jej pracodawcę, żądając kroków dyscyplinujących (!!).

Wywołała tym oburzenie na Twitterze i straciła m.in. kontrakt książkowy. Ale przecież wbrew opisowi Stephensa, Tynes nie jest niewinną ofiarą.

Nie wolno robić ludziom ukradkiem zdjęć i publikować bez ich zgody. Że wielu ludziom to uchodzi bezkarnie to jeszcze nie znaczy, że to zgodne z prawem.

Szczególnie obrzydliwe jest gdy ktoś to robi w złej wierze: paniusia z wyższej średniej ma pretensje, że ktoś z klasy robotniczej nie może wyskoczyć do restauracji na lunch, jak ona i jej znajomi. Też bym się brzydził jej książek.

Na koniec Stephens doczepia przykład z zupełnie innej beczki: prawicowy influencer Andy Ngo został pobity podczas filmowania zamieszek. Bardzo mi go szkoda, życzę mu powrotu do zdrowia, ale filmowanie zamieszek jest zajęciem wysokiego ryzyka.

W każdym kraju można ułożyć długą listę fotoreporterów, którzy padli ofiarą przemocy, bo szukając dobrego ujęcia znaleźli się w epicentrum. Także w ojczyźnie „Charlie Hebdo”.

Krótko mówiąc, Stephens mnie nie przekonał. Skoro szukał przykładów dla poparcia swojej tezy – a znalazł tylko to, no to chyba nie ma większego problemu.

W gruncie rzeczy jego ostrzeżenia sprowadzają się do tego, że nie można już być otwarcie rasistą jak za czasów Jima Crow, że Afroamerykanie są istotną grupą konsumencką, z której opiniami muszą się liczyć Adidas i Nike, że studentów traktuje się podmiotowo, że nie wolno robić ukradkiem zdjęć współpasażerom oraz że reporterzy filmujący zamieszki czasem też padają ich ofiarą (a woda nadal jest mokra).

Ktoś może zna jakieś bardziej przekonujące przykłady cenzury politycznej poprawności? Wyślijcie Stephensowi (albo wpiszcie w komciach).

Zero km autostrad

Zaniedbywałem trochę zakładkę Pathfinder, bo po prawdzie niewiele się już dzieje. Te pionierskie czasy, gdy nagle podróże po Polsce ulegały zrewolucjonizowaniu dzięki otwarciu S8 do Wrocławia albo A1 do Gdańska, już się skończyły.

Teraz jeśli gdzieś się dokonuje poprawa – to inkrementalna, jak pipsztyczek na S17 do Lublina (a i tak najbardziej się opłaca jechać przez Kozienice). W centralnym odcinku dawnej gierkówki mamy zaś wręcz regres, bo budowa obwodnicy Częstochowy się zatrzymała, ale już ruszyły remonty i przebudowy zaplanowane z założeniem, że będzie gotowa na lato.

Drodzy kierowcy, trzeba zmienić odruchy. Kiedyś do Krakowa jechaliśmy przez Śląsk, teraz – jeśli kogoś gugielmapa poprowadzi do Katowic przez Kraków, to należy się jej słuchać.

Opozycja się nagle obudziła i zaczęła krytykować rząd, że od 2017 nie oddaje nowych fragmentów autostrad. To prawda, ale dla opozycji ten argument to strzał w stopę.

Rząd PiS miałby wspaniałą okazję do celebry z wielką pompą i przecinaniem wstęgi, RADYKALNIE poprawiając tuż przed wakacjami dojazdy Polaków w przeróżnych kierunkach, gdyby zgodnie z planem udało się w czerwcu oddać do ruchu wspomnianą obwodnicę Częstochowy. Możemy sobie wyobrazić ten materiał o 19:30!

Niestety, kontrakt z firmą Salini okazał się porażką. Firma zeszła w niesławie z placu budowy (a także z S3 na północ od Lubina).

Opozycja powinna to wykorzystać? No nie bardzo. Kontrakt na obwodnicę Częstochowy podpisano na dwa tygodnie przed wyborami (12 października 2015), a na S3 to ho ho, w 2014.

Jeśli więc opozycja będzie grać na tej nucie, władza ją zmiażdży kontrargumentem: krytykujecie nas za umowy, które sami wynegocjowaliście i podpisaliście. Gdybyście wybrali lepszego wykonawcę, mielibyśmy w tym roku bardzo ważne parędziesiąt kilometrów A1.

Tylko że tak naprawdę to wszystko nie ma sensu, bo 4 lata to zazwyczaj za mało, żeby przeprowadzić inwestycję od początku do końca. Pierwsze odcinki dróg szybkiego ruchu, na budowę których umowę podpisano już za rządu PiS, to S6 Kołobrzeg-Koszalin.

Według umowy z jesieni 2015 mieli skończyć na wiosnę 2019. Jak dobrze pójdzie, skończą jesienią 2019.

Oczywiście, skoro jakąś umowę podpisywano zaraz po wyborach to znaczy, że nie ma w tym żadnej zasługi PiS. Poza tym, że nie był już tamtym strasznym PiSem z roku 2005, kiedy premier Marcinkiewicz wraz z ministrem Polaczkiem wyrzucili do kosza to co przygotowali ich poprzednicy.

Nawiasem mówiąc, ISABEL! WALCZ! ZABIERZ MU OSTATNIE SKARPETKI! JAKO WARSZAWSKI KIEROWCA JESTEM PO TWOJEJ STRONIE!

Straty, które ta postawa wtedy spowodowała, oszacowałem kiedyś na blogu na dwa lata i trzy miliardy. No ale to naprawdę był inny PiS.

Obecny – co byśmy o nim złego nie mówili – już tak nie zrobił. Przyjął politykę rozsądnej kontynuacji. Najbardziej spektakularne przecięcia wstęgi będą mieć jego następcy (a tak naprawdę wszystko przygotowali jego poprzednicy).

Załączony wykres (autor: Toonczyk, źródło: forum infrastruktury na Skyscrapercity, oryginał: tu) pokazuje drogi w eksploatacji. Nie widać jakiegoś tąpnięcia, o które można by oskarżyć PiS.

Widać za to inną ciekawostkę: w zeszłym roku po raz pierwszy dwujezdniowe ekspresówki (niebieskie) wyprzedziły autostrady (zielone).

Budowa autostrad zmierza ku końcowi. Według planu ma być ich ok. 2000 km. Od września 2016 w eksploatacji jest 1641 – czyli 82%.

W budowie jest 122 (przy czym to jest zwodnicza liczba, bo część tego to upgrade drogi już istniejącej – np. gierkówki). Następnemu rządowi zostało już tylko ok. 10% (A2 na wschód od Mińska Mazowieckiego). To już nie będzie spektakularne.

Dróg ekspresowych mamy w eksploatacji ok. 2200. Planowana sieć to ok. 2600 (pierwszy etap) i ok. 5200 (drugi etap). W ten drugi etap wliczają się drogi, które być może nigdy nie powstaną i tak do końca sam nie jestem przekonany, czy powinny powstać („autostrada przez Mazury”, itd.).

Krótko mówiąc, w kwestii autostrad i ekspresówek niewiele już zostało następnym rządom. Teraz priorytetem powinna być kolej.

Jeśli opozycyjni dziennikarze akurat teraz się budzą, a w latach 2007-2015 robili w wolontariacie PiS, powielając bzdury o „najdroższych w Europie” (itd.)… to może lepiej by było, gdyby spali dalej.

Czy są tu jacyś cyberoptymiści?

Przy okazji mojego edytorialu w dodatku „Nasza Europa” chciałbym przeprowadzić sondaż opinii komcionautycznej. Jakieś 10 lat temu mieliśmy na tym blogu (jeszcze pod starym adresem) serię flejmów na temat cyberkorpów.

Standardowym podejściem w moim bąbelku (a także ówczesną linią redakcyjną „Krytyki Politycznej”) było traktowanie Google’a i Facebooka jako organizacji nieledwie charytatywnych, założonych przez bezinteresownych akademików z Harvarda i Stanforda. Nie robili tego dla pieniędzy, a fe!, kierowało nimi pragnienie niesienia ludzkości lepszych narzędzi poznawczych i komunikacyjnych.

Toczyliśmy wtedy gorące spory w komentarzach, w których część komcionautów bagatelizowała opisywane przeze mnie zagrożenia. „Jak ktoś nie chce, nie musi używać”, „Ja się kryję za firewallem awatara”, „Telegrafu na pewno też się obawiali” – pamiętacie te argumenty?

Jestem ciekaw, czy jeszcze ktoś w nie wierzy, czy raczej już wszyscy dołączyliście do obozu cyberpesymistów. Bez obaw, nie będę za to banować.

Chcę po prostu wiedzieć do jakiego targetu przemawiam. Takiego, który nadal wierzy w „drukarki 3D drukujące drukarki 3D” i „robienie rewolucji przy pomocy soszial mediów” , czy takiego, któremu nie trzeba tłumaczyć zagrożeń związanych z monopolem GAFA. Czy ktoś z was jeszcze wierzy w wolny wybor („nie ma obowiązku korzystania z GAFA”)?

W edytorialu napisałem: „W praktyce w społeczeństwie nie można dziś funkcjonować bez internetu, a z kolei internetu nie można używać z całkowitym pominięciem przynajmniej jednej korporacji tworzącej kartel GAFA”. Wystarczy że mamy smartfona i już jesteśmy skazani albo na G, albo na A.

Coraz trudniej używać internetu bez smartfona – pewne usługi są już dostępne wyłącznie przez „aplikację mobilną”. Co raz trudniej zresztą kupić fona bez smart (albo: telewizor bez Androida).

Kiedyś wśród cyberoptymistów z mojego bąbelka popularne było ironizowanie „radia i telegrafu też na pewno się obawiano”. Spory fragment swojej książki poświęciłem polemice z tą ironią.

Owszem, obawiano się – i dlatego zawsze w historii takie wynalazki poddawano ścisłym państwowym regulacjom. Od druku po telewizję!

Pierwszym krajem, w którym zderegulowano druk, była Anglia. Nie stało się to jednak celowo, tylko z powodu porewolucyjnego bałaganu.

W 1688 władzę objął Wilhelm Orański w tzw. Chwalebnej Rewolucji. Licencje na druk, wydane jeszcze za Stuartów, wygasły w 1694. Wilhelm zderegulował druk przez zaniechanie: miał za dużo kłopotów na głowie, żeby wymyślać nowy, porewolucyjny system regulowania druku.

Maszyny tkackie objęte były państwowymi regulacjami aż do czasu wojen napoleońskich. Pierwsze regulacje wprowadził jeszcze Edward VI. A tak swój regulacyjny dekret uzasadniła Elżbieta I: „Mam zbyt wiele miłości dla moich biednych poddanych, którzy zarabiają na chleb parając się dziewiarstwem, żeby finansować wynalazek, który ich doprowadzi do ruiny”.

Podobne zasady obowiązywały w całej Europie, ale angielskie źródła najłatwiej odnaleźć. Jak widać, zasadniczym celem regulacji zawsze była ochrona stabilności państwa, zazwyczaj w postaci ochrony interesu jakiejś grupy społecznej (np. żeby mechanizacja nie niszczyła miejsc pracy). Bo nawet monarcha absolutny musiał się liczyć z poparciem (wbrew pozorom).

Internet do 1995 należał do amerykańskiego państwa. To, co nas zachwycało w pra-internecie z czasów zielonych literek na czarnym tle, było skutkiem ówczesnych regulacji, dających dostęp w praktyce tylko akademikom i wybranym korporacjom.

Popełniliśmy (my, ludzkość) historyczny błąd w przekonaniu, że kiedy się to sprywatyzuje, otworzy i puści na żywioł, to będzie dalej tak akademicko, wspólnotowo i bezinteresownie. Jak w „Doomie” i „Half-Life”, naukowcy otworzyli portal do piekła, z którego wyleciały demony.

Jak to teraz uregulować, to jest osobne pytanie (i raczej nie na niszowy blogasek drugorzędnego felietonisty). Chciałem tylko na razie się upewnić czy mam tu jeszcze kogoś, kto o Internecie myśli tak jak red. Jan Kapela w roku 2010 (swoją drogą ciekawe czy mu już przeszło).

Face Lifting kontra Classic

Wygląda na to, że już nikt nie wierzy w odsunięcie PiS od władzy. Schetyna po prostu woli być w nieskończoność liderem opozycji niż premierem – co ja poniekąd nawet rozumiem, kasa mniej więcej ta sama, obowiązków dużo mniej.

Świadczy o tym choćby desperacki plan skupienia się na wyborach do Senatu. Kontrola nad senatem to szczyt marzeń wiecznego opozycjonisty: już coś może, nadal nic nie musi.

Bezradność opozycji wynika, jak sądzę, częściowo z tego, że Kaczyńskich znowu jest dwóch. Ale teraz obaj są Jarosławem.

Jest więc sobie Kaczyński Classic Vintage, co to straszy strefami szariatu i krzyczy o kanaliach. Opozycja mniej więcej wie, jak sobie z nim radzić.

Ale jest też Kaczyński 2.0 Face Lifting Anniversary Edition, wobec którego opozycja durnieje. To ten, który obiecuje, że wynegocjuje z Unii dopłaty na tuczniki i rozdaje jednym zwolnienie z PIT, drugim trzynastą emeryturę.

Opozycja reaguje po staremu i cały jej impet pada w próżnię. Atakuje Kaczyńskiego CV, a walczy z Kaczyńskim FL. Jego nie ma tam, gdzie opozycja celuje.

Na „dopłaty na tucznika” opozycja POWINNA BYŁA zareagować mówiąc że to ona lepiej sobie radzi w Unii, bo należy do EPP i ma dobre kontakty. To przecież prawda! Jeśli z tego szydzić, to raczej per „he he, załatwicie tak jak Saryuszowi stołek”.

Impet opozycji poszedł jednak w głupkowate kpiny z „krowy plus” i tradycyjne straszenie „rozdawnictwem”. Jaki to przyniosło efekt, powiedziała nam Państwowa Komisja Wyborcza.

Wydaje mi się, że tej dualności nie dostrzegają także niektórzy moi PT Komcionauci, upierający się w powyborczej dyskusji, że PiS jest za Polexitem. Kaczyńskiemu Classic można to od biedy zarzucić, Kaczyński Face Lifting to explicite wyklucza: obiecuje kasę z Unii, obiecuje dążenie do poziomu życia Niemców/Szwedów/Francuzów.

Kaczyński FL zdaje się być radośnie nieświadom tego, o czym mówi Kaczyński CV – że Szwedzi jęczą pod jarzmem genderu, Berlin opanowali uchodźcy, a Paryż to jedna wielka strefa szariatu. Opozycja MOGŁABY rozgrywać tę niespójność, ale woli starą płytę, że „zaraz wydarzy się ten kryzys gospodarczy, który niezmiennie przepowiadamy od 4 lat”.

Tymczasem ta dwoistość przekłada się też na propagację postaw wyborczych. Tuszę, że nikt z PT Komcionautów nie głosuje na PiS, ale przecież wszyscy mamy jakiegoś pisowskiego krewnego, nazwijmy go roboczo Wujkiem Mietkiem.

Wujek Mietek gadał kiedyś na rodzinnych imprezach takie głupoty, że obśmiewanie ich było aż zbyt proste. Strefy szariatu w Paryżu? Kuzyn Krzysio, który studiuje lacanistykę na UW, był wiele razy w Paryżu, wie że to bzdura. Rodzina wierzy raczej jemu, nawet jeśli nie chce sprawiać przykrości wujkowi.

Ale od pewnego czasu wujek Mietek ma już inne argumenty. Teraz na imieninach babci powiedział, że dzięki 500+ tak im się poprawiło, że chciałby spełnić marzenie swoich dzieci i zabrać je do Disneylandu.

I pyta kuzyna Krzysia, jak tam w ogóle lecieć do tego Paryża, z Modlina czy z Okęcia? I ten widząc, że wujek z nim po raz pierwszy od lat rozmawia po ludzku, nawet zaczyna się dzielić protipami o wyższości Łiza nad Rajanem.

Zresztą, może tego nie powie na głos, ale jego dziadkowie obiecali mu swoje trzynaste emerytury. Kupi z nich sobie nowego ajfonsa.

Finanse polskich rodzin to naczynia połączone – zazwyczaj oparte o odwróconą solidarność pokoleniową. Zaryzykowałbym tezę, że teraz już każda polska rodzina odczuwa (lub odczuje) *jakąś* poprawę wynikającą z pisowskiego rozdawnictwa.

Końcowym beneficjentem nie musi być przecież ten, kto się formalnie załapał na 500+ czy trzynastą emeryturę. Dziadkowie boomersi wspierają wnuczków milenialsów, na przykład studiującego w Warszawie Krzysia lacanistę.

To się wszystko przekłada na brak bojowych nastrojów w opozycji. Bo nawet jeśli Krzyś głosował na Antypis, to nie „ruszy na Nowogrodzką”, jak go do tego namawiają autorytety ze smutnego kabaretu profesorsko-celebryckiego.

W gruncie rzeczy, nie jest mu źle. A na pewno jest mu lepiej niż 4 lata temu.

Opozycja musi przede wszystkim znaleźć jakiś sposób, żeby i wujkowi Mietkowi i kuzynowi Krzysiowi przekazać, że pod jej rządami, ich życie się nie pogorszy. A nawet polepszy.

To wymaga jednak wysiłku. O ileż łatwiej jest wyklinać roszczeniowców i straszyć tym samym kryzysem co zwykle, który nadejdzie najdalej za pół roku, no tym razem już serio serio naprawdę naprawdę jak bonie dydy.

Now Playing (175)

Cofnijmy się do lat zerowych. Ach, the naughties! Był sobie rok 2008, mój blogasek działał już 2 lata, świat zmierzał – jak się wydawało – w Generalnie Dobrym Kierunku.

Moim ulubionym stylem muzycznym były wówczas mashupy (i inne formy ironicznego remiksowania kultury). Najstarsi blogobywalcy pamiętają, jak was zanudzałem produkcjami ze składanek „Best of Bootie”!

Jakoś ostatnio ponownie wpadła mi w uszy jedna z nich, zapewne za sprawą „Bohemian Rhapsody” i „The Dirt”, drugorzędnego biopika o drugorzędnym zespole, Motley Crue. Oba przynoszą ciekawe refleksje na temat estetyki rocka, a to temat ważny dla mnie, a więc i dla Was (nolensując wolensa).

W latach 80. na Zachodzie prawica dostała szmergla na punkcie teorii spiskowej backmaskingu. Dokładnie taki sam świr, który dzisiaj zrobi taką minę, jakby ujawniał sekrety rządzące tym światem, wypowiadając słowa „marksizm kulturowy”, 40 lat temu robił ją mówiąć „backmasking”.

Chodziło o to, że zespoły rockowe ukrywają na swoich płytach satanistyczne przesłanie, nagrane od tyłu. W 1982 roku nagłośnił to w USA teleewangelista Gary Greenwald, demaskując satanizm wykonawców takich, jak Styx, Electric Light Orchestra, Led Zeppelin, Pink Floyd czy właśnie Queen.

Do katolickiej Polski to docierało różnymi kanałami. Po pierwsze, nasi wąsaci Polonusi z Jackowa troszczyli się o swoich krewnych w kraju, żeby nie słuchali tych satanistycznych Zeppelinów, tylko np. „Cztery razy po dwa razy” chrześcijańskiego zespołu Polskie Orły.

A po drugie: stosunkowo szybkim kanałem przenoszenia tego typu szajb byli Świadkowie Jehowy. Ja po raz pierwszy o satanistycznym Pink Floyd przeczytałem właśnie w „Strażnicy” albo „Przebudźcie się”.

Pastor Greenwald zademonstrował w swoim programie, że refren piosenki „Another One Bites The Dust” puszczony od tyłu brzmi „It’s Fun To Smoke Marihuana”. W 2008 DJ Lobsterdust zrobił z tego fajny mashup, w którym zgodnie występują: Queen, pastor Greenwald i… ummm, Szatan.

W psychologii kognitywnej nazywa się to pareidolią. To skłonność ludzkiego umysłu do doszukiwania się znanych wzorców w chaosie, zwłaszcza gdy dochodzi do tego lęk.

To dlatego nocą ubrania na wieszaku mogą wyglądać jak skradający się zabójcy. Po prostu jesteśmy potomkami tych małpoludów, które w takiej sytuacji nie czekały na rozwój wydarzeń, tylko sięgały po maczugę – małpoludy pozbawione pareidolii wyginęły.

Jeśli więc ktoś ogólnie wierzy w istnienie satanistycznego spisku na rzecz zniszczenia chrześcijańskiego świata, wszędzie znajdzie na to dowody. Choćby w postaci satanizmu Electric Light Orchestra.

Analogowe nośniki pozwalały na stosunkowo łatwe puszczenie czegoś od tyłu. Na czterościeżkowym magnetofonie szpulowym (np. marki Zakłady Kasprzaka) regularnie to się przydarzało przez przypadek – kierunek odtwarzania ustawiało się wihajstrem na chybił-trafił.

Gdy nadeszły płyty CD, zrobiło się to trudniejsze (w typowym przypadku: wręcz niemożliwe). I nagle strach przed backmaskingiem zniknął.

Szatan najwyraźniej zmienił metody działania tylko dlatego, że stały się trudniejsze do zdemaskowania. Logiczne jak prawicowa publicystyka.

Z perspektywy czasu najśmieszniejsze, że przecież prawdziwe zespoły rockowe (no jednak nie ELO, helou), niosły podobne przesłanie otwartym tekstem. W końcu gdyby marihuana nie była „fun”, to kto by ją palił.

Obawa przed szkodliwym wpływem wychowawczym muzyki rockowej miałaby więc jakieś ręce i nogi – gdyby nie ośmieszano ją poszukiwaniem „ukrytych przesłań”. Powiedziałbym więc, że Szatan działa poprzez ośmieszanie uzasadnionej rodzicielskiej troski działaniami ludzi takich jak pastor Greenwald.

A dla nas, drodzy blogonauci, wynika z tego fałszywość hasła „nie należy ich drażnić tęczową aureolą”. Oni sobie zawsze coś znajdą przez pareidolię – choćby maskotka słonika wyda im się „furtką przez którą Szatan podsuwa złe myśli” (jak podczas słynnego ogniska na Pomorzu).

Trzeba robić swoje i niespecjalnie się przejmować. W koncu za 10 lat oni zapomną o obecnej panice i wymyślą se drugą, że już nie „marksizm kulturowy” tylko „leninizm sportowy”. Czy coś w ten deseń.

Nie dał nam przykładu Bonaparte

Arcydzieła literatury mają to do siebie, że wciąż odkrywamy w nich nowe treści. Z poczciwą „Lalką” Prusa zetknąłem się po raz pierwszy w liceum, na temat bonapartyzmu Ignacego Rzeckiego pisałem chyba jakieś wypracowanie – i traktowałem to wtedy jako przejaw jego zdziwaczenia.

Potem, gdy więcej czytałem o historii Francji i Europy, zmieniłem zdanie. W 1878, gdy zaczyna się akcja powieści, bonapartyzm był już przegrany – ale w sposób oczywisty tylko dla czytelników „Lalki” 10 lat później.

Ówczesnym obserwatorom mogło się jednak wydawać, że francuska III Republika podzieli los poprzednich dwóch. Po kilku latach parlamentarnych sporów ktoś znowu dokona zamachu stanu – i właściwie czemu nie miałoby się to skończyć po raz trzeci objęciem tronu przez kolejnego Bonapartego?

To było tym bardziej prawdopodobne, że pierwszym prezydentem III Republiki został jej ideowy przeciwnik: zaprzysięgły monarchista, markiz MacMahon. W pierwszych wyborach monarchiści zdobyli większość (396 na 638 mandatów).

W odróżnieniu od swoich dwóch poprzedniczek, III Republika miała być tworem tymczasowym. Zgodnie z zasadą „nie ma nic trwalszego od prowizorki”, przetrwała 70 lat.

Monarchiści byli podzieleni na legitymistów i orleanistów. Ze swoimi 20 mandatami bonapartyści byli czymś w rodzaju centrum: ni to monarchicznego, ni to republikańskiego.

W 1877 MacMahon podjął nieudaną próbę monarchicznego zamachu stanu, o którym Rzecki wspomina na początku powieści. Jego nadzieje, że to wstęp do intronizacji Napoleona IV, były oczywiście płonne, ale nie aż tak idiotyczne, jak mi się wydawało w liceum.

Dzisiaj, gdy wraz ze swoim pokoleniem osiągnąłem wiek „starego subiekta”, widzę inny wymiar jego bonapartyzmu. Wrzuciłem to już na fejsa, w postaci ironicznej przeróbki stosownego fragmentu – w którym Ignacy Rzecki snuje nadzieje na powrót Donalda Tuska z wygnania z Brukseli.

Z okazji rocznicy 4 czerwca pół fejsa miałem zawalone wspomnieniami, jak ktoś rozklejał plakaty. Gdyby tak przywrócić energię i optymizm sierpnia 1980 i czerwca 1989… zjednoczeni autorytetem papieża i Wałęsy obalimy PiS, a Donald Tusk wstąpi na tron.

Kochani pięćdziesięciolatkowie: to niemożliwe. Tamta „Solidarność” jest dziś martwa jak bonapartyzm w 1878.

Sam działam w „Solidarności” i mam wrażenie, że historyczne dziedzictwo raczej przeszkadza niż pomaga w realizowaniu statutowych celów.

Od 1976 do 1989 mieszkańców PRL dręczył systematyczny spadek poziomu życia. System po prostu pożarł proste rezerwy i nie miał realistycznej ścieżki rozwoju – ludzie go mieli dosyć, bo nie dawał im nadziei na nic, na mieszkanie, na papier toaletowy, na remont drogi.

W efekcie przeciętny Kowalski miał już po prostu dosyć tego systemu. Nie interesowało go naprawianie go, chciał się go pozbyć, żeby było „jak na Zachodzie”.

Czy dzisiaj tak samo ma dosyć kaczyzmu? No pewnie że nie.

Poziom życia Kowalskiego od 2015 systematycznie się podnosi. Bo transfery socjalne, bo dobra koniunktura, bo rynek pracy mniej przechylony na stronę pracodawcy.

Nie wiem, co w tej sytuacji opozycja powinna zaproponować Kowalskiemu. Ale niezdecydowane stanowisko wobec transferów socjalnych (które opozycja potępia, deklarując równocześnie, że je zostawi, a nawet zwiększy), na pewno nie ułatwia jej zadania.

I na pewno nie uratuje jej Lech Wałęsa, leśny dziadek, którego co bardziej ekscentryczne wypowiedzi – o potrzebie likwidacji Unii Europejskiej albo o kontaktach z obcymi cywilizacjami – nawet jego wyznawcy starają się puszczać mimo uszu, ewentualnie wzdychają, że „zrobiło się z nim ostatnio coś niedobrego”, bo nie przejdzie im przez klawiaturę banalna konstatacja, że ZAWSZE BYŁ TAKI.

Sierpnio-czerwcowa nostalgia nie jest programem politycznym na dziś. Moje pokolenie dopadła po prostu tęsknota za tym sokolim wzrokiem, za tym lipidogramem, za tym ciśnieniem rozkurczowym, jakie mieliśmy w latach 80. (a Rzecki podczas Wiosny Ludów).

Bonaparte już nie wrócił na tron. Słabą pociechą jest to, że nie wrócili także Bourboni. Byli tak pochłonięci sporami o to, kto jak kogo skrzywdził w latach 1791-1848, że nie zauważyli, jak we Francji wyrasta zupełnie inna siła.

Może to nas też teraz uratuje? Choć swoją potęgę Kaczyński zawdzięcza transferom socjalnym, zdaje się tego nie zauważać, i bez sensu znów zaczął kłamać o Okrągłym Stole („mój brat nie pił wódki w Magdalence!”). Czym ośmieszył się chyba trochę także przed swoimi wyborcami.

Oby i u nas pojawił się wreszcie jakiś Gambetta.

Meta-pożegnanie Parowskiego

Pożegnałem już Maćka Parowskiego w „Gazecie”, ale jeszcze chcę to zrobić na blogu. Przeczytałem inne pożegnania i mam ochotę na meta-pożegnanie.

Parowski był postacią nietuzinkową – to banał. Ale uderzyło mnie to, że mimo jego wyrazistego światopoglądowego zaangażowania: właściwie wszyscy o nim mówią dobrze.

To wcale nie jest oczywiste. W czasach wojny Pisu z Antypisem, jedni buczą na drugich nawet podczas pogrzebu.

Na Parowskiego nikt nie buczy, ale też i nie ma tego lukru, że wszyscy nagle udają, że się z nim nie kłócili. No pewnie, że się kłóciliśmy (przyznają to, ku mojemu zdumieniu, także prawicowcy) – ale z szacunkiem i sympatią.

Może na tym polega bycie autorytetem? Za życia nigdy bym tak o Nim nie powiedział. Zresztą, cały czas nie mam pewności: czy autorytetem może być ktoś, z kim się nie zgadzasz?

Jeśli nie, to potrzebujemy specjalnego słowa na kogoś, z kim się nie zgadzasz, ale chcesz poznać jego racje i przedstawić mu swoje. Nie mam tak, powiedzmy, z Patrykiem Jakim – nie dręczy mnie pytanie „dlaczego on wierzy w to co wierzy”, wystarcza mi odpowiedź brzytwy Hanlona.

Z Parowskim mi to jednak nie dawało spokoju. Dlaczego niegłupi facet, który czytał te same książki, wyciągnął z nich radykalnie inne wnioski? Dlaczego Vonnegut, „Paragraf 22”, Orwell i komiksy nie zrobiły z niego lewicowego ironisty, jak ze mnie?

Pytałem go o to parokrotnie. Nie robiłem notatek, to były towarzyskie spotkania, pozwolę to sobie teraz zrekonstruować stronniczo i subiektywnie, z pamięci.

Był z pokolenia 1968. Szedł inną drogą niż Michnik (acz Michnika też przecież mocno zniosło na prawo) – ale doświadczenie strajków studenckich i „marcowego gadania” było dla niego formacyjne.

Na progu dorosłego życia zobaczył, że system, w którym przyjdzie mu żyć i tworzyć, jest zły, zdolny do najgorszego. Można z nim walczyć tylko partyzancko, bo jawnego oponenta zmiażdży – ale niejawny przemyci antykomunisyczne aluzje w tekście o „Gwiezdnych Wojnach” czy w komiksie o galaktycznym detektywie.

To odwrotnie niż moje pokolenie. My z 1989 wynieśliśmy ogólny optymizm, z którego wysnuliśmy prawo do ucieczki w prywatność.

Ja popkulturę chłonę po prostu dla przyjemności. Mogę snuć marksistowskie analizy „Gry o Tron”, ale wiele seriali oglądam totalnie apolitycznie (np. „Killing Eve”).

Partyzanckość Parowskiego śmieszyła mnie i wielu moich rówieśników. Dla niego WSZYSTKO było wojną ze Złem, które definiował jako szeroko rozumianą lewicę. Wpadały mu do tego i PZPR, i zachodnie feministki, i spisek ekologów, i satanistyczni ateiści (mówiłem, że się z nim nie zgadzałem?).

Kolejnym formacyjnym doznaniem był dla niego propagandowy „Niemy krzyk” z 1984. Dla mnie był to (i jest) raczej materiał do beki, dla Niego to był ostatni kamyczek układanki, który Mu połączył feminizm z totalitaryzmem.

Tylko że z Nim można się było o to kulturalnie pokłócić, nawet jeśli się miało przeciwstawne poglądy. O kim jeszcze można dziś to powiedzieć?

Z zasługami redaktorów jest ten problem, że nigdy nie ma pewności, czy teksty które zamówili czy zainspirowali, nie powstałyby i bez nich. Może bez Parowskiego Sapkowski, Dukaj, Białołęcka, Szostak (etc.), i tak by to wszystko napisali?

Prywatnie wątpię, choć oczywiście tego nie udowodnię. Jeśli zaś uwzględnimy „drugą generację” kul bilardowych inspiracji, wystrzelonych przez Parowskiego (np. Parowski > Sapkowski > Brzezińska albo Parowski > Kołodziejczak > odrodzenie polskiego komiksu, zgadzam się z Aragornem) wyjdzie nam, że On naprawdę pośrednio maczał palce we wszystkim, co wydarzyło się w polskiej popkulturze.

Wliczając w to zjawiska robione wbrew niemu, w kontrze do niego, w polemice z nim. Been there, done that, got the royalties.

Jego śmierć uświadomiła mi, że tacy ludzie są dziś dobrem rzadkim. Kto jeszcze może to o sobie powiedzieć, że w razie czego może zadzwonić i do tych z Pisu, i do tych z Antypisu, bo wszędzie ma przyjaciół?

Na pewno nie ja. Chyba też nikt z PT blogobywalców. Ale jeśli zabraknie takich ludzi, co nam zostanie poza przemocą?

Sukces Verhofstadta

Jest jedna niewątpliwie dobra wiadomość związana z ostatnimi eurowyborami: słaby rezultat odniosły ugrupowania antyunijne. U nas nie przekroczyły progu, we Francji czy Włoszech poszło im lepiej, ale tam też szału nie ma.

We Francji wprawdzie wygrali narodowcy, ale jeszcze kilka takich sukcesów, a poniosą sumaryczną klęskę. Wzięli 23 mandaty z na 79 miejsc, tracąc 1. Taki sukces, zgodzimy się chyba, bioder raczej nie urywa.

Dwa najsilniejsze ugrupowania prounijne, centroprawica (EPP) i centrolewica (PASD) wprawdzie już nie mają razem większości, więc nie wystarczy ich porozumienie, żeby przepchnąć ustawę.

Ale to tylko oznacza większą rolę (ALDE) i zielonych. Jeśli o mnie chodzi, to spoczko.

Przy całej rozpaczy, jaką budzi stan polskiej sceny politycznej zauważmy, że mimo wszystko lepiej tak, niż odwrotnie. Nie chcielibyśmy, żeby w Polsce wybory wygrała opozycja, Razem przekroczyło próg… ale Unia stanęła na krawędzi rozpadu.

A przecież było takie zagrożenie. W Polsce tego nie śledziliśmy bardzo uważnie – przynajmniej mój bąbelek się nie interesował – ale Steve Bannon przecież objechał Europę ze swoją misją powtórzenia sukcesu Trumpa i Brexitu.

Na papierze jego plany wyglądały groźnie: w prawie każdym kraju Unii mieliśmy (mamy) jakąś silną, prawicową antyunijną partię. Gdyby stworzyły paneuropejską międzynarodówkę, mogliby na przykład stać się najsilniejszą grupą w parlamencie europejskim – a to byłby koniec Unii.

To się nie wydarzyło. PiS odrzucił ofertę współpracy (odnotujmy to jednak na plus). To nie była dla PiS łatwa decyzja, bo ich sytuacja w europarlamencie wygląda teraz słabo. W poprzedniej kadencji tworzyli grupę z torysami. Nie wiadomo co dalej.

Paradoksalnie, europosłowie SLD mają teraz większe szanse na załapanie się na jakieś wpływowe stanowisko, bo stoi za nimi potęga PASD.

To, że w europarlamencie o wszystkim decydują liderzy największych ugrupowań, czasami przytaczane jest jako argument, że w Unii nie ma demokracji. To nieprawda.

Deficyt demokracji w Unii rzeczywiście jest problemem, ale bierze się z czego innego. Unia ciągle nie może się stać federacją, nie może mieć własnej konstytucji – więc technicznie ciągle działa na podstawie umów między suwerennymi państwami.

Ogólnoeuropejskiego suwerena ciągle nie ma, bo eurosceptycy blokują takie inicjatywy. Wynikający z tego deficyt obracają zaś w argument przeciwko Unii.

Mam nadzieję, że kiedyś dożyję Stanów Zjednoczonych Europy. W tej federacji prawdopodobnie jednak nadal będzie rządzić konsensus dużych bloków.

Taki system, w którym co wybory – to nowy rząd, nazywano kiedyś systemem westminsterskim, bo 200 lat temu występował tylko w jednym kraju. Dziś nazywamy go parlamentarno-gabinetowym (w Polsce mamy jego wariant hybrydowy – bo dochodzą elementy systemu prezydenckiego).

Są jednak inne wariantów demokracji. W Szwajcarii mają system konwentowy, zwany też czasem dyrektoriatowym lub komitetowym. Te nazwy pochodzą z wielkiej rewolucji francuskiej, gdy go po raz pierwszy zastosowano.

W tym systemie rząd działa na zasadzie przypominającej sejmową komisję. Reprezentowane są w niej wszystkie duże partie – i jeśli kiedyś doczekamy federacji, zapewne tak będzie formowany jej rząd (trochę już tak jest, ale Komisja Europejska nie jest rządem suwerennego państwa).

System konwentowy może irytować obywateli, bo nowe wybory nie oznaczają w nim zasadniczego zwrotu. Szwajcarią „od zawsze” rządzą te same partie i właściwie nie wiadomo, po co w ogóle głosować.

Westminsterski i prezydencki z kole generują sztuczne przełomy – głosy się rozkładają 51:49, i nagle budzimy się w innym kraju. To zwiększa role ugrupowań skrajnych, które próbują przyciągać centrum na swoje pozycje.

Z politologicznego punktu widzenia tym właśnie jesteśmy, drodzy blogobywalcy. Knujemy, jak by tu obóz Antypisu uczynić bardziej lewicowym, niż jest w rzeczywistości. Po drugiej stronie spektrum to samo Pisowi próbują zrobić narodowcy.

W systemie konwentowym my byśmy siedzieli na swoim marginesie, narodowcy na swoim, a rządziłby PO-PiS. Byłoby to może i frustrujące, ale czasem lepiej być sfrustrowanym jak Szwajcar niż wesołym jak Polak.

Tak naprawdę więc te wybory wygrali Juncker, Verhofstadt i Timmermans. No nie mówcie już, że nie macie z tego choć odrobiny radochy?

Manifest powyborczy

Zrobię na szybko manifest powyborczy, żeby dyskusja się nie rozłaziła po offtopach. Nie, nie żałuję swojego głosu na Razem, jako lewicowy wyborca jestem przyzwyczajony do porażek.

I tak wolę przynajmniej mieć tę odrobinę luksusu, żeby zagłosować całkowicie zgodnie z przekonaniami. W 1991 Ikonowicz (któremu zbierałem podpisy) przegrał w idiotycznej koalicji „Solidarność Pracy”, która unikała słowa „lewica” i się powoływała zamiast tego na „społeczne nauczanie Jana Pawła II” (shitting ya I am not). To było gorsze.

Jak każdy polski selekcjoner po mundialu, Grzegorz Schetyna mówi o „pierwszej połowie meczu”. Wyższość piłki nożnej nad polityką polega na tym, że w futbolu to jest zazwyczaj już pożegnalne przemówienie trenera reprezentacji, a teraz maestro Schettino poprowadzi nas do kolejnego zwycięstwa (moralnego).

Jakiś czas temu pisałem na blogu, że zasadniczym problemem opozycji jest to, że życie Przeciętnego Kowalskiego się przez ostatnie 4 lata poprawiło. Widzę to także w swoim towarzyskim bąbelku, zdominowanym przez ludzi zawieszonych gdzieś między LMC a MMC.

W rodzinie, w której małżonkowie (partnerzy) zarabiają na rękę tak ze trzy z hakiem, 500+ było wybawieniem. Dzięki niemu taka rodzina mogła wreszcie złapać drugi oddech – pójść z dziećmi do zoo, kupić nowy telewizor, pojechać na wakacje.

PiS do tego celnie tuż przed wyborami rozszerzył 500+ i dodatkowo dopieścił emerytów. To oznaczało, że duże grupy elektoratu musiały mieć uczucie, że głosując na opozycję, głosują przeciw własnemu żołądkowi.

Opozycja na dodatek sama siebie zaszachowała, zwalczając 500+ w latach 2015-2016 erupcjami najtandetniejszej demagogii. Pamiętacie te „reportaże” o hołocie, która wzięła 500+ i pojechała nad morze, czym sprawia dyskomfort Znanej Aktorce?

Pamiętacie te ekonomiczne autorytety wieszczące, że gdy Słońce wejdzie w trygona Bliźniąt, to 500+ spowoduje kryzys gospodarczy? Ich horoskopy okazały się koncertowo nietrafione: miał być gigantyczny deficyt i hiperinflacja, a tu zonk (i ile można tego bronić, że „w tym roku wprawdzie jeszcze nie, ale w następnym to już mur-beton!”).

Opozycyjne media, jednego dnia straszące kryzysem (który nie nadszedł), a drugiego postulujące zakaz wstępu hołoty do ośrodków wczasowych „nur fur Autoryteten”, same sobie odebrały wpływ na społeczeństwo. Dziś mogą już tylko przekonywać przekonanych.

Nieśmieszne żarty paraprawne o trybunałach rewolucyjnych, które będą rozliczać PiS (najgłupszy tekst tego typu popełnił chyba prof. Sadurski, ale niestety nie był jedyny), wielu ludzi potraktowało na serio. To było głupie i niepotrzebne: mam świadków, że od początku zwalczam rojenia z serii „będziesz siedzieć!” albo „trybunał stanu!”.

Jednym z sekretów wygranej Kaczyńskiego był casting na niby-liderów, którzy spełniali podstawowy warunek: byli SYMPATYCZNI.

Ja też nie lubię prezydenta Dudy, ale obiektywnie oceniam jego socjotechniczny talent. Robiąc te wszystkie swoje głupkowate miny z serii „zachwyt nad kiełbasą”, puszcza oko do elektoratu: pokazując, że on tylko udaje sztywniaka z powodów zawodowych, ale tak naprawdę to swój chłop.

Ludzie lubią sympatycznych. To w zasadzie tautologia, ale wyciągnijmy z tego wnioski.

Schetyna sympatyczny nie jest. Gdy się uśmiecha, mamy wrażenie, że odgrywa rolę ze scenarusza. „14:31 – oklaski, przewodniczący się uśmiecha, patrzy z uśmiechem w lewo, patrzy z uśmiechem w prawo, pozdrawia wielbicieli; 14:32 – można się przestać uśmiechać, spocznij”.

Duda i Szydło odgrywają archetypalne postacie, które każdy Polak zna ze swojego życia – wujka i ciotki, z którymi wprawdzie się w niczym nie zgadzamy, ale w sumie lubimy ich odwiedzać, bo jest MIŁO. Ciocia donosi pierożki, wujcio polewa, jest sielsko. Nikt nie mówi o polityce, bo po co.

Komorowski jest ucieleśnieniem przeciwnego archetypu upiornego wujaszka – takiego, który wznosi toast „zdrowie pięknych pań i tu obecnych”. A Schetyna archetypu szefa, który mówi do załogi „wicie rozumicie, nie ma pieniędzy, niezbędne są wyrzeczenia” (a sam sobie właśnie dał premię).

Jeśli nie chcemy jesienią większości konstytucyjnej dla PiS, Platforma też musi zrobić casting na sympatycznych liderów. I ci fajni liderzy muszą mieć przekaz typu „Janie Kowalski, jeśli dasz nam wygrać, twoje życie poprawi się w taki oto konkretny sposób”.

Hasła ogólne (że konstytucja, że praworządność) po prostu nie wygrywają wyborów. Owszem, działają na ludzi takich jak ja. Ale ludzie tacy jak ja, to by dali konstytucyjną większość Zandbergowi.